Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego

17.01.2018
środa

Warónki dla narciaży w gurah

17 stycznia 2018, środa,

Na mój dusiu! Nie jo jeden zauwazom, ze w tym narodzie ze znajomościom języka angielskiego jest być moze coroz lepiej, ale ze znajomościom polskiego – chyba coroz gorzej. Poźrejmy choćby na rózne forumy internetowe. Mozno odnieść wrazenie, ze na tyk forumak umiejętność prowidłowego pisania w ojcystym języku jest odwrotnie proporcjonalno do stopnia deklarowanego patriotyzmu.

A jak jest z poprawnom polscyznom u tyk, co teoretycnie nie powinni mieć z niom problemów? U takik redaktorów na przikład? O, Jezusickuuu! Takie casy nastały, ze i tamok rózne dziwne rzecy sie dziejom. Kozdy z wos pewnie mógłby podać na to jakisi pikny przykład. I jo tyz moge. Ot, choćby z wcora, z głównej strony internetowej Gazety Wyborcej. Co takiego sie tamok pojawiło? Ano… taki oto tytuł:

No i jak to sie wom podobo, ostomili? Jeśli spadliście z wrazenia z krzeseł, to piknie przepytuje, ze nie ostrzegłek, ze mozecie spaść. Bajako.

Nie wiem, jak długo ci „narciaże” tamok widnieli, ale zdoje sie, ze znikli dopiero po godzinie. Nic więc dziwnego, ze spośród śtyrdziestu komentorzy do tamtejsego artykułu ani jeden nie dotycył merituma, natomiast syćkie nawiązywały goscącej w tytule literki „ż”. Mi najbardziej spodoboł sie komentorz internauty o nicku foolbuster1222, ftóry napisoł tak: Jeśli dla narciaży, to warónki w gurach som świetne.

Piknie napisoł tyz internauta kiecek: Rozumiem walkę z konwenansami i zasadami. Nie rozciągałabym jej jednak na zasady ortografii.

Syćkie komentorze, jak i cały artykuł (ale teroz juz bez tyk niescynsnyk „narciaży”), mozecie noleźć tutok.

A co jo moge o tym syćkim pedzieć? No cóz… kieby to była pierwso lepso gazeta – westchnąłbyk ino, ba nie za głośno, po prostu tak, ze zywina w obejściu by mnie usłysała, ale zywina w pobliskim lesie juz nie. Ba przecie jest to gazeta piknie zasłuzono. I piknie ślebodno. Gazeta, ftórom cenie za wiele rzecy i ftórom cytom cynściej niz jakomkolwiek inksom. No ale dlotego właśnie nie moge sie powstrzymać, coby nie zawyć głośno: I ty, Brutusie, przeciwko słownikowi ortograficnemu?! Hauuuuu!

P.S. A w najblizsom niedziele – momy pierwse tegorocne święto w Owcarkówce. I to podwójne – Jagusickowe i Kapisoneckowe imieniny. No to zdrowie Jagusicki i Kapisonecki! 🙂

11.01.2018
czwartek

Sarenki na Paśportak

11 stycznia 2018, czwartek,

Kie rok temu opowiedziołek wom, jak to wroz z tatrzańskimi kozickami pojechołek do Warsiawy na Paśporty Polityki, Fusillecka, w komentorzu z 14 stycnia i godziny 18:04, napisała tak: No, to ja już teraz wiem, skąd sarny, które nas niedawno po raz pierwszy odwiedziły!!! Nie wiem tylko jednego, skąd wiedziały, że odwiedzam Twój blog Owczarku! Bo pewnikiem chciały skorzystać ze znajomości i zabrać się z Tobą i kozicami na te Paszporty!

Na mój dusiu! Sarenki z Fusilleckowyk okolic fciały uwidzieć te paśportowom gale? No to jo nie widziołek powodu, coby im w tym nie pomóc. Telo ino, ze Fusilleckowe okolice to Bory Tucholskie. Nigdy tamok nie byłek, a od mojej wsi jest do nik ponad 600 kilometrów. Ale co tam! Mało to jo róznyk podrózy w swoim zywobyciu odbyłek? Jak na psa – chyba niemało. No to pora na kolejnom. Haj.

Jak tylko wroz z kotem i Marynom Krywaniec skońcyli my świętować nas pikny triumf w Turnieju Śtyrek Stochów… yyy… Śtyrek Skocni, pohybołek do Nowego Targu. Stamtela – najpierw zakradając sie do jednego, potem do drugiego, a potem do trzeciego pociągu – dojechołek do Chojnic. A z Chojnic juz na własnyk łapak udołek sie do Parku Narodowego Bory Tucholskie. Kie dosłek do granicy parku, to uwidziołek między drzewami… jakby cosi biołego.

– Czy to ty, owczarku podhalański? – spytało to cosi. – To ty prowadzisz bloga w Polityce?
– Ano jo – potwierdziłek. – A wyście fto, krzesny?
– A, przepraszam, nie przedstawiłem się. Na imię mam Kuba i jestem łabędziem. Być może znasz mnie z bloga naszej wspólnej znajomej Fusilli?

Bioło zjawa wysła spomiędzy drzew. I wte faktycnie uwidziołek łabędzia. I to nie byle jakiego łabędzia! To faktycnie był Kuba – hyrny i siumny ptok, downy władca jeziora, nad ftórym zyje Fusillecka. Stoł na wprost mnie i wyglądoł dokładnie tak jak na zdjęciu, ftóre mozecie uwidzieć na Fusilleckowym blogu.

– Bajuści – pedziołek. – Ba z tego, co wiem, Fusillecka juz od ładnyk paru roków wos nie widziała. Co sie z womi działo?
– A, na stare lata postanowiłem przenieść się nie za daleko, ale nad jakieś bardziej zaciszne jezioro – pedzioł Kuba. – Mam jednak znajomych, od których co jakiś czas dowiaduję się, co słychać u naszej Fusilki i na jej blogu. Twój blog, owczarku, też znam, z opowieści tych samych znajomych. Wiem też, że chciałeś zabrać tucholskie sarenki na tegoroczne Paszporty Polityki.

Na mój dusiu! Jak na przedstawiciela gatunku łabędź niemy – ten był całkiem wygadany! Haj.

– No to skoro, krzesny, telo wiecie – pedziołek – to moze wiecie tyz, kany moge jo te sarenki noleźć?

Kuba ino obyrtnął łeb w strone leśnej gęstwiny i zamachoł skrzidłem. Ledwo to zrobił… z lasa wylozł wielki tłum saren. Na mój dusicku! Kielo ik było? Sto? Dwieście? Trzista? Nie licyłek. Ale na pewno duzo.

– Tak myślałem, że swoje poszukiwania sarenek zaczniesz od parku narodowego, do którego dotrzesz z Chojnic drogą ulubioną przez psy – zaśmioł sie Kuba. – Dlatego wszystkim sarnom chętnym na tę wyprwę poleciłem, żeby zebrały się właśnie w tym miejscu.

Krucafuks! Ten stary łabędź mioł łeb! Nic dziwnego, ze pokiela fcioł, to był ponem całego jeziora. Kieby nie on – to nie wiadomo jak długo byk sie z sarenkami sukoł. Podziękowołek piknie Kubie za te nieocekiwanom pomoc. I spytołek, cy on sam nie zefciołby pojechać z nomi do Warsiawy. On jednak pedzioł:

– Za młodu zrobiłbym to z chęcią. Teraz jednak wolę zacisze mojego jeziorka. A gdybym już miał wybrać się do tego teatru, to chyba tylko na „Jezioro Łabędzie”.

Cóz. Nie nalegołek. Pozegnołek sie piknie z Kubom. A potem wroz z sarenkami rusyłek ku Chojnicom, coby stamtela pojechać do Warsiawy. Podróz zajęła nom kapecke casu. Pociągi osobowe racej nie wchodziły w gre, bo taki tłum saren w wagonak pasazerskik za barzo zwracołby na siebie uwage. Pozostało korzystanie z pociągów towarowyk. I tak my zrobili. Po paru przesiadkak – byli my wreście w stolicy.

Ulicami, ftóre miołek okazje juz wceśniej poznać, poprowadziłek sarenkowom kompanie ku placowi Teatralnemu. Kie noleźli my sie pod piknym Teatrem Wielkim, sarenki pedziały, ze zgłodniały i chętnie by cosi zjadły. Na mój dusiu! Cy we Warsiawie som jakiesi korcmy dlo leśnej zywiny? Nic mi o tym nie wiadomo. Wiedziołek za to, ze nieopodal placu jest niewielki park, ftóry wedle guglowej mapy nazywo sie: „Zieleniec przy pomniku Nike”. No i właśnie ku temu Zieleńcowi zabrołek całe to parzystokopytne towarzystwo, coby tamok piknie se pojadło.

Wkrótce sarenki beztrosko zacęły skubać trowke abo inkse gałązki z krzoków i drzewek. Jo zaś – przesiąknięty nawykami psa pasterskiego – rusyłek wybadać okolice, coby sprawdzić, cy pasącemu sie stadu nie grozi zodne niebezpieceństwo. No i w poblizu tego całego Zieleńca odkryłek… sklep z militariami. Ze sklepu wysło nagle trzek rosłyk, niezbyt sympatycnie wyglądającyk chłopów. Kozdy z nik mioł na sobie myśliwskom kurtke, na głowie myśliwski kapelus, a na ramieniu – pokrowiec ze śmierzcionośnom strzelbom w środku.
– O, krucafuks! – zakląłek w myślak. – To polowace! Oby ino nie pośli ku Zieleńcowi.

Niestety – zgodnie z prawem pona Murphy’ego – rusyli właśnie w tamtom strone.
– Niedobrze – pomyślołek. – Trza uprzedzić sarenki!

I wartko pohybołek ku moim towarzyskom podrózy.
– Krzesne! – zacąłek wołać. – Koniec posiłku! Polowace tutok idom! W uciekaca!
– Ale gdzie mamy uciekać? – spytały zdezorientowane sarny. – Zawsze uciekałyśmy w las. Ale tutaj nie ma żadnego lasu!
Rozejrzołek sie. Zieleniec nojdowoł sie na pochyłym terenie i opadoł ku ulicy, ftóro w jednom strone pięła sie do wierchu (ale bez przesady – do górskik dróg to jej było daleko), a w drugom – prowadziła do tunelu. Uznołek, ze tunel to lepso droga uciecki. I właśnie tamok kazołek sarnom hipnąć.
– Najlepiej – poradziłek – cobyście wbiegły pomiędzy jadące ulicom auta. Uwazojcie ino, coby wos nie rozjechały!

Jak tej zywinie pedziołek, tak zrobiły. Bołek sie ino, ze ludzie z aut sie wścieknom. Ale nie! Oni ino pozatrzymywali te swoje blasane puski i zacęli z nik wyskakiwać. Ba nie po to, coby sie wściekać, ino po to, coby powyciągać telefony i robić selfia z sarenkami w tle. Inksi zacęli to syćko filmować. A jeden kierowca wyciągł z auta dwójke swoik dzieci i na tle tej piknej zywiny roz robił im zdjęcia, a roz kryncił filmik.

Jo tymcasem pozirołek z niepokojem, cy polowace nie nadchodzom. No i krucafuks… w pewnym momencie pojawili sie na skraju Zieleńca.

– Do stu tysięcy korników w Puszczy Białowieskiej! – zawołoł jeden z nik. – Widzicie to co ja?
– Widzimy – odpowiedzieli pozostali dwaj. – Chyba nie przepuścimy takiej okazji?

Polowace pośpiesnie ściągli strzelby z ramion i wyjęli je z pokrowców. Pif-paf-paf! – rozległo sie nagle. Na scynście – być moze zbytnio podnieceni tom niespodziewanom okazjom do polowacki – syćka chybili.

– Za nimi! – zawołali polowace i rusyli w pościg. Zupełnie nie przejęli sie tym, ze droga przez tamtejsy tunel jest nie dlo piesyk, ino dlo aut i tramwajów. Kazołek sarenkom jak najsybciej biec ku drugiej stronie tunelu. Polowace fcieli ocywiście pobiec za nomi, ale nagle droge zastąpił im ten pon, ftóry smartfonem uwiecnioł swoje dzieci na tle sarenek.
– Co panowie sobie myślą! – ryknął ten pon. – Dzieciaki mają taką frajdę! Tyle sarenek w środku miasta! A wyście przychodzicie je tu straszyć!
– Właśnie! – zawołołała jakosi poni z inksego auta. – Zrobiłam sobie selfie z sarenkami, ale wyszło mi nieostre. Więc chciałam zrobić jeszcze jedno, ale przez was – barany jedne – nie zdążyłam, boście przepłoszyli te zwierzątka!
– Ja też przez was nie zdążyłem zrobić sobie porządnego zdjęcia z tymi zwierzakami! – zawołoł jakisi inksy cłek.
– Ja też!
– Ja też!
– I ja!

No i polowacy naroz obległ tłum rozwścieconyk smartfonowyk fotografów. Dzięki temu sarenki i jo zyskali na casie. Wybiegli my z tunela. A potem nazod skierowali sie ku Teatrowi Wielkiemu.

Kie znowu byli my pod teatrem, trza było pomyśleć, jak to całe stado wprowadzić do środka. Rok temu – moze bocycie – kie przyprowadziłek na Paśporty kozice, to ta zywina sama dała se rade – zaprawiono w skakaniu po stromyk górskik ścianak, bez trudu dostała sie na dach budynku. Sarenki – tyz piknie skacom, ale jaz tak świetnymi alpinistkami jak kozice to one jednak nie som. Bajako.

Postanowili my obejść gmach dookoła. Moze trafi sie jakiesi miejsce, kie bedzie mozno niepostrzeznie wkraść sie do środka? No i kie tak śli my wzdłuz jednej z bocnyk ścian, to nagle… z jednej bramy wyjrzała tako jedno poni. Wnet uświadomiłek se, ze jo znom jom z widzenia podcas wceśniejsyk odwiedzin tego teatru – to jedno z pracującyk tamok bileterek.

– Zwierzątka! Jakie śliczne! – uciesyła sie poni bileterka. Ale na zaskoconom nie wyglądała. Cyzby sarny na ulicak Warsiawy to była codzienność? Zaroz syćko sie wyjaśniło. Poni bileterka zacęła godać:
– Biedactwa moje! Wiem, że ścigają was myśliwi, bo przed chwilą dzwonił do mnie mój mąż i powiedział mi, że widział was w tunelu na trasie W-Z. Nie martwcie się, moje kochane myszki. Ukryję was w teatrze. Chodźcie za mną.

– Owczarku – sarny zwróciły sie ku mnie – mamy iść za tą panią? W lesie obowiązuje nas zasada nieograniczonego braku zaufania do każdego człowieka. W dodatku ona myli nas z myszami!
– Tym sie nie przejmujcie – pedziołek, uznając, ze nie jest to najlepso pora na wykład z potocnego znacenia słowa „myszka” w ludzkiej mowie. – Lepiej posłuchojcie tej poni i idźcie za niom. Przecie dostanie sie do środka teatru było nasym celem.

No i sarenki – jedno po drugiej – zacęły przechodzić przez brame. Kie juz przesły syćkie opróc kilku ostatnik, doł sie nagle słyseć krzyk:
– Patrzcie! Tam są!
O, krucafuks! Ci polowace znowu nos noleźli!

– Sybciej! – zawołołek ku sarenkom.
No i na scynście zanim te ancykrysty ponownie dobyły swyk strzelb, ostatnie z moik podopiecnyk zdązyły schronić sie w budynku teatru. Ale polowace nie dali za wygranom. Wartko podbiegli do bramy. Tyz fcieli dostać sie do teatru, ale wte – poni bileterka stanęła im na drodze. Ja zaś stanąłek za niom, cekając na dalsy bieg wydarzeń.

– Z drogi! – wrzasnął jeden z polowacy.
– Nie ma mowy – pedziała poni bileterka. – To przejście służbowe.
– A to legitymacja łowiecka – odrzekł chłop, wyciągając z kieseni kartonik podobny do dowodu osobistego, telo ino, ze nie rózowy, ino zielony. – Widzieliśmy wchodzące tu sarny. A sarny są po to, żebyśmy my, myśliwi, na nie polowali.
– Te sarny, drogi panie, zostaną wykorzystane do przedstawienia pod tytułem „Krakowiacy i górale” – rzekła poni bileterka.

Na mój dusiu! Kłamała jak z nut! No ale w końcu jest ona pracownicom teatru, we ftórym nuty – i to nie byle jakie, ale ryktowane przez najlepsyk kompozytorów – som barzo cęsto wykorzystywane.

– Nie wiem, czy pan wie – godała dalej poni bileterka – że w drugiej odsłonie „Krakowiaków i górali” jest las. No i reżyserujący to przedstawienie pan Jarosław Kilian, wpadł na pomysł, żeby po tym lesie chodziły żywe sarny.
– Mało mnie to obchodzi, co jakiś tam reżyser sobie wymyślił – pedzioł polowac. – Teraz jest nowe prawo, które zezwala nam na polowanie wszędzie tam, gdzie nam się podoba. I zgodnie z tym prawem kto będzie przeszkadzał nam w polowaniu, ten zostanie ukarany grzywną w wysokości 5 tysięcy złotych.
– To chyba jakiś żart.
– Czy ja wyglądam na żartownisia? – No, niestety nie wyglądoł. – Doniosę na panią tam, gdzie trzeba. I nie wiem, ile wam płacą w tym waszym teatrze, ale coś mi się zdaje, że całej pensji pani nie wystarczy na zapłacenie grzywny.

Tutok poni bileterka chyba kapecke sie przejęła. Natomiast jo… wpodłek w straśliwom złość. No bo krucafuks! Te fudamenty próbowały te bidocke zastrasyć! Niedocekanie ik! Przestołek nad sobom panować. Wyskocyłek zza poni bileterki.

– Hauhau!!! Hauu!!! Hau!!! – Wiem, rzadko uzywom jaz tak brzyćkik słów, ale byłek naprowde wściekły. Piknie zatem przepytuje, za te zacytowane tutok wulgaryzmy, ale przecie mojo realacja z tego całego zdarzenia musi być prowdziwo w kozdym scególe.

Polowacy tak przestrasyło moje scekanie, ze poupuscali swe strzelby na chodnik. Na kufak zaś zrobili sie bioli jak owiecki mojego bacy. I rzucili sie do uciecki. No to jo pohybołek za nimi, ujadając głośno. Kątem oka uwidziołek, jak poni bileterka podniesła z ciekawości jednom z porzuconyk strzelb. Strzelba… nagle wypaliła. Wystrasono poni upuściła broń, a jo usłysołek gwizd przelatującej nad mojom głowom wiązki śrutu. Ułamek sekundy później śrut trafił w rzycie syćkik trzek polowacy. Na ik scynście nie zostoli zbyt powoznie ranieni, ale co ik zabolało, to zabolało.
– Auuu! – zawołoł jeden z nik, łapiąc sie za rzyć. – Ta bestia już zaczyna nas podgryzać! Musimy szybciej uciekać!
– Wszystko przez tę babę! – zawołali pozostali dwaj. – Pewnie naoglądała się Bambiego, szkalującego dobre imię myśliwych!

Polowace pohybali najpierw na plac Piłsudskiego, a potem na Krakowskie Przedmieście. Pare rozy próbowali schronić sie w jakimsi sklepie abo korcmie, ale jo skutecnie odgrodzołek ik od wselkik drzwi. Wreście wbiegli my na teren Uniwersytetu Warsiawskiego. W tej całej gonitwie okrązyli my budynek Wydziału Historycnego, potem budynek Prawa i Administracji, a potem jesce budynek Polonistyki. Cyli w sumie ci trzej powinni być mi wdzięcni – dzięki mnie w rekordowym tempie zalicyli trzy wydziały jednego z dwók najbardziej prestizowyk uniwersytetów w Polsce.

Po kwili wybiegli my na ulice, co to nazywo sie Oboźnom, a następnie pognali na porośnięty trowom teren, opadający w strone Wisły. W okolicy krynciło sie sporo róznyk psów. Cynść z nik to były bezpańskie kundle, a cynść była wypuscono z chałup przez właścicieli, coby samodzielnie spacerowały se po polu. No i zaroz z tuzin mniejsyk i więksyk piesków zacął mi towarzysyć.

– Wolno wiedzieć, nieznajomy, owczarku, w co ty się bawisz z tymi trzema panami? – spytały psy.
– A, w takom barzo fajnom zabawe, co to nazywo sie „polowacka na polowacy”. Fcecie sie przyłącyć?
– Pewnie! – zawołały psy. I tak oto za polowacami gonił juz nie ino jeden owcarek, ale cało pikno grupa pościgowo. Towarzysyło temu radosne scekanie, ftóre polowacom jednak widziało sie chyba bardziej straśnym niz radosnym.

Kie dobiegali my juz do brzegu Wisły, uświadomiłek se, ze za niedługo w teatrze zacnie sie paśportowo impreza.

– Krześni – odezwałek sie do swyk kompanów, nie przerywając pogoni. – Podobo sie wom ta zabawa?
– Pierwszorzędna! – padła chóralno odpowiedź.
– No to mom ku wom prośbe – godołek dalej. – Śpiese sie na jednom impreze. A tyk trzek, ftóryk gonimy, fce złozyć donos na jednom barzo sympatycnom poniom. Cy mozecie gonić ik tak długo, jaze odefce im sie donosenia na kogokolwiek?
– Nie ma problemu. Dla nas to czysta przyjemność – zapewnili mnie psi druhowie. – Jak będzie trzeba, to pogonimy ich nawet do Psiego Pola. Albo do Pieskowej Skały. Albo do Psiej Trawki. Hehe!

Podziękowołek piknie tym siumnym siuhajom i odłącyłek sie od pościgu, ftóry jo sam zapocątkowołek. Wróciłek na plac Teatralny. Zakrodłek sie do teatru. A tamok – za pomocom swego owcarkowego nosa – bez trudu odsukołek moje sarenki. No i zaroz wspólnie udali my sie do piknej Sali Pona Moniuszki, ka miało sie odbyć rozdanie Paśportów. Roześli my sie po całej widowni i powciskali w rózne kąty, coby za barzo nie rzucać sie w ocy, ba zarozem tak, coby dobrze było widać całom scene. Abo przynajmniej prawie całom.

Ku mojemu miłemu zaskoceniu pocątek imprezy był – mozno tak pedzieć – góralski. Bo najpierw zaśpiewała hyrno górolka z Beskidu Zywieckiego, poni Monika Brodka. Potem zaś mozno juz było piknie sie dowiedzieć, fto w jakiej kategorii zdobył jaki Paśport. Ocywiście naso poni Dorotecka tyz tamok była! I wroz z hyrnom dyrygentkom, poniom Agnieszkom Duczmal wręcyła Paśport hyrnej śpiewacce operowej, poni Joannie Freszel. Sarenkom zaś barzo sie spodobało, ze właśnie ta poni została nagrodzono. Bo ona – jak ujawniono przy okazji – jest nie ino śpiewackom, ale tyz absolwentkom SGGW, ka studiowała ochrone środowiska. A skoro zno sie na chronieniu środowiska – to na chronieniu sarenek tyz! Dlotego sarenki pedziały, ze jeśli bedom kiedykolwiek miały okazje posłuchać jej śpiewu, to barzo uwoznie bedom sie wsłuchiwały. Bo fto wie? Moze poni Joanna – między wiersami – wyśpiewuje instrukcje dlo zywiny, jak skutecnie chronić sie przed myśliwymi?

Po gali – jak zwykle – była cynść nieoficjalno, cyli witacki i pogawędki w kuluarak oraz pocęstunek. Mi wte udało sie spotkać z poniom Doroteckom i poniom Agnieszkom, co to w Polityce ryktuje artykuły archeologicne i historycne, a w pocątkak tego bloga – nieftórzy moze bocom – wklejała tutok moje wpisy.

Sarenki tymcasem posły sprawdzić, cy wśród podawanego jadła nie nojdzie sie cosi dlo nik. No i nolazły to…

to…

to…

i jesce to…

Tego ostatniego zreśtom ludzie… w ogóle nie jedli! Więc dobrze ze chociaz sarenki jadły, bo przecie skoda by było, kieby jakosi serwowano tamok potrawa zupełnie sie zmarnowała.

A potem posłek wroz z sarnami na Dworzec Centralny. Spytołek je, cy trafiom do domu bez mojej pomocy. Zapewniły, ze tak. Więc pozegnali my sie i one odjechały na północ, a jo na południe. Następnego dnia rano byłek juz nazod w mojej wsi.

A ci trzej polowace? Cy oni tyz juz som nazod w swoik chałupak? Jeśli nie som więksymi głuptokami, niz mi sie widziało – to tak. A cy spełniom swojom groźbe i doniosom na sympatycnom poniom bileterke? Mom nadzieje, ze psy, ftóre poznołek pod Warsiawskim Uniwerkiem, skutecnie ik do tego zniechęciły. A jeśli w najblizsyk dniak w zodnyk wiadomościak nie nojde informacji o aferze sarenkowej w warsiawskim Teatrze Wielkim – to wte juz bede mioł nie nadzieje, ino piknom pewność. Hau!

8.01.2018
poniedziałek

Pon Hannawald juz sie nie frasuje

8 stycznia 2018, poniedziałek,

Jak sie cuł pon Hannawald, kie w sezonie 2001/2002 nie ino zajął pierwse miejsce w Turnieju Śtyrek Skocni, ale zarozem był pierwsym cłekiem w historii, ftóry wygroł syćkie śtyry konkursy tego turnieju? Nietrudno sie domyślić. Na pewno był sakramencko scynśliwy. W rocku 2003 – pewnie nadal miło mu sie robiło, kie zbocowoł se ten pikny triumf. Ba w rocku 2004 – pewnie było mu juz mniej miło. A w kolejnyk rokak – jesce mniej. Cemu? Cóz. Pomyślmy, jak mogły wyglądać jego spotkania z inksymi skockami. Wyglądały zapewne tak…

PON HANNAWALD: Witojcie, krzesny!

INKSY SKOCEK: A, witojcie!

PON HANNAWALD: No to pogodojmy se o skokak narciarskik.

INKSY SKOCEK: Yyyyy… Ino jak? Wy zdobyliście komplet pierwsyk miejsc w Turnieju Śtyrek Skocni, a jo – nie. Więc choć obaj jesteśmy skockami, to doświadcenia momy rózne. Cyli… nie za barzo momy o cym godać.

PON HANNAWALD: Bajuści. Skoda.

INKSY SKOCEK: Ano skoda.

PON HANNAWALD: No to do widzenia, krzesny.

INKSY SKOCEK: Do widzenia.

I tak przez dobryk kilkanoście roków. Z kozdym skockiem tak samo. I przez to z roku na rok pon Hannawald był coroz bardziej bidny. Coroz bardziej samotny. I coroz bardziej zafrasowany. Haj.

Jak zatem rozumieć to, ze w trakcie tego ostatniego Turnieju obiecoł postawić piwo temu skockowi, ftóry wygro z nasym Kamilem? Jo nimom wątpliwości, ze on śpekulowoł tak: Na mój dusiu! Nawarzyłek se piwa z tym śtyrokrotnym zwycięstwem w TCS. Oj, nawarzyłek! Jesce zeby to było piwo Smadny Mnich abo Guinnes, to by było pół bidy. Ale nie! To jest jakiesi paskudne piwsko z najpaskudniejsego browaru! To piwo marki „Samotność”! O, Jezusickuuuu! Cy juz nimo dlo mnie zodnej nadziei? Ano… zdoje sie, ze właśnie jest. Ten polski górol spod samiućkik Tater skace teroz barzo piknie. Moze więc on wreście wygro syćkie śtyry konkursy, jako jo downo temu wygrołek? I moze z nim wreście bede mioł o cym godać? Na mój dusiu! Oby tak sie stało! Oby! Jeśli jednak… ftosi wygro z tym Polakiem choć roz, to – krucafuks! – bedzie musioł pomóc mi w piciu tego sakramenckiego piwska. Bo jo sam – nie doje juz rady.

I o to właśnie, ostomili, sło z tym stawianiem piwa. O nic inksego, ino dokładnie o to. Haj.

Jak sie potocył Turniej – to juz ocywiście piknie wiecie. Nas Kamil piknie powtórzył wycyn pona Hannawalda. Nie wiem, cy oglądoliście w telewizji transmisje z końcącego całom impreze sobotniego konkursu. Jeśli nie, to tutok mozecie uwidzieć pikny triumf nasego Kamila i to, co działo sie po jego ostatnim skoku. A w okolicak trzynostej minuty – uwidzicie, jak pon Hannawald gratuluje nasemu mistrzowi piknego sukcesu. No i zwróćcie uwage na kufe Miemca – widać, ze jest piknie uśmiechnięto. Ba moim zdaniem widać na niej jesce cosi – ulge, wielkom piknom ulge. A ta ulga wyniko ocywiście z tego, ze samotność, ftóro doskwierała mu od 2002 rocku, wreście przeminęła. To niescynsne piwo, ftórego se nawarzył, w jednej kwili piknie wyparowało. Bo wreście hyrny miemiecki skocek nolozł inksego skocka, ze ftórym bedzie mioł o cym godać.

Tak więc, ostomili, radujemy sie piknie z tego, cego nas Kamil na tyk śtyrek skocniak dokonoł. Ale opróc nos raduje sie tyz pon Hannawald. I fto wie? Moze ta jego radość jest nawet więkso niz naso? Mnie w kozdym rozie wcale by to nie dziwiło. Hau!

P.S. Ostomili, wklejom ten wpis i… zaroz rusom w Bory Tucholskie. Cemu? No bo – nieftórzy być moze to bocom – rok temu piknie obiecołek sarenkom z tyk Borów, ze zabiere je do Warsiawy na tegorocne Paśporty Polityki. Transmisja na zywo z tego wydarzenia bedzie we wtorek wiecorem w TVN-ie. Jeśli bedziecie oglądać i jeśli nagle dostrzezecie tamok jakiesi sarenki – to bedziecie piknie wiedzieli, skąd one sie tamok wzięły. A jo sam o syćkim piknie wom opowiem, kie z tej gali powróce. No to… do zobacenia wkrótce po rozdaniu Paśportów!

31.12.2017
niedziela

Zamoyskiego Nowego Roku!

31 grudnia 2017, niedziela,

Tatrzański Park Narodowy żąda 9 mln złotych czynszu za schronisko nad Morskim Okiem – cytomy tutok. O, kruca! Dziewięć milionów? To chyba sporo? Przynajmniej dlo tego, fto nie jest Felkiem znad młaki (chociaz sam Felek tyz pedziołby, ze to straśnie duzo, ale on by tak pedzioł nawet wte, kieby musioł zapłacić nie 9 milionów złotyk, a ino 9 grosy). Skąd w ogóle wzięła sie tako suma? Ano… podobno zdaniem TPN schronisko stoi na należącym do nich gruncie, a obecni zarządcy korzystają z niego bez umowy. Z tego tytułu Park zażądał zapłaty zaległego czynszu, począwszy od 2012 roku. Według wyliczeń jest to kwota 8 mln 840 tys. zł. Co na to powiedzom gazdowie schroniska – zobacymy. I zobacymy tyz, cy dojdzie w związku z tym do jakiejsi sądowej sarpacki. Kieby tak sie stało – byłaby to juz drugo tako sarpacka związano z tym piknym miejscem. A kie była pierwso? Heeej! Downo temu. Jesce przed pierwsom wojnom. I była ona dowodem na to, ze choć Polak i Węgier som piknymi bratankami i do sabli, i do śklanki, to do tatrzańskik terenów – juz niekoniecnie. Bo pod koniec XIX wieku my uwazali, ze Morskie Oko jest piknym jeziorem polskim, natomiast Madziarzy – ze owsem jest piknym jeziorem, ale nie polskim, ino węgierskim. Ha! Kieby Madziarzy wiedzieli, ze juz wkrótce w tamtym miejscu bedom nie Węgry, ino Czechosłowacja, to pewnie by sie tak barzo o ten kawałecek Tater nie wadzili. Ale najwyraźniej – nie wiedzieli. I ślus.

Spór mozno było rozwiązać na dwa sposoby: abo za pomocom pistolców, abo na drodze sądowej. Po obu stronak były próby zastosowania tego pierwsego sposobu (jaz cud, ze nifto przy tym nie zginął), ba ostatecnie wybrano ten drugi. Austriackiemu zaborcy było tutok racej syćko jedno – tak cy siak, Morskie Oko pozostawało w jego granicak, a syćkie pływające tamok pstrągi pozostawały wiernymi i posłusnymi poddanymi Najjaśniejsego Pona Franciska Józefa. Ba skoro Polacy i Madziarzy wystąpili o rozstrzygnięcie sporu – trza go było jakosi rozstrzygnąć. No i w 1902 rocku Sąd Rozjemcy w Grazu ukwalowoł, ze Morskie Oko jest polskie. Heeej! We syćik trzek zaborak radość była wielko. Radowano sie w Krakowie, we Lwowie, we Warsiawie i w Poznaniu. A na ulice Zakopanego wyległy tłumy i śpiewały: „Jeszcze Polska nie zginęła, wiwat plemię lasze, słuszna sprawa górę wzięła, Morskie Oko nasze”, przy okazji dowodząc piknie, ze bez Facebooka tyz mozno było błyskawicnie sie skrzyknąć i wyryktować piknom manifestacje.

Za barzo jo sie tutok o tej całej historii nie rozpisuje, bo na pewno wielu z wos jom zno. A fto nie zno – ten poźre do Gugli i tyz bedzie znoł piknie. Ba w tym wpisie… fciołbyk zwrócić uwage na jednego bohatera tej całej sarpacki (przy całym sacunku do wielu inksyk: pona profesora Balzera, pona sędziego Mniszka-Tchorznickiego, ponów z Towarzystwa Tatrzańskiego i siumnyk góroli, ftórzy – za pomocom ciupazek i materiałów zapalającyk – barzo, ale to barzo łagodnie tłumacyli przebywającym nad Morskim Okiem Madziarom, ze lepiej by było dlo nik trzymać sie od tego jeziora z dala). O kim godom? Ano o ponu hrabim Władysławie Zamoyskim. Na mój dusiu! To był dopiero piknie bezinteresowny cłek! Całym swoim majątkiem zaryzykowoł, coby Polacy w owym sporze zawierchowali. Wykostowoł sie straśnie, zeby zakupić dobra zakopiańskie i okołozakopiańskie, w tym rejon Morskiego Oka. Ale dzięki temu zwięksył sanse na utrzymanie tego rejonu przy Polsce. Później zaś robił, co mógł, coby nabyte dobra piknie zagospodarować. Zadboł na przikład, coby tamok, ka powycinano lasy, wyrosły nowe jodły i smreki. A robił to syćko nie na własny uzytek, ba na uzytek góroli i miłującyk nase góry turystów. Matka hrabiego, poni Jadwiga Zamoyska, tak pisała w liście: Dobrze, że się uratowało ten polski klejnot; myślę, że z czasem odpłaci się Zakopane za to, co się uczyniło dla ratowania go, ale obecnie jest on tylko wspaniałym kamieniem u szyi i trzeba będzie tęgo i żwawo pod wodą płynąć, ażeby z Zakopanem nie zatonąć.* Bajuści, z punktu widzenia interesów pona hrabiego – była to niezbyt opłacalno inwestycja. Ba on wse myśloł o interesie syćkik swoik rodaków, a nie o własnym. Haj.

Na co jesce wydawoł on dutki? Ano na całom kupe ślachetnyk celów. Na własne potrzeby zaś – barzo niewiele. Choć mioł tyz jednom wade niestety – nie lubił właściwie zodnego narodu opróc własnego. Ale cóz… wte wielu światłyk ludzi, nie ino w Polsce, wykazywało podobnom postawe. Takie były casy. I na takim, a nie inksym poziomie była waso ludzko cywilizacja. Bo naso psio – była na zupełnie inksym. Haj.

Ba wróćmy teroz do tyk 9 milionów, ftóryk TPN fce od schroniska nad Morskim Okiem. Cóz, przyznom, ze nimom zielonego pojęcia, cy TPN mo tutok racje cy jej nimo. Znając zycie, cało sprawa moze sie okazać tak straśnie pokryncono, ze dopiero 9 milionów prawników – po jednym prawniku na kozdom złotówke – bedzie w stanie rozstrzygnąć, cy te ządania som słusne cy nie. Ba wiem jedno – jeśli schronisko zapłaci – to te dutki powinny zostać przeznacone na jakisi ślachetny cel. A jeśli nie zostanom… to jo swoim owcarkowym nosem cuje, ze hrabia Zamoyski bedzie strasył po nocak kozdego, fto mógł w ślachetny sposób je spozytkować, a tego nie zrobił. Ot, tako mojo owcarkowo przestroga dlo wos ludzi.

No ale tak w ogóle to Morskie Oko Morskim Okiem, tymcasem… końcy sie nom 2017 rocek. Barzo piknie sie zreśtom końcy! Cego zaś zycyć wom na rok, ftóry wkrótce sie zacnie? Opróc tego ocywiście, coby jesce wiele rozy podium w skokak narciarskik wyglądało tak piknie jako teroz w Oberstdorfie? Ano zyce, cobyście w Nowym Rocku natrafili na jak najwięcej takik ludzi jak pon hrabia Zamoyski. Wspaniałyk, siumnyk, ślachetnyk i bezinteresownyk. A rózniącyk sie od pona hrabiego ino tym, ze oni bedom juz barzo dobrze wiedzieli, ze nie ino polski naród jest barzo pikny, ale inkse tyz. Cyli po prostu Zamoyskiego Nowego Roku wom zyce! A dokładniej: Hrabiowo-Władysławowo-Zamoyskiego. Hau!

* D. Jaworski, Jak hrabia i górale perłę Tatr ocalili, „Tygodnik Powszechny” 2002, nr 38, numeru strony niestety nimom, ale jak by co, to cały artykuł jest tutok.

20.12.2017
środa

Między Oberndorfem a Arnsdorfem

20 grudnia 2017, środa,

Rok temu była dwusetno rocnica powstania piknego wiersa, ftóry później stoł sie tekstem hyrnej kolędy „Cicho noc”. W jakik okolicnościak ten wiers zostoł wyryktowany – o tym opowiedziołek wom w poprzednie Boze Narodzenie.

Z kolei w przysłym roku, ostomili, w samiućkom Wigilie, bedzie dwusetno rocnica skomponowania melodii do tej kolędy. Cyli kiebyk był wielkim miłośnikiem jubileusy, to o powstaniu tej melodii opowiedziołbyk dopiero za dwanoście miesięcy. Ale WIELKIM miłośnikiem takik rzecy nie jestem, co najwyzej UMIARKOWANYM. I dlotego nie widze powodu, coby nie opowiedzieć o tym juz teroz. Haj.

Kie popytocie Gugle o pomoc, to skróconom historie narodzin „Cichej nocy” nojdziecie w wielu miejscak. Na przikład w barzo piknym portalu zatytułowanym Magia Świąt Bożego Narodzenia. Co ciekawe – zdoje sie, ze ten portal prowadzi samodzielnie jedno ino poni!

Co cytomy tamok o tej piknej kolędzie? Ano to, ze melodia do niej powstała […] 24 grudnia 1818 roku. Joseph Mohr, w latach 1817-1819 wikary w nowo powstałej parafii św. Mikołaja w Oberndorfie k. Salzburga, zaproponował Franzowi Gruberowi napisanie muzyki do swojego wiersza. Franz Gruber był od 1807 do 1829 r. nauczycielem, organistą i kościelnym w Arnsdorfie, od 1816 do 1829 r. również organistą w nowej parafii w pobliskim Oberndorfie.

Cyli – jak sami widzicie – przez pewien cas pon Gruber był organistom w dwók parafiak naroz: w Oberndorfie i Arnsdorfie. Co z tego wynikało? Ano to, że bidokowi furt sie myliło, we fórym kościele mo grać do msy na organak. Kie mioł grać w Oberndorfie – seł do kościoła w Arnsdorfie, a kie mioł grać w Arnsdorfie – hyboł do Oberndorfu. Fakt, ze nazwy obu miejscowości końcom sie na „dorf”, nie ułatwiały mu ogarnięcia tego syćkiego.

W Wigilie 1818 rocku pon Gruber mioł piknie grać na pasterce w Oberndorfie. Ba wikary Joseph Mohr… jakimsi sóstym zmysłem cuł, ze pon Gruber pomyli kościoły po roz kolejny.

– O, Jezusicku! O, Jezusicku! – biadolił wikary. – Mom złe przecucia. A jo juz piknie obiecołek proboscowi, ze pon Gruber przyjedzie i piknie zagro. Jeśli jednak nie przyjedzie – jo bede za to osobiście odpowiedzialny. Co robić? Chyba muse jakosi skontaktować sie z tym Gruberem.

Ha! Skontaktować sie! W 1818 rocku łatwo to było pedzieć, ba trudniej zrobić. Nie było wte przecie ani internetu, ani telefonu, a telegraf… mioł być wynaleziony juz za niedługo, ale na rozie niestety jego tyz jesce nie było.

A do północy pozostawała juz ino godzina. Jegomość Mohr widzioł tylko jedno wyjście: hipnąć do najblizsego gazdy, ftóry mioł konia, pozycyć od niego te zywine i pognać do odległego o kilka kilometrów Arnsdorfu. Tamok nalezało jak najsybciej odsukać siumnego, ba kapecke nierozgarniętego organiste.

Jak jegomość wymyślił, tak zrobił. Pozycył konia i rusył w droge. Ba pędząc ku Arnsdorfowi, ani sie domyśloł, ze… pare tysięcy kilometrów pod nim… Lucyfer właśnie wezwoł do siebie najsprytniejsego z diasków.

– Słuchoj mnie, mój najsprytniejsy sługo – rzekł Lucyfer.
– Słuchom cie, o, władco wselkiego zła, włącnie z tym, ftóre udoje, ze jest dobrem – odezwoł sie pokornie diasek.
– Właśnie w tej kwili – godoł dalej Lucyfer – austriacki jegomość Joseph Mohr jedzie do miastecka Arnsdorf u podnóza piknyk Alp… to znacy – brzyćkik Alp. Bo dlo nos przecie syćko, co pikne – jest brzyćkie, a syćko, co brzyćkie – jest pikne.
– Rozumiem, mój ponie, ze mom skusić go do złego? – domyślił sie diasek.
– Dobrze rozumies. – Lucyfer pokwolił bystrość swego poddanego. – A sprawa jest w tej kwili priorytetowo, bo nas piekielny wywiad zdobył informacje, ze ta podróz zaowocuje powstaniem nowej, hyrnej na cały świat kolędy. A my przecie nie lubimy kolęd!
– Nie lubimy! – zgodził sie diasek. – Wolimy disco-inferno.
– Bajuści – pedzioł władca ciemności. – Hyboj zatem na ziemie. A kie ten jegomość przybędzie do Arnsdorfu, to zaciągnij go do korcmy. W korcmie cęstuj go najmocniejsom gorzołkom. Nie załuj przy tym dutków – po zakońconej akcji naso księgowość syćko ci zwróci. Niek ten Mohr tak sie spije, coby pozostawoł przynapity jaz do końca świąt. I wte, jak wytrzeźwieje, bedzie juz za późno na ryktowanie nowyk kolęd. Hehehe!
– Hehe! – Diasek zawtórowoł Lucyferowi, choć kieby Lucyfer był bardziej uwozny, to by dostrzegł ze śmiech jego podwładnego jest kapecke wymusony.
– Lice na ciebie, więc wykonoj zadanie jak najlepiej – pedzioł Belzebub. – Ta kolęda nimo prawa powstać!

Diasek pokłonił sie nisko i opuścił komnate swego pona. A zaroz potem – zrobił brzyćki grymas.

– Wykonoj to zadanie jak najlepiej! Dobre sobie! – burknął. – Znom tego Mohra. On jest – krucafuks – straśnie odporny na pokusy. Nimo sans, coby go nakłonić do pijaństwa. No chyba ze bede przemocom fizycnom wlewoł w tego chłopa gorzołke…

Po kwili namysłu jednak diasek zawołoł:
– Mom sprytniejsy pomysł!

Wnet zakrodł sie do piekielnego magazynu, ka przechowywany jest węgiel do rozpalania ognia pod kotłami dlo potępieńców. Tamok nas diasek wypatrzył sporom węglowom bryłe. Schowoł jom za pazuchom. I wnet pohyboł do Arnsdorfu.

Tymcasem w Arnsdorfie pojawił sie tyz jegomość Mohr. Najpierw skierowoł sie ku tamtejsej skole, bo w jej murak właśnie pon Gruber mioł swoje niewielkie mieskanko (dzisiok w tym budynku mieści sie Stille Nacht Museum, cyli pikne Muzeum Cichej Nocy). Tamok dowiedzioł sie od stróza, ze pon Gruber jest w tej kwili w kościele, ka ćwicy na organak. Kościół nojdowoł sie (i nojduje nadal) tuz obok skoły. Minęła więc ino kwila, jak wikary stanął przed wejściem do arnsdorfskiej świątyni. Nie zauwazył jednak, ze nad nim, na samym wierchu kościelnej wiezy, zacaił sie ten sakramencki diasek. Kie jegomość juz chytoł za klamke… diasek upuścił zabranom z piekła grude węgla. Prosto na głowe bidnego wikarego! Trafiony jegomość podł nieprzytomny na ziem.

Tymcasem organista Gruber – tak jak pedzioł stróz – nojdowoł sie wte w kościele. Zaintrygowoł go dziwny odgłos, ftóry doseł jakby z kościelnego dziedzińca. A ze dźwięki to przecie była specjalność pona Grubera, postanowił on wyjść do pola i noleźć źródło tego, co przed kwileckom usłysoł. No i kie wyseł… uwidzioł nieprzytomnego wikarego.

– O, Jezusicku! – zawołołoł przerazony. – To przecie jegomość Mohr! Jegomościu! Co sie stało?
Ocywiście nie było komu na to pytonie odpowiedzieć. Pon Gruber chycił wikarego pod pachy i zaciągnął do zakrystii. Tamok posadził niescynśnika na krześle i zacął cucić.

Jegomość wreście otworzył ocy. Rozejrzoł sie dookoła roz i drugi, a potem spytoł:
– Ka jo jestem?
– Jak to ka? – zdziwił sie pon Gruber. – W zakrystii kościoła w Arnsdorfie. Przecie byliście tutok, jegomościu, nie roz. Nie poznojecie tego miejsca?
– Ano… nie poznoje – pedzioł wikary. – A wy, panocku, kim jesteście?
– Na mój dusiu! – zawołoł pon Gruber. – Przecie mnie znocie, jegomościu!
– Obawiom sie, ze jednak nie – pedzioł jegomość Mohr. – A tak w ogóle to cemu nazywocie mnie jegomościem?
– No przecie jesteście księdzem, to jak mom wos nazywać? – spytoł pon Gruber.
– Jo księdzem? – zdziwił sie ksiądz. – Nic mi o tym nie wiadomo.
– Zupełnie nic? – spytoł pon Gruber. – Nazywocie sie Joseph Mohr. Jesteście wikarym w kościele w Oberndorfie, ka jo, Franz Gruber, grywom na organak. Nie przybocujecie se?
– Niestety – jegomość zafrasowoł sie straśnie. – Jo chyba straciłek pamięć. Oj, Jezusicku! Nie boce, co to za miejsce. Nie boce, kim jesteście. Nic nie boce! Buuuuu!

Bidny Mohr rozpłakoł sie jak małe dziecko. Pon Gruber próbowoł go uspokoić. Pociesoł, ze utrata pamięci moze być ino kwilowo. Ale nie na wiele sie to zdawało. Wikary płakoł dalej.

– Co robić? Co robić? – śpekulowoł gorąckowo pon Gruber. – Moze powinienek zanucić jakomsi muzycke uspokajającom? W końcu muzykowanie to jest to, co jo umiem robić najlepiej. Ino co by tutok zanucić? Ano… cosi zaimprowizuje.

I pon Gruber zacął improwizować. Zamrucoł to, co mu sie akurat wymyśliło. I nic a nic przy tym sie nie domyśloł, ze to, co w tej kwili mrucy… stonie sie hyrnom na cały świat melodiom.

Pocątkowo wyglądało, ze wikary nie zwraco zodnej uwagi na to, co organista nuci se pod nosem. Ba w pewnej kwili zacął sie w te dźwięki wsłuchiwać. I wsłuchiwoł sie z coroz więksom uwagom. Nagle wykrzyknął:
– Na mój dusiu! Mom pomysł!
– Jaki pomysł, jegomościu? – spytoł pon Gruber.
– Posłuchojcie, panocku – godoł dalej jegomość Mohr. – Dwa roki temu napisołek taki jeden wiers. I teroz – kie tak wos słuchom – to widze, ze słowa tego wiersa piknie dałoby sie zaśpiewać na te wasom melodie.
– Jegomościu! – uciesył sie pon Gruber. – Godocie, zeście napisali wiers? A więc cosi se wreście przybocyliście.
– Bajuści, przybocyłek – potwierdził jegomość. – I… chyba w ogóle zacyno mi wracać pamięć! Przybocyłek se, ze nazywom sie Joseph Franz Mohr, urodziłek sie 11 grudnia 1792 rocku w Salzburgu, a wy jesteście organista Gruber, do ftórego przyjechołek, coby wom przybocyć, ze tej nocy mieliście grać na pasterce w Oberndorfie.
– Na mój dusicku! – Pon Gruber pacnął sie w coło. – Znowu pomyliłek kościoły! Faktycnie! Miołek dzisiok grać w Oberndorfie, nie w Arnsdorfie!

A więc przecucie jegomościa Mohra nie myliło – kieby nie przybył dzisiok do organisty, ten znowu ryktowołby sie do grania nie tamok, ka powinien.

Po kwili obaj poźreli na wisący na ścianie zegar. Było w pół do dwunastej.

– Przed skołom ceko na mnie koń – pedzioł jegomość. – Hipnijmy na niego obaj i rusojmy w droge. Jeśli sie pośpiesymy – to zdązymy.

Nie zwlekając, jegomość i organista wybiegli z kościoła.

– A to co? – zdziwił sie pon Gruber zauwazywsy lezący na ziemi kawał węgla. Ocywiście był to ten węgiel, ftórym diasek trafił w głowe jegomościa Mohra.

– Wcora był tutok węglorz – śpekulowoł organista. – Widocnie zgubił to, kie był tutok z nowom dostawom. Trza odnieść to plugastwo do komórki, bo jesce ftosi sie o to potknie.

Pon Gruber wziął cornom bryłe do ręki i poseł z niom do przykościelnej komórki. Otworzył drzwi i rzucił bryłe na nojdujący sie w środku stos węgla. A potem pośpiesnie rusył ku wikaremu, ftóry juz ryktowoł konia do drogi powrotnej. Kieby nie to, ze w pozbawionej okien komórce, w środku grudniowej nocy, było straśnie ciemno – organista z pewnościom by zauwazył, ze na węglowym stosie ftosi śpi. Fto? Ano ten diasek, ftóry dopiero co tak brzyćko postąpił z jegomościem Mohrem. Przed powrotem do piekła ten ancykryst postanowił uciąć se małom drzemke. No i upatrzył se właśnie owom komórke. Legł tamok i twardo usnął. I społby długo, kieby nie to, ze rzucono przez pona Grubera bryła węgla… prasła diaska w sam cubek jego rogatego łba! Diasek raptownie sie obudził. Syknął z bólu, ale pon Gruber juz tego syknięcia nie usłysoł, bo hyboł pośpiesnie ku wikaremu.

– Na mój dusiu! Co to za ciemnica? I dlocego jo leze na cymsi straśnie twardym i niewygodnym? – spytoł diasek sam siebie. – A tak poza tym to… kim jo w ogóle jestem?

O, krucafuks! Wskutek oberwania w łeb – diasek stracił pamięć! Dokładnie tak samo, jak przed kwilom stracił jom jegomość Mohr! Róznica była ino tako, że diasek nie mioł przy sobie nikogo, fto za pomocom odpowiedniej muzycki mógłby te pamięć przywrócić.

Diobeł pomału zsunął sie z węglowej sterty. I furt zadawoł se pytanie:
– Kim jo jestem? Kim jo – na mój dusiu – jestem?

Otworzył drzwi komórki i rozejrzoł sie po polu.

– O, kościół! – zauwazył. – A zatem wychodziłoby na to, ze jestem księdzem. Tak mi sie zreśtom widziało, ze jo mom cosi wspólnego z siłami nadprzyrodzonymi.

Po kwili obmacoł swe cielsko i stwierdził ze zdziwieniem:
– A cemu jo mom rogi na głowie i ogon nad rzyciom? Cóz. Widocnie jestem jakimsi wybrykiem natury. Ale to nic. Wychodząc z komórki, zawadziłek chyba o jakomsi siekiere. No to za jej pomocom usune se te zbędne dodatki, coby nie wyglądać jak dziwadło.

I zaroz diasek odciął se rogi i ogon. A potem stanął przed kościołem, licąc na to, ze wartko spotko kogosi, fto go rozpozno i piknie mu przybocy, kim on jest. Wkrótce pojawiło sie całe mnóstwo ludzi, bo to przecie zblizała sie pora pasterki. Ale diaska – ocywiście nie rozpoznoł nifto. Diasek uznoł, ze widocnie zostoł tutok dopiero co przysłany przez biskupa jako nowy duspasterz.

– Na pewno miołek na to jakiesi biskupie papiery – pomyśloł. – Ale widocnie zgubiłek je, zanim straciłek pamięć. A moze jacysi zbójcy mi je zabrali? I moze dali mi macugom w głowe i stela właśnie wzięła sie mojo amnezja?

Tak se wereda śpekulowała. A niedługo potem… zacęła tułać sie po Europie. Od kraju do kraju i od miasta do miasta. Furt przekonano, ze jest jakimsi duchownym. I w przekonaniu tym tkwi jaz do dzisiok. Co teroz z tym diaskiem sie dzieje? Godajom, ze w końcu kasi osiodł i załozył własnom radiostacje. Ba ze tak naprowde nadal jest on diaskiem – to jego radio jest niby katolickie, a tak naprowde diabelskie. Haj.

A co stało sie z jegomościem Mohrem i ponem Gruberem? Ano… w ostatniej kwili zdązyli na pasterke w Oberndorfie. Po drodze zaś postanowili, ze w trakcie jej trwania zagrajom i zaśpiewajom kolęde, do ftórej słowa jegomość Mohr napisoł juz jakisi cas temu, ale za to melodie – pon Gruber wymyślił przed niespełna godzinom.

A podcas pasterki… zaśpiewano przez dwók przyjaciół kolęda piknie spodobała sie syćkim wiernym.* I to jak spodobała! Pokiela nie ucichł ostatni jej dźwięk – syćka słuchali jak zacarowani.

A potem probosc, wielebny Josef Kessler, mioł wygłosić kazanie. Ba choć barzo starannie sie do tego kazania wyryktowoł, to teroz – oniemiały w zakwycie nad tak piknom pieśniom – nie był w stanie wydusić z siebie nic opróc:
– Yyy… yyy… yyy… Jako pikno kolęda! O, Jezusicku! Sakramencko pikno! Yyy… yyy… Amen.

I to było całe kazanie tej nocy. Reśte nabozeństwa jegomość Mohr musioł poprowadzić sam, bo probosc siodł rozanielony przy ołtorzu, uśmiechnięty od ucha do ucha, rozmarzonym wzrokiem poziroł nie wiadomo kany, a bodźce zewnętrzne prawie nie robiły na nim zodnego wrazenia.

Po msy zaś – ludzie od rozu oblegli autorów „Cichej nocy”. I piknie pytali o jej słowa i nuty, bo fcieli je wartko przekazać swoim znajomym. Później zaś ci znajomi zapragnęli zapoznać z tym utworem swoik znajomyk. A tamci – kolejnyk znajomyk.

I tak oto kolęda ta ozesła sie po świecie. A jeśli wierzyć Wikipedii, to płyta, na ftórej zaśpiewoł jom pon Bing Crosby, potela jest na trzecim miejscu światowej listy najlepiej sprzedającyk sie singli. Ba jak dobrze wiecie – po polsku tyz mozno to piknie zaśpiewać. Po czesku tyz. I po japońsku. I w całej kupie inksyk języków.

A teroz, moi ostomili, na te nadchodzące Święta fciołbyk zycyć wom piknie, coby zakwyciły one wos co najmniej tak, jako ludzi w Oberndorfie zakwyciła odśpiewano po roz pierwsy „Cicho noc”. I cobyście spędzili ten świątecny cas tak, jak lubicie, cy to na świezym powietrzu, cy w wygodnym fotelu, ze śklanicom grzanego miodu, abo latte, abo cegosi inksego, co wom piknie smakuje. I niekze w te bozonarodzeniowe dni nie wydarzy sie nic złego, za to dobrego – barzo wiele. Tego zyce Abnegateckowi, Agecce, Alecce i Jerzoreckowi wroz z Mrusieckom, Alfredzickowi, Alsecce, Amigeckowi, Andorfeckowi, Andrzejeckowi, Anecce Chochołowskiej, Anecce Holenderskiej, Anecce Schroniskowej, Anonimowej Celebrytecce, Babciecce, Babecce, Babulecce, Badzieleckowi, Basiecce, Bercickowi, Bezecnickowi, BlejkKocickowi, Bobickowi, Borsuckowi, Breslauereckowi, Byckowi, Córecce Komturecka, Emilecce, EMTeSiódemecce, Enzeckowi, Evecce, Fluxiceckowi, Fomeckowi, Fusillecce, Gosicce, Grazynecce, Grzesickowi, Helenecce, Heretickowi, Hokeckowi, Hortensjecce, Innocencickowi, Jagusicce, Janickowi, Jarutecce, Jasieckowi Juhasowi, Jerzeckowi, Jerzeckowi Pieculeckowi, Jędrzejeckowi, Jotecce, Józefickowi, KaeSicce, Kapisonecce, Kiciafecce, Kiniecce, Kocureckowi, Kruckowi, Krzycheckowi, Ktośtameckowi, Kundeleckowi Laskowiackiemu, Lemarckowi, Lorecce, Maackowi, Magecce, Małgosiecce, Marcineckowi, Mietecce, Misieckowi, Moguncjuseckowi, Mordechajeckowi, Motyleckowi, Mysecce, Noboru Watayecce, Noweckowi, Observereckowi, Okonickowi, Olecce, Orecce, Original_Replikeckowi, Ozzeckowi, Paffeckowi, PAKeckowi, Pawełeckowi Markiewickowi, PikuMycheckowi, Plumbumecce, Poni Agnieszce, Poni Basi i Ponu Pietrowi wroz z Rudolfem, Poni Dorotecce, Poni Justynie wroz Maćkiem i Michałem, Ponu Jakubowi, Potworecce, Profesoreckowi, Rackowi, Radwickowi, Rózecce Wigelandecce, Sebastianickowi, Seiendeseckowi, Starej Babecce, Staruseckowi, Tanakeckowi, Teresecce, TesTeqeckowi, Tubyleckowi, TyzPieseckowi, Ubukruleckowi, Voltereckowi, Wawelokowi, Wawrzeckowi, Werbalisteckowi, Wiecnościecce, Witoldeckowi, Yanockowi, Yyckowi, Zbyseckowi, Zeeneckowi, Zzakałuzeckowi i w ogóle syćkim ludziom i syćkiej zywinie. Wesołyk Świąt! Hau!

P.S. No a jesce trza zbocyć, ze pod ostatnim wpisem zawędrowoł do Owcarkówki nowy gość – Lemarcek. Powitać Lemarcka barzo piknie! 🙂

* Legenda głosi, ze „Cichom noc” odśpiewano wte przy akompaniamcie gitary, bo piscałki organów w oberndorfskim kościele były pogryzione przez mysy. Kozdo legenda mo w sobie ziorko prowdy, więc ta tyz miała. Ba cało prowda jest tako, ze pocątkowo pon Gruber groł na organak. Kie jednak kościelne i okolicne mysy usłysały tak niebiańsko piknom kolęde, to uznały, ze grający jom instrument musi niebiańsko piknie smakować. I dlatego wnet całom chmarom rzuciły sie na organy i zacęły tak wartko zajadać. Pon Gruber zrozumioł, ze za kwile organy stanom sie bezuzytecne. Na scynście nie stracił zimnej krwi. Zauwazył lezącom obok gitare, więc chycił niom i właśnie na niej dokońcył akompaniowanie śpiewowi swojemu i jegomościa Mohra. Telo ino, ze w trakcie dalsego śpiewania, między słowami kolędy, wydawoł cichutkie miauknięcia, coby i na ten instrument mysy sie nie rzuciły.

11.12.2017
poniedziałek

Pon Doba i wieloryby

11 grudnia 2017, poniedziałek,

Umiecie, ostomili, odróznić kure od koguta? Ocywiście, ze umiecie! A lwice od lwa? Ocywiście tyz. A suke od psa? Dalibyście rade. Ale wybroźcie se, ze podrózujecie piknym statkiem po oceanie i nagle… widzicie przepływającego nieopodal wieloryba. Bylibyście w stanie rozpoznać, cy to samiec cy samica? Ooo! Cosi mi sie widzi, ze nie za barzo. Tymcasem dlo pona Aleksandra Doby – to zoden problem.

Ten hyrny zdobywca mórz i oceanów pojawił sie pare tyźni temu w telewizji, w programie pona Kuby Wojewódzkiego. Zdązyłek juz nawet o tym zabocyć. Ale kie dwa wpisy temu Alecka, Tanakecek, Tubylecek i Volterecek zacęli snuć morskie opowieści – to syćko przybocyło mi sie nazod. Bo w tym programie pon Doba tyz piknie zabawioł publicność piknymi morskimi historiami. A jedno z tyk historii była o tym, jak spotkoł roz na oceanie piknom wielorybice.

– Na mój dusiu! Olecku! – zawołoł pon Wojewódzki. – A skąd wies, ze to była wielorybica, a nie wieloryb?
– Barzo łatwo, Kubusiecku – odpowiedzioł pon Doba. – Patrzyła na mnie, więc musiała to być wielorybica. Kieby to był wieloryb, to by przecie nie patrzyła, ino patrzył.

No i co, ostomili? Cy w takim rozumowaniu jest cokolwiek nielogicnego? Ano nimo. Jest za to sto procentów racji! Skoro patrzyła – to musiała być samica i ślus.

Tak więc ponu Aleksandrowi nalezy sie podziw nie ino za to, ze furt piknie udowadnio, ze mozno mieć ponad 70 roków, a mimo to być młodsym niz niejeden dwudziestolatek. Podziwiojmy go tyz za umiejętność nojdowania łatwyk rozwiązań tamok, ka zdawałoby sie, ze takowe nie istniejom.

Aha… telo ino, ze kie idzie o wiek pona Doby, to sprawa wcale nie jest tako ocywisto. W programie, o ftórym tutok godom, pon Wojewódzki nie mógł se darować, coby nie zapytać swego gościa właśnie o wiek. A ów gość odporł bez wahania:
– Mom dwajścia dziewięć roków.
– Co? Dwajścia dziewięć? – Pon Wojewódzki zdziwił sie straśnie, choć zdawałoby sie, ze tego pona to juz nic nie jest w stanie zdziwić.
– Ano, dwajścia dziewięć – powtórzył pon Doba. – Dokładnie telo brakuje mi do setki, a jo tak właśnie lice swój wiek. Haj.

I znowu pon Aleksander mo racje! A jakie pikne rzecy wynikajom z tego, ze jom mo! Potela kozdy myśloł, ze nie mozno mieć dwajścia dziewięć roków, a za rok – ino dwajścia osiem. A tutok sami widzicie – mozno.

No ale wróćmy do tego odrózniania wielorybic od wielorybów. Moi ostomili, nie wiem, ka cytocie niniejsy wpis, ale najprowdopodobniej w domu. Ba kie cytocie o tak siumnym podrózniku, to pewnie juz biere wos ochota, coby wyjść do pola i wyrusyć na podbój świata. Jeśli nie mocie mozliwości pohybać na wielkom wyprawe, to pewnie fcielibyście chociaz na jakomsi mniejsom. A jeśli nawet mniejso nie wchodzi w gre – to przynajmniej na mały spacerek do lasu abo inksego parku. No i kie juz wyjdziecie z domu, choćby ino na taki spacerek, to wse istnieje mozliwość, ze spotkocie jakomsi zywine. Tak jak spotykoliście jom juz nie roz. Ba potela cynsto mieliście kłopot z odgadnięciem, fto spośród tej zywiny jest chłopem, a fto babom. Teroz zaś – sposobem pona Doby – piknie bedziecie umieli odróznić kota od kotki, gołębia od gołębicy, wróbelka od poni wróbelkowej… Nawet pona muche od poni muchowej odróznicie. Wystarcy ino, ze zrobicie to samo, co ten nas siumny wilk morski z wielorybami zrobił – sprawdzicie, cy napotkano istota bedzie na wos patrzyła cy patrzył.

A co, jeśli taki zwierzok nie zefce na wos poźreć? Zoden kłopot. Jeśli nie bedzie patrzyła, to znacy, ze samica, a jeśli nie bedzie patrzył – to samiec. Proste? Proste. Jak jajko pona Kolumba. Haj.

O! A kie o pona Kolumba idzie, to piknie juz na pierwsy rzut oka widać, ze wiele go z ponem Dobom łący. Obaj piknie odwazni, obaj duzo pływający po Atlantyku, obaj to morscy kapitanowie… Ze co? Ze pon Doba nie jest kapitanem? A właśnie ze jest! Przecie kajak to tyz statek. Telo ino, ze barzo mały. A jak jest statek – to i kapitan musi być. No i pon Doba jest na swoim statku-kajaku kapitanem, syćkimi marynorzami i kuchorzem okrętowym w jednym.

Pozirając na pona Dobe i jego wieloryby oraz na pona Kolumba i jego jajko, u obu tyk ponów widzimy jesce jednom wspólnom rzec – zdolność do przeinacania skomplikowanego na proste. Cy zatem tako zdolność wyniko właśnie z bycia kapitanem na jednostce pływającej po Oceanie Atlantyckim? Na to by wychodziło… No to na mój dusiu! Przyznom sie wom, ze jo, choć na swoje zywobycie pod Turbaczem nie narzekom i racej nie zamieniłbyk go na zodne inkse, to zarozem… tym syćkim, co dowodzom łodziami, statkami i inksymi łajbami między Europom a Hamerykom… chyba zacynom kapecke zazdrościć. Hau!

1.12.2017
piątek

Jajeśnica na Polanie Sralówki

1 grudnia 2017, piątek,

Pod poprzednim wpisem, w komentorzu z 18 listopada i godziny 9:18, Volterecek zbocył siumnego kapitana Srala, piknie słuzącego w podhalańskik oddziałak AK. A mi, kie przecytołek Voltereckowy komentorz, przysła na myśl Polana Sralówki, mająco związek z tym właśnie nazwiskiem (ale nie z tym kapitanem, ba z inksym Sralem, o cym bedzie mowa za kwilecke). Przez te polane, ostomili, wiedzie zielony ślak z Nowego Targu na Turbacz. Ba ciekaw jestem, kielo wędrującyk przez niom turystów wie, ze kiesik było tamok schronisko. Od rozu godom, ze fto nie wie, ten nimo sie cego wstydzić. Bo nawet Gugle nie wiedzom. W kozdym rozie kie jo wpisołek tamok: „Sralówki schronisko”, to rózne rzecy mi sie wyświetliły, ale nie to, cego sukołek. Przyznom wom, ze sie zdziwiłek. Nawet barzo. Bo te całe Gugle jakosi umiom noleźć inkse nieistniejące schroniska w Gorcak – to na Lubaniu i to na Łapsowej Polanie. A tego na Sralówkak – nie umiom. A przecie istniało ono tamok jesce w casak wcesnego Gierka. Maluśkie było i ciasne, ale pikne. I piknie obsługiwało strudzonyk beskidzkik turystów. A jakom jajeśnice tamok podawali! Heeej! Jaz nie wiem, jak opisać jej smak. Kieby smakowała dziesięć rozy gorzej, to mógłbyk pedzieć, ze to było niebo w gymbie. Bajako.

Jak to robili, ze ta jajeśnicka była tako pikno? Mieli jajka od specjalnyk kur? Znali jakisi sekretny przepis? A moze po prostu powietrze na tej polanie wchodziło z jajeśnicom w reakcje chemicnom, ftóro ryktowała taki, a nie inksy smak? No… nie wiadomo. Fto te jajeśnice jodł, ten nie mioł casu śpekulować nad jej recepturom, bo był za barzo pochłonięty zjadaniem jej z wielkim apetytem. Haj.

W casak średniego Gierka schronisko zostało zlikwidowane 😥 Ba cemu – w odróznieniu od inksyk, tyz zlikwidowanyk – właściwie od rozu o nim zabocono? No cemu? Tajemnico sprawa krucafuks. Ale jo, ostomili, chyba sie syćkiego domyślom. Prowdopodobnie zadziało sie tak, ze zwołano zebranie paru woznyk osób. No i zacęli ukwalować.

– Towarzyse! – głos zabroł najwozniejsy z zebranyk. – Musimy wreście sie zająć jednom dosyć gorsącom sprawom. Idzie o Polane Sralówki nad Kowańcem. Na mój dusiu! Fto to słysoł, coby pikno górsko okolica kojarzyła sie z wulgarnym określeniem wiadomej cynności fizjologicnej? W kapitalizmie – tako odrazająco reakcyjno nazwa to ocywiście norma. Ale w socjalizmie? W Polsce Ludowej? Przecie młodziez sie przez to gorsy! Klasa robotnico sie gorsy! Gorsom sie syćka, ftórym zalezy na pokoju w świecie i dawaniu odporu hamerykańskiemu imperializmowi.
– Ale pockojcie, towarzysu – odezwoł sie jeden cłek lepiej zorientowany. – Nazwa tej polany wcale nie wzięła sie od wyzej wymienionej cynności fizjologicnej, ino od bacy Sobka Srala, ftóry zył tamok przed wojnom i pasoł owiecki. Był ucciwym przedstawicielem mas pracującyk. I fto wie? Kieby zył w dzisiejsyk casak, to moze by nawet wstąpił do PZPR abo przynajmniej do ZSL?
– Towarzysu, nie w tym rzec, cy on był ucciwy cy nieucciwy – zauwazył kolejny z zebranyk. – Idzie o samo słowo jako takie. Tak w ogóle to fto przodkom tego bacy nadoł takie nazwisko? Pewnie jakisi zdemoralizowany magnat, ftóremu były ino same brzyćkie słowa w głowie, a przy tym gardził wyzyskiwanymi przez siebie prostymi i pracowitymi górolami. Cyli nie mozemy nad takom nazwom przejść do porządku dziennego, bo to by oznacało nasom akceptacje dlo ciemięzenia chłopstwa przez downe moznowładztwo. A my przecie ciemięzenia ludu pracującego miast i wsi nie akceptujemy i nie bedziemy akceptować!
– Jest jedno wyjście – znów zacął godać ten lepiej zorientowany. – W Tatrak Zachodnik jest taki zleb, ftóry jesce w casak feudalizmu nazwano Żlebem pod Wysranki. Ta budząco odraze nazwa utrzymywała sie przez wieki. Ba wreście światli ludzie wpadli na pikny pomysł, coby zmienić jom na inksom, bardziej romantycnom – Zbójnicka Dolina.*
– O to właśnie idzie! – zawowołoł najwozniejsy z zebranyk. – Towarzyse! Zmieńmy nazwe Polany Sralówki na jakomsi romantycnom, a zarozem piknie postępowom. Niek to bedzie na przikład Polana Robotniczo-Chłopska. Abo Polana Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Jo wiem, ze to kapecke przydługie nazwy. Ale za to jakie romantycne!
– Brawooo! – zacęli wiwatować syćka zebrani… z wyjątkiem jednego. Ten jeden pockoł jaz syćka sie ucisom, a potem spytoł:
– Ino cy duch bacy Sobka Srala nie bedzie wściekły, kie pozbawimy te polane jego imienia? Nie bedzie nos strasył po nocak?

No i tutok… syćka zebrani zafrasowali sie straśnie. Bo wiecie, jak w tamtyk casak było – wielu woznyk ludzi godało, ze som ateistami, a tymcasem wierzyli w duchy, wierzyli w zabobony i casem nawet hybali ukradkiem do kościoła. Cyli było na odwyrtke niz dzisiok, kie dlo odmiany wielu woznyk ludzi godo, ze som gorliwymi katolikami, a tymcasem syćkie Ponobóckowe przykazania majom w rzyci, w scególności zaś to, o ftórym sam Poniezus godoł, ze jest najwozniejse.

Chociaz… cy jo wiem, cy to na odwyrtke? W końcu i wte było to po prostu wielkie udawanie, i teroz tyz jest. Bajako.

No w kozdym rozie zebrani uznali, ze przeinacanie nazwy polany moze być dlo nik ryzykowne. Ba wpadli na inksy pomysł – postanowili zlikwidować tamtejse schronisko. Tako likwidacja – rozumowali – sprawi, ze syćka mniej bedom interesowali sie tym miejscem, a jak bedom sie nim mniej interesowali, to nie bedom za barzo zwracali uwagi na jego przybocującom brzyćkie słowo nazwe. Postanowiono przy tym dołozyć wselkik starań, coby pamięć o schronisku zaginęła. No i krucafuks! Prawie sie to udało. Haj.

Tak właśnie, ostomili, musiało to być te śtyrdzieści roków temu. Ale cóz… Wiele sie od tamtej pory nomieniło. Dzisiok wulgaryzm kojarzony z nazwom Sralówki jest juz chyba mniej wulgarny? Bo na kimze robi on wrazenie teroz, w casak, kie trudno o polski film bez pięcioliterowego słowa na „k” abo hamerykański bez śtyroliterowego słowa na „f”? A skoro tak – to powód zlikwidowania tamtego schroniska jest… chyba nieaktualny.

No to na mój dusiu! Niekze w takim rozie ftosi je przywróci! Niek piknie przywróci, coby nazod mozno było radować turystów (a przy okazji i mnie – kie bede tamok zaglądoł) tom jakze piknom jajeśnickom. Jo wiem, co ftosi moze mi pedzieć: Owcarku, a skąd mos te pewność, ze kie to schronisko wróci, to jajeśnica w nim bedzie równie pikno jako te śtyrdzieści roków temu? Przecie nawet nie wies, cy jego tamtejso obsługa jesce zyje. A ta nowo moze nie wiedzieć, jak takom jajeśnicke ryktować.

Spokojnie, ostomili. Bedom wiedzieli. Juz jo tego dopilnuje. Co najwyzej bede stoł pod tym schroniskiem i wył na cęstotliwości dlo nieznośnej cłowieka. Bede wył tak długo, jaz sie domyślom, z jakiego powodu jo to robie. I nawet jak nie bedom umieli wyryktować jajeśnicy takiej jak trza, to spragnieni kojącej cisy – wartko sie naucom. Tak więc, ostomili, ta pikno jajeśnicka nazod na Sralówkak bedzie. I to tako – ze najstarsi gorcańscy turyści piknie potwierdzom, ze smakuje ona tak samo jak w tamtyk downyk casak. Niek ino – krucafuks – przywrócom to schronisko. Hau!

P.S.1. A całkiem niedowno, bo zaledwie wcora, Tubyleckowe imieniny były. No to zdrowie Tubylecka! 🙂

P.S.2. 4 grudnia momy w Owcarkówce kolejne imieniny, tym rozem Basieckowe. Zdrowie Basiecki! 🙂

P.S.3. Zaś dzień później, 5 grudnia, jesce jedno święto tutok bedzie – urodziny Zbyseckowe. Zdrowie Zbysecka! 🙂

* Worce tutok zbocyć, ze syćkie próby, coby nazwać ten zleb „ładniej” – spełzły na nicym. O owym Żlebie pod Wysranki mozecie przecytać choćby w Wikipedii. Nojdziecie go tyz na kozdej więksej mapie Tater, w okolicak Jaskinii Mroźnej nad Dolinom Kościeliskom. A więcej o heroicnyk (choć daremnyk) zmaganiak z tom „brzyćkom” nazwom mozecie dowiedzieć sie na przikład z piknej ksiązecki poni Beaty Sabały o zywobyciu dziennikorki radiowej pod Tatrami (B. Sabała-Zielińska, Radio-aktywna Sabała, czyli jak zostałam głosem z Zakopanego. Pascal, Bielsko-Biała 2014, s. 157, 174-175).

9.11.2017
czwartek

Mehr Licht :)

9 listopada 2017, czwartek,

Pani Małgorzata w jednym z supermarketów na terenie powiatu gorlickiego (woj. małopolskie) kupiła podudzia kurczaka. W domu przyprawiła mięso i zostawiła je na stole w kuchni. Kiedy wieczorem wróciła do pomieszczenia, zobaczyła, że mięso świeci w ciemności.
– W pierwszej chwili pomyślałam, że ktoś zostawił na stole wyciszony telefon, który teraz dzwoni. Podeszłam do stołu i to, co zobaczyłam, po prostu mnie przeraziło. Mięso świeciło, to było takie światło jak od odpustowych figurek – relacjonuje kobieta w rozmowie z „Gazetą Krakowską”.

Jeśli fcecie, ostomili, ten drobiowo-iluminacyjny artykuł przecytać do końca, to nojdziecie, go tutok.

W tymze artykule uwidzicie tyz pikne zdjęcia owego świetlistego kurcoka. I cóz… stuwatowo zarówka to nie jest. Ale trza przyznać, ze świeci całkiem piknie. Haj. Ino – na mój dusiu – cemu świeci? Jo se myśle, ze som trzy mozliwości: pesymistycno, neutralno i optymistycno. Pesymistycno jest tako, ze być moze dosło juz do tego, ze kurcoki som zatrudniane w kopalniak uranu. A kie taki bidny kurcok podnie z wycieńcenia, to jakiesi corne charaktery nie zakopujom go nika ani nie utylizujom, ino pakujom i sprzedajom do sklepów spozywcyk.

Mozliwość neutralno jest tako, ze… kurcok jak to kurcok, wiadomo cym sie zywi – robalami. Ten, ftórego kupiła poni Małgorzara, najwyraźniej objodł sie robackami świętojańskimi. Niestety nic mi o tym nie wiadomo, coby robacki świętojańskie były dlo wos ludzi zdrowe. Ale tyz nigdy nie słysołek, coby były niezdrowe. I dlotego właśnie ta mozliwość jest neutralno.

Ba najbardziej prowdopodobno jest mozliwość optymistycno. Cemu najbardziej? A, zwróćcie, ostomili, uwage, kany sie to syćko wydarzyło? Powiat gorlicki! A więc ta pikno kraina, ka zył i słuzył ludzkości hyrny konstruktor lampy naftowej pon Ignacy Łukasiewicz. Kie zatem te syćkie fakty nalezycie ze sobom połącyć, to nie sposób nie zacąć podejrzewać, ze pewnego piknego dnia podgorlickie kury zwołały wielkie zebranie i tak zacęły ukwalować:
– Kooo-ko-ko-ko-koooo! Gdak! Gdak! Koooo-ko-kooo! Gdak!
Co w tłumaceniu na język ludzki brzmi:
– Heeej! Pikne som tradycje tutejsego regionu. Barzo pikne. To tukok przecie działoł ten pon, ftóry tom swojom lampom naftowom telo ponuryk mroków rozjaśnił! Nifto nie zaprzecy, ze był to barzo siumny cłowiek. No ale właśnie – cłowiek. A my kury co? Zodnyk zasług na tym polu nie momy. Co za wstyd! Cy juz tak do końca świata bedziemy musiały sie wstydzić? Nie pozwólmy na to! Nie pozwólmy, ino biermy sie do roboty i zróbmy cosi, coby od nos tyz ludzkość piknie zaznała mehr Licht.*

No i wzięły sie te ptoki o marnyk skrzidłak, ba wielkik ambicjak do roboty. Zamiast biernie poddawać sie poni Ewolucji – zacęły wywierać na niom wpływ. Cy skutecny? Ten kurcok w kuchni poni Małgorzaty świadcy o tym, ze tak. Ba na tym pewno nie koniec. Kury gorlickie na pewno zachęcom do działania kury niegorlickie. I wnet całe ptoctwo tego gatunku bedzie świeciło coroz jaśniej i jaśniej. Najdorodniejse koguty bedom mogły nawet słuzyć jako jupitery. Kury bedom oświetlały ulice. A kurcaki – mieskania. Fto zaś bedzie wybieroł sie na wyciecke pod namiot, ten zamiast latarki bedzie mógł zabrać ze sobom maluśkiego, dopiero co wyklutego z jajka pisklocka, ftóry opróc piknego robienia „pi-pi-pi” bedzie piknie oświetloł ksiązke podcas wakacyjnej lektury abo pomagoł odnoleźć droge w rozie zabłądzenia nocnom porom w lesie.

Juz nie bedzie bidy, co wybrać: cy leda, cy halogena, cy cosi jesce inksego. A jak piknie rachunki za prąd spadnom! Heeej! Zmartwiom sie ino elektrownie, bo ik dochód zmaleje (mom ino nadzieje, ze nie bedom uciekały sie do sabotazu i nie zacnom wysadzać w powietrze kurników). No ale syćkik zadowolić sie nie do.

Tak to bedzie, moi ostomili. Właśnie tak. A to całe drobiowe oświetlenie rozpowsekni sie tak piknie, ze za pare pokoleń juz nifto nie bedzie umioł odpowiedzieć na pytanie: co było pierwse – światło cy kura? Hau!

P.S.1. A w najblizsyk tyźniak momy dwa pikne święta w Owcarkówce. Pierwse z nik to Yanockowe urodziny 23 listopada. Zdrowie Yanocka! 🙂

P.S.2. Zaś drugie z tyk świąt to urodziny Borsuckowe 25 listopada. Zdrowie Borsucka! 🙂

* Cemu „mehr Licht”? No a jaki był języki urzędowy kraju, pod ftórego zaborem nojdowała sie ziemia gorlicko w casak pona Łukasiewicza?

28.10.2017
sobota

Juz nie trza sie bać

28 października 2017, sobota,

Niedowno mojo gaździna przyniesła do chałupy aloesa. No to postanowiłek sprawdzić, co pisom o tej roślince w internecie. I trafiłek tutok. A kie trafiłek, wycytołek to:

Aloes jest doskonałą rośliną do wnętrz, ponieważ ma wiele zalet i jest łatwy do utrzymania przy życiu! Aloes został wymieniony przez NASA jako jeden z najlepszych oczyszczaczy powietrza i wykazano, że emituje w nocy tlen.

Na mój dusiu! Cy nie zdziwiło wos to, ze NASA wypowiado sie o roślinie? Mnie zdziwiło straśnie. No bo – krucafuks – co jedno mo wspólnego z drugim? Przecie NASA jest od ryktowania lotu na Marsa i sukania w kosmosie ufoludów, a nie od badania zieleniny. Równie dobrze Związek Wędkarski mógłby sie wypowiadać na temat metod wędzenia oscypka. Abo Polskie Koleje Państwowe na temat skutków ubocnyk łykania paracetamolu. Haj.

Aloes i NASA! Dobre sobie! Hehe!… No ale potem… tak se zacąłek śpekulować, ze przecie w kozdej bojce jest ziorko prowdy. Zatem ta wiadomość nie mogła być całkowicie wyssano z palca. Cosi ino musiało być w niej prowdziwego. Ino co?

NASA, aloes, powietrze… NASA, aloes, powietrze… NASA, aloes, powietrze… – powtarzołek se w kółko, sam nie wiem kielo rozy. I nagle… o, Jezusicku! Eureka! Tako pikno eureka, ze od rozu pohybołek do łazienki i wskocyłek do wanny, coby za kwile nazod z niej wyskocyć równie piknie jak pon Archimedes. Ostomili, chyba juz sie domyślom, o co tutok idzie. Skoro aloesem zainteresowała sie ta hyrno agencja kosmicno, to znacy, ze ta pikno roślinka musi ryktować powietrze… w kosmosie! Nika indziej jako w kosmosie właśnie! A ze kosmos łatwiej jest obserwować po ciemku niz za dnia, to pewnie właśnie dlotego komusi pomylił sie on z nocom. I ślus .

Jakie mogom być pozytki z tego odkrycia? Heeej! Barzo rózne. Nie przikład taki, ze teroz, jak jakisi astronauta bedzie se lecioł statkiem kosmicnym i w pewnej kwili, dlo rozprostowania kości, zafce mu sie orbitowania, to juz nie bedzie musioł tascyć ze sobom sakramencko niewygodnej butli z tlenem. Wystarcy, ze weźmie pod pache donicke z aloesem. Haj.

Ale bedzie tyz inksy, duzo wozniejsy pozytek. Wyobrazocie se, ostomili, co to bedzie, kie cało wielko hodowla tyk roślin zostonie wystrzelono na orbite okołoziemskom? Ano… atmosfera nasej planety, mająco obecnie jakiesi 2 tysiące kilometrów grubości, piknie sie nom pogrubi. I zacnie mieć śtyry tysiące kilometrów, a potem – dzięki kolejnym aloesom – osiem tysięcy, potem sesnoście i tak furt coroz więcej i więcej. A po co to syćko? Ano po to, coby uchronić Ziemie przed asteroidami. Bo na rozie – to jest z nimi skaranie boskie. Wiadomo, co jedno asteroida zrobiła z nasymi bidnymi dinozaurami. A jeśli ftórasi z nik znowu obiere se za cel nasom piknom planete – znowu bedzie bida. Owsem, niefórzy godajom, ze na takom beskurcyje mozno wysłać rakiete atomowom abo pona Bruce’a Willisa. Ale rózni mędrole kryncom na te pomysły nosami i gwarzom, ze to plugastwo i tak wpodnie w atmosfere ziemskom z prędkościom kilkudziesięciu tysięcy kilometrów na godzine. Kie zaś wpodnie z takom prędkościom, to wskutek tarcia o atmosfere zacnie płonąć. I jako wielko płonąco kula praśnie w nos ze straśliwom niscycielskom siłom. I ino naryktuje frasunku Świętemu Pietrowi, bo ten pilnujący wejścia do raju bidok bedzie musioł obsłuzyć kilka miliardów petentów naroz.

Ba teroz wybroźmy se, ze dzięki aloesowi grubość nasej atmosfery to bedom dziesiątki abo nawet setki tysięcy kilometrów. I niek właśnie w takom atmosfere wpodnie jakosi sakramencko asteroida. Co to sie zadzieje? Ano to, ze zapłonie duzo wceśniej niz by zapłonęła dzisiok. Kie zaś zapłonie duzo wceśniej – to caluśko sie wypali, zanim dotrze do Ziemi. Nawet kupka popiołu po niej nie ostonie. Po prostu nic! Bajako.

Mom więc, ostomili, nadzieje, ze ten skromny, niepozorny aloesicek piknie poprawi wom humor. Bo zwłasca w taki cas, kie zblizo sie święto zmarłyk, pewnie nachodziły wos takie myśli: A co bedzie, kie jakiesi ogromne ciało niebieskie przyleci ku nom? Bedzie bida! Święto zmarłyk stonie sie świętem całej ludzkości! O, Jezusickuuuu!

Teroz wiecie juz, ze nie jest źle. W najblizsyk rokak nie zanosi sie na to, coby cosi więksego miało w nos uderzyć. No to momy cas. Cas, w ciągu ftórego NASA powinno zdązyć piknie otocyć całom Ziemie aloesami. I wte te syćkie science fictionowe filmy typu „Dzień zagłady” cy „Armageddon” nie bedom juz zodnymi sciencami, ino wyłącnie fictionami w cystej postaci.

Ftóro asteroida najbardziej nom teroz grozi? Zdoje sie, ze Apophis. To znacy… na rozie wylicono, ze jest prowdopodobieństwo zaledwie jeden do pół miliona, ze w rocku 2068 praśnie toto w Ziemie. No ale załózmy, ze kie juz nadejdzie ów 2068 rocek, to sie okoze, ze to prowdopodobieństwo jest jednak stuprocentowe (ino nie godojcie, ze nie dozyjecie – medycyna furt ryktuje postępy). Cy bedom wte powody do paniki? Dzięki aloesowi – juz nie! Ludzkość bedzie mogła ino wzrusyć beztrosko ramionami i pedzieć: Spokojnie, to tylko Apophis. Hau!

P.S.1. Pod ostatnim wpisem nowy gość do Owcarkówki zawędrowoł – Volterecek. Powitać piknie Volterecka! 🙂

P.S.2. Zaś 9 listopada Aneckowe urodziny bedom. Zdrowie nasej ostomiłej Anecki! 🙂

15.10.2017
niedziela

Zajęcia numer dwanoście

15 października 2017, niedziela,

Na pocątek… fciołbyk piknie pozdrowić poniom profesorke Wande Decyk-Ziębe, poniom doktórke Monike Kresy, poniom doktórke Eweline Kwapień i poniom doktórke Izabele Stąpo. Pewnie spytocie zaroz, cemu jo te ponie tak piknie pozdrawiom? Spotkołek je kiesik cy jak? Ano… nie spotkołek. No chyba ze sły kiesik na Turbacz i po drodze kupiły oscypka od mojego bacy, a jo nie wiedziołek, ze to one.

W kozdym rozie, ostomili, som to ponie, ftóre majom ten sam zawód – mędrol filologii polskiej. I syćkie śtyry pracujom w Instytucie Języka Polskiego na piknym Uniwersytecie Warsiawskim. Co tamok robiom? Ano to, co zazwycaj robiom uniwersyteckie mędrole. Cyli na przikład ryktujom zajęcia dlo studentów. A jeden z przedmiotów, ftóre ryktujom, nazywo sie barzo piknie: Stylizacja językowa we współczesnych tekstach kultury (film, media, literatura). Heeej! Sam byk na te zajęcia pohyboł, kiebyk był nie psem pasterskim, ino studentem polonistyki. Haj.

Jeśli fcecie dowiedzieć sie o tym przedmiocie cegosi więcej – mozecie poźreć tutok.* Kie poźrecie – uwidzicie tabele, na ftórej wierchu som powypisywane jakiesi dziwacne kody. Dalej som rózne – na pewno barzo mądre – informacje. A jesce dalej – spis poscególnyk zajęć z tego piknego przedmiotu. Noleźliście ten spis? No to teroz piknie wos, ostomili, pytom, cobyście poźreli na… ZAJĘCIA 12. Kie to zrobicie – to bedziecie juz wiedzieli, co mnie skłoniło do pozdrowień dlo tyk śtyrek poń. Bajako.

Jo wiem, co mozecie mi pedzieć: „Ostomiły owcarku, pozdrawios te śtyry siumne przedstawicielki polskiej nauki. Niby piknie. Ino… skąd wies, o cym bedom one gwarzyły na owyk zajęciak numer dwanoście? Moze powiedzom studentom, ze ten twój blog jest zupełnie do rzyci? Wte to racej powinieneś sie obrazić, a nie pozdrawiać.” Na mój dusiu! Od rozu godom, ze obrazanie sie nie wchodzi w gre. Cy pon Ptolemeusz miołby prawo obrazić sie na pona Kopernika za to, ze ten naukowo obalił jego jakze pikny system geocentrycny? Abo cy pon Staszic, ftóry uwazoł Łomnice za najwyzsy tatrzański wierch, miołby prawo obrazić sie na tyk, co naukowo udowodnili, ze Gerlach jest wyzsy? Ostomili, uniwersytet to uniwersytet, a nie korcma. Cokolwiek zostonie tamok o moim blogu ukwalowone – bedzie piknie podparte naukowymi dowodami. A na nauke obrazać sie nie mozno. Haj.

Jeśli cosi mnie w związku z tymi zajęciami frasuje – to cosi inksego. Bo co bedzie, kie jakisi student dostonie z tyk zajęć dwóje? Nietrudno sie domyślić – bidok bedzie mioł straśliwy uraz! Juz mniejso z tym, ze do owcarków podhalańskik. Ale on bedzie mioł uraz do całego Podhola. I w ogóle do syćkik nasyk gór! I fto wie? Moze nawet bedzie godoł, ze trzy najgorse sery na świecie to oscypek, bryndza i bundz? Dlotego właśnie ku poni prof. Decyk-Ziębie, poni dr Kresie, poni dr Kwapień i poni dr Stąpor mom jednom maluśkom prośbe. Piknie wos pytom, ostomiłe ucone ponie, cobyście ucestników tyk zajęć nie oceniały zbyt surowo. Hau!

P.S.1. A w ostatni poniedziałek – pikne Aneckowe urodziny były. No to zdrowie Anecki! 🙂

P.S.2. Zaś w te niedziele tyz bedom pikne urodziny – Mageckowe. Zdrowie Magecki! 🙂

* Ino nie wiem cemu, casem cosi kiełbasi sie z tym adresem. Więc kieby i wom sie pokiełbasiło, to mozecie wpisać w Gugle: „Stylizacja językowa we współczesnych tekstach kultury”, następnie wejść w dokument, ftórego adres zacyno sie od „usosweb.uw.edu.pl…” i potem jesce cosi – prowdopodobnie bedzie to pierwsy dokument, jaki sie wom w tyk Guglak wyświetli. Jesce inksy sposób jest taki: 1) wejść na https://usosweb.uw.edu.pl ; 2) kliknąć na zakładce KATALOG; 3) w rubryce „Przedmioty” wpisać: 3003-B761HJ1 (a jesce lepiej tutok skopiować, a tamok wkleić 🙂 ). I tym rozem powinno sie juz piknie udać.

css.php