Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego

19.01.2019
sobota

Gdańsk, Zakopane

19 stycznia 2019, sobota,

Na mój dusiu! Jesce tydzień temu zanosiło sie na to, ze weekend 19-20 stycnia upłynie przede syćkim pod znakiem piknyk zawodów na zakopiańskiej Krokwi. Teroz… wiadomo juz, ze na przeciwległym krańcu Polski, w Gdańsku, bedzie sie działo cosi duzo hyrniejsego. I zarozem duzo smutniejsego niestety.

Cy te oba wydarzenia cosi łący? Ano łący. A co? Juz godom.

Fto w poprzedni weekend oglądoł w telewizyjej skoki narciarskie, rozgrywane we włoskim Val di Fiemme, ten wie, jak było. Sakramencko piknie! W niedziele – najlepiej ze syćkik skakoł nas Dawid, górol z Szaflar. Trzeci był górol z Zębu, Kamil. A górol z Wisły, Pietrek Żyła, tyz nieźle wypodł, bo nolozł sie w pierwsej dziesiątkce, zaś syćka pozostali nasi skockowie – w pierwsej trzydziestce.

Dzień wceśniej nie było jaz tak piknie, ale tyz Polacy zajęli na podiumie jaz dwa miejsca: Dawid był drugi, a Kamil – tak jak w niedziele – trzeci.

Telo ino, ze zaroz po tyk sobotnik zawodak – było juz mniej miło. Nie wiem, cy to jest do odnolezienia kasi na Jutubie, ale wsłuchując sie w telewizyjnom transmisje z dekoracji medalowej, mozno było barzo wyraźnie usłyseć, co sie dzieje. Otóz, ostomili, kie na ceść zwycięskiego w tym dniu pona Kobayashiego zacęto grać japoński hymn, to jednoceśnie rozległ sie głośny śpiew „Mazurka Dąbrowskiego”, ryktowany niewątpliwie przez polskik kibiców. Najwyraźniej próbowali oni zagłusyć hymn Kraju Kwitnącej Wiśni. Krucafuks! W swoim własnym mniemaniu – zapewne zachowali sie tak, jak na wzorowyk patriotów przystało. Ba w mniemaniu moim owcarkowym – sprofanowali dwa hymny naroz. I polski, i japoński. Tak więc choć w tym Val di Fiemme polscy skockowie spisali sie sakramencko piknie, druzynowo wręc najlepiej, to zarozem w kategorii „kultura kibiców” – Polska zajęła niestety ostatnie miejsce.

I tutok właśnie, ostomili, dochodze do tego, co w te sobote bedzie łącyło sportowe wydarzenie w polskik górak ze smutnom urocystościom nad polskim morzem. Jest teroz cas, kie Polacy zdajom egzamin z przyzwoitości i odpowiedzialności. Znacy sie… właściwie to kozdy zdoje taki egzamin codziennie. Ba tak to sie zadziało, ze w te dni – jest on wozniejsy niz zazwycaj. W ten weekend bedom go zdawali i ci, co bedom na wiadomym pogrzebie w Trójmieście, i ci, co bedom pod Wielkom Krokwiom. Ba o ile jestem racej spokojny, ze ci w Trójmieście go zdadzom, to kie idzie o tyk pod Krokwiom… No właśnie, cy wypadnom lepiej niz nasi rodacy tydzień temu pod włoskom skocniom? Oby tak!

„Gdańsk, Warszawa – wspólna sprawa!” – skandowało sie ponad 30 roków temu na solidarnościowyk demonstracjak. Gdańsk, Zakopane – to tyz była i jest wspólno sprawa, choć tutok akurat nie rymuje sie to tak piknie. Ale przecie wiadomo, ze nie rymy som tutok najwozniejse. Nie rymy, ino meritum. Hau!

P.S.1. W najblizsy poniedziałek – pierwse budowe święto w tym roku. Jagusickowe i Kapisoneckowe imieniny. Zdrowie Jagusicki i Kapisonecki! 🙂

P.S.2. A fto zajrzoł do Owcarkówki pod poprzednim wpisem – ten mógł piknie uwidzieć, ze nowy gość tutok przybył – Teodorecka. Powitać piknie Teodorecke! 🙂

17.01.2019
czwartek

Nobel dlo pona Jurka?

17 stycznia 2019, czwartek,

Nieftórzy z wos, ostomili, juz to na pewno wiedzom. Komitet Norweski piknie sie zgodził, coby pon Jurek Owsiak zostoł oficjalnym kandydatem do Pokojowej Nagrody Pona Nobla. Na mój dusiu! Cy ponu Jurkowi udo sie niom dostać? Nie wiem. Nimom nawet zielonego pojęcia, na kielo procent mozno ocenić jego sanse. A jeśli ftosi barzo by fcioł, cobyk jednak ocenił, to byk pedzioł, ze pewnie nie mniej niz jeden procent i nie więcej niz 99. Bajako.

Ale nie jo jeden śpekuluje tak, ze po tym, co ostatnio wydarzyło sie w Gdańsku, to właśnie teroz, w tym roku, to hyrne wyróznienie przydałoby sie nasej siumnej Orkiestrze bardziej niz kiedykolwiek wceśniej. W pracującyk dlo niej ludziak – teroz, co zrozumiałe, kapecke podłamanyk – piknie podbudowałoby to wiare w sens tego, co robiom. A przecie wiemy, ze robiom wspaniałe rzecy! Bo som prawie jak podhalańscy zbójnicy. Z tom ino róznicom, ze zbójnicy zabierali bogatym i oddawali bidnym, ci z WOŚP-u zaś – jakosi namówili tyk bogatyk, coby sami zacęli oddawać bidnym.

I tak mi sie widzi, ostomili, ze kieby w tej Norwegii ukwalowano, ze tegorocnym laureatem bedzie właśnie pomysłodawca WOŚP-u, to skutki takiej decyzji byłyby sakramencko pikne. Tak pikne i tak fantastycne, ze w przysłym rocku dlo syćkik byłoby ocywiste, ze za tak dobrocynnom w skutkak decyzje – Norweski Komitet Noblowski powinien uhonorować swojom nagrodom… samego siebie. I hau!

15.01.2019
wtorek

Pokiela ten rok jest młody

15 stycznia 2019, wtorek,

Na mój dusiu! Jak wiele wysiłku, jak wielu tysięcy par ludzkik rąk, było potrzeba, coby na dwudziesty siódmy finał Wielkiej Orkiestry wyryktować ogrom radości! I jak niewiele wystarcyło wysiłku, coby te całom radość zepsuć – ot, ino wskocyć na jednom scene i machnąć pare rozy nozem.

Inkso rzec, ze… nawet kieby tyk machnięć było sto rozy więcej – to i tak by nie wystarcyło, coby pon prezydent Adamowicz przestoł wroz z tom Orkiestrom grać. Bo prowda jest tako, jak pon Jurek Owsiak pedzioł – pon prezydent Gdańska dalej gro w piknej Wielkiej Orkiestrze. I bedzie groł jesce długo – tak jak inksi, do końca świata i jesce jeden dzień. Tak właśnie bedzie i ślus.

Cy ten rok jest jesce wystarcająco młody, coby móc składać noworocne zycenia? Jeśli tak, to wiem juz cego zycyć – i wom, ostomili, i sobie, i w ogóle syćkim. Mom dwa zycenia. Po pierwse… coby w tym Nowym Rocku 2019 – na przekór temu złu, ftórego doświadcyli my w ostatni niedzielny wiecór – udało sie naryktować dobra co niemiara. I coby z tego dobra wynikło sakramencko duzo piknej radości. Po drugie zaś – zyce nom syćkim, coby psucie tej radości stało sie duuuuuuzo trudniejse, niz teroz jest. Niemozliwe? Ocywiście ze niemozliwe – tak jak wiele inksyk rzecy, ftóryk choćby tako Wielko Orkiestra nie miała sans dokonać, a jednak… dokonała piknie. I hau!

23.12.2018
niedziela

Pierwse gwiozdkowe prezenty

23 grudnia 2018, niedziela,

Rankiem, dzień przed narodzinami Poniezusa, Pon Bócek obudził sie, wygrzeboł ze swej piknej niebiańskiej pościeli i poźreł w kalendorz.
– 24 grudnia – mruknął do siebie, kapecke jesce zaspany.
Ba po kwilecce oprzytomnioł i zawołoł:
– Na mój dusiu! To juz dzisiok! Janiołeckuuuu!!!

Zaroz pohyboł ku Stwórcy ten janiołek, ftóry akurat nojdowoł sie najblizej Ponobóckowej sypialni.
– Słuchom, Ponie Bócku – pedzioł, kie stanął przed Stwórcom.
– Momy Wigilie – rzekł Pon Bócek. – Cy Święty Mikołaj wyryktowoł juz dlo Świętej Rodziny jakiesi pikne prezenty?
– Nie wyryktowoł, Ponie Bócku, bo on sam jesce nie jest wyryktowany – odpowiedzioł janiołek. – Jego rodzice wyryktujom go dopiero za 300 roków.
– Ano prowda! – uświadomił se Pon Bócek. – No ale jednak głupio bedzie, kie jutro nastanom pierwse w historii świata Święta Bozego Narodzenia, a nifto z tej okazji nie dostonie zodnego prezentu. Ba mom pomysł! Ty, janiołecku, zastąpis nieistniejącego jesce Mikołaja i piknie obdarujes cymsi Świętom Rodzine.

I tak oto narodziła sie nowo (nie)świecko tradycja – w nieftóryk regionak to nie Święty Mikołaj podrzuco prezenty pod bozonarodzeniowom choinke, ino robi to w jego zastępstwie janiołek.

– Ale co jo im dom? – spytoł janiołecek.
– Wymyśl cosi – odporł Pon Bócek. – Podarki mogom być skromne, ba musom piknie pasować do klimatu Bozego Narodzenia. Haj.

No i janiołek pomyśloł, pomyśloł… i wyryktowoł trzy skromne, ale barzo pikne i sympatycne prezenciki. Wnet pohyboł do betlejemskiej stajenki i wręcył je Matce Boskiej i Józefowi. Oboje wypakowali prezenty ze świątecnego papieru i… ocom ik ukazały sie małe płaskie pudełecka. Wnet je otworzyli i uwidzieli, ze wewnątrz były jakiesi cienkie niewielkie krązki z małom dziurkom w środku.

– Janiołecku, co to takiego? – spytała Matka Bosko.
– Pikne płyty CD z muzykom świątecnom – oznajmił janiołek. – Dlo ciebie, Matko Bosko – płyta z bozonarodzeniowymi piosnkami śpiewanymi przez poniom Barbre Streisand. Dlo Świętego Józefa – piosnki pona Binga Crosby’ego. A dlo małego Jezuska, ftóry juz za pare godzin narodzi sie piknie – kolędy śpiewone przez siumnom góralskom rodzine Trebuniów-Tutków.

Święty Józef zacął oglądać swojom płytke z jednej i drugiej strony. Potem przyłozył jom do ucha.

– Nie słyse zodnyk piosnek – pedzioł rozcarowany.
– Bo do tego przecie potrzebny jest odtwarzac – zauwazył janiołek.
– Jaki odtwarzac? – spytoł Józef.
– Jak to jaki? – Janiołek zdziwił sie, ze takie pytanie zadoje cłek słynny nie ino z bycia świętym, ale tyz z wiedzy i uzdolnień technicnyk. – Ten, ftóry u nos w niebie jest w masowej produkcji od pocątków ery paleozoicnej, zaś tutok na ziemi – od 1982 rocku.
– Janiołku – odezwała sie Matka Bosko. – Mos na myśli rok 1982 nasej ery cy przed nasom erom?

I… w tej kwili dopiero janiołek uświadomił sobie, jakie zrobił głupstwo.

– Na mój dusiu! – zmartwił sie i złapoł za głowe. – Nie pomyślołek o tym, ftóry teroz jest rok! Ale ze mnie sietniok!
– Nie turbuj sie, janiołecku – Matka Bosko próbowała pociesyć bidoka. – Na pewno te płytki do cegosi sie przydadzom. Jak nie do słuchania – to do cegosi inksego.

No i… w sumie mozno pedzieć, ze Maryja miała racje. Bo kie jakisi cas potem Święto Rodzina musiała uciekać do kraju faraonów, to po wkroceniu na kontynent afrykański zetknęła sie ze straśliwie dokucliwym upałem znad Sahary.

– Wies co, Święty Józefie? – zagodała wte Matka Bosko. – Osłońmy se głowy tymi płytkami, cośmy je w Wigilie dostali od janiołka. Moze niewiele cienia one dadzom, ale przecie lepse niewiele niz nic.

I zaroz cało trójka wędrowców kontynuowała swom podróz trzymając nad głowami pikne płytki kompaktowe. To znacy Matka Bosko trzymała jednom płyte nad sobom, Święty Józef zaś jednom nad sobom, a drugom nad głowom małego Jezuska.

W pewnej kwilecce – z naprzeciwka wyjechało dwók podrózującyk na wielbłądak kupców. Jeden to był kupiec rzymski, a drugi iberyjski.

– Poźrejcie, krzesny – odezwoł sie rzymski kupiec do swego towarzysa. – Widzicie tyk dwoje ludzi z niemowlakiem? Cosi straśnie dziwnego świeci sie nad ik głowami! Co to moze być?

Bajuści, te płytki CD tak piknie błyscały w promieniak słonka, ze z daleka mogło sie zdawać, ze nad głowami Matki Boskiej, Józefa i Poniezusa unosi sie jakiesi niesamowite światło.

– Nimom pojęcia, co to jest, amigo – pedzioł kupiec iberyjski. – Ba moze mozno to cosi od nik kupić? A potem odsprzedać z zyskiem?
– Dobry pomysł, krzesny! – stwierdził Rzymianin.

– O, nie! Tylko nie to! – jęknął Pon Bócek, ftóry poziroł na to syćko z wierchu. – Tego tylko brakowało, coby te podarki od janiołka zostały zakupione przez tyk kupców, a potem trafiły nie wiadomo kany. A za dwa tysiące roków… to dopiero bedzie cyrk, kie w starozytnyk ruinak, kasi w Aleksadrii cy inksej Kartaginie, archeolodzy wykopiom płyty z piosnkami poni Barbry, pona Binga i Trebuniów-Tutków! Muse cym prędzej sprawić, coby te syćkie trzy kompakcicki trafiły tamok, ka nigdy nie nojdzie ik zoden cłowiek.

I nagle zaduł barzo silny wiater. Tak silny, ze wyrwoł Świętej Rodzinie z rąk te trzy płytecki i poniesł het daleko. Kany? Wiem, ale nie powiem. Pon Bócek postanowił, ze nie nojdzie ik zoden cłowiek, więc jo do boskik planów nie bede sie wtrącoł. I ślus.

Święto Rodzina nie zmartwiła sie zbytnio utratom płyt. Wręc przeciwnie! Bo wiater, ftóry tak nagle zaduł, był chłodny, saharyjskie powietrze odepchnął nazod na południe i dalso podróz przez egipskie piaski od rozu stała sie znośniejso.

Zmartwili sie natomiast obaj kupcy.
– Na mój dusiu! – westchnął kupiec rzymski. – Chyba jednak nie kupimy od tyk nieznajomyk tego niezwykłego świetlistego ustrojstwa. Eh… przeminęło z wiatrem.
Ocywiście pedzioł to nie po polsku, ino po łacinie. A „przeminęło z wiatrem” po łacinie brzmi: „abiit cum aura”.
– Olé! – zawołoł kupiec iberyjski, bo w jego stronak, jak ftosi nie wiedzioł, co pedzieć, to wołoł właśnie „Olé!”

No i, moi ostomili, od tej właśnie historii wzięło sie mniemanie, że głowom ludzi świętyk towarzysom jakiesi niezwykłe światła. A ze Rzymianin uzył słowa „aura”, zaś Iber „olé” – na te pikne światła zacęto godać, ze som to aureole. W podręcnikak językowyk nojdziecie inksom etymologie tego słówka. Ale prowda jest tako, jako jo wom opowiedziołek. Haj.

I cóz… Minęły roki, wieki, tysiąclecia… Casy sie zmieniły – teroz, jeśli ftosi dostołby pod choinke płyte CD, to racej nie bedzie mioł problemu z jej odsłuchaniem. Nieftórzy z wos moze nawet bedom słuchać takik płytek w Święta? Niekoniecnie tyk wykonawców, jakik dostała Matka Bosko wroz ze Świętym Józefem i Poniezusem. Mogom być inksi, na przikład poni Minogue śpiewająco Christmas Isn’t Christmas `Til You Gete Here, co mozno by przetłumać na: Święta to nie Święta, pokiela cie tu nimo. Moi ostomili, na to nachodzące Boze Narodzenie piknie zyce wom, coby w ten cas nie zabrakło wom nikogusieńko, bez kogo Święta nie som Świętami. No i w ogóle, coby ta Gwiozdka upłynęła wom najpikniej, jak ino sie do. Piknie tego zyce Abnegateckowi, Agecce, Alecce i Jerzoreckowi wroz z Mrusieckom, Alfredzickowi, Alsecce, Amigeckowi, Andorfeckowi, Andrzejeckowi, Anecce Chochołowskiej, Anecce Holenderskiej, Anecce Schroniskowej, Anonimowej Celebrytecce, Babciecce, Babecce, Babulecce, Badzieleckowi, Basiecce, Bercickowi, Bezecnickowi, BlejkKocickowi, Bobickowi, Borsuckowi, Breslauereckowi, Bukrabackowi, Byckowi, Córecce Komturecka, Devineckowi, Emilecce, EMTeSiódemecce, Enzeckowi, Evecce, Fluxiceckowi, Fomeckowi, Fusillecce, Gosicce, Grazynecce, Grzesickowi, Helenecce, Heretickowi, Hokeckowi, Hortensjecce, Innocencickowi, Jagusicce, Janickowi, Jarutecce, Jasieckowi Juhasowi, Jerzeckowi, Jerzeckowi Pieculeckowi, Jędrzejeckowi, Jotecce, Józefickowi, KaeSicce, Kapisonecce, Kavickowi, Kiciafecce, Kiniecce, Kocureckowi, Kruckowi, Krzycheckowi, Ktośtameckowi, Kundeleckowi Laskowiackiemu, Lemarckowi, Lorecce, Maackowi, Magecce, Małgosiecce, Marcineckowi, Mietecce, Misieckowi, Moguncjuseckowi, Mordechajeckowi, Motyleckowi, Mysecce, Noboru Watayecce, Noweckowi, Observereckowi, Okonickowi, Olecce, Orecce, Original_Replikeckowi, Ozzeckowi, Paffeckowi, PAKeckowi, Pawełeckowi Markiewickowi, PikuMycheckowi, Plumbumecce, Poni Agnieszce, Poni Basi i Ponu Pietrowi wroz z Rudolfem, Poni Dorotecce, Poni Justynie wroz Maćkiem i Michałem, Ponu Jakubowi, Potworecce, Profesoreckowi, Rackowi, Radwickowi, Rózecce Wigelandecce, Sebastianickowi, Seiendeseckowi, Starej Babecce, Staruseckowi, Tanakeckowi, Teresecce, TesTeqeckowi, Tubyleckowi, TyzPieseckowi, Ubukruleckowi,Verbenecce, Voltereckowi, Wawelokowi, Wawrzeckowi, Werbalisteckowi, Wiecnościecce, Witoldeckowi, Yanockowi, Yyckowi, Zbyseckowi, Zeeneckowi, Zzakałuzeckow, syćkim tym, co tego bloga cytajom, ba nie komentujom i syćkim, ftórzy w ogóle go nie cytajom, cyli po prostu kozdemu zywemu stworzeniu. Wesołyk Świąt! Hau!

4.12.2018
wtorek

Jesce jedno ksiązka pona Piątka i jesce jedno ksiązka pona Wohllebena

4 grudnia 2018, wtorek,

Łońskiego roku, jakosi tak na pocątku sierpnia, godołek wom tutok o dwók ksiązkak – jednej autorstwa pona Petera Wohllebena i jednej pona Tomasza Piątka. No i tak sie składo, ze… ostatnio znów przecytołek po jednej ksiązecce obu tyk ponów. Ta pona Wohllebena mo tytuł Duchowe życie zwierząt, a ta pona Piątka – Macierewicz. Jak to się stało. Komu jo byk te dwa tytuły polecił? Ten pierwsy – właściwie kozdemu. Bo to piknie odpręzająco rzec. Piknie sie stamtela dowiecie, ze róznice w psychice ludzkiej i zwierzęcej wcale nie som jaz tak wielkie, jako to sie wom ludziom widzi. No bo – na przikład – myślicie, ze ino wy jesteście zdolni do bezinteresownej pomocy? Mylicie sie sakramencko! Zywina tyz jest. I to nie ino ssaki, jako wy, ale ptoki tyz. Fcecie dowodu? A prose piknie. W piknym hamerykańskim stanie Massachusetts zyła se kiesik wrona o imieniu Mojżesz. I wiecie, co ten ptok zrobił? Ano… zaopiekowoł sie małym bezdomnym kotkiem! Posłuchojcie, ostomili…

Kociątko było naprawdę malutkie i dość bezradne, bo najwyraźniej straciło matkę […] Zabłąkane zwierzątko pojawiło się w ogrodzie Ann i Wally’ego Collito. Mieszkali oni w domku w North Attleboro w Massachusetts i od tamtej chwili zyskali możliwość czynienia zdumiewających obserwacji. A to dlatego, że do kociątka dołączyła wrona, która najwyraźniej zaopiekowała się kocim dzieckiem. Ptak karmił sierotkę dżdżownicami i chrząszczami, na co naturalnie państwo Collito nie mogli patrzeć bezczynnie i zaoferowali kociakowi odpowiedni pokarm. Przyjaźń między wroną a dorosłą już domową tygrysicą trwała aż do chwili, gdy pięć lat później ptak gdzieś zniknął.*

Jeśli fcecie poznać więcej niesamowityk historii z zywinom w roli głównej – piknie zachęcom do lektury. Haj.

No a co z publikacjom pona Piątka? Na mój dusiu! To jest właściwie thriller kryminalno-sensacyjny, telo ino, ze wcale nie wymyślony. I racej dlo tyk, co majom mocne nerwy. Chociaz casem mozno sie tyz tamok pośmiać. Na przikład wte, kie cyto sie o pewnym młodym, ambitnym ubeku, ftóry na kilka roków przed końcem PRL-u zainteresowoł sie tytułowym bohaterem ponopiątkowej ksiązki. Ubek ten wyryktowoł do swyk przełozonyk takie oto pismo (coby nie zanudzać, nie bede tutok cytowoł całości, ino piknie stresce): Moi ostomili ubeccy przełozeni. Fciołbyk piknie zwrócić wom uwage na to, ze po Warsiawie krynci sie taki jeden solidarnościowiec, ftóry – wedle barzo wiarygodnyk informacji – w przysłości bedzie tytułowym bohaterem co najmniej dwók ksiązek obywatela Tomasza Piątka. Co mom zrobić? Moze przydałoby sie wsadzić tego solidarnościowca do hereśtu? Z komunistycnym pozdrowieniem – Ambitny Ubek.

Przełozeni opowiedzieli na to pismo tak: Ostomiły Ambitny Ubeku. Piknie sie wom kwoli was zapał w słuzbie socjalizmowi, ale tego bohatera przysłyk ksiązek pona Piątka to wy ostowcie w spokoju. Najlepiej o nim zaboccie. Mocie wokół siebie wystarcająco duzo inksyk wrogów władzy ludowej, ftóryk mozecie hereśtować, kielo dusa zapragnie. Haj.

Ba nas ubek nijak nie mógł zrozumieć, jak mozno ostawiać w spokoju kogosi, fto krocy inksom drogom niz ta jedynie słusno, wytycono przez wiadomom partie. Dlotego zamiast zastosować sie do polecenia i zabocyć, to zacął słać do swoik dowódców kolejne zapytania w tej sprawie, ci jednak ino furt tego bidoka zbywali.** Na mój dusicku! Kieby te ksiązke napisoł nie pon Piątek, ino pon Goethe, to pewnie rozdziałowi o tym ubeku nadołby tytuł „Cierpienia młodego służbisty”.

Ba publikacja jako całość – wcale śmiesno nie jest. Wręc przeciwnie. Osoby sympatycne pojawiajom sie w niej rzadko (chociaz casem sie trafiajom, na przikład poni Hanna Zaremska*** – sakramencko fajno poni profesor od średniowieca). Podobnie jak w poprzednim dziele pona Tomasza, wiele jest tamok mowy o tym, kielo to zła dzieje sie na świecie za sprawom potęznyk cornyk charakterów. O, Jezusicku! Cy tacy właśnie ludzie nadal bedom to zło ryktować? Takie pytanie zadołek se, kie dosłek do ostatniej, 507 strony. Ba wte… przybocyła mi sie ta wrona Mojżesz z ksiązecki pona Wohllebena. I cosi mnie zacęło turbować. Na mój dusiu! Właściwie to cemu ten ptok tak nagle zniknął? Nolozł se kasi lepse miejsce? E, tam! Kany mogłoby mu sie zyć lepiej niz u tyk ludzi w North Attleboro! No to moze przytrafiło sie mu jakiesi niescynście? Hmm… Mało prowdopodobne. Kieby tak hyrnej wronie zdarzył sie jakisi wypadek, to prędzej cy później ftosi natknąłby sie na jej ślad i opinia publicno piknie by sie o syćkim dowiedziała. Zatem cosik inksego musiało sie tamok zadziać. Ino co? Jo widze ino jedno mozliwe wyjaśnienie. Otóz, ostomili, jo se myśle ze pewnego piknego dnia ten zaprzyjaźniony z Mojżeszem kot zauwazył, ze jego kompan jest cosi dziwnie zamyślony. A właściwie to chyba… nie telo kot, co kotka, bo przecie pon Wohlleben napisoł, ze ten mrucek wyrósł na „domowom tygrysice”. No więc ta „tygrysica” spytała Mojżesza:
– Nad cym tak śpekulujecie, krzesny?
– A – rzekł ptok – właśnie zacąłek sie zastanawiać, skąd właściwie sie wzięło to moje imie?
– Tego nie wiem – pedziała kotka. – Ba podsłuchując ludzi, dowiedziałak sie, ze Mojżesz to jest imie cłeka, o ftórym pisali w Piśmie Świętym i śpiewali w hyrnym musicalu. W starodownyk casak ten cłek piknie uratowoł cały naród izraelski przed takim jednym faraonem, ftóry był straśnom weredom.
– Uratowoł cały naród, godocie? – Mojżesz zamyślił sie jesce bardziej. Wreście po paru minutak zawołoł. – Wiem! Juz wiem! Mom takie imie, jakie mom, bo moim przeznaceniem jest ratowanie!
– Ratowanie kogo? – spytała kotka.
– Syćkik! – padła odpowiedź. – I zywiny, i ludzi, i całyk narodów! To mojo cecha wrodzono. Dlotego właśnie pomogłek kiesik wom, choć to przecie nienormalne, coby wrona pomagała kotu. O, Jezusicku! Teroz coroz wyraźniej to cuje, ze jo jestem urodzony wybawca. Dlotego muse rusyć w świat, coby pomagać, komu sie ino do. Cóz, ostomiło kocio przyjaciółko, muse niestety opuścić te strony i noleźć kasi miejsce, ka bede mógł w spokoju, po cichu, barzo starannie ryktować sie do mojej misji zbawiania świata.
– Eh… – westchnęła kotka. – Zol bedzie sie z womi rozstawać. Ale ocywiście rozumiem. Skoro nazywocie sie Mojżesz, to chyba faktycnie musi być tak, jako godocie.

No i para druhów pozegnała sie. Mojżesz odfrunął kasi w dal. Kany? Na rozie nie wiadomo. Ale cosi mi sie widzi, ze jesce o nim usłysymy.

Tak więc, moi ostomili, jeśli po przecytaniu ksiązki pona Piątka, zacniecie sie bać, ze opisane tamok ancykrysty naryktujom jesce wiele złego, zwłasca w tej cynści świata, we ftórej my zyjemy, jo wom godom: nie bójcie sie nic a nic. Wrona Mojżesz na pewno piknie cuwo. I jak bedzie trza – piknie nom pomoze. Jo wiem, ze juz byli rózni tacy, co to mieli nos chronić przed niebezpieceństwami: śpiący rycerze pod Skałom Pisanom, śpiący rycerze pod Czantoriom, rycerz Giewont… I jakosi w zodnyk kronikak nimo najmniejsej wzmianki o tym, coby pomogli nom choć roz. Wse ino chrapali w najlepse. Ale z tom wronom z ksiązki pona Wohllebena to jest inkso sprawa. Ona – w porównaniu z tymi rycerzami – mo wprowdzie wątłe ciałko, ale za to wielkie serce i pikny rozum! No i nosi imie hyrnego wybawcy narodu wybranego. A takie imie – chyba zgodzicie sie ze mnom – zobowiązuje. Hau!

P.S.1. A w ten wtorek momy Barbórke. Cyli w Owcarkówce piknie świętujemy pikne Basieckowe imieniny. Zdrowie Basiecki! 😀

P.S.2. Dzień później zaś – wigilia Mikołajek. Wte z kolei świętujemy tutok pikne Zbyseckowe urodziny. Zdrowie Zbysecka! 😀

*P. Wohlleben, Duchowe życie zwierząt, tł. E. Kochanowska. Otwarte, Kraków 2017, s. 23.
** T. Piątek, Macierewicz. Jak to się stało. Arbitror, Warszawa 2018, s. 152-158.
*** Ibidem, s. 29.

22.11.2018
czwartek

Kogo boi sie myśliwy?

22 listopada 2018, czwartek,

Na mój dusicku! Teroz to juz nie ino Starsi Panowie wiedzom, ze lepiej wybrać sie na grzyby (ewentualnie na ryby) niz na lwy-by. Jak donosi Gazeta Wyborco, w piknyk lasak Puscy Karpackiej miało miejsce „starcie” między Kołem Grzybiarek „Rydz” a Kołem Łowieckim „Żbik”. Na cym to starcie polegało? Gazeta blizsyk scegółów nie podoje. Ba miejmy nadzieje, ze była to ino słowno sarpacka, nie ręcno. Z artykułu mozno dowiedzieć sie telo, ze do tej piknej puscy przybyli myśliwi, coby se postrzelać do bidnej zywiny. Ba prociwiły sie temu miejscowe grzybiorki. No bo wiadomo: cłowiek strzelo, Pon Bóg kule nosi, ale on przecie jest juz stary, więc moze cegosi niedowidzieć i niefcący ponieść nie tamok, ka trza. I jeśli w okolicak trajektorii tyk kul ftosi akurat zbiero prowdziwki – niescynście gotowe.

No i kie myśliwi fcieli rozpocąć swojom polowacke, grzybiorki stanęły im na drodze, za broń mając ino wiklinowe kosyki i transparenty z napisami: „Puszcza Karpacka dla grzybiarek nie myśliwych”, „Zamień strzelbę na koszyk” i „‚Koło grzybiarek ‚Rydz’ mówi nie polowaniom zbiorowym”. Ftosi mógłby spytać, cy takie transparenty były w stanie zatrzymać uzbrojonyk w strzelby polowacy? Na mój dusiu! Okazuje sie, ze… były! Bo choć – jako godołek – nie wiem dokładnie, jaki był przebieg sarpacki, to wiem, jaki był jej wynik: grzybiorki wierchowały, a amatorzy zabijania zającków i sarenek jak niepysni musieli wycofać sie i wrócić do domu, coby tamok zjeść zalanego wrzątkiem gotowca z supermarketu zamiast upolowanej własnoręcnie dzicyzny. Haj.

Ka diabeł nie moze, tam babe pośle? Niezupełnie. Bo po tej zwycięskiej stronie noleźli sie tyz… mężczyźni w „umundurowaniu” grzybiarek. To właśnie oni wsparli kobiety w proteście przeciwko polowaniom, które zagrażają bezpieczeństwu innych ludzi, którzy korzystają z lasów.

Heeej! Wiadomo, jakim prawom podlego przekazywano z ust do ust plotka. Tak więc pewnie juz za niedługo w środowisku łowieckim ozejdzie sie hyr o straśliwyk, krwiozercyk grzybiorkak, ftóre pozerajom myśliwyk zywcem, wroz ze skórom, kośćmi i całym zapasem nabojów.

A pewnie niejeden z wos, ostomili, nie roz i nie dwa słysoł historie o tym, jak to kasi w lesie spokojny spacerowic, cęsto z małymi dziećmi, pragnący nasycić sie piknem nasej polskiej przyrody, natrafioł nagle na gromade przynapityk fudamentów z dubeltówkami, wykrzykującyk: Precki stela! My tutok polujemy!

Ha! Teroz… kie cosi takiego wom sie przytrafi, to spokojnie mozecie odpowiedzieć: A my tutok zbieromy grzyby.

– Co?! Grzyby?! – wykrzyknom wte przerazeni polowace. – O, Jezusicku! Grzybiorze! Nie! Litości! Darujcie nom zycie! Ratunkuuuuuu!!!

I zaroz pierzchnom, ka pieprz rośnie. Tamok zreśtom tyz nie bedom mieli lekko, bo dlo odmiany dobierom sie im do skóry plantatorzy pieprzu.

Co w tyk okolicnościak mógłbyk doradzić polowacom? Cóz… starodowno zasada głosi, ze kie nie mozes kogosi pokonać, to sie do niego przyłąc. Zgodnie z tom zasadom, sanowni polowace, po prostu zróbcie to, do cego wzywały wos te grzybiorki: zamieńcie strzelby na kosyki. Tak bedzie zdecydowanie zdrowiej i dlo wos, i dlo leśnej zywiny, i dlo syćkik wędrującyk po lesie ludzi. A zdrowie przecie jest najwozniejse. Hau!

P.S.1. A juz jutro – Yanockowe urodziny momy. No to zdrowie Yanocka! 🙂

P.S.2. Dwa dni później – urodziny Borsuckowe. Ostomili, zdrowie Borsucka! 🙂

30.10.2018
wtorek

Cypr i Grecja tyz

30 października 2018, wtorek,

No i kolejno zmiana casu za nomi. Cy to juz ostatnio? Heeej! To by było pikne. Ba jesce pikniej by było, kieby sie okazało, ze w marcu bedzie trza przeinacyć godzine jesce roz, a potem… juz do samiućkiego końca świata ostoje sie cas letni. Cemu letni jest lepsy od zimowego? To proste. W letnim casie słonko później zachodzi. A kie słonko później zachodzi, to turyści dłuzej wędrujom po ślakak. Kie zaś turyści dłuzej wędrujom, to jo mom więcej casu na wyłudzanie od nik kanapek. Bajako.

Widze, ze wy, ludzie, tyz juz nie mocie ochoty turbować starego bidnego Chronosa tymi ciągłymi zmianami. Piknie to wyniko z ogólnounijnej ankiety . Na mój dusiu! Jaz 84% mieskańców Unii jest za tym, coby skońcyć wreście z tym sakramenckim majstrowaniem przy zegarak. Choć teoretycnie som dwa takie kraje, ftóre zagłosowały inacej niz cało reśta: 55% Cypryjcyków i 56% Greków rzekomo nadal fce mieć rok podzielony na cas zimowy i letni. Ba cemu uzyłek słów „teoretycnie” i „rzekomo”? No bo… jakosi nie fce mi sie wierzyć, coby naprowde jednym i drugim fciało sie furt przesuwać godzinowe wskazówki roz do przodu, a roz do zadka. Jesce bardziej nie fce mi sie wierzyć, coby fcieli roz w roku musieć wstawać o godzine wceśniej, niz sie przyzwycaili. Dlocego zatem zagłosowali tak, a nie inacej? Jo se myśle, ze przycyna tkwi w… Konkursak Piosenki Eurowizji. Oglądocie te konkursy? Jo – teroz juz nie. Ale kiesik zdarzało mi sie od casu do casu zerknąć na telewizor, kie transmitowano te impreze. No i boce z tamtyk casów jedno: kie telewidzowie głosowali na najpikniej zaśpiewanom piosnke, to wse okazywało sie, ze najwięcej Greków głosowało na przedstawiciela Cypru, a najwięcej Cypryjcyków – na przedstawiciela Grecji. Furt tak było. Jaze syćka zacęli sie z tyk dwók nacji śmiać. I do cego te śmichy-chichy doprowadziły? Ano do tego, ze kie teroz wyryktowano te unijnom ankiete, to Grecy pomyśleli se tak: O, Jezusicku! O, Jezusicku! Wiadomo, ze syćka som za tym, coby skońcyć wreście z tymi ciągłymi zmianami casu. I my chętnie zagłosujemy tak jak syćka. Ale Cypr… na pewno tyz. No to znowu cało Europa bedzie sie śmiała, ze my i oni w kozdym głosowaniu jesteśmy jak dwie papuzki nierozłącki. Nifto nie zwróci uwagi, ze tego samego zdania co my som tyz Miemcy, Francuzi cy inkisi Finowie. Kozdy bedzie wskazywoł palcem ino Cypryjcyków i nos. O, Jezusickuuu! I co my bidni momy zrobić? Juz wiemy! Zagłosujemy na odwyrtke. Wte cypryjskie głosowanie bedzie sie piknie rózniło od nasego, greckiego. I nifto juz śmiać sie nie bedzie. I ślus.

W tym samym casie Cypryjcyki pomyślały se tak: O, Jezusicku! Wiadomo, ze syćka som za tym, coby skońcyć wreście z tymi ciągłymi zmianami casu. I my chętnie zagłosujemy tak jak syćka. Ale Grecja…

I tak dalej. Haj.

Dlatego tyk, co we władzak unijnyk siedzom, fciołbyk piknie uspokoić, ze kie juz wyryktujom jeden stały cas dlo całego roku, to niek sie nie turbujom, ze sprawiom przykrość tym dwóm piknym śródziemnomorskim krajom. Bo prowda jest tako, ze one oba tyz fcom, coby zmiana casu posła se wreście precki. Telo ino, ze z powodów, ftóre wyzej podołek, nie fciały sie do tego przyznać. Hau!

P.S.1. Tak jakosi wysło, ze momy dłuzsom przerwe w budowyk świętak. Ale pockojmy cierpliwie i… 9 listopada będziemy mogli piknie uccić Aneckowe urodziny. Zdrowie Anecki! 🙂

P.S.2. Kapecke później zaś, 15 listopada, Mageckowe urodziny bedziemy świętowali. Ostomili, zdrowie Magecki! 🙂

P.S.3. A juz po wklejeniu tego wpisu… dowiedzieli my sie, ze jesce 12 listopada Witoldecek mo swoje pikne imieniny. No to zdrowie Witoldecka! 🙂

11.10.2018
czwartek

Felek wraco z Kanady

11 października 2018, czwartek,

Jako godołek wom w poprzednim wpisie – Felek wyrusył do Kanady, coby tamok zakupić od pona Dana Aykroyda piknom posiadłość nad Loughborough Lake (a wroz z niom – jak sądził – niezwykłego hamerykańskiego orła 😀 ). Heeej! Cało mojo wieś niecierpliwie cekała na jego powrót. No i wreście sie docekała. Kie ino Felkowe auto wjechała do wsi, ludzie ocywiście od rozu je rozpoznali. Ba zaroz za nim jechało jesce jedno, nie wiadomo cyje, syćka widzieli je po roz pierwsy. Co jesce ciekawse… kie te dwa pojazdy nolazły sie pod Felkowym domem, to nie zatrzymały sie, ani nawet nie zwolniły, ino pojechały dalej. Kany? Krucafuks! Wnet sie wyjaśniło – ku mojej chałupie! Felkowy samochodzicek zatrzymoł sie tuz przy nasym obejściu. Samochód podązający za nim zrobił dokładnie to samo. Po kwili Felek wysiodł ze swojego auta. Z tego drugiego zaś wylozł pon, na ftórego widok nie mogłek sie powstrzymać, coby nie zawołać „Hauhauhauu!” Felek, przyzwycajony do mojego scekania, nie przejął sie mnom zbytnio. Ten drugi pon zaś zdawoł sie być tak zapatrzony w Felka, ze chyba nie zwróciłby na mnie uwagi, nawet kiebyk zascekoł o sto decybeli głośniej.

Obaj zaroz wesli do nasej chałupy. Bacy akurat nie było w domu. Była natomiast mojo gaździna i staro Jaśkowo, co to jest najbidniejso w nasej wsi. Jaśkowo wpadła ku nom niedługo przed Felkiem, kie w drodze powrotnej ze sklepu postanowiła se kapecke z kimsi poplotkować.

– Witojcie – pedzioł Felek.
– Witojcie – pedziała mojo gaździna.
– Witojcie – pedziała Jaśkowo.
Good afternoon! Nice to meet you! – pedzioł Felkowy kompan.
– Feluś, a kogo ześ ty tutok przyprowadził? – zaciekawiła sie gaździna… i zacęła nagle cosi kojarzyć. – Zaroz! Kwilecke! O, Matko Bosko! O, Jezusicku! Cy to nie jest przypadkiem ten aktor, ze ftórym miołeś sie spotkać w Kanadzie? Ten, co zagroł w Blues Brothers?
Yes! Yes! Blues Brothers! – wykrzyknął niepilok, ftóry najwyraźniej z całej wypowiedzi gaździny zrozumioł ino tytuł filmu. – Have you seen this movie?
– Felek, co on godo? – spytała gaździna.
– Pockojcie, krzesno, pockojcie, za duzo pytań naroz – popytoł Felek. – No więc po pierwse – tak, to jest pon Dan Aykroyd, ten z filmu Blues Brothers. Po drugie – jo go wcale tutok nie przyprowadziłek. Sam sie wepchoł.
– Nie godoj tak, Feluś – prociwiła sie gaździna. – Jest teroz moim gościem, więc wcale sie nie wepchoł, ino weseł. Gość w dom – Bóg w dom. I ślus.
– Inacej byście gwarzyli, kieby przycepił sie do wos jako do mnie! – jęknął Felek.
– Jakze to? – odezwała sie Jaśkowo. – On sie do wos przycepił? Ba dlocego?
– To długo historia – pedzioł Felek.
– Nie skodzi, mom cas, opowiadoj – popytała gaździna.
– Jo tyz mom cas – zapewniła Jaśkowo.
– Zaroz opowiem – rzekł Felek. – Ba chyba nie muse wom wyjaśniać, po co jo w ogóle do tej Kanady poleciołek?
– Pewnie, ze nie! – potwierdziła gaździna. – Przecie przed całom wsiom sie kwoliłeś, ze jedzies do tego pona, coby kupić od niego niezwykłego orła wroz z posiadłościom nad jakimsi jeziorem, zdoje sie, ze duzo więksym od nasego Pucułowskiego Stawu.
– I syćkim we wsi pokazywołeś to swoje selfie z ponem Johnem Chiefem i orłem – dodała Jaśkowo.
– No właśnie… – westchnął Felek. – To selfie…
– No, godojze! – niecierpliwiła sie gaździna. – Co było w tej Kanadzie?
– Juz godom – pedzioł Felek. – Ale to naprowde długo historia, więc moze siednijmy syćka.

No i syćka, pon Aykroyd tyz, siedli za stołem, na ftórym gaździna piknie postawiła flaske Łąckiej Śliwowicy. Felek zacął swom opowieść:

– A więc było to tak. Zanim poleciołek spotkać sie z obecnym tutok ponem Aykroydem, barzo starannie wyryktowołek sie do tego spotkania. Ocywiście pamiętołek przestroge pona Johna Chiefa, ze przy tym aktorze nie wolno zbocować o jego orle. Ani w ogóle o zodnym inksym ptoku tego gatunku. Zastanawiołek sie ino, jak to zrobić, coby kupić tego orła, a zarozem w trakcie kupna nie napomknąć o nim ani słowem? Na scynście – choć wiecie, ze u mnie sie nie przelewo – udało mi sie zebrać dutki na sakramencko dobrego prawnika, ftóry umowe kupna napisoł w taki sposób, ze słowo „orzeł” nie padło w niej ani rozu, ba z jej treści jednoznacnie wynikało, ze jo wroz z tom posiadłościom nad Loughborough Lake kupuje tyz tego drapieznika. Kie umowa była gotowo – pozostało mi spotkać sie z ponem Aykroydem i namówić go do podpisania jej w takiej formie, jakom wyryktowoł mój prawnik. No i poleciołek do Kanady. A potem wynajętym autem pojechołek nad to pikne jezioro Loughborough. Okazało sie, ze pon Aykroyd jest tamok obecny. Piknie udało mi sie z nim spotkać. Choć kie pedziołek mu, ze fce kupić jego tutejsom posiadłość – on rzekł, ze jego ziemia nad tym jeziorem nie jest na sprzedaz i nigdy nie bedzie. Na mój dusiu! – pomyślołek se – cyzby zabocył, ze fce jom sprzedać? Ba zaroz se uświadomiłek, ze taki hyrny aktor jako on na pewno mo na głowie wiele woznyk spraw, więc to i owo mogło umknąć z jego pamięci. Tak więc spokojnie wyciągłek ze swej tecki gotowom umowe i pedziołek, ze tak cy siak, jo barzo chętnie kupie jego włości nad Loughborough Lake. Pon Aykroyd powtórzył, ze one nie som na sprzedaz. No to jo zaproponowołek dwa rozy wyzsom cene. On znów odmówił, ale… zauwazyłek, ze tym rozem juz mniej zdecydowanie. Więc jo znów podwoiłek oferte. I wte – pon Aykroyd piknie sie zgodził. Na mój dusicku! Syćko wskazywało na to, ze zaroz bede właścicielem tej ziemi! I zarozem posiadacem najbardziej niezwykłego orła na świecie! Wpisołek ino w treść umowy uzgodnionom cene. Pon Aykroyd wziął do ręki pikne wiecne pióro. I juz, juz mioł złozyć podpis… kie nagle zadzwonił mi telefon. Nawet nie wiem, fto to dzwonił. Nie była to ocywiście odpowiednio kwila na rozmowe, więc wyciągłek telefon z kieseni ino po to, coby sie od rozu rozłącyć. I wte… w pośpiechu wcisłek cosi nie tak jak trza, przez co na ekraniku otworzyło sie to moje selfie z ponem Johnem Chiefem i towarzysącym mu orłem.
„Ooo!” – zawołoł pon Aykroyd, kie uwidzioł zdjęcie. – „Fajno fotka. A fto to jest ten chłop, co stoi tutok obok wos?”
„Jak to?” – zdziwiłek sie. – „Nie poznojecie swojego wysłannika, pona Johna Chiefa?”
„Nigdy w zyciu go nie widziołek” – zapewnił mnie pon Aykroyd. – „Ale ciekawy jest ten ptok na jego ramieniu. Cy to jakisi orzeł?”
„O, Jezusicku! Ponie Aykroyd!” – zawołołek przerazony, bocując przestroge pona Chiefa. – „Nie wymawiojcie tego słowa!”
„Jakiego słowa mom nie wymawiać?” – spytoł pon Aykroyd. – „Idzie wom o słowo ‚orzeł’?”
„Nieeee!!!” – wrzasnąłek. Byłek pewien, ze za kwile ten bidok zmieni sie w zywom pochodnie. W narozniku salonu zauwazyłek gaśnice. Bez namysłu chyciłek jom i wnet ku gospodorzowi domu wystrzelił potęzny strumień piany. Po paru sekundak pon Aykroyd od stóp do głów był cały bielusieńki. Przybocowoł teroz jednego z tyk duchów, ze ftórymi walcył w filmie Ghostbusters.
„Cyście powariowali, panocku?” – spytoł pon Aykroyd. – „Co wy kruca robicie?”
„Jak to co?” – odrzekłek. – „Ratuje wom zycie! Wiem syćko o tej straśliwej klątwie, przez ftórom nifto z wasej rodziny nie moze pedzieć ‚orzeł’, bo wnet spłonie zywcem!”
„Cy wy za bździny godocie?” – Pon Aykroyd był coroz bardziej zdumiony. – „Jo nie moge pedzieć ‚orzeł’? Miołbyk sie przez to zapalić? No to posłuchojcie: orzeł, orzeł, orzeł, orzeł, orzeł! I co? Zapaliłek sie?”
Cóz… nie dało sie ukryć, ze nie. Nawet mały dymek sie z niego nie ulotnił. Jesce roz pokazołek mu tego selfia i spytołek: „Więc nie znocie cłeka z tego zdjęcia i nie jesteście właścielem widniejącego tutok orła?”
„Powtarzom, ze na ocy tego cłeka nie widziołek. I nigdy nie posiadołek zodnego orła” – pedzioł pon Aykroyd. – „Ba jeśli, panocku, nadal fcecie kupić te mojom posiadłość…”
„Juz nie fce” – przerwołek mu. – „Tak naprowde to mi zalezało na orle, nie na wasej ziemi. Skoro jednak ten orzeł nie jest was…”
Krucafuks! Zły, ze ftosi podsył sie pod jakiegosi Johna Chiefa i wyryktowoł mi głupi śpas, sięgłek po swojom tecke, coby schować w niej niepotrzebnom juz do nicego umowe. W zdenerwowaniu chyciłek te tecke do góry nogami. A ze była niedomknięto – syćko sie z niej wysypało, w tym jedzenie, ftóre wziąłek ze sobom na droge, a wśród tego jedzenia – zakupiony od wasego chłopa oscypek.

Oh! Os-sipek! Os-sipek! Yes! Yes! Yes! – Pon Aykroyd potela siedzioł znudzony, nicego nie rozumiejąc z Felkowej opowieści. Ale kie usłysłoł nazwe tego nasego piknego góralskiego sera, to nagle sie ozywił. – Os-sipek! Os-sipek! The most excellent cheese in the world! Oh, my God! I love it so much!!!
– Felek, a teroz co on godo? – spytała gaździna.
– No… – rzekł Felek – mozno pedzieć, ze zakochoł sie w oscypku.
– Co takiego? – zdziwiła sie gaździna.
– Posłuchojcie, krzesno, co było dalej – popytoł Felek. – Kie pon Aykroyd uwidzioł tego oscypka, to spytoł, co to jest i cemu tak piknie pachnie. No to jo z cystej uprzejmości zaproponowołek, coby skostowoł. Krucafuks! To był mój błąd! Mój sakramencki wielki błąd! Wystarcył jeden gryz, coby ten chłop po prostu rozkochoł sie w tym serze. Pedzioł, ze to iście niebiański smak, ze nigdy w zyciu nie jodł nic równie piknego i ze koniecnie musi pojechać ze mnom do Polski, do miejsca, ka ryktujom tak niezwykłom smakowitość. Pedziołek, ze moge mu dać adresy paru baców, w tym wasego, ale on na to rzekł, ze nimo casu sukać tyk baców na własnom ręke, więc bedzie sie trzymoł mnie, coby jak najsybciej wroz ze mnom noleźć sie w oscypkowej krainie. No i od tej pory wsędy za mnom łazi. Kie wsiodłek w auto, coby pojechać do Ottawy na lotnisko – on wsiodł w swoje i pojechoł za mnom. Pare rozy próbowołek go zgubić. Najpierw zatrzymołek sie na jednej stacji benzynowej i posłek do toalety, coby tamok przez okno wydostać sie do pola i uciec – okazało sie, ze on przejrzoł mój zamiar, obeseł stacje, stanął pod oknem toalety i tamok juz na mnie cekoł. Kolejne próby zmylenia go tyz sie nie powiodły. I tak przybył wroz ze mnom do Polski, do Krakowa, potem do Nowego Targu i wreście tutok do nasej wsi. Dlotego właśnie od rozu skierowołek sie ku wom, krzesno, z wielkom prośbom o ratunek. Piknie pytom – pomózcie mi, zróbcie cosi, coby ten cłek zostawił mnie wreście w spokoju!

– Jo se myśle, ze moge pomóc – odpowiedziała gaździna. – Jaśkowo właśnie godała mi, jak to zyje sie jej coroz trudniej: nimo juz siły drew do pieca wrzucać, nimo siły nosić siatki z zakupami, nawet zwykłe pokrojenie chleba to juz dlo niej kłopot. No to niekze ten pon Aykroyd zamiesko u niej i pomago jej w codziennyk cynnościak. Jeśli tak zrobi – to jo namówie mojego chłopa, coby roz w tyźniu ryktowoł dlo niego wielkiego piknego oscypka.
– Ale taki hyrny aktor miołby w mojej rozwalającej sie chałupie zamieskać? – Jaśkowo miała wątpliwości. – Przecie u mnie nawet nie miołby ka spać! Mom ino wyrko po moim Jaśku, świeć Ponie nad jego dusom, stare, trzescące, z dziurawym siennikiem, ze ftórego słoma wyłazi i wbijo sie w rzyć.
– Krzesny – gaździna zwróciła sie do Felka. – Przetłumaccie nasemu gościowi, o cym my tutok godomy i spytojcie go, cy przystoje na takie warunki w zamian za jednego oscypka tyźniowo.

No i Felek przetłumacył. Pon Aykroyd wysłuchoł go uwoznie, a potem uśmiechnął sie od ucha do ucha i pedzioł krótko:
Deal!
– Co? Dyl? Pon Aykroyd fce dać dyla? – zmartwiła sie Jaśkowo.
– Wręc przeciwnie! – uspokoił jom Felek. – Zgodził sie!

Bajuści, pon Aykrod tak rozmiłowoł sie w smaku oscypka, ze dlo niego gotów był nawet spać pod gołym niebem na najbardziej niewygodnym wyrku świata i jesce nosić starom Jaśkowom na plecak wsędy, kany ona by se zazycyła.

I tak oto, ostomili, dzięki mojej gaździnie syćka som zadowoleni: pon Aykroyd – bo mo zapewniony stały dostęp do swojego ukochanego sera, Felek – bo pon Aykroyd wreście sie od niego odcepił, Jaśkowo – bo mo darmowom pomoc w chałupie, a mój baca, bo… na mój dusiu! – kielo znocie baców mogącyk pokwolić sie tym, ze ryktujom oscypki dlo hyrnej hollywoodzkiej gwiozdy?

Alecka tyz powinna być zadowolono – skoro pon Aykroyd miesko teroz w mojej wsi, u Jaśkowej, to znacy, ze jego chałupa nad Loughborough Lake jest w tej kwili wolno. I w sumie nawet dobrze by było, kieby Alecka z Jerzoreckiem przeprowadzili sie tamok. Przecie to taki pikny domecek! No to skoda by było, kieby tak stoł pusty i sie marnowoł. Hau!

4.10.2018
czwartek

Felek leci do Kanady

4 października 2018, czwartek,

I znów przyseł Święty Michał. Jak co roku – 29 września. I znów – jak co roku w tym dniu – wroz z bacom i owieckami opuścili my nasom piknom hole pod Turbaczem i zesli do wsi.

No i co w tej nasej wsi słychać? Ano… przez pierwsyk pare dni nie zadziało sie nic scególnego. Ale wcora – od strony Nowego Targu przyjechało jakiesi wielkie corne auto. Sunęło pomaluśku gościńcem, jaze zatrzymało sie pod chałupom Felka znad młaki, co to jest najbogatsy w mojej wsi. Z samochodu wysiodł pon w piknym garniturze od Armaniego abo inksego Versace. Kufe mioł… takom kapecke egzotycnom, śniadom i pomarsconom. Jego włosy były siwe i długie. Ale jak długie! Zoden chłop w mojej wsi takik nimo. A dziewcyny – ino nieftóre. Haj.

Teroz jednak bedzie najciekawse, ostomili: na jego prawym ramieniu siedzioł… ogromny drapiezny ptok. Na mój dusiu! Rózne juz cudoki przybywały w te strony. Ale kogosi takiego to nawet nasi najstarsi górole nie widzieli. Jesce starse od tyk góroli okolicne wiersycki tyz nie.

Tajemnicy ceper z ptokiem na ramieniu podeseł do otacającego Felkowom chałupe płota.

– Dzień dobry! – zawołoł głośno, ale nie po góralsku, i w ogóle nie po polsku, ino po angielsku z północnohamerykańskim akcentem. – Moge wejść?

Na piętrze chałupy otworzyło sie okno i wyjrzoł przez nie Felek.

– A wyście fto? – spytoł, tyz po angielsku, bo domyślił sie, ze po nasemu to on z tym chłopem racej nie pogodo.
– Nazywom sie John Chief – przedstawił sie nieznajomy. – Reprezentuje interesy pona Dana Aykroyda.
– Jakiego Dana Aykroyda? – zdziwił sie Felek. – Chyba nie tego hollywoodzkiego aktora?
– A kogózby inksego? – odporł John Chief. – Jeśli istnieje na tym świecie jakisi inksy Dan Aykroyd, to na pewno nie taki, ftóry miołby cokolwiek interesującego do zaproponowania tak siumnemu i hyrnemu biznesmenowi jako wy.
– A cóz to za propozycja? – zaciekawił sie Felek.
– Tako, dzięki ftórej mozecie zarobić wielkom góre dutków – padła odpowiedź.
– Wielkom góre dutków? – Felkowi nagle ocy zabłysły jak ostrze ciupagi w słonku. – Wchodźcie, panocku, wchodźcie! Zaprasom piknie!

No i pon John Chief weseł do Felkowego domu. Tamok zaś zostoł popytony do salonu.

– Godoliście cosi o dutkak – przybocył Felek, kie juz obaj noleźli sie w tym salonie. – Nie zebyk był do nik jakosi scególnie przywiązany, ale… no, tak z cystej ciekawości spytom: kielo dokładnie mozno zarobić?
– To zalezy od wasej pomysłowości, panocku – odpowiedzioł pon Chief, a Felek z niecierpliwościom cekoł, jaz gość przejdzie do konkretów. – Widzicie tego ptoka na moim ramieniu? To siumny orzeł hamerykański. A jego właścielem jest właśnie pon Dan Aykroyd, ftóry fce go jednak sprzedać. Ba nie byle komu! On fce go sprzedać komusi, fto bedzie w stanie zapewnić tej zywinie odpowiednie warunki zywobycia. Dlotego wysłoł mnie właśnie ku wom, bo wie, ze wy sie piknie nadojecie.
– Hmm… – Felek sie zamyślił. Z jednej strony ciesyło go, ze sam hyrny pon Aykroyd nie ino go zno, ale tak piknie mu ufo. Ba zacął tyz śpekulować, cy kupno tego orła rzecywiście przyniesie mu jakiesi zyski? Nawet jeśli bedzie to nabytek nie byle jakiego kinowego gwiozdora?
– Nie pedziołek jesce syćkiego – godoł dalej pon Chief. – Panocku, to nie jest taki zwycajny orzeł. O, nie! On rozumie ludzkom mowe i zrobi syćko, o co go popytocie.
– Niemozliwe! – zawołoł Felek.
– Niemozliwe? – Pon Chief tajmnico sie uśmiechnął. A potem zwrócił sie do ptoka:
– Orzełecku, przefruń z mojego prawego ramienia na lewe.
I orzeł przefrunął, tak jak pon Chief mu kazoł.
– A teroz, orzełecku, wróć sie nazod na moje prawe ramie.
I orzeł wrócił.
– A teroz siądź na mojej głowie.
Drapieznik posłusnie wykonoł polecenie.

– Widzicie, panocku? – spytoł pon Chief nasego Felka.
– E, tam – Felek machnął rękom. – Tanie śtucki, ftóryk mozno naucyć najgłupsom kure w mojej wsi.
– Cyzby? – zaśmioł sie pon Chief. – No to teroz wy wymyślcie jakiesi polecenie i wydojcie je temu oto stworzeniu.

Felek kwilecke sie zastanowił. Nagle zachichotoł , a potem pedzioł tak:
– Hej! Orzełecku, w trowie pod mojom chałupom zgubiłek wcora jednego grosika, ftóry wypodł mi z portfela. Mozes być tak dobry i odnoleźć mi go?

Orzeł wyfrunął przez otwarte okno do pola. Poźreł w dół swoim orlim wzrokiem i zaroz wśród źdźbeł trowy dojrzoł malusieńkom jednogrosowom monetecke. Sfrunął, ostroznie chycił jom w dziób i po kwili wręcył oniemiałemu Felkowi.

– Na mój dusiu! – wykrzyknął Felek. – Bajuści! Ta beskurcyja to skarb! Ponie Chief, kupuje tego ptoka! Bez względu na cene – jo go kupuje!
– Nie tak prędko, panocku – rzekł pon Chief. – Musicie jesce cosi wiedzieć. Pon Aykroyd sprzedo go wom pod warunkiem, ze kupicie tyz rozległom posiadłość nad jeziorem Loughborough w Kanadzie. To rodzinne strony tego orła i jeśli nie będzie ik od casu do casu odwiedzoł, to pomre z wielkiej tęsknicy i wte nie bedziecie mieli z niego zodnego pozytku.
– Rozumiem – pedzioł Felek. – W takim rozie ocywiście jo te posiadłość tyz kupie.
– I jesce jedno. – Pon John Chief zrobił powoznom mine. – Kie bedziecie juz dobijać z ponem Aykroydem interesu, to pod zodnym pozorem nie zbocujcie mu o tym orle.
– Jak to? – zdumioł sie Felek.
– Delikatno sprawa – westchnął pon Chief. – Otóz downo, downo temu, dziadek pona Aykroyda kurzył se fajke pokoju wroz z jednym z kanadyjskik wodzów Indian. No i pech fcioł, ze kie ów przodek pociągnął se z fajecki, to nagle wylecioł z niej kawałecek rozpalonego tytoniu i frunął na wodzowski pióropus. Na mój dusiu! Pióropus sie zapalił i spłonął doscętnie! Wódz na scynście w pore ściągnął go z głowy, ale i tak był niepociesony. To był jego ulubiony pióropus! Pikny pióropus z piknyk orlik piór! Wódz w wielkiej złości rzucił osobliwom klątwe na cały ród Aykroydów: jeśli ftokolwiek z tego rodu wymówi słowo „orzeł”… wnet stonie w ogniu i spłonie zywcem. Paru blizsyk i dalsyk krewnyk pona Aykroyda niestety spotkało to niescynście. Jednego dlotego, ze myśloł, ze ta klątwa to bzdura, pozostałyk zaś dlotego, ze w takik cy inksyk okolicnościak wymówili to słowo w roztargnieniu.
– Brrr! Straśne – wzdrygnął sie Felek.
– Ano straśnie – zgodził sie pon Chief. – Tak więc jaz po dziś dzień pon Aykroyd i syćka jego kuzyni furt musom barzo sie pilnować. Rozumiecie teroz, cemu on fce sprzedać tego ptoka? Po prostu boi sie, ze jeśli sie go nie pozbędzie, to kiesik przez nieuwage wymówi nazwe tego gatunku i wte jego tyz dopodnie ta okrutno klątwa.
– Bidok – westchnął Felek.
– Cóz – pon Chief wzrusył ramionami. – Nic na to nie poradzicie. Mozecie ino, kie juz sie z nim spotkocie, barzo uwazać, coby nie napomknąć o tym ptoku nawet w formie aluzji. Nie fcecie chyba ryzykować, ze pon Aykroyd niefcący powie „orzeł” z tragicnym dlo siebie skutkiem?
– Nie! Ocywiście ze nie! – zapewnił Felek. – Kie sie juz spotkomy – ani słowa o orle!
Pon Chief zatorł ręce.
– No to – pedzioł po kwili – chyba juz nic tu po mnie. Pozostoje wom, panocku, hybać do Kanady, spotkać sie z moim chlebodawcom i piknie podpisać umowe kupna.
– Pohybom jak najprędzej – oznajmił Felek. – Ba zanim sie pozegnomy, moze zrobimy se selfie?
– A, niekze ta – zgodził sie pon Chief.

Felek wyciągnął ajfona i pstryknął selfie sobie, swojemu gościowi i orłu.

I sie pozegnali. Zaroz potem Felek rzucił sie do komputra, sukać samolota do Kanady. Wysłannik pona Aykroyda zaś, wroz z piknym orłem, poseł do swego auta i wnet odjechoł. Dotorł do Nowego Targu i tamok oddoł auto do wypozycalni samochodów, ftóro – tak nawiasem mówiąc – nalezy do nasego Felka, ba Felek jakosi nie zorientowoł sie, ze to była jego własność.

Po wyjściu z wypozycalni orzeł odlecioł w kierunku Tater, pon Chief zaś pospacerowoł ku Dunajcowi. A nad tym Dunajcem spotkoł sie… ze mnom. Wiecie cemu? Hahahahaha! Bo ten cały pon John Chief to nie był zoden John Chief, ino…. mój stary dobry znajomy z indiańskiego rezerwatu w Hameryce – wielki wódz Przeziębiony Łosoś, ftóry prowdopodobnie jako jedyny cłowiek na świecie rozumie mowe psów. Godołek wom juz o swoik spotkaniak z nim we wpisak z 8 i 12 listopada 2007 rocku, a potem jesce we wpisie z 25 listopada 2011 rocku.

Kim natomiast był ten towarzysący mu rzekomy orzeł hamerykański? Cóz… rzecywiście był to orzeł. Telo ino, ze nie hamerykański, ino… naso pocciwo Maryna Krywaniec. Bajako.

I juz wom piknie wyjaśniom, o co sło w tej całej hecy. Jak pewnie bocycie, naso Alecka fciała kiesik kupić piknom chałupe nad piknym kanadyjskim jeziorem Loughborough. Ale to jej sie nie udało, bo pojawił sie pon Dan Aykroyd, ftóry za te samom chałupe zaproponowoł duzo więcej dutków niz Alecka była w stanie uzbierać. No i kie sie o tym dowiedziołek, to pogodołek z Marynom i wyryktowali my pikny zbójnicki plan: pohybomy do Hameryki Północnej, wroz z Indianami pod wodzom Przeziębionego Łososia napadniemy na te chałupe nad Loughborough Lake, zajmiemy jom i oddomy Alecce. Ba potem nasły nos wątpliwości: ryktować zbójnicko-indiański atak przeciwko komusi, fto tak piknie rozbawił cały świat w filmie Blues Brothers? To byłby chyba barzo cięzki grzych! Więc zmienili my plany. Postanowiliśmy, ze doprowadzimy do tego, coby nas Felek kupił te całom posiadłość od pona Aykroyda. Wte zabieremy te chałupe nie hyrnemu komikowi, ino Felkowi, ftóry nigdy nikogo nie rozbawił w zodnej komedii, więc napaść na niego nawet jeśli tyz byłaby grzychem – to duzo lzejsym.

Skontaktowołek sie mailowo z wodzem Przeziębionym Łososiem, a on barzo chętnie zgodził sie nom pomóc. I przyjechoł do samiućkiej Polski, coby – jako juz wiecie – udać przed Felkiem wysłannika pona Aykroyda.

Jak na rozie – syćko piknie idzie po nasej myśli. Felek juz zarezerwowoł lot do Kanady i właśnie ryktuje sie do podrózy. Co bedzie dalej – o tym ocywiście piknie opowiem wom na tym blogu.

Ba tak w ogóle, to sami widzicie, ostomili, ze nas plan nimo zodnyk słabyk punktów i po prostu nimo prawa sie nie udać. Tak więc Alecka juz teroz moze spokojnie zamawiać firme przeprowadzkowom, coby wnet móc zamieskać w wymarzonym domecku nad piknym jezioreckiem Loughborough. Hau!

P.S.1. A pod ostatnim wpisem trójka nowyk gości pojawiła sie w Owcarkówce: Kavicek, Devinecek i Bukrabacek. Powitać Kavicka, Devinecka i Bukrabacka barzo piknie! 🙂

P.S.2. Zaś w łoński wtorek była pikno rocnica ślubu Alecki i Jerzorecka. No to zdrowie Poństwa Aleckowyk! I piknie zycmy im, coby im sie dobrze zyło w tym piknym domecku nad Lougborough Lake, ftóry juz wkrótce stonie sie ik własnościom 🙂

P.S.3. Dzisiok zaś imieniny Bobickowe. Ostomili – zdrowie nasego Bobicka, coby mu sie piknie na tyk Niebieskik Holak wiodło 🙂

P.S.4. W najblizscom sobote – Jasiecek Juhas swojom rocnice ślubu bedzie mioł. No to pikne zdrowie Poństwa Jasieckowyk! 🙂

PS.5. W niedziele – EMTeSiódemeckowe urodziny i imieniny zarozem. Zatem podwójne zdrowie nasej EMTeSiódemecki! 🙂

25.09.2018
wtorek

Ponowie zapłacili…

25 września 2018, wtorek,

Chyba juz wom kiesik o tym opowiadołek, ale… moze nie syćka wte byli w Owcarkówce? No to niekze zboce te historyjke jesce roz. Pewnego piknego dnia jeden z najhyrniejsyk tatrzańskik przewodników, Józek „Ujek” Krzeptowski, oprowadzoł po Gubałówce grupe turystów. Pokazuje im piknom panorame Tater, piknie objaśnio, ftóry wiersycek jak sie nazywo… i wte jeden z turystów nagle mu przerywo i pyto:
– Proszę pana, a który z tych szczytów to Gerlach?
– Poźrejcie panocku – odpowiado hyrny górol. – Widzicie tamten wierch? To jest właśnie Gerlach.
Przipadkowo przechodził tamok jakisi inksy przewodnik. Kie usłysoł te godke, nie mógł sie powstrzymać, coby nie zawołać:
– Krzesny! Dobrze wiecie, ze Gerlacha z Gubałówki nie widać! To co kiełbasicie ludziom w głowak?
Na co Ujek pado spokojnie:
– Ponowie zapłacili – Gerlach mo być!

No i ta cało anegdota (cy prowdziwo? cóz, znając hyrne pocucie humoru Ujka – mozliwe ze tak) przybocyła mi sie, kie niedowno nolozłek w Interii artykulik artykulik o piknym zbójnickim serialu Janosik. Heeej! Rózne pikne rzecy tamok napisano. A co dokładnie? Ano między inksymi to: Ciekawostką jest fakt, że do sceny ich ślubu [Janosika i Maryny] zbudowano na Podkarpaciu drewnianą kapliczkę, która po zakończeniu zdjęć została poświęcona przez księdza i do dziś służy wiernym, którzy nie mają nawet pojęcia, że to telewizyjny rekwizyt.

Na mój dusiu! Naprowde? Ocywiście boce te scene harnasiowego ślubu. Juz kie pierwsy roz na niom pozirołek, to od rozu poznołek, ze pokazany tamok kościółek, to pikno drewniano kaplica stojąco na Polanie Chochołowskiej.* Ale coby miała ona zaistnieć dzięki serialowi – o tym potela nie słysołek. Tymcasem, kie poźrełek do Gugli, okazało sie, ze inksi owsem słyseli. Potwierdzenie tej interiowej ciekawostki nolozłek na przikład na tej stronie, na tej, na tej tyz, a nawet na tej, cyli nie byle jakiej, bo to przecie hyrno encyklopedia poństwa Paryskik.**

Ba uwidziołek tyz, ze Wikipedia gwarzy cosi zupełnie inksego, mianowicie ze ów „telewizyjny rekwizyt” tak naprowde powstoł juz w 1958 rocku – a to by było ładnyk kilkanoście roków przed tym, jak pon Perepeczko zagroł dzielnego harnasia, zaś pon Pyrkosz i pon Bilewski zagrali mniej dzielnyk, ale i tak sakramencko piknyk zbójników. Wikipedia powołuje sie tutok na całkiem wiarygodne źródło – wypowiedź opiekującyk sie tym miejscem księdzów salezjanów. O powstaniu kościółka w owym 1958 rocku pisom tyz na stronak internetowyk parafii witowskiej, na ftórej to właśnie terenie nojduje sie Chochołowsko Polana.

Skąd więc – krucafuks – wziął sie ten cały hyr o wyryktowaniu obiektu dopiero na potrzeby telewizji? Piknie by było, kieby jakisi zorientowany w temacie mędrol zajrzoł do Owcarkówki i syćko nom wyjaśnił. Ba póki co… myśle, ze za całkiem prowdopodobnom mozemy uznać informacje z pascalowskiego przewodnika, ka cytomy, ze kaplica powstała po II wojnie światowej w wyniku przeróbki zwykłego pasterskiego szałasu.. […] Dzisiejszy wygląd kapliczka zawdzięcza m.in. kręconemu tutaj w 1972 r. serialowi „Janosik”.*** Cóz… tak rzecywiście mogło być. Moze faktycnie, kie zacęto ryktować ten serial, to kościółek kapecke przeinacono, a potem narodziła sie legenda, ze wybudowano go od zera? W kozdym rozie momy pikny przikład tego, ze legendy powstawały nie ino w starodownyk casak, ale teroz tyz powstajom. Bajako.

I podejrzewom, ze dzisiok niejeden tatrzański przewodnik, oprowadzający po Chochołowskiej wyciecke ceprów, zapytany, cy to prowa, ze tamtejsy kościółek wyryktowała ekipa telewizyjno – bez mrugnięcia okiem odpowie, ze tak. Jeśli natraficie na takom sytuacje, nie zwracojcie temu przewodnikowi uwagi, ze zmyślo. Bo i tak od rozu wiadomo, co on wte odrzeknie. To samo co Ujek: „Poństwo zapłacili – telewizyjny kościółek mo być!” Hau!

P.S.1. Downo nie zbocowołek o budowyk świętak, więc trza te zaległości piknie ponadrabiać. Po pierwse więc – 29 sierpnia Anecka Schroniskowo miała urodziny. Zdrowie Anecki Schroniskowej! 🙂

P.S.2. Po drugie – 14 września były urodziny Mieteckowe. Zdrowie Mietecki! 🙂

P.S.3. A po trzecie – 16 września były Dydyjeckowe imieniny. Zdrowie Dydyjecki! 🙂

P.S.4. A wcora – Poni Dorotecka z muzycnego bloga urodziny pikne miała. Zdrowie Poni Dorotecki! 🙂

* Ba ino zzewnątrz – bo w środku to był dlo odmiany starodowny kościoł w Dębnie.
** Ba nie wiem, cy w papierowej wersji encyklopedii napisali tak samo. Teroz nimom jak sprawdzić, bo w mojej wsi były ino dwa egzemplorze – w mojej chałupie i u Felka znad młaki. Niestety baca pozycył te encyklopedie komusi, fto nie oddoł, Felek zaś niedowno sprzedoł swojom na Allegrze.
*** T. Nodzyński, B. Zygmańska, Tatry Polskie i Słowackie, Pascal, Bielsko-Biała 2003, s. 55.

css.php