Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego

11.10.2018
czwartek

Felek wraco z Kanady

11 października 2018, czwartek,

Jako godołek wom w poprzednim wpisie – Felek wyrusył do Kanady, coby tamok zakupić od pona Dana Aykroyda piknom posiadłość nad Loughborough Lake (a wroz z niom – jak sądził – niezwykłego hamerykańskiego orła 😀 ). Heeej! Cało mojo wieś niecierpliwie cekała na jego powrót. No i wreście sie docekała. Kie ino Felkowe auto wjechała do wsi, ludzie ocywiście od rozu je rozpoznali. Ba zaroz za nim jechało jesce jedno, nie wiadomo cyje, syćka widzieli je po roz pierwsy. Co jesce ciekawse… kie te dwa pojazdy nolazły sie pod Felkowym domem, to nie zatrzymały sie, ani nawet nie zwolniły, ino pojechały dalej. Kany? Krucafuks! Wnet sie wyjaśniło – ku mojej chałupie! Felkowy samochodzicek zatrzymoł sie tuz przy nasym obejściu. Samochód podązający za nim zrobił dokładnie to samo. Po kwili Felek wysiodł ze swojego auta. Z tego drugiego zaś wylozł pon, na ftórego widok nie mogłek sie powstrzymać, coby nie zawołać „Hauhauhauu!” Felek, przyzwycajony do mojego scekania, nie przejął sie mnom zbytnio. Ten drugi pon zaś zdawoł sie być tak zapatrzony w Felka, ze chyba nie zwróciłby na mnie uwagi, nawet kiebyk zascekoł o sto decybeli głośniej.

Obaj zaroz wesli do nasej chałupy. Bacy akurat nie było w domu. Była natomiast mojo gaździna i staro Jaśkowo, co to jest najbidniejso w nasej wsi. Jaśkowo wpadła ku nom niedługo przed Felkiem, kie w drodze powrotnej ze sklepu postanowiła se kapecke z kimsi poplotkować.

– Witojcie – pedzioł Felek.
– Witojcie – pedziała mojo gaździna.
– Witojcie – pedziała Jaśkowo.
Good afternoon! Nice to meet you! – pedzioł Felkowy kompan.
– Feluś, a kogo ześ ty tutok przyprowadził? – zaciekawiła sie gaździna… i zacęła nagle cosi kojarzyć. – Zaroz! Kwilecke! O, Matko Bosko! O, Jezusicku! Cy to nie jest przypadkiem ten aktor, ze ftórym miołeś sie spotkać w Kanadzie? Ten, co zagroł w Blues Brothers?
Yes! Yes! Blues Brothers! – wykrzyknął niepilok, ftóry najwyraźniej z całej wypowiedzi gaździny zrozumioł ino tytuł filmu. – Have you seen this movie?
– Felek, co on godo? – spytała gaździna.
– Pockojcie, krzesno, pockojcie, za duzo pytań naroz – popytoł Felek. – No więc po pierwse – tak, to jest pon Dan Aykroyd, ten z filmu Blues Brothers. Po drugie – jo go wcale tutok nie przyprowadziłek. Sam sie wepchoł.
– Nie godoj tak, Feluś – prociwiła sie gaździna. – Jest teroz moim gościem, więc wcale sie nie wepchoł, ino weseł. Gość w dom – Bóg w dom. I ślus.
– Inacej byście gwarzyli, kieby przycepił sie do wos jako do mnie! – jęknął Felek.
– Jakze to? – odezwała sie Jaśkowo. – On sie do wos przycepił? Ba dlocego?
– To długo historia – pedzioł Felek.
– Nie skodzi, mom cas, opowiadoj – popytała gaździna.
– Jo tyz mom cas – zapewniła Jaśkowo.
– Zaroz opowiem – rzekł Felek. – Ba chyba nie muse wom wyjaśniać, po co jo w ogóle do tej Kanady poleciołek?
– Pewnie, ze nie! – potwierdziła gaździna. – Przecie przed całom wsiom sie kwoliłeś, ze jedzies do tego pona, coby kupić od niego niezwykłego orła wroz z posiadłościom nad jakimsi jeziorem, zdoje sie, ze duzo więksym od nasego Pucułowskiego Stawu.
– I syćkim we wsi pokazywołeś to swoje selfie z ponem Johnem Chiefem i orłem – dodała Jaśkowo.
– No właśnie… – westchnął Felek. – To selfie…
– No, godojze! – niecierpliwiła sie gaździna. – Co było w tej Kanadzie?
– Juz godom – pedzioł Felek. – Ale to naprowde długo historia, więc moze siednijmy syćka.

No i syćka, pon Aykroyd tyz, siedli za stołem, na ftórym gaździna piknie postawiła flaske Łąckiej Śliwowicy. Felek zacął swom opowieść:

– A więc było to tak. Zanim poleciołek spotkać sie z obecnym tutok ponem Aykroydem, barzo starannie wyryktowołek sie do tego spotkania. Ocywiście pamiętołek przestroge pona Johna Chiefa, ze przy tym aktorze nie wolno zbocować o jego orle. Ani w ogóle o zodnym inksym ptoku tego gatunku. Zastanawiołek sie ino, jak to zrobić, coby kupić tego orła, a zarozem w trakcie kupna nie napomknąć o nim ani słowem? Na scynście – choć wiecie, ze u mnie sie nie przelewo – udało mi sie zebrać dutki na sakramencko dobrego prawnika, ftóry umowe kupna napisoł w taki sposób, ze słowo „orzeł” nie padło w niej ani rozu, ba z jej treści jednoznacnie wynikało, ze jo wroz z tom posiadłościom nad Loughborough Lake kupuje tyz tego drapieznika. Kie umowa była gotowo – pozostało mi spotkać sie z ponem Aykroydem i namówić go do podpisania jej w takiej formie, jakom wyryktowoł mój prawnik. No i poleciołek do Kanady. A potem wynajętym autem pojechołek nad to pikne jezioro Loughborough. Okazało sie, ze pon Aykroyd jest tamok obecny. Piknie udało mi sie z nim spotkać. Choć kie pedziołek mu, ze fce kupić jego tutejsom posiadłość – on rzekł, ze jego ziemia nad tym jeziorem nie jest na sprzedaz i nigdy nie bedzie. Na mój dusiu! – pomyślołek se – cyzby zabocył, ze fce jom sprzedać? Ba zaroz se uświadomiłek, ze taki hyrny aktor jako on na pewno mo na głowie wiele woznyk spraw, więc to i owo mogło umknąć z jego pamięci. Tak więc spokojnie wyciągłek ze swej tecki gotowom umowe i pedziołek, ze tak cy siak, jo barzo chętnie kupie jego włości nad Loughborough Lake. Pon Aykroyd powtórzył, ze one nie som na sprzedaz. No to jo zaproponowołek dwa rozy wyzsom cene. On znów odmówił, ale… zauwazyłek, ze tym rozem juz mniej zdecydowanie. Więc jo znów podwoiłek oferte. I wte – pon Aykroyd piknie sie zgodził. Na mój dusicku! Syćko wskazywało na to, ze zaroz bede właścicielem tej ziemi! I zarozem posiadacem najbardziej niezwykłego orła na świecie! Wpisołek ino w treść umowy uzgodnionom cene. Pon Aykroyd wziął do ręki pikne wiecne pióro. I juz, juz mioł złozyć podpis… kie nagle zadzwonił mi telefon. Nawet nie wiem, fto to dzwonił. Nie była to ocywiście odpowiednio kwila na rozmowe, więc wyciągłek telefon z kieseni ino po to, coby sie od rozu rozłącyć. I wte… w pośpiechu wcisłek cosi nie tak jak trza, przez co na ekraniku otworzyło sie to moje selfie z ponem Johnem Chiefem i towarzysącym mu orłem.
„Ooo!” – zawołoł pon Aykroyd, kie uwidzioł zdjęcie. – „Fajno fotka. A fto to jest ten chłop, co stoi tutok obok wos?”
„Jak to?” – zdziwiłek sie. – „Nie poznojecie swojego wysłannika, pona Johna Chiefa?”
„Nigdy w zyciu go nie widziołek” – zapewnił mnie pon Aykroyd. – „Ale ciekawy jest ten ptok na jego ramieniu. Cy to jakisi orzeł?”
„O, Jezusicku! Ponie Aykroyd!” – zawołołek przerazony, bocując przestroge pona Chiefa. – „Nie wymawiojcie tego słowa!”
„Jakiego słowa mom nie wymawiać?” – spytoł pon Aykroyd. – „Idzie wom o słowo ‚orzeł’?”
„Nieeee!!!” – wrzasnąłek. Byłek pewien, ze za kwile ten bidok zmieni sie w zywom pochodnie. W narozniku salonu zauwazyłek gaśnice. Bez namysłu chyciłek jom i wnet ku gospodorzowi domu wystrzelił potęzny strumień piany. Po paru sekundak pon Aykroyd od stóp do głów był cały bielusieńki. Przybocowoł teroz jednego z tyk duchów, ze ftórymi walcył w filmie Ghostbusters.
„Cyście powariowali, panocku?” – spytoł pon Aykroyd. – „Co wy kruca robicie?”
„Jak to co?” – odrzekłek. – „Ratuje wom zycie! Wiem syćko o tej straśliwej klątwie, przez ftórom nifto z wasej rodziny nie moze pedzieć ‚orzeł’, bo wnet spłonie zywcem!”
„Cy wy za bździny godocie?” – Pon Aykroyd był coroz bardziej zdumiony. – „Jo nie moge pedzieć ‚orzeł’? Miołbyk sie przez to zapalić? No to posłuchojcie: orzeł, orzeł, orzeł, orzeł, orzeł! I co? Zapaliłek sie?”
Cóz… nie dało sie ukryć, ze nie. Nawet mały dymek sie z niego nie ulotnił. Jesce roz pokazołek mu tego selfia i spytołek: „Więc nie znocie cłeka z tego zdjęcia i nie jesteście właścielem widniejącego tutok orła?”
„Powtarzom, ze na ocy tego cłeka nie widziołek. I nigdy nie posiadołek zodnego orła” – pedzioł pon Aykroyd. – „Ba jeśli, panocku, nadal fcecie kupić te mojom posiadłość…”
„Juz nie fce” – przerwołek mu. – „Tak naprowde to mi zalezało na orle, nie na wasej ziemi. Skoro jednak ten orzeł nie jest was…”
Krucafuks! Zły, ze ftosi podsył sie pod jakiegosi Johna Chiefa i wyryktowoł mi głupi śpas, sięgłek po swojom tecke, coby schować w niej niepotrzebnom juz do nicego umowe. W zdenerwowaniu chyciłek te tecke do góry nogami. A ze była niedomknięto – syćko sie z niej wysypało, w tym jedzenie, ftóre wziąłek ze sobom na droge, a wśród tego jedzenia – zakupiony od wasego chłopa oscypek.

Oh! Os-sipek! Os-sipek! Yes! Yes! Yes! – Pon Aykroyd potela siedzioł znudzony, nicego nie rozumiejąc z Felkowej opowieści. Ale kie usłysłoł nazwe tego nasego piknego góralskiego sera, to nagle sie ozywił. – Os-sipek! Os-sipek! The most excellent cheese in the world! Oh, my God! I love it so much!!!
– Felek, a teroz co on godo? – spytała gaździna.
– No… – rzekł Felek – mozno pedzieć, ze zakochoł sie w oscypku.
– Co takiego? – zdziwiła sie gaździna.
– Posłuchojcie, krzesno, co było dalej – popytoł Felek. – Kie pon Aykroyd uwidzioł tego oscypka, to spytoł, co to jest i cemu tak piknie pachnie. No to jo z cystej uprzejmości zaproponowołek, coby skostowoł. Krucafuks! To był mój błąd! Mój sakramencki wielki błąd! Wystarcył jeden gryz, coby ten chłop po prostu rozkochoł sie w tym serze. Pedzioł, ze to iście niebiański smak, ze nigdy w zyciu nie jodł nic równie piknego i ze koniecnie musi pojechać ze mnom do Polski, do miejsca, ka ryktujom tak niezwykłom smakowitość. Pedziołek, ze moge mu dać adresy paru baców, w tym wasego, ale on na to rzekł, ze nimo casu sukać tyk baców na własnom ręke, więc bedzie sie trzymoł mnie, coby jak najsybciej wroz ze mnom noleźć sie w oscypkowej krainie. No i od tej pory wsędy za mnom łazi. Kie wsiodłek w auto, coby pojechać do Ottawy na lotnisko – on wsiodł w swoje i pojechoł za mnom. Pare rozy próbowołek go zgubić. Najpierw zatrzymołek sie na jednej stacji benzynowej i posłek do toalety, coby tamok przez okno wydostać sie do pola i uciec – okazało sie, ze on przejrzoł mój zamiar, obeseł stacje, stanął pod oknem toalety i tamok juz na mnie cekoł. Kolejne próby zmylenia go tyz sie nie powiodły. I tak przybył wroz ze mnom do Polski, do Krakowa, potem do Nowego Targu i wreście tutok do nasej wsi. Dlotego właśnie od rozu skierowołek sie ku wom, krzesno, z wielkom prośbom o ratunek. Piknie pytom – pomózcie mi, zróbcie cosi, coby ten cłek zostawił mnie wreście w spokoju!

– Jo se myśle, ze moge pomóc – odpowiedziała gaździna. – Jaśkowo właśnie godała mi, jak to zyje sie jej coroz trudniej: nimo juz siły drew do pieca wrzucać, nimo siły nosić siatki z zakupami, nawet zwykłe pokrojenie chleba to juz dlo niej kłopot. No to niekze ten pon Aykroyd zamiesko u niej i pomago jej w codziennyk cynnościak. Jeśli tak zrobi – to jo namówie mojego chłopa, coby roz w tyźniu ryktowoł dlo niego wielkiego piknego oscypka.
– Ale taki hyrny aktor miołby w mojej rozwalającej sie chałupie zamieskać? – Jaśkowo miała wątpliwości. – Przecie u mnie nawet nie miołby ka spać! Mom ino wyrko po moim Jaśku, świeć Ponie nad jego dusom, stare, trzescące, z dziurawym siennikiem, ze ftórego słoma wyłazi i wbijo sie w rzyć.
– Krzesny – gaździna zwróciła sie do Felka. – Przetłumaccie nasemu gościowi, o cym my tutok godomy i spytojcie go, cy przystoje na takie warunki w zamian za jednego oscypka tyźniowo.

No i Felek przetłumacył. Pon Aykroyd wysłuchoł go uwoznie, a potem uśmiechnął sie od ucha do ucha i pedzioł krótko:
Deal!
– Co? Dyl? Pon Aykroyd fce dać dyla? – zmartwiła sie Jaśkowo.
– Wręc przeciwnie! – uspokoił jom Felek. – Zgodził sie!

Bajuści, pon Aykrod tak rozmiłowoł sie w smaku oscypka, ze dlo niego gotów był nawet spać pod gołym niebem na najbardziej niewygodnym wyrku świata i jesce nosić starom Jaśkowom na plecak wsędy, kany ona by se zazycyła.

I tak oto, ostomili, dzięki mojej gaździnie syćka som zadowoleni: pon Aykroyd – bo mo zapewniony stały dostęp do swojego ukochanego sera, Felek – bo pon Aykroyd wreście sie od niego odcepił, Jaśkowo – bo mo darmowom pomoc w chałupie, a mój baca, bo… na mój dusiu! – kielo znocie baców mogącyk pokwolić sie tym, ze ryktujom oscypki dlo hyrnej hollywoodzkiej gwiozdy?

Alecka tyz powinna być zadowolono – skoro pon Aykroyd miesko teroz w mojej wsi, u Jaśkowej, to znacy, ze jego chałupa nad Loughborough Lake jest w tej kwili wolno. I w sumie nawet dobrze by było, kieby Alecka z Jerzoreckiem przeprowadzili sie tamok. Przecie to taki pikny domecek! No to skoda by było, kieby tak stoł pusty i sie marnowoł. Hau!

4.10.2018
czwartek

Felek leci do Kanady

4 października 2018, czwartek,

I znów przyseł Święty Michał. Jak co roku – 29 września. I znów – jak co roku w tym dniu – wroz z bacom i owieckami opuścili my nasom piknom hole pod Turbaczem i zesli do wsi.

No i co w tej nasej wsi słychać? Ano… przez pierwsyk pare dni nie zadziało sie nic scególnego. Ale wcora – od strony Nowego Targu przyjechało jakiesi wielkie corne auto. Sunęło pomaluśku gościńcem, jaze zatrzymało sie pod chałupom Felka znad młaki, co to jest najbogatsy w mojej wsi. Z samochodu wysiodł pon w piknym garniturze od Armaniego abo inksego Versace. Kufe mioł… takom kapecke egzotycnom, śniadom i pomarsconom. Jego włosy były siwe i długie. Ale jak długie! Zoden chłop w mojej wsi takik nimo. A dziewcyny – ino nieftóre. Haj.

Teroz jednak bedzie najciekawse, ostomili: na jego prawym ramieniu siedzioł… ogromny drapiezny ptok. Na mój dusiu! Rózne juz cudoki przybywały w te strony. Ale kogosi takiego to nawet nasi najstarsi górole nie widzieli. Jesce starse od tyk góroli okolicne wiersycki tyz nie.

Tajemnicy ceper z ptokiem na ramieniu podeseł do otacającego Felkowom chałupe płota.

– Dzień dobry! – zawołoł głośno, ale nie po góralsku, i w ogóle nie po polsku, ino po angielsku z północnohamerykańskim akcentem. – Moge wejść?

Na piętrze chałupy otworzyło sie okno i wyjrzoł przez nie Felek.

– A wyście fto? – spytoł, tyz po angielsku, bo domyślił sie, ze po nasemu to on z tym chłopem racej nie pogodo.
– Nazywom sie John Chief – przedstawił sie nieznajomy. – Reprezentuje interesy pona Dana Aykroyda.
– Jakiego Dana Aykroyda? – zdziwił sie Felek. – Chyba nie tego hollywoodzkiego aktora?
– A kogózby inksego? – odporł John Chief. – Jeśli istnieje na tym świecie jakisi inksy Dan Aykroyd, to na pewno nie taki, ftóry miołby cokolwiek interesującego do zaproponowania tak siumnemu i hyrnemu biznesmenowi jako wy.
– A cóz to za propozycja? – zaciekawił sie Felek.
– Tako, dzięki ftórej mozecie zarobić wielkom góre dutków – padła odpowiedź.
– Wielkom góre dutków? – Felkowi nagle ocy zabłysły jak ostrze ciupagi w słonku. – Wchodźcie, panocku, wchodźcie! Zaprasom piknie!

No i pon John Chief weseł do Felkowego domu. Tamok zaś zostoł popytony do salonu.

– Godoliście cosi o dutkak – przybocył Felek, kie juz obaj noleźli sie w tym salonie. – Nie zebyk był do nik jakosi scególnie przywiązany, ale… no, tak z cystej ciekawości spytom: kielo dokładnie mozno zarobić?
– To zalezy od wasej pomysłowości, panocku – odpowiedzioł pon Chief, a Felek z niecierpliwościom cekoł, jaz gość przejdzie do konkretów. – Widzicie tego ptoka na moim ramieniu? To siumny orzeł hamerykański. A jego właścielem jest właśnie pon Dan Aykroyd, ftóry fce go jednak sprzedać. Ba nie byle komu! On fce go sprzedać komusi, fto bedzie w stanie zapewnić tej zywinie odpowiednie warunki zywobycia. Dlotego wysłoł mnie właśnie ku wom, bo wie, ze wy sie piknie nadojecie.
– Hmm… – Felek sie zamyślił. Z jednej strony ciesyło go, ze sam hyrny pon Aykroyd nie ino go zno, ale tak piknie mu ufo. Ba zacął tyz śpekulować, cy kupno tego orła rzecywiście przyniesie mu jakiesi zyski? Nawet jeśli bedzie to nabytek nie byle jakiego kinowego gwiozdora?
– Nie pedziołek jesce syćkiego – godoł dalej pon Chief. – Panocku, to nie jest taki zwycajny orzeł. O, nie! On rozumie ludzkom mowe i zrobi syćko, o co go popytocie.
– Niemozliwe! – zawołoł Felek.
– Niemozliwe? – Pon Chief tajmnico sie uśmiechnął. A potem zwrócił sie do ptoka:
– Orzełecku, przefruń z mojego prawego ramienia na lewe.
I orzeł przefrunął, tak jak pon Chief mu kazoł.
– A teroz, orzełecku, wróć sie nazod na moje prawe ramie.
I orzeł wrócił.
– A teroz siądź na mojej głowie.
Drapieznik posłusnie wykonoł polecenie.

– Widzicie, panocku? – spytoł pon Chief nasego Felka.
– E, tam – Felek machnął rękom. – Tanie śtucki, ftóryk mozno naucyć najgłupsom kure w mojej wsi.
– Cyzby? – zaśmioł sie pon Chief. – No to teroz wy wymyślcie jakiesi polecenie i wydojcie je temu oto stworzeniu.

Felek kwilecke sie zastanowił. Nagle zachichotoł , a potem pedzioł tak:
– Hej! Orzełecku, w trowie pod mojom chałupom zgubiłek wcora jednego grosika, ftóry wypodł mi z portfela. Mozes być tak dobry i odnoleźć mi go?

Orzeł wyfrunął przez otwarte okno do pola. Poźreł w dół swoim orlim wzrokiem i zaroz wśród źdźbeł trowy dojrzoł malusieńkom jednogrosowom monetecke. Sfrunął, ostroznie chycił jom w dziób i po kwili wręcył oniemiałemu Felkowi.

– Na mój dusiu! – wykrzyknął Felek. – Bajuści! Ta beskurcyja to skarb! Ponie Chief, kupuje tego ptoka! Bez względu na cene – jo go kupuje!
– Nie tak prędko, panocku – rzekł pon Chief. – Musicie jesce cosi wiedzieć. Pon Aykroyd sprzedo go wom pod warunkiem, ze kupicie tyz rozległom posiadłość nad jeziorem Loughborough w Kanadzie. To rodzinne strony tego orła i jeśli nie będzie ik od casu do casu odwiedzoł, to pomre z wielkiej tęsknicy i wte nie bedziecie mieli z niego zodnego pozytku.
– Rozumiem – pedzioł Felek. – W takim rozie ocywiście jo te posiadłość tyz kupie.
– I jesce jedno. – Pon John Chief zrobił powoznom mine. – Kie bedziecie juz dobijać z ponem Aykroydem interesu, to pod zodnym pozorem nie zbocujcie mu o tym orle.
– Jak to? – zdumioł sie Felek.
– Delikatno sprawa – westchnął pon Chief. – Otóz downo, downo temu, dziadek pona Aykroyda kurzył se fajke pokoju wroz z jednym z kanadyjskik wodzów Indian. No i pech fcioł, ze kie ów przodek pociągnął se z fajecki, to nagle wylecioł z niej kawałecek rozpalonego tytoniu i frunął na wodzowski pióropus. Na mój dusiu! Pióropus sie zapalił i spłonął doscętnie! Wódz na scynście w pore ściągnął go z głowy, ale i tak był niepociesony. To był jego ulubiony pióropus! Pikny pióropus z piknyk orlik piór! Wódz w wielkiej złości rzucił osobliwom klątwe na cały ród Aykroydów: jeśli ftokolwiek z tego rodu wymówi słowo „orzeł”… wnet stonie w ogniu i spłonie zywcem. Paru blizsyk i dalsyk krewnyk pona Aykroyda niestety spotkało to niescynście. Jednego dlotego, ze myśloł, ze ta klątwa to bzdura, pozostałyk zaś dlotego, ze w takik cy inksyk okolicnościak wymówili to słowo w roztargnieniu.
– Brrr! Straśne – wzdrygnął sie Felek.
– Ano straśnie – zgodził sie pon Chief. – Tak więc jaz po dziś dzień pon Aykroyd i syćka jego kuzyni furt musom barzo sie pilnować. Rozumiecie teroz, cemu on fce sprzedać tego ptoka? Po prostu boi sie, ze jeśli sie go nie pozbędzie, to kiesik przez nieuwage wymówi nazwe tego gatunku i wte jego tyz dopodnie ta okrutno klątwa.
– Bidok – westchnął Felek.
– Cóz – pon Chief wzrusył ramionami. – Nic na to nie poradzicie. Mozecie ino, kie juz sie z nim spotkocie, barzo uwazać, coby nie napomknąć o tym ptoku nawet w formie aluzji. Nie fcecie chyba ryzykować, ze pon Aykroyd niefcący powie „orzeł” z tragicnym dlo siebie skutkiem?
– Nie! Ocywiście ze nie! – zapewnił Felek. – Kie sie juz spotkomy – ani słowa o orle!
Pon Chief zatorł ręce.
– No to – pedzioł po kwili – chyba juz nic tu po mnie. Pozostoje wom, panocku, hybać do Kanady, spotkać sie z moim chlebodawcom i piknie podpisać umowe kupna.
– Pohybom jak najprędzej – oznajmił Felek. – Ba zanim sie pozegnomy, moze zrobimy se selfie?
– A, niekze ta – zgodził sie pon Chief.

Felek wyciągnął ajfona i pstryknął selfie sobie, swojemu gościowi i orłu.

I sie pozegnali. Zaroz potem Felek rzucił sie do komputra, sukać samolota do Kanady. Wysłannik pona Aykroyda zaś, wroz z piknym orłem, poseł do swego auta i wnet odjechoł. Dotorł do Nowego Targu i tamok oddoł auto do wypozycalni samochodów, ftóro – tak nawiasem mówiąc – nalezy do nasego Felka, ba Felek jakosi nie zorientowoł sie, ze to była jego własność.

Po wyjściu z wypozycalni orzeł odlecioł w kierunku Tater, pon Chief zaś pospacerowoł ku Dunajcowi. A nad tym Dunajcem spotkoł sie… ze mnom. Wiecie cemu? Hahahahaha! Bo ten cały pon John Chief to nie był zoden John Chief, ino…. mój stary dobry znajomy z indiańskiego rezerwatu w Hameryce – wielki wódz Przeziębiony Łosoś, ftóry prowdopodobnie jako jedyny cłowiek na świecie rozumie mowe psów. Godołek wom juz o swoik spotkaniak z nim we wpisak z 8 i 12 listopada 2007 rocku, a potem jesce we wpisie z 25 listopada 2011 rocku.

Kim natomiast był ten towarzysący mu rzekomy orzeł hamerykański? Cóz… rzecywiście był to orzeł. Telo ino, ze nie hamerykański, ino… naso pocciwo Maryna Krywaniec. Bajako.

I juz wom piknie wyjaśniom, o co sło w tej całej hecy. Jak pewnie bocycie, naso Alecka fciała kiesik kupić piknom chałupe nad piknym kanadyjskim jeziorem Loughborough. Ale to jej sie nie udało, bo pojawił sie pon Dan Aykroyd, ftóry za te samom chałupe zaproponowoł duzo więcej dutków niz Alecka była w stanie uzbierać. No i kie sie o tym dowiedziołek, to pogodołek z Marynom i wyryktowali my pikny zbójnicki plan: pohybomy do Hameryki Północnej, wroz z Indianami pod wodzom Przeziębionego Łososia napadniemy na te chałupe nad Loughborough Lake, zajmiemy jom i oddomy Alecce. Ba potem nasły nos wątpliwości: ryktować zbójnicko-indiański atak przeciwko komusi, fto tak piknie rozbawił cały świat w filmie Blues Brothers? To byłby chyba barzo cięzki grzych! Więc zmienili my plany. Postanowiliśmy, ze doprowadzimy do tego, coby nas Felek kupił te całom posiadłość od pona Aykroyda. Wte zabieremy te chałupe nie hyrnemu komikowi, ino Felkowi, ftóry nigdy nikogo nie rozbawił w zodnej komedii, więc napaść na niego nawet jeśli tyz byłaby grzychem – to duzo lzejsym.

Skontaktowołek sie mailowo z wodzem Przeziębionym Łososiem, a on barzo chętnie zgodził sie nom pomóc. I przyjechoł do samiućkiej Polski, coby – jako juz wiecie – udać przed Felkiem wysłannika pona Aykroyda.

Jak na rozie – syćko piknie idzie po nasej myśli. Felek juz zarezerwowoł lot do Kanady i właśnie ryktuje sie do podrózy. Co bedzie dalej – o tym ocywiście piknie opowiem wom na tym blogu.

Ba tak w ogóle, to sami widzicie, ostomili, ze nas plan nimo zodnyk słabyk punktów i po prostu nimo prawa sie nie udać. Tak więc Alecka juz teroz moze spokojnie zamawiać firme przeprowadzkowom, coby wnet móc zamieskać w wymarzonym domecku nad piknym jezioreckiem Loughborough. Hau!

P.S.1. A pod ostatnim wpisem trójka nowyk gości pojawiła sie w Owcarkówce: Kavicek, Devinecek i Bukrabacek. Powitać Kavicka, Devinecka i Bukrabacka barzo piknie! 🙂

P.S.2. Zaś w łoński wtorek była pikno rocnica ślubu Alecki i Jerzorecka. No to zdrowie Poństwa Aleckowyk! I piknie zycmy im, coby im sie dobrze zyło w tym piknym domecku nad Lougborough Lake, ftóry juz wkrótce stonie sie ik własnościom 🙂

P.S.3. Dzisiok zaś imieniny Bobickowe. Ostomili – zdrowie nasego Bobicka, coby mu sie piknie na tyk Niebieskik Holak wiodło 🙂

P.S.4. W najblizscom sobote – Jasiecek Juhas swojom rocnice ślubu bedzie mioł. No to pikne zdrowie Poństwa Jasieckowyk! 🙂

PS.5. W niedziele – EMTeSiódemeckowe urodziny i imieniny zarozem. Zatem podwójne zdrowie nasej EMTeSiódemecki! 🙂

25.09.2018
wtorek

Ponowie zapłacili…

25 września 2018, wtorek,

Chyba juz wom kiesik o tym opowiadołek, ale… moze nie syćka wte byli w Owcarkówce? No to niekze zboce te historyjke jesce roz. Pewnego piknego dnia jeden z najhyrniejsyk tatrzańskik przewodników, Józek „Ujek” Krzeptowski, oprowadzoł po Gubałówce grupe turystów. Pokazuje im piknom panorame Tater, piknie objaśnio, ftóry wiersycek jak sie nazywo… i wte jeden z turystów nagle mu przerywo i pyto:
– Proszę pana, a który z tych szczytów to Gerlach?
– Poźrejcie panocku – odpowiado hyrny górol. – Widzicie tamten wierch? To jest właśnie Gerlach.
Przipadkowo przechodził tamok jakisi inksy przewodnik. Kie usłysoł te godke, nie mógł sie powstrzymać, coby nie zawołać:
– Krzesny! Dobrze wiecie, ze Gerlacha z Gubałówki nie widać! To co kiełbasicie ludziom w głowak?
Na co Ujek pado spokojnie:
– Ponowie zapłacili – Gerlach mo być!

No i ta cało anegdota (cy prowdziwo? cóz, znając hyrne pocucie humoru Ujka – mozliwe ze tak) przybocyła mi sie, kie niedowno nolozłek w Interii artykulik artykulik o piknym zbójnickim serialu Janosik. Heeej! Rózne pikne rzecy tamok napisano. A co dokładnie? Ano między inksymi to: Ciekawostką jest fakt, że do sceny ich ślubu [Janosika i Maryny] zbudowano na Podkarpaciu drewnianą kapliczkę, która po zakończeniu zdjęć została poświęcona przez księdza i do dziś służy wiernym, którzy nie mają nawet pojęcia, że to telewizyjny rekwizyt.

Na mój dusiu! Naprowde? Ocywiście boce te scene harnasiowego ślubu. Juz kie pierwsy roz na niom pozirołek, to od rozu poznołek, ze pokazany tamok kościółek, to pikno drewniano kaplica stojąco na Polanie Chochołowskiej.* Ale coby miała ona zaistnieć dzięki serialowi – o tym potela nie słysołek. Tymcasem, kie poźrełek do Gugli, okazało sie, ze inksi owsem słyseli. Potwierdzenie tej interiowej ciekawostki nolozłek na przikład na tej stronie, na tej, na tej tyz, a nawet na tej, cyli nie byle jakiej, bo to przecie hyrno encyklopedia poństwa Paryskik.**

Ba uwidziołek tyz, ze Wikipedia gwarzy cosi zupełnie inksego, mianowicie ze ów „telewizyjny rekwizyt” tak naprowde powstoł juz w 1958 rocku – a to by było ładnyk kilkanoście roków przed tym, jak pon Perepeczko zagroł dzielnego harnasia, zaś pon Pyrkosz i pon Bilewski zagrali mniej dzielnyk, ale i tak sakramencko piknyk zbójników. Wikipedia powołuje sie tutok na całkiem wiarygodne źródło – wypowiedź opiekującyk sie tym miejscem księdzów salezjanów. O powstaniu kościółka w owym 1958 rocku pisom tyz na stronak internetowyk parafii witowskiej, na ftórej to właśnie terenie nojduje sie Chochołowsko Polana.

Skąd więc – krucafuks – wziął sie ten cały hyr o wyryktowaniu obiektu dopiero na potrzeby telewizji? Piknie by było, kieby jakisi zorientowany w temacie mędrol zajrzoł do Owcarkówki i syćko nom wyjaśnił. Ba póki co… myśle, ze za całkiem prowdopodobnom mozemy uznać informacje z pascalowskiego przewodnika, ka cytomy, ze kaplica powstała po II wojnie światowej w wyniku przeróbki zwykłego pasterskiego szałasu.. […] Dzisiejszy wygląd kapliczka zawdzięcza m.in. kręconemu tutaj w 1972 r. serialowi „Janosik”.*** Cóz… tak rzecywiście mogło być. Moze faktycnie, kie zacęto ryktować ten serial, to kościółek kapecke przeinacono, a potem narodziła sie legenda, ze wybudowano go od zera? W kozdym rozie momy pikny przikład tego, ze legendy powstawały nie ino w starodownyk casak, ale teroz tyz powstajom. Bajako.

I podejrzewom, ze dzisiok niejeden tatrzański przewodnik, oprowadzający po Chochołowskiej wyciecke ceprów, zapytany, cy to prowa, ze tamtejsy kościółek wyryktowała ekipa telewizyjno – bez mrugnięcia okiem odpowie, ze tak. Jeśli natraficie na takom sytuacje, nie zwracojcie temu przewodnikowi uwagi, ze zmyślo. Bo i tak od rozu wiadomo, co on wte odrzeknie. To samo co Ujek: „Poństwo zapłacili – telewizyjny kościółek mo być!” Hau!

P.S.1. Downo nie zbocowołek o budowyk świętak, więc trza te zaległości piknie ponadrabiać. Po pierwse więc – 29 sierpnia Anecka Schroniskowo miała urodziny. Zdrowie Anecki Schroniskowej! 🙂

P.S.2. Po drugie – 14 września były urodziny Mieteckowe. Zdrowie Mietecki! 🙂

P.S.3. A po trzecie – 16 września były Dydyjeckowe imieniny. Zdrowie Dydyjecki! 🙂

P.S.4. A wcora – Poni Dorotecka z muzycnego bloga urodziny pikne miała. Zdrowie Poni Dorotecki! 🙂

* Ba ino zzewnątrz – bo w środku to był dlo odmiany starodowny kościoł w Dębnie.
** Ba nie wiem, cy w papierowej wersji encyklopedii napisali tak samo. Teroz nimom jak sprawdzić, bo w mojej wsi były ino dwa egzemplorze – w mojej chałupie i u Felka znad młaki. Niestety baca pozycył te encyklopedie komusi, fto nie oddoł, Felek zaś niedowno sprzedoł swojom na Allegrze.
*** T. Nodzyński, B. Zygmańska, Tatry Polskie i Słowackie, Pascal, Bielsko-Biała 2003, s. 55.

15.08.2018
środa

O wyzsości polskik piłkorzy nad polskimi lekkoatletami

15 sierpnia 2018, środa,

Heeej! Jaz dwa pikne dysce ostatnio my mieli. Jeden to dysc perseidów. Drugi zaś – duzo obfitsy – dysc medali na mistrzostwak Europy w lekkiej atletyce. Na mój dusicku! Siedem złotyk, śtyry srebrne i jeden brązowy – to w sumie jaz trzydziestokrotno radość! No bo złoty medal to radość potrójno, srebrny to podwójno, a brązowy – pojedyńco, więc… (7 x 3) + (4 x 2) + 1 = 30. Bajako.

Jakim cudem nasym reprezentantom tak piknie posło? Cosi mi sie widzi, ze poni Szewińska, ftóro całkiem niedowno przeprowadziła sie na Niebieskie Hole, nie wytrzymała i hipła do Berlina, ka piknie popychała nasyk biegacy i piknie niesła młoty i kule rzucane przez nasyk miotacy.

A fto z nasyk był tamok najbardziej niesamowity? Jo se myśle, ze poni Justyna Święty-Ersetic. Kie usłysołek, ze najpierw zdobyła ona indywidualny złoty medal na 400 metrów, a kwile potem kolejny, w śtafecie wroz z trzema kolezankami, to pomyślołek, ze to niemozliwe, coby jeden cłowiek w ciągu zaledwie półtorej godziny był w stanie dwa rozy po mistrzowsku przebiec prawie pół kilometra. Dystans to wprowdzie nienajdłuzsy, ale tyz nienajkrótsy przecie. A casu na regeneracje sił straśnie mało! Pomyślołek, ze pewnie zasła pomyłka i ze tak naprowde pobiegły tamok dwie rózne Justyny: jedno o nazwisku Święty, a drugo Ersetic. Ale nie! To jednak ta sama osoba! O, Jezusicku! Nadałaby sie na podhalańskiego zbójnika. Nigdy zoden hajduk nie miołby sans jej złapać, bo nigdy nifto by jej nie dogonił. Haj.

I cóz. Mogłoby sie widzieć, ze lekkoatletów momy lepsyk niz piłkorzy. No bo lekkoatleci wracajom z Berlina obwieseni medalami, a na niedownyk piłkarskik mistrzostwak w Rosji to co było? Ano… ponieśli my więksom klęske niz te pod Legnicom, pod Warnom i pod Maciejowicami rozem wzięte. Wytrawny kibic wie jednak, ze takie śpekulowanie to błąd. Cemu? Poźrejcie, ostomili. Cy ftórykolwiek polski lekkoatleta reklamuje tak piknie sampony przeciwłupiezowe, jak to robi jeden z nasyk piłkorzy? Cy ftórykolwiek z nasyk lekkoatletycnyk medalistów mo małzonke-celebrytke abo małzonka-celebryte furt tak piknie opisywanom/opisywanego we wselkik mozliwyk portalak plotkarskik i kolorowyk casopismak? Cy w supermarketak były jakiesi pikne promocje związane z lekkoatletycnymi mistrzostwami, jak to miało miejsce przed i w trakcie mundialu w Rosji? Cy na cas mistrzostw lekkatletycnyk powstały tak pikne strefy kibica jak na cas tyk piłkarskik? Heeej! Przykłady mógłbyk mnozyć, ale te, ftóre wymieniłek, wystaracająco piknie świadcom o wyzsości polskiego futbolu nad polskom lekkom atletykom.

Tak więc, ostomili, jeśli fcecie, to ocywiście jak najbardziej mozecie kibicować nasej siumnej Justynie o piknie podwójnym nazwisku. I Anicie Włodarczyk tyz mozecie. I ponu Adamowi Kszczotowi. Inksym polskim lekkoatletom tyz. Ba kibicujcie im racej z umiarem. Bo sami widzicie – jaz tak świetni i znakomici jak nasi piłkorze to oni jednak nie som. Hau!

P.S.1. A półtora tyźnia temu, 6 sierpnia, pikne święto w Owcarkówce było – Basieckowe urodziny. No to zdrowie Basiecki! 🙂

P.S.2. Kilka dni temu zaś były dwa pikne święta: Wawrzeckowe imieniny i Plumbumeckowo rocnica ślubu. Zdrowie Wawrzecka i Poństwa Plumbumeckowyk! 🙂

19.07.2018
czwartek

Ssssssssssssss

19 lipca 2018, czwartek,

Krucafuks! W ostatnik dniak w poblizu nasej holi zacęła sie kryncić jakosi wataha wilków. Coby chronić owiecki – musiołek wzmóc cujność. Dlotego furt krązyłek po okolicy i metodom węchowom badołek, jak daleko te weredy sie nojdujom. No i w trakcie jednego z takik obchodów… z głębi wysokiej trowy cosi nagle zawołoło ku mnie:
– Krzessssny! Hej! Krzessssny!

Na mój dusiu! Co to? Wnet sie dowiedziołek. To była zmija zygzakowato. Jedno z wielu, jakie w tyk okolicak zyjom. Pikno zywina, choć nieftórzy z wos ludzi, bojom sie jej bardziej niz trza.

– Witojcie, krzesno – pedziołek. – Cego fcecie?
– Mediacji – odpowiedziała zmija.
– Co? Mediacji? – zdziwiłek sie. – W jakiej sprawie, krucafuks?
– W takiej ssssprawie, krucafukssssss, ze przyssssseł do nasssssego piknego kamienissssstego zakątka jakisi wielgachny wąz i wmawio nom, ze jessssst zmijom tak jak my.

Wielgachny wąz? Ciekawe. Pewnie Eskulapa. Wprowdzie w Polsce zyje on teroz ino w Bieszczadak, ale w downyk casak w Gorcak tyz zył. Moze więc ftórysi z nik postanowił spędzić wakacje w krainie przodków?

Zmija poprowadziła mnie ku kamienistej grapie, pełnej zakamarków, we ftóryk zyje ona i jej licni krewni. W upalne dni zaś wyłazom oni syćka na wierch, rozkładajom sie na tyk kamieniak i piknie wygrzewajom na słonku. Kie my tamok dotarli, od rozu zauwazyłek kilka pełzającyk po grapie zmij i… wielkom beskurcyje kilkumetrowej długości.

– E! Krzesny! – zawołołek ku niepilokowi. – Cy to wy właśnie podojecie sie za zmije?
– Podaję się za nią, bo nią jesssssstem – padła odpowiedź.
– Ciekawe! – wykrzyknąłek. – Chyba ze od urodzenia karmicie sie wyłącnie odzywkami dlo sportowców. Ba drugo mozliwość jest tako, ze nie jesteście zodnom zmijom, ino tym pytonem spod Warsiawy, o ftórom godo teroz cało Polska i ftórego suko policja, straz pozarno i jesce pare inksyk słuzb.
– Yyy… Yyy… No… Eee… Chyba nie ma co dłużej tego ukrywać. Tak, to ja – przyznoł wreście wąz-olbrzym. – Ale wszyssssstko przez to, że ussssssłyszałem w radiu piosssssenkę Chłopców z Placu Broni o wolności. Ta piosssssenka wyzwoliła we mnie tak silne pragnienie życia na sssssswobodzie, że possssstanowiłem uciec ze sssswojego terrarium.
– O, Jezusicku! – zawołołek. – A więc sukajom wos w okolicak Warsiawy, a tymcasem wy jesteście tutok! Ba jak zeście w ogóle dostali sie w te strony?
– Zwyczajnie – odpowiedzioł pyton. – Płynąłem Wisssssłą pod prąd, a potem ssssskręciłem w nurt Dunajca. Nasssstępnie wypełzłem na brzeg i udałem się w tutejsze góry.
– Syćko jasne – pedziołek. – Skoro zeście zapragnęli ślebody, to instynkt zawiódł wos tamok, ka jesce nie tak downo temu zył hyrny jegomość Tischner, ftóry o ślebodzie gwarzył tak piknie jak mało fto.
– Może i tak? – gad nie zaprzecoł. – Jessssstem jednak bardzo towarzysssssskim osssssobnikiem i w ssssssamotności bardzo źle się czuję. Dlatego właśnie chciałem tu zamieszkać razem z tymi tutaj koleżankami żmijami.
– Ale my nie fcemy! – odezwały sie owe „kolezanki”.
– A co? Nie lubicie ceprów? – spytołek.
– Nie w tym rzec – pedziały zmije. – Kieby był ceprem-zasssssskrońcem – niekze ta. Ale on jesssst ssssstraśnie wielkim pytonem! Ssssssyćko w okolicy pozjado i dlo nossssss zmij nie ossssstonie nic! I co wte bedzie z tutejssssssom równowagom ekologicnom?
– Hmm, tyz prowda – musiołek przyznać.
– To co mam zrobić, żeby nie być sssssamotny? – spytoł bidny pyton. – Może ty mi, piesssssku, pomożesz? Jesssssteś chyba owczarkiem podhalańssssskim?

Ocywiście potwierdziłek.

– I pewnie zawodowo zajmujesz się pilnowaniem owiec?

Tyz potwierdziłek.

– No to ssssskoro nie mogę być żmiją, może mógłbym być jedną z owieczek w twoim sssssstadzie?
– Obawiom sie, ze to bedzie trudne – pedziołek. – Mój baca i juhasi zorientujom sie, ze nie jesteście prowdziwom owcom, jeśli nie od rozu, to najpóźniej wte, kie bedom próbowali ostrzyc wos z wełny. Umiecie chociaz zrobić „Beeee” tak jak owca?
– Sssseee… sssseee… – wysiloł sie pyton. – E, chyba nie umiem. Ale może mógłbym być psssssem passsssterssssskim tak jak ty? W odganianiu wilków od owiec mógłbym być nawet dobry.
– No dobrze, ale cy w takim rozie umiecie zrobić „Wrrr” tak jak pies? – spytołek. – Abo nie, nie próbujcie, bo juz wiem, co wom wyjdzie.

Na mój dusicku! Wiecie, jak wyglądo straśnie zasmucony pyton tygrysi? Tego sie nie do opisać. Ba kiebyście byli wte ze mnom, to juz byście wiedzieli. Haj.

– Pockojcie, krzesny! – rzekłek po kwili. – Godoliście cosi o wilkak? Mom pewien pomysł. Chodźcie… to znacy – pełznijcie za mnom.

No i pohybołek tamok, skąd dochodził zapach tej wilcej watahy. Pyton pohyboł moim śladem. Wnet odnoleźli my te beskurcyje.

– A wy tutok cego? – spytały wilki, kie nos uwidziały.
– A, fciołek, krześni – pedziołek – przedstawić wom pewnego siumnego wilka, ftóry suko towarzystwa i barzo chętnie przyłącyłby sie do wasego stada.
– A jesteście pewni, ze to wilk? – spytały dzikie drapiezniki, pozirając podejrzliwie na mojego seściometrowego towarzysa.
– Udowodnijcie, ze nie – pedziołek, mając nadzieje, ze bedzie to równie trudne, jak cłowiekowi trudno udowodnić, ze nie jest wielbłądem.
– No przecie on w ogóle nimo nóg! – pedziały wilki. – To jak moze być przedstawicielem nasego gatunku?
– A bo on uciekł z ogrodu zoologicnego, ka zył od urodzenia – odpowiedziołek. – A jak był zamknięty w zoo, to kany mioł bidok chodzić? Nie mioł ka. Więc nika nie chodził. A kie nie chodził, to nogi mu zanikały, zanikały… jaz zanikły zupełnie.
– No ale tak poza tym to on nimo wilcej sierzci – zauwazyły wilki. – W ogóle zodnej nimo!
– A znocie to powiedzenie, ze fto z kim przestoje, takim sie stoje? – spytołek. – On przestawoł z ludźmi. A wśród ludzi jest wielu łysyk. No i on tyz wyłysioł.
– No dobrze – pedziały wilki. – Ba cemu on jest tak długi?
– A bo dyrektor zoo, ze ftórego ten bidok uciekł, ma straśnie niegrzecne dzieci – pedziołek. – Te małe ancykrysty furt łapały tego niescynśnika i ciągły – jeden w jednom, drugi w drugom strone. I właśnie dlotego on jest teroz taki wyciągnięty.

Przez kwile nifto nic nie godoł.

– To jak? – spytołek przerywając cise. – Mocie jesce choć cień wątpliwości, cy to wilk?
– E, no moze nie momy – przyznały beskurcyje. – Ale… on sie nom jakosi nie widzi. No, nie widzi i ślus. Nie przyjmiemy go do stada.

Westchnąłek głęboko.

– Cóz – rzekłek do pytona. – Fciołek wom pomóc, krzesny. Naprowde fciołek. Ale sami widzicie, ze nie jest to takie proste. Wyglądo na to, ze jeśli tak barzo nie fcecie zyć w samotności, to chyba jednak bedziecie musieli wrócić do ludzi.
– Co? Do ludzi?! – Wilki wyraźnie sie zaniepokoiły. – A co bedzie, kie ten cudok wygodo im, ze widzioł nos w tym lesie? Zaroz naślom na nos całom zgraje myśliwyk!
– Cóz – rzekłek. – Mozliwe, ze wygodo, bo… on mo długi język. Widzicie? Tak długi, ze w gymbie mu sie nie mieści i furt wystoje na wierch.
– Bajuści! – zawołały wilki, kie uwazniej przyjrzały sie pytonowej kufie. – Eee… no to moze jednak bezpiecniej dlo nos bedzie, jak go przyjmiemy?
– Huraaaa! – uradowoł sie pyton, a następnie obyrtnął ku mnie. – Owczarku, bardzo ssssserdecznie ci dziękuję za znalezienie mi towarzyssssstwa. Niechże cię z wdzięczności uścissssssnę!
– O, co to, to nie! – prociwiłek sie. – Zodnyk uścisków! A juz na pewno nie w wasym wykonaniu.
– To jak inaczej wyrazić ssssswoją wdzięczność? – spytoł wąz.
– Barzo prosto – pedziołek. – Pilnujcie, coby ci wasi nowi kompani nigdy nie próbowali polować na owiecki mojego bacy.
– Umowa ssssstoi! – obiecoł pyton.

I tak oto upiekłek dwie piecenie na jednej watrze: pomogłek pytonowi, coby nie był samotny, a zarozem zapewniłek bezpieceństwo nasym owieckom. Przynajmniej na jakisi cas.

Co bedzie dalej? Obacymy. Jeśli pyton pozostonie nieodnoleziony – to bedzie znacyło, ze zostoł z wilkami. Jeśli ludzie go nojdom – to bedzie znacyło, ze doseł do wniosku, ze jednak woli zywobycie w ludzkiej hodowli niz wśród beskidzkik wiersycków.

A jeśli w najblizsyk dniak spotkocie kasi pona Wajraka, co to juz wiele tekstów o wilkak napisoł, to mozecie mu pedzieć, ze najciekawso wilco wataha zyje teroz pod Turbaczem – bo składo sie z kilku wilków i jednego pytona tygrysiego. Ssssss i hau!

P.S.1. A w najblizsom niedziele – pikne imieniny Madgarecki i Poni Agnieski bedom. No to pikne zdrowie ostomiłyk Solenizantek! 🙂

P.S.2. We cwortek 26 lipca – barzo Aneckowo tutok w Owcarkówce bedzie: pikne imieniny Fusillecki, Anecki Holenderskiej i Anecki Schroniskowej. I znów zdrowie ostomiłyk Solenizantek! 🙂

P.S.3. 29 lipca – Grzesikowe urodziny. Tym rozem więc – pikne zdrowie Solenizanta! 🙂

26.06.2018
wtorek

Superfoki

26 czerwca 2018, wtorek,

No i – ostomili – nazod w Owcarkówce jestem. Tak jak uprzedzołek – nie było mnie pod Turbaczem pare dni, bo wroz z Marynom Krywaniec wyrusyli my ratować bałtyckie foki. Jak sie naso misja powiodła? Cóz. Pocątkowo syćko sło zgodnie z planem. Pohybali my do Nowego Targu, a potem, mając juz pikne doświadcenie w podrózowaniu na gape, bez trudu dostali sie do Helu. Nie zabrali my w droge nicego opróc dwók rzecy: wykradzionego Felkowi smartfona i wykradzionego mojemu bacy Smadnego Mnicha.

Na piknym Półwyspie Helskim nie tracili my casu, ino od rozu udali sie do tego piknego Fokariuma, ka mędrole z Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego piknie opiekujom sie kilkoma fokami. A poza tym piknie pomagajom temu gatunkowi rozmnazać sie w Bałtyku. Licyli my na to, ze podopiecne tej placówki bedom wiedziały, co to za ancykrysty zacęły ostatnio mordować ik krewnyk. Ale niestety – okazało sie, ze te bidocki nie miały pojęcia, kim ci ludzie som, chociaz one same tyz barzo fciałyby wiedzieć. Haj.

Cóz było robić? Nie mieli my inksego wyjścia, jak sukać tyk wered gdzie indziej. Ostawili my ino flaske Smadnego Mnicha na dnie fokariumowego basenu, coby tamok piknie sie nom chłodził jaz do casu, kie postanowimy go wypić. A potem opuścili my Fokarium, przycupnęli pod jego ogrodzeniem i zacęli śpekulować nad dalsym planem działania.

Przebiegającom obok tego ośrodka ulicom Morskom krynciło sie dosyć sporo ludzi. Spośród nik – nasom uwage przykuło dwók bejdoków. Cosi nas tknęło, coby zacąć przysłuchiwać sie ik rozmowie. A ta rozmowa tocyła sie tak (ba syćkie brzyćkie słowa zastąpiłek tutok gwiozdkami):
– ***! Fokarium, ***! Nie sądzisz, Franek, że przydałoby się i tu wytłuc wszystkie foki, a nie tylko te, co pływają w morzu?
– ***! Masz rację, Mietek. ***! Ale, ***, tutaj trzeba by zadziałać sprytniej. Tak, żeby nikt nas nie zauważył. Bo co innego jest na pełnym morzu, gdzie mamy widoczność po horyzont i łatwo sprawdzić, czy nikt nie widzi, jak zabijamy te przebrzydłe foczyska.
– To prawda, ***. A tak w ogóle to pamiętasz, że za dwie godziny wypływamy na ryby? Przy okazji może znowu ubijemy trochę tych ochydnych fok.
– Hyhyhy! Mam nadzieję, że ubijemy. A *** policja i ci wszyscy *** miłośnicy fok, niech się dalej głowią, kto je zabija. Hyhyhy!
– Hyhyhy! ***! Hyhy!
– ***!
– ***!
– ***!!!

O, krucafuks! No to właśnie noleźli my tyk fudamentów! Teroz ino pozostało piknie ik śledzić i przyłapać na gorącym ucynku.

Rybacy wkrótce sie rozstali. Maryna ostroznie podązyła za jednym, a jo za drugim. Ba tak jak godali – obaj spotkali sie nazod dwie godziny później. Kany? Ano na pokładzie małego kutra, przy pirsie Rybackim, co to nojduje sie w helskim porcie. Kie ci dwaj zajęli sie ryktowaniem kutra do wypłynięcia, my z Marynom zakradli sie na pokład i wartko ukryli w jakiejsi skrzini.

– Teroz siedźmy tutok cicho – sepnąłek do orlicy. – Ba kie usłysymy, ze zacynajom polować na foki, ty wyfrunies z tej skrzini i tym Felkowym smartfonem zacnies ik z wierchu filmować. Kie zauwazys, ze juz zamierzajom zabić jakomsi focke – wydos donośny krzyk i wte jo wyskoce i unieskodliwie tyk dwók meneli. Potem hipne za burte i popłyne do brzega. Spotkomy sie na lądzie, a nagrony przez ciebie film prześlemy policji.

Maryna skinęła głowom na znak, ze zrozumiała, co godom. To znacy tak sie domyślom, ze skinęła, bo w zamkniętym pudle nic nie było widać.

Po kwili usłyseli my, jak ryknął silnik. Poculiśmy delikatne sarpnięcie. Kuter rusył w droge. Nie widzieli my, ka płyniemy. Dopiero później dowiedzieliśmy sie, ześmy ominęli cypel Półwyspu Helskiego i wypłynęli na pełne morze.

W pewnym momencie silnik ucichł. Stanęliśmy…

– Franek! – rozległo sie wołanie. – Gdzie masz nóż do zabijania fok?
– Schowałem w skrzyni, zaraz wyciągnę – padła odpowiedź.

Na mój dusiu! W skrzini? Ftórej skrzini? Miołek nadzieje, ze nie tej, ftóro była kryjówkom Maryny i mojom. No cóz… Nie wiem, cy wse nadzieja jest matkom głupik, ale w tym wypadku – była. Wieko, pod ftórym byli my ukryci, nagle uniesło sie do wierchu.

– ***! Mietek! – zawołoł rybak, ftóry nos odkrył. – Chodź szybko coś zobaczyć!

Kompan, ftórego zawołoł, podbiegł ku nom.

– O, rany! A co to za kundel? I co to za ptaszysko z telefonem w dziobie? Na mewę nie wygląda. To chyba jakiś wyrośnięty kormoran.
– ***! Już wiem! To są bydlaki zatrudnione przez policję! I specjalnie wytresowane, żeby nas tym telefonem sfilmowały, jak będziemy zabijać foki!

Krucafuks! Trza im przyznać, ze – cynściowo – domyślili sie przycyny nasej obecności tutok.

– ***! Co robimy, Franek?
– Sieć! Łap szybko za sieć!

Tymcasem jo wygramoliłek sie ze skrzini. Maryna wylazła za mnom. Odsłoniłek zęby i groźnie zawarcołek. Zawahołek sie kapecke, śpekulując, na którego rzucić sie najpierw. I w tym momencie – o, kruca! – ci dwaj zarzucili na Maryne i na mnie rozległom siatke, ftóro zwykle musiała słuzyć do łapania ryb. Zacąłek ciskać sie we syćkie strony. Orlica tak samo. I to był niestety nas błąd! Nalezało spróbować spokojnie wywinąć sie z tej sakramenckiej sieci. A tak – zaplątali my sie jesce bardziej.

Dwa ancykrysty zarechotały nicym diaski nad wpakowanom do kotła dusyckom.

– Co teraz, Franek?
– Jak to co? Do morza z nimi. Nakarmimy rybki. Hyhy!

Rybacy unieśli sieć z nomi w środku. Wystawili nos za burte i… zwycajnie puścili. Chlup! Wroz z Marynom noleźli my sie w morzu. Felkowy smartfon wysunął sie przez ocko sieci i poseł na dno. Ale w tej kwili to było nase najmniejse zmartwienie.

Przez krótki cas jesce słyseliśmy rycącyk ze śmiechu rybaków, a zaroz potem zacęliśmy zanurzać sie w bałtyckiej głębinie. Bezradnie pozirołek jak widocne nad nomi światło słonka jest coroz dalej, i dalej, i dalej… Zarozem zacąłek cuć, jakby moje płuca fciały wyskocyć ze mnie i hipnąć ponad wode, coby zacerpnąć choćby łyk powietrza. O, Jezusicku! Za taki łycek oddołbyk teroz syćkie oscypki wykradzione mojemy bacy! O, Jezusickuuu!

Będąc juz na granicy utraty przytomności… uwidziołek dwa płynące w mojom strone świecące punkciki. Cy to jakiesi majaki? A moze to dwa janiołecki sły po mojom duse? Ale cy janiołki som jaz tak maciupeńkie? Cóż, te psie – moze som?

Ale… na mój dusicku! Po kwili rozpoznołek sylwetke foki. A te dwa świecące punkciki to były jej ocy. Ostrymi zębiskami, a zarozem z niebywałom sprawnościom, foka przegryzła śnury tej sakramenckiej sieci. Byłek wolny! Pośpiesnie wypłynąłek na powierzchnie. Maryna nie była w stanie zrobić tego samodzielnie, ale pomógł jej nas niespodziewany wybawca.

Powietrze! Pikne powietrze! Wse uwazołek je za piknom rzec, ale teroz… było ono dlo mnie jesce pikniejse! Wciągołek je łapcywie nosem i otwartom gymbom jednoceśnie. Kie mój oddech wreście sie uspokoił – rozejrzołek sie wokoło. Na mój dusiu! Otacało mnie kilka fok, ftóre juz znołek – one syćkie były z helskiego Fokariuma! Na grzbiecie jednej z nik przycupnęła ledwo zywo Maryna Krywaniec. Pomaluśku tyz dochodziła do siebie.

– Witojcie, krzesne! – zawołołek. – Pikne dzięki za ratunek! Ale… tak właściwie to skąd zeście sie tutok wzięły?
– A, w pewnym momencie – rzekły foki – wstąpił w nas zapał, żeby pomóc wam w rozprawieniu się z tymi szubrawcami. Ten zapał był tak ogromny i tak nam dodał sił, żeśmy jednym susem przeskoczyły z Fokarium do Zatoki Puckiej. I zaczęłyśmy was szukać. Mieliście szczęście! Znalazłyśmy was w ostatniej chwili!

Hmm… Wiem, ze z Fokariuma do wód Zatoki Puckiej jest barzo blisko. Ale zeby pokonać te odległość jednym skokiem? Jak to mozliwe?

Tymcasem Maryna zwróciła uwage na inksom rzec.
– Krzesne – spytała – a cemu wom syćkim ocy tak dziwnie sie świecom?
Faktycnie – nie ino tej foce, ftóro nos ocaliła, ale syćkim jej towarzyskom ocy błyskały jak maluśkie zarówecki.
– E, nie wiemy – pedziały foki. – Może nasi opiekunowie przez pomyłkę nakarmili nas rybami elektrycznymi?
– Niekze ta – pedziołek. – Cy mogłybyście, krzesne, pomóc mi nazod dostać sie na pokład tego kutra? Mom wobec tyk dwók zbirów pewien plan.
– My też mamy wobec nich pewien plan – pedziały foki. – Ale pomóc oczywiście możemy.

No i z pomocom uciekinierek z Fokariuma wdrapołek sie na rufe kutra. Maryna podfrunęła i nolazła sie obok mnie. Rybacy akurat stali na dziobie i pozirali przed siebie. Ale po kwili jeden z nik sie obyrtnął i od rozu nos uwidzioł.

– Ty! Franek! Patrz! – zawołoł. – Jakim cudem te dwa purtki uwolniły sie z naszej sieci?
***!!! – ten drugi zaklął tak siarcyście, ze – jako widzicie – te trzy gwiozdki jaz mi sie tutok scyrwieniły. – Pewnie zamiast porządnej sieci sprzedano nam jakąś chińską podróbę, która się od razu porwała!
– I co teraz? – spytoł rybak Mietek.
– Wrzucimy te ścierwa do wody jeszcze raz. Ale tym razem, żeby mieć pewność, że nie wypłyną, najpierw rozwalimy im łby.

Jeden złapoł pałke, drugi chycił wielki nóz i obaj z ponurymi minami rusyli w nasom strone. Nagle… PLUSK! Prosto z wody wskocyła na pokład jedno z nasyk fok i w sekunde rozłozyła na łopatki jednego z tyk chłopów. Po kwili… PLUSK! Na pokład wskocyła inkso foka i to samo zrobiła z drugim.

– Hej, tam na kutrze! – zawołały foki, ftóre pozostawały w morzu. – Złapcie się dobrze relingu albo czegoś innego, bo zaraz zacznie się jazda! Hihihi!

Nie wiedziołek, o jakiej jeździe one godały, ale na wselki wypadek wroz z Marynom pośpiesnie wykonali my ik polecenie.

– Hej, tam za burtą! – zawołały foki nojdujące sie na pokładzie kutra. – Możecie zaczynać!
– No to zaczynamy. Juhuuu! – podł okrzyk.

I… kuter rusył z kopyta. I to z takom prędkościom, ze syćkie motorówki Bonda niek sie schowajom! To te foki tak pchały te łajbe! Wierzcie mi abo nie (ba racej wierzcie, bo to przecie prowda), ale… wnet przekrocyli my prędkość dźwięku. A potem pędzili my jesce sybciej. W jednom kwile przemknęliśmy między Daniom a Skandynawiom i wypłynęliśmy na pikne wody Atlantyku.

Krucafuks! Skąd te beskurcyje miały telo siły? Wprowdzie one same pedziały, ze wstąpił w nie wielki zapał, ale …to miałoby wyjaśniać, cemu teroz były w stanie pchać kuter z prędkościom rakiety kosmicnej? No i skąd u nik te świecące ocy? Jak na rozie – nie mogłek noleźć na te pytania zodnej sensownej odpowiedzi.

Pozirołek, jak błyskawicnie mijomy kolejne statki. I kolejne strefy casowe. Wpłynęli my w obsar, ka była noc, ba za niedługo… nazod noleźli sie tamok, ka był dzień. Z tego by wynikało… ześmy w mig noleźli sie po drugiej stronie kuli ziemskiej!

W końcu foki zwolniły. Pocułek, ze pchajom ten nas statecek po jakiejsi mieliźnie. I w końcu… TRRRACH! Kuter wpodł na wystającom z morza skałe. Sto metrów dalej widać było jakomsi plaze z piknymi palmami. Osołomieni i wystraseni rybacy wyskocyli za burte i noleźli sie w wodzie. Nie było tamok zbyt głęboko. Woda sięgała im najwyzej do kolan. Obaj pośpiesnie rusyli ku plazy. Kie do niej dotarli – padli jak niezywi. Scynśliwi jednak, ze juz nie tkwiom na tym pędzącym jak tysiąc diasków kutrze.

Minął moze kwadrans i… zza palm wysła grupka śwarnyk, śniadoskóryk, cornowłosyk dziewcyn, ubranyk ino w kokosowe staniki i trawiaste kiecki. Dziewcyny zachichotały. Rybacy, usłysawsy te chichoty, poderwali sie z ziemi.

– Te, Franek! – zawołoł jeden do drugiego. – Patrz, jakie laski! My chyba trafiliśmy do raju!
– Yhy – odpowiedzioł drugi, śliniąc sie przy tym straśnie.

Dziewcyny zacęły dawać rybakom znaki, coby pośli za nimi. Obaj bez wahania – wręc z wielkom ochotom – rusyli za nimi w droge. Jo wroz z Marynom postanowili sprawdzić, ka te egzotycne pikności ik zaprowadzom. Z kolei foki wolały ostać na plazy. Tak więc w głąb lądu wybrali my sie ino we dwójke.

Nie trza było zbyt długo iść. Okazało sie, ze niedaleko jest wioska. Jej mieskańcy… na widok niespodziewanyk gości uciesyli sie niesamowicie. I do rozu zacęli ryktować jakisi pikny festyn na ceść nowo przybyłyk.

Rozem z orlicom skryłek sie za rozłozystym krzewem krotonu i stamtela obserwowali my dalsy bieg wydarzeń. Tubylcy posadzili rybaków na krzesłak wyryktowanyk z jakisik kości, zapewne downyk mieskańców tej ziemi. Wyglądało na to, ze tyk krzeseł wolno było dosiadać ino scególnie woznym osobom.

I zacęła sie impreza. Była pikno gra na jakisik nieznonyk mi instrumentak, były pikne tańce i pikne śpiewy. Tybylcy furt kłaniali sie swym gościom i cęstowali ik miejscowymi przysmakami.

– Patrz, Mietek! – ciesył sie rybak Franek. – Te dzikusy chyba myślą, że jesteśmy jakimiś bogami.
– Na to wygląda, hyhy – zarechotoł rybak Mietek. – Będziemy wydawali tym ćwokom rozkazy, a oni będą spełniać wszystkie nasze zachcianki. Żyć, nie umierać! Hyhyhy!

– Poźrejcie, krzesno – sepnąłek do orlicy. – Nimo jednak sprawiedliwości. Tyk dwók ancykrystów mordowało foki, fcieli tyz zamordować nos – i co? Oto spotyko ik nagroda zamiast kary.

Nagle… za nomi dało sie słyseć jakiesi chlipanie. Maryna i jo poźreli za siebie i… uwidzieli my zapłakonego kraba.

– Co sie stało, krzesny? – spytała Maryna.
– Ach, nie przejmujcie się mną, proszę – odpowiedzioł krab, próbując otrzeć scypcami płynące po jego kufie łzy. – Ja po prostu zawsze się tak wzruszam, gdy patrzę na ślub.
– Ślub? – zdziwiłek sie. – O jakim ślubie wy godocie?
– Jak to o jakim? – krab odpowiedzioł pytoniem na pytonie. – Tych dwóch dżentelmenów właśnie żeni się z dwiema tutejszymi siostrami.
– Co takiego? – zdumiała sie Maryna. – Jakiesi dwie baby fcom wyjść za chłopów, o ftóryk istnieniu jesce dzisiok rano nic nie wiedziały?
– Jeśli nie chcą być starymi pannami, to właściwie nie mają wyboru – odpowiedzioł skorupiok. – Tak się bowiem składa, że o ile wszystkie mieszkanki tej wioski są bardzo miłymi osobami, to te dwie – stanowią pod tym względem absolutny wyjątek. Obie są wredne, złośliwe, kłótliwe, samolubne i zawistne. Kiedyś były przynajmniej ładne, ale te ich nieustanne grymasy tak zdeformowały im twarze, że po ich dawnej urodzie nie pozostało nawet wspomnienie. A w dodatku od czasu, kiedy straszliwie się o coś pokłóciły, obie mają powybijane przednie zęby. Mam dalej mówić, dlaczego żaden facet ich nie chce?

Oboje z Marynom stwierdziliśmy, ze wystarcy to, cośmy usłyseli.

Tymcasem tubylcy dali nasym rybakom znać, coby wstali ze swyk siedzisk. I poprowadzili ik ku dwóm chatkom wyryktowanym z palmowyk liści.

– Tam w chatach czekają ich narzeczone – wjaśnił krab. – Zgodnie z tutejszym zwyczajem, gdy pan młody przekracza próg chaty, w której czeka panna młoda – związek małżeński zostaje uznany za oficjalnie zawarty. Ach! Jakaż to wzniosła chwila! I jaka wzruszająca! Buuuu! Buuuuu! Chlip, chlip…

Na mój dusicku! Nas nowy dziesięciokońcynowy przyjaciel zupełnie sie rozkleił! Kiebyk to przewidzioł, to w nasom podróz zabrołbyk nie ino smartfona i piwo, ale tyz packe chustecek. A jeśli syćka przedstawiciele tego gatunku wzrusajom sie równie łatwo, to pewnie w tyk stronak nie godo sie: „płakać jak bóbr”, ino: „płakać jak krab”.

Tubylcy jednemu rybakowi wskazali wejście do jednej, drugiemu zaś do drugiej chaty. Obaj – będąc cały cas w barzo dobryk humorak – sybko do tyk chat wesli. Ba jesce sybciej… wyskocyli z nik jak oparzeni. Zaroz jednak i z jednego, i z drugiego palmowego domecku wysunęły sie jakiesie ręce, ftóre chyciły nowozeńców za łby i wciągły nazod do środka. Ha! Wyglądało na to, ze ponny młode som nie ino barzo wredne, ale tyz barzo silne. Po kwili… z tyk dwók chatek dały sie słyseć sakramenckie wrzaski:
– Nie! Nie! Nieee! Litości! Na pomoc! Ratunkuuuuu!!!

– Co sie tamok dzieje? – spytołek.
– E, nic takiego – pedzioł krab. – Po prostu dla tych dwóch panów właśnie zaczęła się noc poślubna.

– Zostaw mnie, ty czarownico!!! Ja nie chcęęęęę!!!! – doł sie słyseć krzyk rybaka Franka.
– Błagam! Nie! Ja chcę do mamyyyyyy!!!! – wtórowoł mu ryk rybaka Mietka.

– Ach, ci młodzi! – zaśmiołek sie. – Cosi mi sie widzi, ze ci świezo upieceni małzonkowie wartko stela ucieknom.
– A niby jak mieliby uciec? – spytoł retorycnie nas nowy znajomy. – To maleńka wysepka, zagubiona na bezkresnym Pacyfiku, bez jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym. Uciec stąd mogą jedynie wpław. Ale w tutejszych wodach aż roi się od rekinów, więc taka ucieczka szybko skończyłaby się w brzuchu jednego z nich.

Na te słowa przestrasyłek sie na kwilecke, cy te rekiny nie zagrazajom tyz nasym fokom? Ale zaroz uświadomiłek se, ze teroz – to racej rekiny powinny sie bać nasyk fok. O! A tak w ogóle worce było chyba sprawdzić, co tam porabiajom te nase znajome z Helu.

– Co jo fciołek pedzieć…. – zacąłek. – Piknie zycymy scynścia obu młodym parom, ale myśle, ze na nos juz cas.

Orlica zgodziła sie ze mnom. No i pozegnali my sie z sympatycnym – ackolwiek kapecke płacliwym – krabem i wrócili ku plazy. Heeej! Ale nase foki piknie sie uśmiały, kie wroz z Marynom opowiedzieliśmy im, w cyik ramionak tyk dwók nasyk faflocków spędzi całom reśte swego zywobycia.

A potem my syćka uznali, ze cas wracać do domu. Ino jak? Kuter, ftórym my tutok przypłynęli, był roztrzaskany. Na jego pokładzie jednak noleźliśmy jakiesi liny, za pomocom ftóryk jo przywiązołek sie do jednej foki, a Maryna do drugiej. No i rusyli my w droge powrotnom, ftórom pokonaliśmy równie sybko jak wte, kie płynęliśmy w przeciwnom strone. Wnet noleźli my sie nazod na Bałtyku. Ominęliśmy helski cypel i wpłynęliśmy na wody Zatoki Puckiej. Wte foki, odezwały sie ku nom:
– Słuchajcie, kochani, czy dacie radę już samodzielnie dotrzeć na brzeg? Bo my… czujemy, że te nadludzkie, a raczej nadfocze siły… chyba właśnie z nas uszły.

Na mój dusiu! Kie foki tak pedziały, zauwazyłek jednom rzec – ik ocy przestały sie świecić.

– Nimo problemu – pedziała Maryna. – Teroz juz bez trudu dofrune do lądu.
– A jo bez trudu dopłyne – pedziołek – choć ocywiście nie jestem jaz tak świetnym pływokiem jako wy.

No i wroz z Marynom odwiązali my sie od nasyk towarzysek. Foki postanowiły, ze wkrótce wrócom do Fokariuma, ale przez kwile jesce postanowiły pobaraskować se na wolności.

Maryna drogom powietrznom, a jo drogom wodnom rusyli ku brzegowi. Wnet dopłynąłek do Helu na wysokości Fokariuma. Maryna juz tamok na mnie cekała. Po kwili my oboje spostrzegli, ze nad wodom siedzom jacysi zasmuceni ludzie. O, Jezusicku! To byli pracownicy tego uniwersyteckiego ośrodka oceanograficnego! Siedzieli i wzdychali:
– Co się stało z naszymi biednymi fokami? Wszystkie znikły.
– Obawiam się, że to sprawka tych tajemniczych morderców. Nie podobało im się, że pomagamy fokom i postanowili je porwać.
– Zapewne tak. Pewnie już nigdy ich nie zobaczymy.
– Niestety… Cały wysiłek pana pana profesora Skóry poszedł na marne…
– O, jejku! Patrzcie! Co to za towarzystwo tutaj płynie? Czy to nie są przypadkiem nasze foki?
– Tak! To one! Jedną już poznaję! To Bubas!
– I Unda!
– I Ania!
– I Ewa!
– I Fok! Odnalazły się nasze urwisy! Wszystkie się odnalazły! Huraaa!!!

Syćko sie zgadzo – takie som właśnie imiona mieskańców helskiego Fokariuma. Fto nie wierzy, niek sprawdzi tutok. Haj.

*******************************************

No a my z Marynom uznali, ze pora wyciągnąć flaske Smadnego Mnicha i uccić powodzenie nasej akcji, choć jej przebieg był kapecke inksy, niz my planowali. Scególnie nie uwzględnili my w nasyk planak tej podrózy last minute.

Zanurzyłek sie w fokariumowym basenie i ukrytom tamok flaske wyciągłek na wierch.

– E, krzesno – zwróciłek sie zaroz do orlicy. – Cosi dziwnego sie stało. Nie barzo wiem, co sie nojduje w środku tej butelki, ale… to chyba nie jest piwo?

Maryna przyjrzała sie flasce.

– Faktycnie – zgodziła sie. – Widze, ze kapsel jest odgięty. Widocnie uskodziłak go niefcący, kie niesłak te flaske w swoik śponak. Zrobiła sie niescelność i piwo ze środka wymiesało sie z wodom w basenie.

Hmm… Piwo wymiesało sie z wodom… O, Jezusicku! Cosi nagle zacęło mi świtać! Eureka! Wiem juz, skąd te foki posiadły nagle takom sakramenckom moc! Kie Smadny Mnich połącył sie z wodom z Zatoki Puckiej (bo właśnie tom wodom wypełniany jest basen w tamtejsym Fokariumie), to zasła tako reakcja chemicno, ze powstała substancja, ftóro zadziałała na foki tak jak magicny napój na krajanów Asteriksa. Abo jak śpinak na marynorza Papaja.

I cóz. Bierąc pod uwage, ze nie wiadomo, cy te dwa fudamenty, ftóre wysłali my na Pacyfik, to jedyni grasujący na Bałtyku prześladowcy fok, worce zrobić jednom rzec – dokładnie zbadać, jaki wpływ na organizm foki mo Smadny Mnich zmiesany z wodom Zatoki Puckiej. Cy nie ryktuje to zodnyk niepoządanyk skutków ubocnyk? Jeśli nie – to bedzie znacyło, ze teroz wystarcy poić foki tom miksturom, ftórej mimowolnym wynalazcom jest Maryna. I wte juz nawet nie bedzie potrzeby ścigania katów tej sympatycnej bałtyckiej zywiny. Foki same piknie se poradzom. Hau!

P.S.1. Informacja dlo syćkik Franciszków i Mieczysławów – nie jesteście imiennikami tyk dwók sietnioków, bo jo ik imiona tutok zmieniłek. Jakie som ik prowdziwe imiona? Niek to pozostonie słodkom tajemnicom Maryny Krywaniec, Bubasa, Undy, Ani, Ewy, Foka i mojom.

P.S.2. 28 cerwca urodziny Madgareckowe bedom. Zdrowie Madgarecki! 🙂

P.S.3. Dzień później, 29 cerwca, Paffeckowe imieniny. Zdrowie Paffecka! 🙂

P.S.4. 1 lipca – Oleckowo rocnica ślubu. No to pikne zdrowie Poństwa Oleckowyk 🙂

P.S.5. Z kolei 8 lipca – Babeckowe imieny. Zdrowie Babecki! 🙂

22.06.2018
piątek

Rusomy ratować foki

22 czerwca 2018, piątek,

Krucafuks! Źle sie dzieje na Bałtyku. Ftosi morduje tamok foki. Ostatnio kilka ofiar tyk mordów morze wyrzuciło na plaze. A kielo nie wyrzuciło, ino skryło w swyk głębinak? Tego nie wie nifto. A przecie tyk zwierzoków i tak zyje u nos duzo mniej, niz zyło jesce na pocątku XX wieku. Bo wte fok saryk, najpopularniejsego u nos gatunku tej zywiny, pływało między Polskom a Skandynawiom jaze 100 tysięcy. Dzisiok – jest to zaledwie jedno-trzecio tej licby.

Cało bida w tym, ze fok nie lubiom rybacy, ftóryk straśnie złości, kie te spryciorki wyjadajom im ryby z sieci. Kie więc nas kraj zacęły obiegać wieści o nojdowaniu kolejnyk uśmierzconyk ludzkom rękom tyk piknyk stworzeń – podejrzenie padło przede syćkim na kolegów Świętego Pietra po fachu. Cóz… z pewnościom jest wśród nik całe mnóstwo porządnyk ludzi. Niemniej jednak jest tyz wielu, ftórzy nawet jeśli osobiście nie bierom udziału w takim „eliminowaniu konkurencji”, to gorąco kibicujom tym, ftórzy to robiom.

U nas foka jest chroniona, bo rządzą ekoświry. Będziemy tępić te łajzy na własną rękę. Dowodów nie będziezapowiedzioł w rozmowie z Wirtualnom Polskom anonimowy rybak znad Zatoki Gdańskiej.

Prawda jest taka, że do fok trzeba strzelać i je unicestwić – pedzioł temu samemu portalowi rybak z Jastarni, nawet nie kryjący sie ze swym nazwiskiem.

Krucafuks! Po takik słowak pon Grześkowiak, kieby jesce zył, mógłby zaśpiewać, ze nie ino chłop zywemu nie przepuści, ale rybak tyz. Bajako.

Zarozem wielu spośród wos ludzi sakramencko oburzyło takie zabijanie bezbronnyk wobec cłowieka istot. Policja juz wscęła śledztwo, bo przecie foka jest pod ochronom. Wyznacono tyz nagrody za pomoc w ujęciu sprawców. A wśród tyk, co je wyznacyli, nolazła sie pisarka poni Maria Nurowska. Na mój dusicku! Nie umiem pedzieć, fto jest dzisiok najlepsym pisorzem w Polsce. Ale za to juz wiem, fto jest najporządniejsym – właśnie ta poni. Nie ino z powodu postawy w sprawie fok zreśtom. Bajako.

Co bedzie dalej? Udo sie ująć winnyk cy nie? Ano… nie wiadomo. Dlotego wroz z Marynom Krywaniec ukwalowali my, ze musimy cosi tutok zrobić. Krótko mówiąc: na pewien cas musimy sie przeinacyć z górskik zbójnikow w morskik piratów. A syćko po to, coby ratować nase pikne foki. Wyryktowali my juz dziesięciopunktowy plan. Oto on:
1) wykradom Felkowi znad młaki smartfona ryktującego barzo dobrej jakości filmy;
2) wykradom mojemu bacy flaske Smadnego Mnicha;
3) wroz z Marynom Krywaniec jedziemy nad morze;
4) spotykomy sie z fokami zyjącymi w Fokariumie w Helu i próbujemy dowiedzieć sie od nik, cy nie wiedzom cegosi o prześladowcak ik pobratymców;
5) jeśli foki z Fokariuma nie bedom nic wiedziały – rozpocynomy śledztwo, coby noleźć tyk sietnioków;
6) kie ik nojdziemy, zacynomy ik śledzić i ik kolejnom próbe zabicia foki filmujemy Felkowym smartfonem;
7) ocywiście w pore interweniujemy, coby te bidnom focke ocalić…
8) …a nagrany Felkowym smartfonem filmik przesyłomy policji, wroz ze scegółowom informacjom o wykrytyk mordercak;
9) wroz z Marynom Krywaniec wypijomy wykradzionego bacy Smadnego Mnicha, coby uccić powodzenie całej akcji;
10) a wselkie nagrody za pomoc w ujęciu przestępców – przekazujemy na pomoc bałtyckim fokom; bo po krótkotrwałym byciu piratami nazod stojemy sie zbójnikami, a dlo zbójnika przecie jedynom wartościowom nagrodom jest to, ze w przysłości powstajom o nim pikne legendy.

Ostomili, nimo casu do stracenia, bo kozdo sekunda zwłoki moze być śmierztelnie niebezpiecno dlo jakiejsi kolejnej focki piknie pluskającej sie w nasym piknym morzu. Dlotego jak ino wkleje ten wpis – opuscom hole i wroz z Marynom hybomy ratować te siumnom zywine. A jeśli przipadkiem ftosi z wos w najblizsym casie bedzie przebywoł w okolicak helskiego Fokariuma i uwidzi biołego owcarka w towarzystwie wielkiego piknego orła – to bedzie wiedzioł, ze to my.

No… Maryna ceko juz na mnie na skraju lasa. Zyccie nom powodzenia! A jak wróce na hole, to ocywiście piknie opowiem wom, jak było. Hau!

15.06.2018
piątek

Western z Penkom w roli głównej

15 czerwca 2018, piątek,

W łoński wtorkowy poranek wylegiwołek sie beztrosko na holi. Zapachu wilków nika nie było cuć, zodnej z owiecek nie przychodziło do głowy, coby oddalać sie od stada, więc piknie mozno se było na takie leniuchowanie pozwolić. Nagle… uwidziołek biegnącom ku mnie krowe mojej gaździny.

– Malina! – wykrzyknąłek, bo tak właśnie było tej zywinie na imie. – Krucafuks! Co ty tutok robis?
– Ratujcie, krzesny! Ratujcie! – zawołała Malina na mój widok.
– Kogo ratować? – Zerwołek sie na równe nogi. – Wos? Gaździne? Kogosi inksego we wsi?
– Trza ratować Penke! – usłysołek w odpowiedzi.
– Penke? A fto to taki? – spytołek.
– To wy nic nie wiecie? – zdumiała sie Malina. – Przecie nawet w telewizji o tym godali.
– Ale jo tutok nimom telewizora – zauwazyłek.
– Ba mocie internet – odparła Malina. – Dlotego myślałak, ze wiecie, ze Penka to bułgarsko krowa, zyjąco blisko granicy z Serbiom. No i ostatnio zdarzyło sie tak, ze bidocka zabłądziła i posła na serbskom strone. Kie wróciła do domu – okazało sie, ze bułgarskie słuzby sanitarne fcom jom zabić.
– Zabić? Za co? – nie barzo rozumiołek. – Za to, ze hipła se do kraju obok?
– Cało bida w tym – rzekła Malina. – ze kie jakosi zywina dostonie sie na teren Unii Europejskiej bez wymaganyk dokumentów – to zgodnie z unijnym prawem musi zostać uśpiono. A Penka, idąc do pozaunijnej Serbii, a potem wracając do Bułgarii – wkrocyła na teren Unii.
– Na mój dusiu! I to prawo obowiązuje nawet wte, kie zywina opuści Unie ino na małom kwilecke? – spytołek.
– Okazuje sie, ze tak – uświadomiła mnie Malina. – O, Jezusicku! Bidny właściciel Penki jest załamany. Ale nic nie moze poradzić, bo te sakramenckie urzędasy som nieubłagane. Godajom, ze przepisy to przepisy i ślus.

No krucafuks! Faktycnie, jako ten zbójnik – cułek, ze mom obowiązek pomóc. Wiem, wiem, tysiące krów furt ginie w róznyk rzeźniak, więc ftosi mógłby spytać, cemu akurat miołbyk ratować te jednom bułgarskom krasule? Ba jo wom powiem tak: jestem psem, jestem przedstawiecielem rzędu drapieznyk, no i niestety tak wyryktowany jest ten świat, ze my drapiezniki tyz zabijomy. Z róznyk powodów – casem dlo zdobycia jedzenia, casem w walce o tereny łowieckie, casem w sarpacce o śwarnom ponne… Ale zabijać tylko i wyłącnie po to, coby biurokracji stało sie zadość? Na mój dusiu! Cosi takiego to tylko u wos ludzi jest mozliwe.

Zacąłek myśleć, jakom by tutok wyryktować piknom zbójnickom akcje ratunkowom. W końcu pedziołek Malinie tak:
– Słuchojcie, krzesno. Pohybom w Tatry, ku Marynie Krywaniec i popytom jom, coby sprowadziła mi ze dwa abo trzy niedźwiedzie. Wroz z tymi niedźwiedziami udom sie do nasej wsi, tamok porwiemy Felka znad młaki i zabieremy go do samiućkiej Bułgarii.
– Felka do Bułgarii? – zdumiała sie Malina. – Ale po co? Na wcasy?
– Po całej akcji, to niek on se tamok ostoje na wcasak, jeśli zefce. – Oześmiołek sie. – Ale najpierw, kie juz sie tamok nojdziemy, to niedźwiedzie zachowajom sie tak, jakby postanowiły rozsarpać Felka na kawałecki i pozreć. Kie Felek juz bedzie myśloł, ze znikąd nimo ratunku, to nagle… Penka, ftórom zawcasu wtajemnice w swój plan, piknie przybędzie niby to z odsiecom. Niedźwiedzie udadzom, ze przestrasyły sie rozjusonej krowy i pouciekajom. A wte Felek bedzie Pence piknie wdzięcny, bo bedzie przekonany, ze ocaliła mu zycie. I zaroz uzyje swoik syrokik mozliwości, coby zapobiec zabiciu bidocki.

Malina wciągła powietrze w swe wielkie krówskie nozdrza, a zaroz potem wydmuchała je z takom siłom, jakiej sam holny by sie nie powstydził.

– Nie mocie inksyk pomysłów? – spytała.
– Pare jesce mom – pedziołek. – Ale ino w tym jednym nie widze zodnyk słabyk punktów.
– Cóz – pedziała Malina. – W takim razie trzymom kciuki… yyy… to znacy – trzymom swe przednie racice za powodzenie wasej akcji.
– Nie musicie nic trzymać – stwierdziłek. – Jako pedziołek, ten plan nimo zodnyk słabyk punktów, więc nimo prawa sie nie udać. Niekze ino wykrodne z bacówki laptopa, coby sprawdzić, jak do tej Penki trafić.

No i wykrodłek laptopa nalezącego do Staska Kowanieckiego, jednego z juhasów mojego bacy. Otworzyłek se Gugle i wpisołek: ‚krowa Penka”. Zacąłek przeglądać to, co mi sie tamok wyświetliło. I nagle zawołołek do Maliny:

– Krzesno! Naso akcja juz nie jest potrzebno.
– Jak to nie jest potrzebno? – spytała Malina, po kwili… zrobiło jej sie słabo. – O, Jezusicku! A więc jest juz za późno? Zabili bidnom Penke!
– Wręc przeciwnie – pedziołek. – Posłuchojcie ino.

I zacąłek cytać na głos to, co nolozłek w takim internetowym pisemku AgroFakt: Historia zwierzęcia błyskawicznie obiegła międzynarodowe media. Absurdalnemu prawu sprzeciwiają się politycy i dziennikarze z całej Europy. James Rothwell, redaktor brytyjskiego dziennika „The Telegraph”, zorganizował nawet specjalną petycję do Parlamentu Europejskiego.

– A teroz, krzesno – pedziołek – przecytom wom najwozniejse: W poniedziałek, 11 czerwca pojawiła się oficjalna informacja o ocaleniu życia ciężarnej Penki. Ostatecznie petycję podpisało niemal 31 tysięcy osób. Jej twórca, dziennikarz James Rothwell, oficjalnie podziękował wszystkim zaangażowanym – w tym Paulowi McCartneyowi z legendarnej grupy The Beatles.

Uff! Cyli syćko potocyło sie jak w klasycnym westernie: byli ludzie i były krowy (no, jedno krowa, ale mniejso z tym), była tyz dziko granica (wprowdzie nie hamerykańsko-meksykańsko, ino bułgarsko-serbsko, ale niby w cym ta drugo miałaby być gorso od tej pierwsej?), no a przede syćkim – była walka dobra ze złem, ka dobro pocątkowo zdawało sie być bez sans, ostatecnie jednak piknie zwycięzyło. Haj.

I cóz. Malina opuściła mnie wkrótce. Musiała pohybać w dół, bo pocuła, ze za niedługo bedzie potrzebowała popytać gaździne o wydojenie. A poza tym pilno jej było, coby przekazać krowom we wsi te barzo dobrom nowine w sprawie Penki. Następnego dnia jednak znów przysła ku mnie. I poinformowała, ze krówski ród ukwalowoł, coby tym syćkim 31 tysiącom ludzi, ftórzy podpisali te piknom petycje pona Rothwella, nadać tytuł honorowego kowboja. Cy faktycnie oni syćka na to zasłuzyli? Na mój dusiu! A ftóz bardziej niz krowa nadoje sie do orzekania, fto jest kowbojem, a fto nie? Jeśli więc znocie kogosi spośród tyk 31 tysięcy obronców siumnej bułgarskiej zywinki, to piknie dojcie mu znać o tym wielce zascytnym tytule. Ze to jest wielki zascyt – w to nie wątpie, bo przecie cłowiek to brzmi dumnie, ale kowboj – jesce dumniej. A to dlotego, ze kowboj to tyz cłowiek – ale dzielniejsy.

A jeśli podcas najblizsyk wakacji pojedziecie na wieś, napotkocie jakiesi krowy i odniesiecie dziwne wrazenie, ze one… tak jakby nuciły cosi w stylu Yellow Submarine abo Yesterday – nie myślcie, ze słuch płato wom figle i nie hybojcie do zodnyk laryngologów. Bo takie nucenie bedzie oznacało ino telo, ze krowy wyrazajom swoje uznanie dlo pona Paula McCartneya – współtwórcy tyk dwók piosnek, a zarozem współwybawcy sympatycnej Penki. Muuu i hau!

P.S.1. Jeśli ftosi fce uwidzieć hyrnom Penke na filmiku, to uwidzi na przikład tutok. Materiał, jak widać, powstoł, kie jesce nie było wiadomo, cy Penka ocaleje. Teroz na scynście mozno to juz oglądać na spokojnie 🙂

P.S.2. W najblizsy poniedziałek, 18 cerwca, piknie tutok świętujemy, bo bedom imieniny Misieckowe. Zdrowie Misiecka 🙂

P.S.3. A potem we cwortek – 21 cerwca – podwójnie świętujemy, bo momy wte i Aleckowe, i Alseckowe imieniny. Zdrowie Alecki i Alsecki! 🙂

1.06.2018
piątek

Jak nie zapaść w sen zimowy?

1 czerwca 2018, piątek,

I znowu pikny Dień Dziecka momy. No to zgodnie z tradycjom Owcarkówki – dzisiok wpis dlo dzieci…

Nawiedził Tatry deszczyk obfity,
Wiatr chłodny przemknął przez górski las,
A stary góral, patrząc na szczyty,
Westchnął: „Już nastał jesieni czas”.

Aura zrobiła się byle jaka,
Opadł na ziemię pożółkły liść.
I właśnie wtedy wpadł do świstaka
Z nagłą wizytą brunatny miś.

I tak powiada: „Świstaku drogi,
„Z tobą i ze mną jest problem ten,
„Że wkrótce zima, wkrótce mróz srogi,
„A nas dopadnie zimowy sen.”

„To fakt” – rzekł świstak – „lecz moim zdaniem
„Kiedy na zewnątrz panuje ziąb,
„Lepiej się udać na długie spanie,
„Niż stukać z zimna zębem o ząb.”

Pokręcił głową misiek kudłaty:
„Ja z tego spania nie jestem rad.
„Są może zyski, lecz są też straty.
„Wnet ci przedstawię listę tych strat.

„Tracimy widok gór ośnieżonych –
„A taki widok wiele jest wart!
„Tracimy frajdę, gdy tras miliony
„Można przemierzyć z pomocą nart.

„Tracimy Gwiazdkę oraz prezenty,
„Których w tym czasie zawsze jest w bród
„I które daje Mikołaj Święty.
„Wśród tych prezentów… pewnie jest MIÓD” –

Wypowiedziawszy to słodkie słowo
Miś się oblizał i cmoknął: cmok! –
„A! I tracimy noc sylwestrową,
„Chrapiąc jak susły na Nowy Rok.

„A jeśli jeszcze jest olimpiada…
„Och! Jakże wiele tracimy! Och!
„Ileż radości nam dwóm przepada,
„Gdy nie widzimy, jak skacze Stoch!”

Świstak się drapnął łapką po głowie,
Miał zamyśloną niezwykle twarz.
„Wiesz, mój niedźwiedziu, co ci odpowiem?
„Tak mi się zdaje, że rację masz.”

„Świetnie!” – miś krzyknął. – „Zatem tej zimy
„Nie pozwolimy, by sen nas zmógł.”
Świstak się zgodził: „Nie pozwolimy!
„Zimową porą – sen to nasz wróg!”

Kiedy już sprawę tę omówili,
Świstak herbatki zaparzył dwie.
Wnet je wypili i już po chwili
Obydwaj błogo poczuli się.

Z piecyka ciepło biło przyjemne.
„Chyba” – rzekł misiek, kudłaty zwierz –
„Na jedną chwilę lub dwie się zdrzemnę.”
A świstak na to: „Ja chyba też.”

Niedźwiadek wybrał jeden z foteli,
Świstak na łóżka wdrapał się skraj,
W jednej sekundzie obaj usnęli.
Gdy się zbudzili… to już był maj.

„Chyba troszeczkę żeśmy zaspali” –
Przyznali szczerze świstak i miś. –
„Lecz czym się martwić, gdy tam na hali
„Słonko tak pięknie przygrzewa dziś!”

Pogoda – owszem – była wspaniała!
Podobna była w kolejne dni.
Latem też często dopisywała.
Lecz lato w końcu minęło i…

Nawiedził Tatry deszczyk obfity,
Wiatr chłodny przemknął przez górski las,
A stary góral, patrząc na szczyty,
Westchnął: „Już nastał jesieni czas”.

Aura zrobiła się byle jaka,
Opadł na ziemię pożółkły liść.
I właśnie wtedy wpadł do świstaka
Z nagłą wizytą brunatny miś.

I tak powiada: „Świstaku drogi,
„Z tobą i ze mną jest problem ten…”

… i tak dalej 🙂

P.S.1. A równo za tydzień, 8 cerwca, piknie w Owcarkówce świętujemy. Bo Oleckowe urodziny bedom. Zdrowie Olecki! 🙂

P.S.2. Następnego dnia, 9 cerwca, tyz piknie świętujemy, tym rozem z okazji BlejkKocickowyk urodzin. Zdrowie BlejkKocicka! 🙂

P.S.3. A potem, 10 cerwca, pikno mnogość imienin: Emileckowe, Gosickowe, Małgosieckowe i Margeckowe. Zdrowie Emilecki, Gosicki, Małgosiecki i Margecki! 🙂

30.05.2018
środa

Przepytywać cy nie?

30 maja 2018, środa,

W poprzednim wpisie godołek o drogak. Tak jakosi wysło, ze w tym – tyz bede. Telo ino, ze tym rozem bedzie nie o samochodowyk drogak, ba o kolejowyk. Bajako. A syćko z powodu Gazety Wyborcej, ka wycytołek, ze znana z punktualności japońska kolej zaliczyła wpadkę. Jeden z pociągów odjechał – uwaga – za wcześnie. A dokładniej 25 sekund przed czasem. Zaczęło się od oświadczenia: „Sprawiliśmy naszym klientom wielką niedogodność, która jest nie do wybaczenia. Dokonamy analizy naszego postępowania, aby taka sytuacja nie miała już miejsca w przyszłości”. Taki komunikat wydał operator Zachodnich Kolei Japońskich po tym, jak […] skład z Notogawy do Nishi Akashi zamiast o 7:12 ruszył o 7:11:35. […] Pociągi w Japonii przyjeżdżają z dokładnością do kilkunastu sekund. Jest nawet specjalne rozporządzenie, które mówi, że mogą się spóźnić, ale tylko jak jest trzęsienie ziemi. Jeśli taka sytuacja nie ma miejsca, a pociąg mimo to się spóźnia, pasażerowie mogą liczyć na specjalne przeprosiny (wyobraźcie to sobie u nas): gdy opóźnienie nastąpi z winy przewoźnika, kolej zwraca koszt biletu, a podróżny dostaje usprawiedliwienie dla pracodawcy i pismo z przeprosinami.

Cóz. Skoro autor artykułu pyto: wyobraźcie to sobie u nas, to se wyobraziłek. Pomyślołek, jak by to było, kieby w nasym piknym kraju jakiesi Pendolino rusyło ze stacji dwajścia pięć sekund za późno abo za wceśnie. A potem wyobraziłek se, jak nase koleje za to przepytujom. I… przeraziłek sie sakramencko. Bo zaroz ocami wyobraźni uwidziołek, jak to idzie w Polske taki komunikat z przeprosinami, a ludzie cytajom go w gazetak abo inksyk internetak i przecierajom ocy ze zdumienia.

– O, Jezusicku! – wołajom. – Co to mo znacyć? Potela nie przepytawali nawet za dziesięciogodzinne opóźnienie. A teroz… nagle posypujom głowy popiołem, bo jednej ciuchci przytrafiła sie parosekundowo niepunktualność? Kieby chociaz był dzisiok Prima Aprilis… Ale nimo, więc… O, krucafuks!!! Juz wiemy! To koniec świata idzie! Prowdziwy koniec świata! Pewnie jakosi wielko kometa praśnie w nasom Ziemie i syćko zniscy! A zarząd kolei skądsi sie o tym dowiedzioł i ze strachu przed piekłem postanowił wartko zrobić choć kapecke dobryk ucynków. A więc wielko zagłada juz niebawem! O, Jezusickuuuuu!

No i zaroz wielki popłoch ogarnio cały kraj. Syćka płakajom, syćka lamentujom, syćka załujom za grzychy i wartko oddajom syćkie swoje nagrody, nawet te, ftóre po prostu im sie nalezały.

A inkse kraje pozirajom na Polske i śpekulujom: Co sie z tymi Polakami dzieje? Niby twardzi jak żołnirze wyklęci, a tak panikujom? Cóz, skoro oni panikujom, to znacy, ze i my musimy, bo najwyraźniej ryktuje sie cosi naprowde straśliwego. O, Jezusickuuuuu!!!

I tak oto cały świat pogrązo sie w jednym wielkim chaosie. Z tego ino powodu, ze jeden pociąg w Polsce odjechoł kapecke inacej, niz to przewidywoł rozkład jazdy. I dlotego właśnie mom piknom prośbe do syćkik dyrekcji pociągów w Polsce (nie wiem, kielo tyk dyrekcji teroz jest, kiesik było jedno PKP, a dzisiok – zdoje sie, ze przewoźników kolejowyk momy więcej niz semaforów). Ostomiłe dyrekcje, jeśli jakisi podległy wom skład odjedzie ze swej stacji o 25 sekund za wceśnie abo za późno – nie przepytujcie. Jeśli ten odchył wyniesie minute – tyz nie przepytujcie. Jeśli kwadrans – lepiej tyz nie przepytywać. Jeśli godzine – no… wte jesce mozno by sie zastanowić. Hau!

P.S.1. W przodostatniom sobote były urodziny i imieniny Pona Pietra. No to nie ino bocujmy go piknie, ale tyz piknie wypijmy za to, coby dobrze mu sie na tyk Niebieskik Holak warzyło rózne pikne niebiańskie przysmaki. Zdrowie Pona Pietra! 🙂

P.S.2. A w ostatni piątek – urodziny Margeckowe my mieli. No to zdrowie Margecki! 🙂

P.S.3. Zaś w łońskom sobote – były Plumbumeckowe imieniny. Ostomili – zdrowie Plumbumecki 🙂

P.S.4. Kolejne pikne imieniny był w miniony właśnie wtorek – Mageckowe. Heeej! Zdrowie Magecki

P.S.5. I w ostatni dzień maja – tyz pikne imieniny tutok bedom, Mieteckowe. Zdrowie Mietecki! 🙂

css.php