Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego Hau! - Blog Owczarka Podhalańskiego

15.08.2018
środa

O wyzsości polskik piłkorzy nad polskimi lekkoatletami

15 sierpnia 2018, środa,

Heeej! Jaz dwa pikne dysce ostatnio my mieli. Jeden to dysc perseidów. Drugi zaś – duzo obfitsy – dysc medali na mistrzostwak Europy w lekkiej atletyce. Na mój dusicku! Siedem złotyk, śtyry srebrne i jeden brązowy – to w sumie jaz trzydziestokrotno radość! No bo złoty medal to radość potrójno, srebrny to podwójno, a brązowy – pojedyńco, więc… (7 x 3) + (4 x 2) + 1 = 30. Bajako.

Jakim cudem nasym reprezentantom tak piknie posło? Cosi mi sie widzi, ze poni Szewińska, ftóro całkiem niedowno przeprowadziła sie na Niebieskie Hole, nie wytrzymała i hipła do Berlina, ka piknie popychała nasyk biegacy i piknie niesła młoty i kule rzucane przez nasyk miotacy.

A fto z nasyk był tamok najbardziej niesamowity? Jo se myśle, ze poni Justyna Święty-Ersetic. Kie usłysołek, ze najpierw zdobyła ona indywidualny złoty medal na 400 metrów, a kwile potem kolejny, w śtafecie wroz z trzema kolezankami, to pomyślołek, ze to niemozliwe, coby jeden cłowiek w ciągu zaledwie półtorej godziny był w stanie dwa rozy po mistrzowsku przebiec prawie pół kilometra. Dystans to wprowdzie nienajdłuzsy, ale tyz nienajkrótsy przecie. A casu na regeneracje sił straśnie mało! Pomyślołek, ze pewnie zasła pomyłka i ze tak naprowde pobiegły tamok dwie rózne Justyny: jedno o nazwisku Święty, a drugo Ersetic. Ale nie! To jednak ta sama osoba! O, Jezusicku! Nadałaby sie na podhalańskiego zbójnika. Nigdy zoden hajduk nie miołby sans jej złapać, bo nigdy nifto by jej nie dogonił. Haj.

I cóz. Mogłoby sie widzieć, ze lekkoatletów momy lepsyk niz piłkorzy. No bo lekkoatleci wracajom z Berlina obwieseni medalami, a na niedownyk piłkarskik mistrzostwak w Rosji to co było? Ano… ponieśli my więksom klęske niz te pod Legnicom, pod Warnom i pod Maciejowicami rozem wzięte. Wytrawny kibic wie jednak, ze takie śpekulowanie to błąd. Cemu? Poźrejcie, ostomili. Cy ftórykolwiek polski lekkoatleta reklamuje tak piknie sampony przeciwłupiezowe, jak to robi jeden z nasyk piłkorzy? Cy ftórykolwiek z nasyk lekkoatletycnyk medalistów mo małzonke-celebrytke abo małzonka-celebryte furt tak piknie opisywanom/opisywanego we wselkik mozliwyk portalak plotkarskik i kolorowyk casopismak? Cy w supermarketak były jakiesi pikne promocje związane z lekkoatletycnymi mistrzostwami, jak to miało miejsce przed i w trakcie mundialu w Rosji? Cy na cas mistrzostw lekkatletycnyk powstały tak pikne strefy kibica jak na cas tyk piłkarskik? Heeej! Przykłady mógłbyk mnozyć, ale te, ftóre wymieniłek, wystaracająco piknie świadcom o wyzsości polskiego futbolu nad polskom lekkom atletykom.

Tak więc, ostomili, jeśli fcecie, to ocywiście jak najbardziej mozecie kibicować nasej siumnej Justynie o piknie podwójnym nazwisku. I Anicie Włodarczyk tyz mozecie. I ponu Adamowi Kszczotowi. Inksym polskim lekkoatletom tyz. Ba kibicujcie im racej z umiarem. Bo sami widzicie – jaz tak świetni i znakomici jak nasi piłkorze to oni jednak nie som. Hau!

P.S.1. A półtora tyźnia temu, 6 sierpnia, pikne święto w Owcarkówce było – Basieckowe urodziny. No to zdrowie Basiecki! 🙂

P.S.2. Kilka dni temu zaś były dwa pikne święta: Wawrzeckowe imieniny i Plumbumeckowo rocnica ślubu. Zdrowie Wawrzecka i Poństwa Plumbumeckowyk! 🙂

19.07.2018
czwartek

Ssssssssssssss

19 lipca 2018, czwartek,

Krucafuks! W ostatnik dniak w poblizu nasej holi zacęła sie kryncić jakosi wataha wilków. Coby chronić owiecki – musiołek wzmóc cujność. Dlotego furt krązyłek po okolicy i metodom węchowom badołek, jak daleko te weredy sie nojdujom. No i w trakcie jednego z takik obchodów… z głębi wysokiej trowy cosi nagle zawołoło ku mnie:
– Krzessssny! Hej! Krzessssny!

Na mój dusiu! Co to? Wnet sie dowiedziołek. To była zmija zygzakowato. Jedno z wielu, jakie w tyk okolicak zyjom. Pikno zywina, choć nieftórzy z wos ludzi, bojom sie jej bardziej niz trza.

– Witojcie, krzesno – pedziołek. – Cego fcecie?
– Mediacji – odpowiedziała zmija.
– Co? Mediacji? – zdziwiłek sie. – W jakiej sprawie, krucafuks?
– W takiej ssssprawie, krucafukssssss, ze przyssssseł do nasssssego piknego kamienissssstego zakątka jakisi wielgachny wąz i wmawio nom, ze jessssst zmijom tak jak my.

Wielgachny wąz? Ciekawe. Pewnie Eskulapa. Wprowdzie w Polsce zyje on teroz ino w Bieszczadak, ale w downyk casak w Gorcak tyz zył. Moze więc ftórysi z nik postanowił spędzić wakacje w krainie przodków?

Zmija poprowadziła mnie ku kamienistej grapie, pełnej zakamarków, we ftóryk zyje ona i jej licni krewni. W upalne dni zaś wyłazom oni syćka na wierch, rozkładajom sie na tyk kamieniak i piknie wygrzewajom na słonku. Kie my tamok dotarli, od rozu zauwazyłek kilka pełzającyk po grapie zmij i… wielkom beskurcyje kilkumetrowej długości.

– E! Krzesny! – zawołołek ku niepilokowi. – Cy to wy właśnie podojecie sie za zmije?
– Podaję się za nią, bo nią jesssssstem – padła odpowiedź.
– Ciekawe! – wykrzyknąłek. – Chyba ze od urodzenia karmicie sie wyłącnie odzywkami dlo sportowców. Ba drugo mozliwość jest tako, ze nie jesteście zodnom zmijom, ino tym pytonem spod Warsiawy, o ftórom godo teroz cało Polska i ftórego suko policja, straz pozarno i jesce pare inksyk słuzb.
– Yyy… Yyy… No… Eee… Chyba nie ma co dłużej tego ukrywać. Tak, to ja – przyznoł wreście wąz-olbrzym. – Ale wszyssssstko przez to, że ussssssłyszałem w radiu piosssssenkę Chłopców z Placu Broni o wolności. Ta piosssssenka wyzwoliła we mnie tak silne pragnienie życia na sssssswobodzie, że possssstanowiłem uciec ze sssswojego terrarium.
– O, Jezusicku! – zawołołek. – A więc sukajom wos w okolicak Warsiawy, a tymcasem wy jesteście tutok! Ba jak zeście w ogóle dostali sie w te strony?
– Zwyczajnie – odpowiedzioł pyton. – Płynąłem Wisssssłą pod prąd, a potem ssssskręciłem w nurt Dunajca. Nasssstępnie wypełzłem na brzeg i udałem się w tutejsze góry.
– Syćko jasne – pedziołek. – Skoro zeście zapragnęli ślebody, to instynkt zawiódł wos tamok, ka jesce nie tak downo temu zył hyrny jegomość Tischner, ftóry o ślebodzie gwarzył tak piknie jak mało fto.
– Może i tak? – gad nie zaprzecoł. – Jessssstem jednak bardzo towarzysssssskim osssssobnikiem i w ssssssamotności bardzo źle się czuję. Dlatego właśnie chciałem tu zamieszkać razem z tymi tutaj koleżankami żmijami.
– Ale my nie fcemy! – odezwały sie owe „kolezanki”.
– A co? Nie lubicie ceprów? – spytołek.
– Nie w tym rzec – pedziały zmije. – Kieby był ceprem-zasssssskrońcem – niekze ta. Ale on jesssst ssssstraśnie wielkim pytonem! Ssssssyćko w okolicy pozjado i dlo nossssss zmij nie ossssstonie nic! I co wte bedzie z tutejssssssom równowagom ekologicnom?
– Hmm, tyz prowda – musiołek przyznać.
– To co mam zrobić, żeby nie być sssssamotny? – spytoł bidny pyton. – Może ty mi, piesssssku, pomożesz? Jesssssteś chyba owczarkiem podhalańssssskim?

Ocywiście potwierdziłek.

– I pewnie zawodowo zajmujesz się pilnowaniem owiec?

Tyz potwierdziłek.

– No to ssssskoro nie mogę być żmiją, może mógłbym być jedną z owieczek w twoim sssssstadzie?
– Obawiom sie, ze to bedzie trudne – pedziołek. – Mój baca i juhasi zorientujom sie, ze nie jesteście prowdziwom owcom, jeśli nie od rozu, to najpóźniej wte, kie bedom próbowali ostrzyc wos z wełny. Umiecie chociaz zrobić „Beeee” tak jak owca?
– Sssseee… sssseee… – wysiloł sie pyton. – E, chyba nie umiem. Ale może mógłbym być psssssem passsssterssssskim tak jak ty? W odganianiu wilków od owiec mógłbym być nawet dobry.
– No dobrze, ale cy w takim rozie umiecie zrobić „Wrrr” tak jak pies? – spytołek. – Abo nie, nie próbujcie, bo juz wiem, co wom wyjdzie.

Na mój dusicku! Wiecie, jak wyglądo straśnie zasmucony pyton tygrysi? Tego sie nie do opisać. Ba kiebyście byli wte ze mnom, to juz byście wiedzieli. Haj.

– Pockojcie, krzesny! – rzekłek po kwili. – Godoliście cosi o wilkak? Mom pewien pomysł. Chodźcie… to znacy – pełznijcie za mnom.

No i pohybołek tamok, skąd dochodził zapach tej wilcej watahy. Pyton pohyboł moim śladem. Wnet odnoleźli my te beskurcyje.

– A wy tutok cego? – spytały wilki, kie nos uwidziały.
– A, fciołek, krześni – pedziołek – przedstawić wom pewnego siumnego wilka, ftóry suko towarzystwa i barzo chętnie przyłącyłby sie do wasego stada.
– A jesteście pewni, ze to wilk? – spytały dzikie drapiezniki, pozirając podejrzliwie na mojego seściometrowego towarzysa.
– Udowodnijcie, ze nie – pedziołek, mając nadzieje, ze bedzie to równie trudne, jak cłowiekowi trudno udowodnić, ze nie jest wielbłądem.
– No przecie on w ogóle nimo nóg! – pedziały wilki. – To jak moze być przedstawicielem nasego gatunku?
– A bo on uciekł z ogrodu zoologicnego, ka zył od urodzenia – odpowiedziołek. – A jak był zamknięty w zoo, to kany mioł bidok chodzić? Nie mioł ka. Więc nika nie chodził. A kie nie chodził, to nogi mu zanikały, zanikały… jaz zanikły zupełnie.
– No ale tak poza tym to on nimo wilcej sierzci – zauwazyły wilki. – W ogóle zodnej nimo!
– A znocie to powiedzenie, ze fto z kim przestoje, takim sie stoje? – spytołek. – On przestawoł z ludźmi. A wśród ludzi jest wielu łysyk. No i on tyz wyłysioł.
– No dobrze – pedziały wilki. – Ba cemu on jest tak długi?
– A bo dyrektor zoo, ze ftórego ten bidok uciekł, ma straśnie niegrzecne dzieci – pedziołek. – Te małe ancykrysty furt łapały tego niescynśnika i ciągły – jeden w jednom, drugi w drugom strone. I właśnie dlotego on jest teroz taki wyciągnięty.

Przez kwile nifto nic nie godoł.

– To jak? – spytołek przerywając cise. – Mocie jesce choć cień wątpliwości, cy to wilk?
– E, no moze nie momy – przyznały beskurcyje. – Ale… on sie nom jakosi nie widzi. No, nie widzi i ślus. Nie przyjmiemy go do stada.

Westchnąłek głęboko.

– Cóz – rzekłek do pytona. – Fciołek wom pomóc, krzesny. Naprowde fciołek. Ale sami widzicie, ze nie jest to takie proste. Wyglądo na to, ze jeśli tak barzo nie fcecie zyć w samotności, to chyba jednak bedziecie musieli wrócić do ludzi.
– Co? Do ludzi?! – Wilki wyraźnie sie zaniepokoiły. – A co bedzie, kie ten cudok wygodo im, ze widzioł nos w tym lesie? Zaroz naślom na nos całom zgraje myśliwyk!
– Cóz – rzekłek. – Mozliwe, ze wygodo, bo… on mo długi język. Widzicie? Tak długi, ze w gymbie mu sie nie mieści i furt wystoje na wierch.
– Bajuści! – zawołały wilki, kie uwazniej przyjrzały sie pytonowej kufie. – Eee… no to moze jednak bezpiecniej dlo nos bedzie, jak go przyjmiemy?
– Huraaaa! – uradowoł sie pyton, a następnie obyrtnął ku mnie. – Owczarku, bardzo ssssserdecznie ci dziękuję za znalezienie mi towarzyssssstwa. Niechże cię z wdzięczności uścissssssnę!
– O, co to, to nie! – prociwiłek sie. – Zodnyk uścisków! A juz na pewno nie w wasym wykonaniu.
– To jak inaczej wyrazić ssssswoją wdzięczność? – spytoł wąz.
– Barzo prosto – pedziołek. – Pilnujcie, coby ci wasi nowi kompani nigdy nie próbowali polować na owiecki mojego bacy.
– Umowa ssssstoi! – obiecoł pyton.

I tak oto upiekłek dwie piecenie na jednej watrze: pomogłek pytonowi, coby nie był samotny, a zarozem zapewniłek bezpieceństwo nasym owieckom. Przynajmniej na jakisi cas.

Co bedzie dalej? Obacymy. Jeśli pyton pozostonie nieodnoleziony – to bedzie znacyło, ze zostoł z wilkami. Jeśli ludzie go nojdom – to bedzie znacyło, ze doseł do wniosku, ze jednak woli zywobycie w ludzkiej hodowli niz wśród beskidzkik wiersycków.

A jeśli w najblizsyk dniak spotkocie kasi pona Wajraka, co to juz wiele tekstów o wilkak napisoł, to mozecie mu pedzieć, ze najciekawso wilco wataha zyje teroz pod Turbaczem – bo składo sie z kilku wilków i jednego pytona tygrysiego. Ssssss i hau!

P.S.1. A w najblizsom niedziele – pikne imieniny Madgarecki i Poni Agnieski bedom. No to pikne zdrowie ostomiłyk Solenizantek! 🙂

P.S.2. We cwortek 26 lipca – barzo Aneckowo tutok w Owcarkówce bedzie: pikne imieniny Fusillecki, Anecki Holenderskiej i Anecki Schroniskowej. I znów zdrowie ostomiłyk Solenizantek! 🙂

P.S.3. 29 lipca – Grzesikowe urodziny. Tym rozem więc – pikne zdrowie Solenizanta! 🙂

26.06.2018
wtorek

Superfoki

26 czerwca 2018, wtorek,

No i – ostomili – nazod w Owcarkówce jestem. Tak jak uprzedzołek – nie było mnie pod Turbaczem pare dni, bo wroz z Marynom Krywaniec wyrusyli my ratować bałtyckie foki. Jak sie naso misja powiodła? Cóz. Pocątkowo syćko sło zgodnie z planem. Pohybali my do Nowego Targu, a potem, mając juz pikne doświadcenie w podrózowaniu na gape, bez trudu dostali sie do Helu. Nie zabrali my w droge nicego opróc dwók rzecy: wykradzionego Felkowi smartfona i wykradzionego mojemu bacy Smadnego Mnicha.

Na piknym Półwyspie Helskim nie tracili my casu, ino od rozu udali sie do tego piknego Fokariuma, ka mędrole z Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego piknie opiekujom sie kilkoma fokami. A poza tym piknie pomagajom temu gatunkowi rozmnazać sie w Bałtyku. Licyli my na to, ze podopiecne tej placówki bedom wiedziały, co to za ancykrysty zacęły ostatnio mordować ik krewnyk. Ale niestety – okazało sie, ze te bidocki nie miały pojęcia, kim ci ludzie som, chociaz one same tyz barzo fciałyby wiedzieć. Haj.

Cóz było robić? Nie mieli my inksego wyjścia, jak sukać tyk wered gdzie indziej. Ostawili my ino flaske Smadnego Mnicha na dnie fokariumowego basenu, coby tamok piknie sie nom chłodził jaz do casu, kie postanowimy go wypić. A potem opuścili my Fokarium, przycupnęli pod jego ogrodzeniem i zacęli śpekulować nad dalsym planem działania.

Przebiegającom obok tego ośrodka ulicom Morskom krynciło sie dosyć sporo ludzi. Spośród nik – nasom uwage przykuło dwók bejdoków. Cosi nas tknęło, coby zacąć przysłuchiwać sie ik rozmowie. A ta rozmowa tocyła sie tak (ba syćkie brzyćkie słowa zastąpiłek tutok gwiozdkami):
– ***! Fokarium, ***! Nie sądzisz, Franek, że przydałoby się i tu wytłuc wszystkie foki, a nie tylko te, co pływają w morzu?
– ***! Masz rację, Mietek. ***! Ale, ***, tutaj trzeba by zadziałać sprytniej. Tak, żeby nikt nas nie zauważył. Bo co innego jest na pełnym morzu, gdzie mamy widoczność po horyzont i łatwo sprawdzić, czy nikt nie widzi, jak zabijamy te przebrzydłe foczyska.
– To prawda, ***. A tak w ogóle to pamiętasz, że za dwie godziny wypływamy na ryby? Przy okazji może znowu ubijemy trochę tych ochydnych fok.
– Hyhyhy! Mam nadzieję, że ubijemy. A *** policja i ci wszyscy *** miłośnicy fok, niech się dalej głowią, kto je zabija. Hyhyhy!
– Hyhyhy! ***! Hyhy!
– ***!
– ***!
– ***!!!

O, krucafuks! No to właśnie noleźli my tyk fudamentów! Teroz ino pozostało piknie ik śledzić i przyłapać na gorącym ucynku.

Rybacy wkrótce sie rozstali. Maryna ostroznie podązyła za jednym, a jo za drugim. Ba tak jak godali – obaj spotkali sie nazod dwie godziny później. Kany? Ano na pokładzie małego kutra, przy pirsie Rybackim, co to nojduje sie w helskim porcie. Kie ci dwaj zajęli sie ryktowaniem kutra do wypłynięcia, my z Marynom zakradli sie na pokład i wartko ukryli w jakiejsi skrzini.

– Teroz siedźmy tutok cicho – sepnąłek do orlicy. – Ba kie usłysymy, ze zacynajom polować na foki, ty wyfrunies z tej skrzini i tym Felkowym smartfonem zacnies ik z wierchu filmować. Kie zauwazys, ze juz zamierzajom zabić jakomsi focke – wydos donośny krzyk i wte jo wyskoce i unieskodliwie tyk dwók meneli. Potem hipne za burte i popłyne do brzega. Spotkomy sie na lądzie, a nagrony przez ciebie film prześlemy policji.

Maryna skinęła głowom na znak, ze zrozumiała, co godom. To znacy tak sie domyślom, ze skinęła, bo w zamkniętym pudle nic nie było widać.

Po kwili usłyseli my, jak ryknął silnik. Poculiśmy delikatne sarpnięcie. Kuter rusył w droge. Nie widzieli my, ka płyniemy. Dopiero później dowiedzieliśmy sie, ześmy ominęli cypel Półwyspu Helskiego i wypłynęli na pełne morze.

W pewnym momencie silnik ucichł. Stanęliśmy…

– Franek! – rozległo sie wołanie. – Gdzie masz nóż do zabijania fok?
– Schowałem w skrzyni, zaraz wyciągnę – padła odpowiedź.

Na mój dusiu! W skrzini? Ftórej skrzini? Miołek nadzieje, ze nie tej, ftóro była kryjówkom Maryny i mojom. No cóz… Nie wiem, cy wse nadzieja jest matkom głupik, ale w tym wypadku – była. Wieko, pod ftórym byli my ukryci, nagle uniesło sie do wierchu.

– ***! Mietek! – zawołoł rybak, ftóry nos odkrył. – Chodź szybko coś zobaczyć!

Kompan, ftórego zawołoł, podbiegł ku nom.

– O, rany! A co to za kundel? I co to za ptaszysko z telefonem w dziobie? Na mewę nie wygląda. To chyba jakiś wyrośnięty kormoran.
– ***! Już wiem! To są bydlaki zatrudnione przez policję! I specjalnie wytresowane, żeby nas tym telefonem sfilmowały, jak będziemy zabijać foki!

Krucafuks! Trza im przyznać, ze – cynściowo – domyślili sie przycyny nasej obecności tutok.

– ***! Co robimy, Franek?
– Sieć! Łap szybko za sieć!

Tymcasem jo wygramoliłek sie ze skrzini. Maryna wylazła za mnom. Odsłoniłek zęby i groźnie zawarcołek. Zawahołek sie kapecke, śpekulując, na którego rzucić sie najpierw. I w tym momencie – o, kruca! – ci dwaj zarzucili na Maryne i na mnie rozległom siatke, ftóro zwykle musiała słuzyć do łapania ryb. Zacąłek ciskać sie we syćkie strony. Orlica tak samo. I to był niestety nas błąd! Nalezało spróbować spokojnie wywinąć sie z tej sakramenckiej sieci. A tak – zaplątali my sie jesce bardziej.

Dwa ancykrysty zarechotały nicym diaski nad wpakowanom do kotła dusyckom.

– Co teraz, Franek?
– Jak to co? Do morza z nimi. Nakarmimy rybki. Hyhy!

Rybacy unieśli sieć z nomi w środku. Wystawili nos za burte i… zwycajnie puścili. Chlup! Wroz z Marynom noleźli my sie w morzu. Felkowy smartfon wysunął sie przez ocko sieci i poseł na dno. Ale w tej kwili to było nase najmniejse zmartwienie.

Przez krótki cas jesce słyseliśmy rycącyk ze śmiechu rybaków, a zaroz potem zacęliśmy zanurzać sie w bałtyckiej głębinie. Bezradnie pozirołek jak widocne nad nomi światło słonka jest coroz dalej, i dalej, i dalej… Zarozem zacąłek cuć, jakby moje płuca fciały wyskocyć ze mnie i hipnąć ponad wode, coby zacerpnąć choćby łyk powietrza. O, Jezusicku! Za taki łycek oddołbyk teroz syćkie oscypki wykradzione mojemy bacy! O, Jezusickuuu!

Będąc juz na granicy utraty przytomności… uwidziołek dwa płynące w mojom strone świecące punkciki. Cy to jakiesi majaki? A moze to dwa janiołecki sły po mojom duse? Ale cy janiołki som jaz tak maciupeńkie? Cóż, te psie – moze som?

Ale… na mój dusicku! Po kwili rozpoznołek sylwetke foki. A te dwa świecące punkciki to były jej ocy. Ostrymi zębiskami, a zarozem z niebywałom sprawnościom, foka przegryzła śnury tej sakramenckiej sieci. Byłek wolny! Pośpiesnie wypłynąłek na powierzchnie. Maryna nie była w stanie zrobić tego samodzielnie, ale pomógł jej nas niespodziewany wybawca.

Powietrze! Pikne powietrze! Wse uwazołek je za piknom rzec, ale teroz… było ono dlo mnie jesce pikniejse! Wciągołek je łapcywie nosem i otwartom gymbom jednoceśnie. Kie mój oddech wreście sie uspokoił – rozejrzołek sie wokoło. Na mój dusiu! Otacało mnie kilka fok, ftóre juz znołek – one syćkie były z helskiego Fokariuma! Na grzbiecie jednej z nik przycupnęła ledwo zywo Maryna Krywaniec. Pomaluśku tyz dochodziła do siebie.

– Witojcie, krzesne! – zawołołek. – Pikne dzięki za ratunek! Ale… tak właściwie to skąd zeście sie tutok wzięły?
– A, w pewnym momencie – rzekły foki – wstąpił w nas zapał, żeby pomóc wam w rozprawieniu się z tymi szubrawcami. Ten zapał był tak ogromny i tak nam dodał sił, żeśmy jednym susem przeskoczyły z Fokarium do Zatoki Puckiej. I zaczęłyśmy was szukać. Mieliście szczęście! Znalazłyśmy was w ostatniej chwili!

Hmm… Wiem, ze z Fokariuma do wód Zatoki Puckiej jest barzo blisko. Ale zeby pokonać te odległość jednym skokiem? Jak to mozliwe?

Tymcasem Maryna zwróciła uwage na inksom rzec.
– Krzesne – spytała – a cemu wom syćkim ocy tak dziwnie sie świecom?
Faktycnie – nie ino tej foce, ftóro nos ocaliła, ale syćkim jej towarzyskom ocy błyskały jak maluśkie zarówecki.
– E, nie wiemy – pedziały foki. – Może nasi opiekunowie przez pomyłkę nakarmili nas rybami elektrycznymi?
– Niekze ta – pedziołek. – Cy mogłybyście, krzesne, pomóc mi nazod dostać sie na pokład tego kutra? Mom wobec tyk dwók zbirów pewien plan.
– My też mamy wobec nich pewien plan – pedziały foki. – Ale pomóc oczywiście możemy.

No i z pomocom uciekinierek z Fokariuma wdrapołek sie na rufe kutra. Maryna podfrunęła i nolazła sie obok mnie. Rybacy akurat stali na dziobie i pozirali przed siebie. Ale po kwili jeden z nik sie obyrtnął i od rozu nos uwidzioł.

– Ty! Franek! Patrz! – zawołoł. – Jakim cudem te dwa purtki uwolniły sie z naszej sieci?
***!!! – ten drugi zaklął tak siarcyście, ze – jako widzicie – te trzy gwiozdki jaz mi sie tutok scyrwieniły. – Pewnie zamiast porządnej sieci sprzedano nam jakąś chińską podróbę, która się od razu porwała!
– I co teraz? – spytoł rybak Mietek.
– Wrzucimy te ścierwa do wody jeszcze raz. Ale tym razem, żeby mieć pewność, że nie wypłyną, najpierw rozwalimy im łby.

Jeden złapoł pałke, drugi chycił wielki nóz i obaj z ponurymi minami rusyli w nasom strone. Nagle… PLUSK! Prosto z wody wskocyła na pokład jedno z nasyk fok i w sekunde rozłozyła na łopatki jednego z tyk chłopów. Po kwili… PLUSK! Na pokład wskocyła inkso foka i to samo zrobiła z drugim.

– Hej, tam na kutrze! – zawołały foki, ftóre pozostawały w morzu. – Złapcie się dobrze relingu albo czegoś innego, bo zaraz zacznie się jazda! Hihihi!

Nie wiedziołek, o jakiej jeździe one godały, ale na wselki wypadek wroz z Marynom pośpiesnie wykonali my ik polecenie.

– Hej, tam za burtą! – zawołały foki nojdujące sie na pokładzie kutra. – Możecie zaczynać!
– No to zaczynamy. Juhuuu! – podł okrzyk.

I… kuter rusył z kopyta. I to z takom prędkościom, ze syćkie motorówki Bonda niek sie schowajom! To te foki tak pchały te łajbe! Wierzcie mi abo nie (ba racej wierzcie, bo to przecie prowda), ale… wnet przekrocyli my prędkość dźwięku. A potem pędzili my jesce sybciej. W jednom kwile przemknęliśmy między Daniom a Skandynawiom i wypłynęliśmy na pikne wody Atlantyku.

Krucafuks! Skąd te beskurcyje miały telo siły? Wprowdzie one same pedziały, ze wstąpił w nie wielki zapał, ale …to miałoby wyjaśniać, cemu teroz były w stanie pchać kuter z prędkościom rakiety kosmicnej? No i skąd u nik te świecące ocy? Jak na rozie – nie mogłek noleźć na te pytania zodnej sensownej odpowiedzi.

Pozirołek, jak błyskawicnie mijomy kolejne statki. I kolejne strefy casowe. Wpłynęli my w obsar, ka była noc, ba za niedługo… nazod noleźli sie tamok, ka był dzień. Z tego by wynikało… ześmy w mig noleźli sie po drugiej stronie kuli ziemskiej!

W końcu foki zwolniły. Pocułek, ze pchajom ten nas statecek po jakiejsi mieliźnie. I w końcu… TRRRACH! Kuter wpodł na wystającom z morza skałe. Sto metrów dalej widać było jakomsi plaze z piknymi palmami. Osołomieni i wystraseni rybacy wyskocyli za burte i noleźli sie w wodzie. Nie było tamok zbyt głęboko. Woda sięgała im najwyzej do kolan. Obaj pośpiesnie rusyli ku plazy. Kie do niej dotarli – padli jak niezywi. Scynśliwi jednak, ze juz nie tkwiom na tym pędzącym jak tysiąc diasków kutrze.

Minął moze kwadrans i… zza palm wysła grupka śwarnyk, śniadoskóryk, cornowłosyk dziewcyn, ubranyk ino w kokosowe staniki i trawiaste kiecki. Dziewcyny zachichotały. Rybacy, usłysawsy te chichoty, poderwali sie z ziemi.

– Te, Franek! – zawołoł jeden do drugiego. – Patrz, jakie laski! My chyba trafiliśmy do raju!
– Yhy – odpowiedzioł drugi, śliniąc sie przy tym straśnie.

Dziewcyny zacęły dawać rybakom znaki, coby pośli za nimi. Obaj bez wahania – wręc z wielkom ochotom – rusyli za nimi w droge. Jo wroz z Marynom postanowili sprawdzić, ka te egzotycne pikności ik zaprowadzom. Z kolei foki wolały ostać na plazy. Tak więc w głąb lądu wybrali my sie ino we dwójke.

Nie trza było zbyt długo iść. Okazało sie, ze niedaleko jest wioska. Jej mieskańcy… na widok niespodziewanyk gości uciesyli sie niesamowicie. I do rozu zacęli ryktować jakisi pikny festyn na ceść nowo przybyłyk.

Rozem z orlicom skryłek sie za rozłozystym krzewem krotonu i stamtela obserwowali my dalsy bieg wydarzeń. Tubylcy posadzili rybaków na krzesłak wyryktowanyk z jakisik kości, zapewne downyk mieskańców tej ziemi. Wyglądało na to, ze tyk krzeseł wolno było dosiadać ino scególnie woznym osobom.

I zacęła sie impreza. Była pikno gra na jakisik nieznonyk mi instrumentak, były pikne tańce i pikne śpiewy. Tybylcy furt kłaniali sie swym gościom i cęstowali ik miejscowymi przysmakami.

– Patrz, Mietek! – ciesył sie rybak Franek. – Te dzikusy chyba myślą, że jesteśmy jakimiś bogami.
– Na to wygląda, hyhy – zarechotoł rybak Mietek. – Będziemy wydawali tym ćwokom rozkazy, a oni będą spełniać wszystkie nasze zachcianki. Żyć, nie umierać! Hyhyhy!

– Poźrejcie, krzesno – sepnąłek do orlicy. – Nimo jednak sprawiedliwości. Tyk dwók ancykrystów mordowało foki, fcieli tyz zamordować nos – i co? Oto spotyko ik nagroda zamiast kary.

Nagle… za nomi dało sie słyseć jakiesi chlipanie. Maryna i jo poźreli za siebie i… uwidzieli my zapłakonego kraba.

– Co sie stało, krzesny? – spytała Maryna.
– Ach, nie przejmujcie się mną, proszę – odpowiedzioł krab, próbując otrzeć scypcami płynące po jego kufie łzy. – Ja po prostu zawsze się tak wzruszam, gdy patrzę na ślub.
– Ślub? – zdziwiłek sie. – O jakim ślubie wy godocie?
– Jak to o jakim? – krab odpowiedzioł pytoniem na pytonie. – Tych dwóch dżentelmenów właśnie żeni się z dwiema tutejszymi siostrami.
– Co takiego? – zdumiała sie Maryna. – Jakiesi dwie baby fcom wyjść za chłopów, o ftóryk istnieniu jesce dzisiok rano nic nie wiedziały?
– Jeśli nie chcą być starymi pannami, to właściwie nie mają wyboru – odpowiedzioł skorupiok. – Tak się bowiem składa, że o ile wszystkie mieszkanki tej wioski są bardzo miłymi osobami, to te dwie – stanowią pod tym względem absolutny wyjątek. Obie są wredne, złośliwe, kłótliwe, samolubne i zawistne. Kiedyś były przynajmniej ładne, ale te ich nieustanne grymasy tak zdeformowały im twarze, że po ich dawnej urodzie nie pozostało nawet wspomnienie. A w dodatku od czasu, kiedy straszliwie się o coś pokłóciły, obie mają powybijane przednie zęby. Mam dalej mówić, dlaczego żaden facet ich nie chce?

Oboje z Marynom stwierdziliśmy, ze wystarcy to, cośmy usłyseli.

Tymcasem tubylcy dali nasym rybakom znać, coby wstali ze swyk siedzisk. I poprowadzili ik ku dwóm chatkom wyryktowanym z palmowyk liści.

– Tam w chatach czekają ich narzeczone – wjaśnił krab. – Zgodnie z tutejszym zwyczajem, gdy pan młody przekracza próg chaty, w której czeka panna młoda – związek małżeński zostaje uznany za oficjalnie zawarty. Ach! Jakaż to wzniosła chwila! I jaka wzruszająca! Buuuu! Buuuuu! Chlip, chlip…

Na mój dusicku! Nas nowy dziesięciokońcynowy przyjaciel zupełnie sie rozkleił! Kiebyk to przewidzioł, to w nasom podróz zabrołbyk nie ino smartfona i piwo, ale tyz packe chustecek. A jeśli syćka przedstawiciele tego gatunku wzrusajom sie równie łatwo, to pewnie w tyk stronak nie godo sie: „płakać jak bóbr”, ino: „płakać jak krab”.

Tubylcy jednemu rybakowi wskazali wejście do jednej, drugiemu zaś do drugiej chaty. Obaj – będąc cały cas w barzo dobryk humorak – sybko do tyk chat wesli. Ba jesce sybciej… wyskocyli z nik jak oparzeni. Zaroz jednak i z jednego, i z drugiego palmowego domecku wysunęły sie jakiesie ręce, ftóre chyciły nowozeńców za łby i wciągły nazod do środka. Ha! Wyglądało na to, ze ponny młode som nie ino barzo wredne, ale tyz barzo silne. Po kwili… z tyk dwók chatek dały sie słyseć sakramenckie wrzaski:
– Nie! Nie! Nieee! Litości! Na pomoc! Ratunkuuuuu!!!

– Co sie tamok dzieje? – spytołek.
– E, nic takiego – pedzioł krab. – Po prostu dla tych dwóch panów właśnie zaczęła się noc poślubna.

– Zostaw mnie, ty czarownico!!! Ja nie chcęęęęę!!!! – doł sie słyseć krzyk rybaka Franka.
– Błagam! Nie! Ja chcę do mamyyyyyy!!!! – wtórowoł mu ryk rybaka Mietka.

– Ach, ci młodzi! – zaśmiołek sie. – Cosi mi sie widzi, ze ci świezo upieceni małzonkowie wartko stela ucieknom.
– A niby jak mieliby uciec? – spytoł retorycnie nas nowy znajomy. – To maleńka wysepka, zagubiona na bezkresnym Pacyfiku, bez jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym. Uciec stąd mogą jedynie wpław. Ale w tutejszych wodach aż roi się od rekinów, więc taka ucieczka szybko skończyłaby się w brzuchu jednego z nich.

Na te słowa przestrasyłek sie na kwilecke, cy te rekiny nie zagrazajom tyz nasym fokom? Ale zaroz uświadomiłek se, ze teroz – to racej rekiny powinny sie bać nasyk fok. O! A tak w ogóle worce było chyba sprawdzić, co tam porabiajom te nase znajome z Helu.

– Co jo fciołek pedzieć…. – zacąłek. – Piknie zycymy scynścia obu młodym parom, ale myśle, ze na nos juz cas.

Orlica zgodziła sie ze mnom. No i pozegnali my sie z sympatycnym – ackolwiek kapecke płacliwym – krabem i wrócili ku plazy. Heeej! Ale nase foki piknie sie uśmiały, kie wroz z Marynom opowiedzieliśmy im, w cyik ramionak tyk dwók nasyk faflocków spędzi całom reśte swego zywobycia.

A potem my syćka uznali, ze cas wracać do domu. Ino jak? Kuter, ftórym my tutok przypłynęli, był roztrzaskany. Na jego pokładzie jednak noleźliśmy jakiesi liny, za pomocom ftóryk jo przywiązołek sie do jednej foki, a Maryna do drugiej. No i rusyli my w droge powrotnom, ftórom pokonaliśmy równie sybko jak wte, kie płynęliśmy w przeciwnom strone. Wnet noleźli my sie nazod na Bałtyku. Ominęliśmy helski cypel i wpłynęliśmy na wody Zatoki Puckiej. Wte foki, odezwały sie ku nom:
– Słuchajcie, kochani, czy dacie radę już samodzielnie dotrzeć na brzeg? Bo my… czujemy, że te nadludzkie, a raczej nadfocze siły… chyba właśnie z nas uszły.

Na mój dusiu! Kie foki tak pedziały, zauwazyłek jednom rzec – ik ocy przestały sie świecić.

– Nimo problemu – pedziała Maryna. – Teroz juz bez trudu dofrune do lądu.
– A jo bez trudu dopłyne – pedziołek – choć ocywiście nie jestem jaz tak świetnym pływokiem jako wy.

No i wroz z Marynom odwiązali my sie od nasyk towarzysek. Foki postanowiły, ze wkrótce wrócom do Fokariuma, ale przez kwile jesce postanowiły pobaraskować se na wolności.

Maryna drogom powietrznom, a jo drogom wodnom rusyli ku brzegowi. Wnet dopłynąłek do Helu na wysokości Fokariuma. Maryna juz tamok na mnie cekała. Po kwili my oboje spostrzegli, ze nad wodom siedzom jacysi zasmuceni ludzie. O, Jezusicku! To byli pracownicy tego uniwersyteckiego ośrodka oceanograficnego! Siedzieli i wzdychali:
– Co się stało z naszymi biednymi fokami? Wszystkie znikły.
– Obawiam się, że to sprawka tych tajemniczych morderców. Nie podobało im się, że pomagamy fokom i postanowili je porwać.
– Zapewne tak. Pewnie już nigdy ich nie zobaczymy.
– Niestety… Cały wysiłek pana pana profesora Skóry poszedł na marne…
– O, jejku! Patrzcie! Co to za towarzystwo tutaj płynie? Czy to nie są przypadkiem nasze foki?
– Tak! To one! Jedną już poznaję! To Bubas!
– I Unda!
– I Ania!
– I Ewa!
– I Fok! Odnalazły się nasze urwisy! Wszystkie się odnalazły! Huraaa!!!

Syćko sie zgadzo – takie som właśnie imiona mieskańców helskiego Fokariuma. Fto nie wierzy, niek sprawdzi tutok. Haj.

*******************************************

No a my z Marynom uznali, ze pora wyciągnąć flaske Smadnego Mnicha i uccić powodzenie nasej akcji, choć jej przebieg był kapecke inksy, niz my planowali. Scególnie nie uwzględnili my w nasyk planak tej podrózy last minute.

Zanurzyłek sie w fokariumowym basenie i ukrytom tamok flaske wyciągłek na wierch.

– E, krzesno – zwróciłek sie zaroz do orlicy. – Cosi dziwnego sie stało. Nie barzo wiem, co sie nojduje w środku tej butelki, ale… to chyba nie jest piwo?

Maryna przyjrzała sie flasce.

– Faktycnie – zgodziła sie. – Widze, ze kapsel jest odgięty. Widocnie uskodziłak go niefcący, kie niesłak te flaske w swoik śponak. Zrobiła sie niescelność i piwo ze środka wymiesało sie z wodom w basenie.

Hmm… Piwo wymiesało sie z wodom… O, Jezusicku! Cosi nagle zacęło mi świtać! Eureka! Wiem juz, skąd te foki posiadły nagle takom sakramenckom moc! Kie Smadny Mnich połącył sie z wodom z Zatoki Puckiej (bo właśnie tom wodom wypełniany jest basen w tamtejsym Fokariumie), to zasła tako reakcja chemicno, ze powstała substancja, ftóro zadziałała na foki tak jak magicny napój na krajanów Asteriksa. Abo jak śpinak na marynorza Papaja.

I cóz. Bierąc pod uwage, ze nie wiadomo, cy te dwa fudamenty, ftóre wysłali my na Pacyfik, to jedyni grasujący na Bałtyku prześladowcy fok, worce zrobić jednom rzec – dokładnie zbadać, jaki wpływ na organizm foki mo Smadny Mnich zmiesany z wodom Zatoki Puckiej. Cy nie ryktuje to zodnyk niepoządanyk skutków ubocnyk? Jeśli nie – to bedzie znacyło, ze teroz wystarcy poić foki tom miksturom, ftórej mimowolnym wynalazcom jest Maryna. I wte juz nawet nie bedzie potrzeby ścigania katów tej sympatycnej bałtyckiej zywiny. Foki same piknie se poradzom. Hau!

P.S.1. Informacja dlo syćkik Franciszków i Mieczysławów – nie jesteście imiennikami tyk dwók sietnioków, bo jo ik imiona tutok zmieniłek. Jakie som ik prowdziwe imiona? Niek to pozostonie słodkom tajemnicom Maryny Krywaniec, Bubasa, Undy, Ani, Ewy, Foka i mojom.

P.S.2. 28 cerwca urodziny Madgareckowe bedom. Zdrowie Madgarecki! 🙂

P.S.3. Dzień później, 29 cerwca, Paffeckowe imieniny. Zdrowie Paffecka! 🙂

P.S.4. 1 lipca – Oleckowo rocnica ślubu. No to pikne zdrowie Poństwa Oleckowyk 🙂

P.S.5. Z kolei 8 lipca – Babeckowe imieny. Zdrowie Babecki! 🙂

22.06.2018
piątek

Rusomy ratować foki

22 czerwca 2018, piątek,

Krucafuks! Źle sie dzieje na Bałtyku. Ftosi morduje tamok foki. Ostatnio kilka ofiar tyk mordów morze wyrzuciło na plaze. A kielo nie wyrzuciło, ino skryło w swyk głębinak? Tego nie wie nifto. A przecie tyk zwierzoków i tak zyje u nos duzo mniej, niz zyło jesce na pocątku XX wieku. Bo wte fok saryk, najpopularniejsego u nos gatunku tej zywiny, pływało między Polskom a Skandynawiom jaze 100 tysięcy. Dzisiok – jest to zaledwie jedno-trzecio tej licby.

Cało bida w tym, ze fok nie lubiom rybacy, ftóryk straśnie złości, kie te spryciorki wyjadajom im ryby z sieci. Kie więc nas kraj zacęły obiegać wieści o nojdowaniu kolejnyk uśmierzconyk ludzkom rękom tyk piknyk stworzeń – podejrzenie padło przede syćkim na kolegów Świętego Pietra po fachu. Cóz… z pewnościom jest wśród nik całe mnóstwo porządnyk ludzi. Niemniej jednak jest tyz wielu, ftórzy nawet jeśli osobiście nie bierom udziału w takim „eliminowaniu konkurencji”, to gorąco kibicujom tym, ftórzy to robiom.

U nas foka jest chroniona, bo rządzą ekoświry. Będziemy tępić te łajzy na własną rękę. Dowodów nie będziezapowiedzioł w rozmowie z Wirtualnom Polskom anonimowy rybak znad Zatoki Gdańskiej.

Prawda jest taka, że do fok trzeba strzelać i je unicestwić – pedzioł temu samemu portalowi rybak z Jastarni, nawet nie kryjący sie ze swym nazwiskiem.

Krucafuks! Po takik słowak pon Grześkowiak, kieby jesce zył, mógłby zaśpiewać, ze nie ino chłop zywemu nie przepuści, ale rybak tyz. Bajako.

Zarozem wielu spośród wos ludzi sakramencko oburzyło takie zabijanie bezbronnyk wobec cłowieka istot. Policja juz wscęła śledztwo, bo przecie foka jest pod ochronom. Wyznacono tyz nagrody za pomoc w ujęciu sprawców. A wśród tyk, co je wyznacyli, nolazła sie pisarka poni Maria Nurowska. Na mój dusicku! Nie umiem pedzieć, fto jest dzisiok najlepsym pisorzem w Polsce. Ale za to juz wiem, fto jest najporządniejsym – właśnie ta poni. Nie ino z powodu postawy w sprawie fok zreśtom. Bajako.

Co bedzie dalej? Udo sie ująć winnyk cy nie? Ano… nie wiadomo. Dlotego wroz z Marynom Krywaniec ukwalowali my, ze musimy cosi tutok zrobić. Krótko mówiąc: na pewien cas musimy sie przeinacyć z górskik zbójnikow w morskik piratów. A syćko po to, coby ratować nase pikne foki. Wyryktowali my juz dziesięciopunktowy plan. Oto on:
1) wykradom Felkowi znad młaki smartfona ryktującego barzo dobrej jakości filmy;
2) wykradom mojemu bacy flaske Smadnego Mnicha;
3) wroz z Marynom Krywaniec jedziemy nad morze;
4) spotykomy sie z fokami zyjącymi w Fokariumie w Helu i próbujemy dowiedzieć sie od nik, cy nie wiedzom cegosi o prześladowcak ik pobratymców;
5) jeśli foki z Fokariuma nie bedom nic wiedziały – rozpocynomy śledztwo, coby noleźć tyk sietnioków;
6) kie ik nojdziemy, zacynomy ik śledzić i ik kolejnom próbe zabicia foki filmujemy Felkowym smartfonem;
7) ocywiście w pore interweniujemy, coby te bidnom focke ocalić…
8) …a nagrany Felkowym smartfonem filmik przesyłomy policji, wroz ze scegółowom informacjom o wykrytyk mordercak;
9) wroz z Marynom Krywaniec wypijomy wykradzionego bacy Smadnego Mnicha, coby uccić powodzenie całej akcji;
10) a wselkie nagrody za pomoc w ujęciu przestępców – przekazujemy na pomoc bałtyckim fokom; bo po krótkotrwałym byciu piratami nazod stojemy sie zbójnikami, a dlo zbójnika przecie jedynom wartościowom nagrodom jest to, ze w przysłości powstajom o nim pikne legendy.

Ostomili, nimo casu do stracenia, bo kozdo sekunda zwłoki moze być śmierztelnie niebezpiecno dlo jakiejsi kolejnej focki piknie pluskającej sie w nasym piknym morzu. Dlotego jak ino wkleje ten wpis – opuscom hole i wroz z Marynom hybomy ratować te siumnom zywine. A jeśli przipadkiem ftosi z wos w najblizsym casie bedzie przebywoł w okolicak helskiego Fokariuma i uwidzi biołego owcarka w towarzystwie wielkiego piknego orła – to bedzie wiedzioł, ze to my.

No… Maryna ceko juz na mnie na skraju lasa. Zyccie nom powodzenia! A jak wróce na hole, to ocywiście piknie opowiem wom, jak było. Hau!

15.06.2018
piątek

Western z Penkom w roli głównej

15 czerwca 2018, piątek,

W łoński wtorkowy poranek wylegiwołek sie beztrosko na holi. Zapachu wilków nika nie było cuć, zodnej z owiecek nie przychodziło do głowy, coby oddalać sie od stada, więc piknie mozno se było na takie leniuchowanie pozwolić. Nagle… uwidziołek biegnącom ku mnie krowe mojej gaździny.

– Malina! – wykrzyknąłek, bo tak właśnie było tej zywinie na imie. – Krucafuks! Co ty tutok robis?
– Ratujcie, krzesny! Ratujcie! – zawołała Malina na mój widok.
– Kogo ratować? – Zerwołek sie na równe nogi. – Wos? Gaździne? Kogosi inksego we wsi?
– Trza ratować Penke! – usłysołek w odpowiedzi.
– Penke? A fto to taki? – spytołek.
– To wy nic nie wiecie? – zdumiała sie Malina. – Przecie nawet w telewizji o tym godali.
– Ale jo tutok nimom telewizora – zauwazyłek.
– Ba mocie internet – odparła Malina. – Dlotego myślałak, ze wiecie, ze Penka to bułgarsko krowa, zyjąco blisko granicy z Serbiom. No i ostatnio zdarzyło sie tak, ze bidocka zabłądziła i posła na serbskom strone. Kie wróciła do domu – okazało sie, ze bułgarskie słuzby sanitarne fcom jom zabić.
– Zabić? Za co? – nie barzo rozumiołek. – Za to, ze hipła se do kraju obok?
– Cało bida w tym – rzekła Malina. – ze kie jakosi zywina dostonie sie na teren Unii Europejskiej bez wymaganyk dokumentów – to zgodnie z unijnym prawem musi zostać uśpiono. A Penka, idąc do pozaunijnej Serbii, a potem wracając do Bułgarii – wkrocyła na teren Unii.
– Na mój dusiu! I to prawo obowiązuje nawet wte, kie zywina opuści Unie ino na małom kwilecke? – spytołek.
– Okazuje sie, ze tak – uświadomiła mnie Malina. – O, Jezusicku! Bidny właściciel Penki jest załamany. Ale nic nie moze poradzić, bo te sakramenckie urzędasy som nieubłagane. Godajom, ze przepisy to przepisy i ślus.

No krucafuks! Faktycnie, jako ten zbójnik – cułek, ze mom obowiązek pomóc. Wiem, wiem, tysiące krów furt ginie w róznyk rzeźniak, więc ftosi mógłby spytać, cemu akurat miołbyk ratować te jednom bułgarskom krasule? Ba jo wom powiem tak: jestem psem, jestem przedstawiecielem rzędu drapieznyk, no i niestety tak wyryktowany jest ten świat, ze my drapiezniki tyz zabijomy. Z róznyk powodów – casem dlo zdobycia jedzenia, casem w walce o tereny łowieckie, casem w sarpacce o śwarnom ponne… Ale zabijać tylko i wyłącnie po to, coby biurokracji stało sie zadość? Na mój dusiu! Cosi takiego to tylko u wos ludzi jest mozliwe.

Zacąłek myśleć, jakom by tutok wyryktować piknom zbójnickom akcje ratunkowom. W końcu pedziołek Malinie tak:
– Słuchojcie, krzesno. Pohybom w Tatry, ku Marynie Krywaniec i popytom jom, coby sprowadziła mi ze dwa abo trzy niedźwiedzie. Wroz z tymi niedźwiedziami udom sie do nasej wsi, tamok porwiemy Felka znad młaki i zabieremy go do samiućkiej Bułgarii.
– Felka do Bułgarii? – zdumiała sie Malina. – Ale po co? Na wcasy?
– Po całej akcji, to niek on se tamok ostoje na wcasak, jeśli zefce. – Oześmiołek sie. – Ale najpierw, kie juz sie tamok nojdziemy, to niedźwiedzie zachowajom sie tak, jakby postanowiły rozsarpać Felka na kawałecki i pozreć. Kie Felek juz bedzie myśloł, ze znikąd nimo ratunku, to nagle… Penka, ftórom zawcasu wtajemnice w swój plan, piknie przybędzie niby to z odsiecom. Niedźwiedzie udadzom, ze przestrasyły sie rozjusonej krowy i pouciekajom. A wte Felek bedzie Pence piknie wdzięcny, bo bedzie przekonany, ze ocaliła mu zycie. I zaroz uzyje swoik syrokik mozliwości, coby zapobiec zabiciu bidocki.

Malina wciągła powietrze w swe wielkie krówskie nozdrza, a zaroz potem wydmuchała je z takom siłom, jakiej sam holny by sie nie powstydził.

– Nie mocie inksyk pomysłów? – spytała.
– Pare jesce mom – pedziołek. – Ale ino w tym jednym nie widze zodnyk słabyk punktów.
– Cóz – pedziała Malina. – W takim razie trzymom kciuki… yyy… to znacy – trzymom swe przednie racice za powodzenie wasej akcji.
– Nie musicie nic trzymać – stwierdziłek. – Jako pedziołek, ten plan nimo zodnyk słabyk punktów, więc nimo prawa sie nie udać. Niekze ino wykrodne z bacówki laptopa, coby sprawdzić, jak do tej Penki trafić.

No i wykrodłek laptopa nalezącego do Staska Kowanieckiego, jednego z juhasów mojego bacy. Otworzyłek se Gugle i wpisołek: ‚krowa Penka”. Zacąłek przeglądać to, co mi sie tamok wyświetliło. I nagle zawołołek do Maliny:

– Krzesno! Naso akcja juz nie jest potrzebno.
– Jak to nie jest potrzebno? – spytała Malina, po kwili… zrobiło jej sie słabo. – O, Jezusicku! A więc jest juz za późno? Zabili bidnom Penke!
– Wręc przeciwnie – pedziołek. – Posłuchojcie ino.

I zacąłek cytać na głos to, co nolozłek w takim internetowym pisemku AgroFakt: Historia zwierzęcia błyskawicznie obiegła międzynarodowe media. Absurdalnemu prawu sprzeciwiają się politycy i dziennikarze z całej Europy. James Rothwell, redaktor brytyjskiego dziennika „The Telegraph”, zorganizował nawet specjalną petycję do Parlamentu Europejskiego.

– A teroz, krzesno – pedziołek – przecytom wom najwozniejse: W poniedziałek, 11 czerwca pojawiła się oficjalna informacja o ocaleniu życia ciężarnej Penki. Ostatecznie petycję podpisało niemal 31 tysięcy osób. Jej twórca, dziennikarz James Rothwell, oficjalnie podziękował wszystkim zaangażowanym – w tym Paulowi McCartneyowi z legendarnej grupy The Beatles.

Uff! Cyli syćko potocyło sie jak w klasycnym westernie: byli ludzie i były krowy (no, jedno krowa, ale mniejso z tym), była tyz dziko granica (wprowdzie nie hamerykańsko-meksykańsko, ino bułgarsko-serbsko, ale niby w cym ta drugo miałaby być gorso od tej pierwsej?), no a przede syćkim – była walka dobra ze złem, ka dobro pocątkowo zdawało sie być bez sans, ostatecnie jednak piknie zwycięzyło. Haj.

I cóz. Malina opuściła mnie wkrótce. Musiała pohybać w dół, bo pocuła, ze za niedługo bedzie potrzebowała popytać gaździne o wydojenie. A poza tym pilno jej było, coby przekazać krowom we wsi te barzo dobrom nowine w sprawie Penki. Następnego dnia jednak znów przysła ku mnie. I poinformowała, ze krówski ród ukwalowoł, coby tym syćkim 31 tysiącom ludzi, ftórzy podpisali te piknom petycje pona Rothwella, nadać tytuł honorowego kowboja. Cy faktycnie oni syćka na to zasłuzyli? Na mój dusiu! A ftóz bardziej niz krowa nadoje sie do orzekania, fto jest kowbojem, a fto nie? Jeśli więc znocie kogosi spośród tyk 31 tysięcy obronców siumnej bułgarskiej zywinki, to piknie dojcie mu znać o tym wielce zascytnym tytule. Ze to jest wielki zascyt – w to nie wątpie, bo przecie cłowiek to brzmi dumnie, ale kowboj – jesce dumniej. A to dlotego, ze kowboj to tyz cłowiek – ale dzielniejsy.

A jeśli podcas najblizsyk wakacji pojedziecie na wieś, napotkocie jakiesi krowy i odniesiecie dziwne wrazenie, ze one… tak jakby nuciły cosi w stylu Yellow Submarine abo Yesterday – nie myślcie, ze słuch płato wom figle i nie hybojcie do zodnyk laryngologów. Bo takie nucenie bedzie oznacało ino telo, ze krowy wyrazajom swoje uznanie dlo pona Paula McCartneya – współtwórcy tyk dwók piosnek, a zarozem współwybawcy sympatycnej Penki. Muuu i hau!

P.S.1. Jeśli ftosi fce uwidzieć hyrnom Penke na filmiku, to uwidzi na przikład tutok. Materiał, jak widać, powstoł, kie jesce nie było wiadomo, cy Penka ocaleje. Teroz na scynście mozno to juz oglądać na spokojnie 🙂

P.S.2. W najblizsy poniedziałek, 18 cerwca, piknie tutok świętujemy, bo bedom imieniny Misieckowe. Zdrowie Misiecka 🙂

P.S.3. A potem we cwortek – 21 cerwca – podwójnie świętujemy, bo momy wte i Aleckowe, i Alseckowe imieniny. Zdrowie Alecki i Alsecki! 🙂

1.06.2018
piątek

Jak nie zapaść w sen zimowy?

1 czerwca 2018, piątek,

I znowu pikny Dień Dziecka momy. No to zgodnie z tradycjom Owcarkówki – dzisiok wpis dlo dzieci…

Nawiedził Tatry deszczyk obfity,
Wiatr chłodny przemknął przez górski las,
A stary góral, patrząc na szczyty,
Westchnął: „Już nastał jesieni czas”.

Aura zrobiła się byle jaka,
Opadł na ziemię pożółkły liść.
I właśnie wtedy wpadł do świstaka
Z nagłą wizytą brunatny miś.

I tak powiada: „Świstaku drogi,
„Z tobą i ze mną jest problem ten,
„Że wkrótce zima, wkrótce mróz srogi,
„A nas dopadnie zimowy sen.”

„To fakt” – rzekł świstak – „lecz moim zdaniem
„Kiedy na zewnątrz panuje ziąb,
„Lepiej się udać na długie spanie,
„Niż stukać z zimna zębem o ząb.”

Pokręcił głową misiek kudłaty:
„Ja z tego spania nie jestem rad.
„Są może zyski, lecz są też straty.
„Wnet ci przedstawię listę tych strat.

„Tracimy widok gór ośnieżonych –
„A taki widok wiele jest wart!
„Tracimy frajdę, gdy tras miliony
„Można przemierzyć z pomocą nart.

„Tracimy Gwiazdkę oraz prezenty,
„Których w tym czasie zawsze jest w bród
„I które daje Mikołaj Święty.
„Wśród tych prezentów… pewnie jest MIÓD” –

Wypowiedziawszy to słodkie słowo
Miś się oblizał i cmoknął: cmok! –
„A! I tracimy noc sylwestrową,
„Chrapiąc jak susły na Nowy Rok.

„A jeśli jeszcze jest olimpiada…
„Och! Jakże wiele tracimy! Och!
„Ileż radości nam dwóm przepada,
„Gdy nie widzimy, jak skacze Stoch!”

Świstak się drapnął łapką po głowie,
Miał zamyśloną niezwykle twarz.
„Wiesz, mój niedźwiedziu, co ci odpowiem?
„Tak mi się zdaje, że rację masz.”

„Świetnie!” – miś krzyknął. – „Zatem tej zimy
„Nie pozwolimy, by sen nas zmógł.”
Świstak się zgodził: „Nie pozwolimy!
„Zimową porą – sen to nasz wróg!”

Kiedy już sprawę tę omówili,
Świstak herbatki zaparzył dwie.
Wnet je wypili i już po chwili
Obydwaj błogo poczuli się.

Z piecyka ciepło biło przyjemne.
„Chyba” – rzekł misiek, kudłaty zwierz –
„Na jedną chwilę lub dwie się zdrzemnę.”
A świstak na to: „Ja chyba też.”

Niedźwiadek wybrał jeden z foteli,
Świstak na łóżka wdrapał się skraj,
W jednej sekundzie obaj usnęli.
Gdy się zbudzili… to już był maj.

„Chyba troszeczkę żeśmy zaspali” –
Przyznali szczerze świstak i miś. –
„Lecz czym się martwić, gdy tam na hali
„Słonko tak pięknie przygrzewa dziś!”

Pogoda – owszem – była wspaniała!
Podobna była w kolejne dni.
Latem też często dopisywała.
Lecz lato w końcu minęło i…

Nawiedził Tatry deszczyk obfity,
Wiatr chłodny przemknął przez górski las,
A stary góral, patrząc na szczyty,
Westchnął: „Już nastał jesieni czas”.

Aura zrobiła się byle jaka,
Opadł na ziemię pożółkły liść.
I właśnie wtedy wpadł do świstaka
Z nagłą wizytą brunatny miś.

I tak powiada: „Świstaku drogi,
„Z tobą i ze mną jest problem ten…”

… i tak dalej 🙂

P.S.1. A równo za tydzień, 8 cerwca, piknie w Owcarkówce świętujemy. Bo Oleckowe urodziny bedom. Zdrowie Olecki! 🙂

P.S.2. Następnego dnia, 9 cerwca, tyz piknie świętujemy, tym rozem z okazji BlejkKocickowyk urodzin. Zdrowie BlejkKocicka! 🙂

P.S.3. A potem, 10 cerwca, pikno mnogość imienin: Emileckowe, Gosickowe, Małgosieckowe i Margeckowe. Zdrowie Emilecki, Gosicki, Małgosiecki i Margecki! 🙂

30.05.2018
środa

Przepytywać cy nie?

30 maja 2018, środa,

W poprzednim wpisie godołek o drogak. Tak jakosi wysło, ze w tym – tyz bede. Telo ino, ze tym rozem bedzie nie o samochodowyk drogak, ba o kolejowyk. Bajako. A syćko z powodu Gazety Wyborcej, ka wycytołek, ze znana z punktualności japońska kolej zaliczyła wpadkę. Jeden z pociągów odjechał – uwaga – za wcześnie. A dokładniej 25 sekund przed czasem. Zaczęło się od oświadczenia: „Sprawiliśmy naszym klientom wielką niedogodność, która jest nie do wybaczenia. Dokonamy analizy naszego postępowania, aby taka sytuacja nie miała już miejsca w przyszłości”. Taki komunikat wydał operator Zachodnich Kolei Japońskich po tym, jak […] skład z Notogawy do Nishi Akashi zamiast o 7:12 ruszył o 7:11:35. […] Pociągi w Japonii przyjeżdżają z dokładnością do kilkunastu sekund. Jest nawet specjalne rozporządzenie, które mówi, że mogą się spóźnić, ale tylko jak jest trzęsienie ziemi. Jeśli taka sytuacja nie ma miejsca, a pociąg mimo to się spóźnia, pasażerowie mogą liczyć na specjalne przeprosiny (wyobraźcie to sobie u nas): gdy opóźnienie nastąpi z winy przewoźnika, kolej zwraca koszt biletu, a podróżny dostaje usprawiedliwienie dla pracodawcy i pismo z przeprosinami.

Cóz. Skoro autor artykułu pyto: wyobraźcie to sobie u nas, to se wyobraziłek. Pomyślołek, jak by to było, kieby w nasym piknym kraju jakiesi Pendolino rusyło ze stacji dwajścia pięć sekund za późno abo za wceśnie. A potem wyobraziłek se, jak nase koleje za to przepytujom. I… przeraziłek sie sakramencko. Bo zaroz ocami wyobraźni uwidziołek, jak to idzie w Polske taki komunikat z przeprosinami, a ludzie cytajom go w gazetak abo inksyk internetak i przecierajom ocy ze zdumienia.

– O, Jezusicku! – wołajom. – Co to mo znacyć? Potela nie przepytawali nawet za dziesięciogodzinne opóźnienie. A teroz… nagle posypujom głowy popiołem, bo jednej ciuchci przytrafiła sie parosekundowo niepunktualność? Kieby chociaz był dzisiok Prima Aprilis… Ale nimo, więc… O, krucafuks!!! Juz wiemy! To koniec świata idzie! Prowdziwy koniec świata! Pewnie jakosi wielko kometa praśnie w nasom Ziemie i syćko zniscy! A zarząd kolei skądsi sie o tym dowiedzioł i ze strachu przed piekłem postanowił wartko zrobić choć kapecke dobryk ucynków. A więc wielko zagłada juz niebawem! O, Jezusickuuuuu!

No i zaroz wielki popłoch ogarnio cały kraj. Syćka płakajom, syćka lamentujom, syćka załujom za grzychy i wartko oddajom syćkie swoje nagrody, nawet te, ftóre po prostu im sie nalezały.

A inkse kraje pozirajom na Polske i śpekulujom: Co sie z tymi Polakami dzieje? Niby twardzi jak żołnirze wyklęci, a tak panikujom? Cóz, skoro oni panikujom, to znacy, ze i my musimy, bo najwyraźniej ryktuje sie cosi naprowde straśliwego. O, Jezusickuuuuu!!!

I tak oto cały świat pogrązo sie w jednym wielkim chaosie. Z tego ino powodu, ze jeden pociąg w Polsce odjechoł kapecke inacej, niz to przewidywoł rozkład jazdy. I dlotego właśnie mom piknom prośbe do syćkik dyrekcji pociągów w Polsce (nie wiem, kielo tyk dyrekcji teroz jest, kiesik było jedno PKP, a dzisiok – zdoje sie, ze przewoźników kolejowyk momy więcej niz semaforów). Ostomiłe dyrekcje, jeśli jakisi podległy wom skład odjedzie ze swej stacji o 25 sekund za wceśnie abo za późno – nie przepytujcie. Jeśli ten odchył wyniesie minute – tyz nie przepytujcie. Jeśli kwadrans – lepiej tyz nie przepytywać. Jeśli godzine – no… wte jesce mozno by sie zastanowić. Hau!

P.S.1. W przodostatniom sobote były urodziny i imieniny Pona Pietra. No to nie ino bocujmy go piknie, ale tyz piknie wypijmy za to, coby dobrze mu sie na tyk Niebieskik Holak warzyło rózne pikne niebiańskie przysmaki. Zdrowie Pona Pietra! 🙂

P.S.2. A w ostatni piątek – urodziny Margeckowe my mieli. No to zdrowie Margecki! 🙂

P.S.3. Zaś w łońskom sobote – były Plumbumeckowe imieniny. Ostomili – zdrowie Plumbumecki 🙂

P.S.4. Kolejne pikne imieniny był w miniony właśnie wtorek – Mageckowe. Heeej! Zdrowie Magecki

P.S.5. I w ostatni dzień maja – tyz pikne imieniny tutok bedom, Mieteckowe. Zdrowie Mietecki! 🙂

10.05.2018
czwartek

Polskie drogi (cekoladowe)

10 maja 2018, czwartek,

Cysterna z płynną czekoladą przewróciła się na A2, w okolicy Słupcy – brzmi jedno z najnowsyk doniesień Gazety Wyborcej.Czekolada wylała się na jezdnię. Autostrada jest zablokowana w obu kierunkach. […] Kierowca ciężarówki trafił do szpitala, prawdopodobnie ma złamaną rękę.

No i ta złamano ręka to jedyno niedobro rzec w tym całym wydarzeniu. Dlotego pechowemu ponu kierowcy piknie zycmy, coby wartko wyzdrowioł i coby jak najsybciej jego bidno końcyna przestała być zniewolono przez sakramencki gips.

Ale tak poza tym… cy to źle, ze kawałecek autostrady przeinacył sie z asfaltowego na cekoladowy? E, nie widzi mi sie. Bo poźrejcie, ostomili…

Po pierwse – jak zauwazyli internauci komentujący ten artykuł, Polska wprowdzie nie jest krainom mlekiem i miodem płynącom, ale za to właśnie stała sie krajem płynącym cekoladom. Tyz piknie.

Po drugie – równowaga w przyrodzie musi przecie być. Skoro zimom drogi som solone, to wte, kie jest ciepło, powinny być słodzone.

Po trzecie – dziury w cekoladowej jezdni drogowcy bedom duzo chętnie łatali niz w tradycyjnej, bo świezo kładziono cekolada bedzie pachniała im duzo pikniej niz świezo kładziony asfalt.

Po cworte – cekolada piknie wpływo na poprawe nastroju. W takim rozie kierowcy jadący po cekoladowej drodze bedom mieli barzo pikny nastrój, zwłasca wte, kie przy mocno grzejącym słonku w powietrzu bedom sie unosiły opary z drogi. Dobry nastrój powinien wpłynąć na poprawe kultury jazdy, kultura jazdy zaś – na piknom poprawe bezpieceństwa ruchu drogowego.

Po piąte – drogi jak to drogi, roz som potrzebne, a roz nie. Kie asfaltowo droga przestoje być potrzebno, to właściwie nie barzo wiadomo, co z niom zrobić. A kie cekoladowo droga przestonie być potrzebno – bedzie mozno jom po prostu zjeść.

Po sóste – pomyślołek se, ze wselkie oznakowania na jezdniak (zebry na przejściak dla piesyk, linie ciągłe, linie oddzielające pasy ruchu i tak dalej) mozno ryktować nie z jakiejsi toksycnej farby, ba tyz z cekolady – telo ino ze biołej.

Po siódme – rusającemu w trase kierowcy bedzie mozno zycyć nie ino syrokiej, ale tyz słodkiej drogi. I pewnie dlo niejednego ta drugo wersja bedzie przyjemniejso.

Heeej! Skoro – jako widzicie – cekoladowe drogi majom telo zalet, to inkse kraje tyz bedom fciały takie drogi mieć. I wte bedziemy mogli piknie sie kwolić, ze my tutok byli pierwsi. A mało komu potela znano Słupca stonie sie hyrno na cały świat i bedzie mogła piknie zarabiać na zagranicnyk turystak, pragnącyk na własne ocy uwidzieć kolebke wielkiej światowej rewolucji w inzynierii drogowej.

Jedno mnie ino dziwi. Otóz w zbocowanym przez mnie arytkule pisom, ze strażacy próbują usunąć płynną czekoladę z autostrady A2. Na mój dusicku! Po co? Cemu fcom usunąć cosi, co ryktuje telo pozytecnyk rzecy? Cy widzicie, ostomili, choć jeden racjonalny powód, coby przywracać tamtejsom jezdnie do poprzedniego stanu? Bo jo – w świetle przedstawionyk wyzej argumentów – nie widze w tym najmniejsego sensu. Hau!

P.S.1. Juz za niedługo, 16 maja, bedom Jędrzejeckowe imieniny. Zdrowie Jędrzejecka! 🙂

P.S.2. Dwa dni później – obfitość urodzin: BlejkKocickowe, Heleneckowe i Misieckowe. Zdrowie BlejkKocicka, Helenecki i Misiecka! 🙂

P.S.3. 19 maja zaś – urodziny i imieniny Pona Pietra. Tamok, ka on teroz jest, na pewno wielu jego zdrowie wypije, ale i my tutok wypijmy je piknie. Zdrowie Pona Pietra! 🙂

18.04.2018
środa

Medal pona Igora

18 kwietnia 2018, środa,

Na mój dusiu! Syćka juz chyba o zimie zabocyli, tymcasem mi… właśnie sie przybocyło, ze tejze zimy w tym piknym koreańskim Pjongczangu były nie ino igrzyska olimpijskie, ale paraolimpijskie tyz. O wydarzeniak z tyk pierwsyk, jak wiadomo, furt gwarzyły syćkie media. A o tyk drugik? Krucafuks! Cosi pewnie gwarzyły, ale tak niewiele, ze do moik owcarkowyk usu nic z tego nie dosło.

Ba kie juz ta paraolimpiada mi sie przybocyła, to ocywiście zaroz postanowiłek sprawdzić, cy zdobyli my tamok jakisi medal cy nie. No i sprawdziłek. I… na mój dusicku! Zdobyli my! Wprowdzie ino jeden, ale zdobyli! Wywalcył go pon Igor Sikorski w slalomie gigancie. I telo wystarcyło, coby było lepiej niz śtyry roki temu w Soczi, ka niestety zodnemu z nasyk paraolimpijcyków nie udało sie hipnąć na podium. Bajako.

Z tego, co nolozłek przez Gugle, dowiedziołek sie, ze pon Igor kiesik był zdrowym cłekiem, ba kie mioł siedemnoście roków, to uległ niescynśliwemu wypadkowi. No i ten wypadek niestety trwale przykuł go do inwalidzkiego wózka. Co – będąc w takim stanie – zacął robić? Ano to, co mogłoby być piknom ilustracjom do niedownego TesTeqeckowego wpisu – zamiast pogrązyć sie w rozpacy nad tym, co stracił, wziął sie w gorzć i zostoł piknym zimowym sportowcem. Od paru tyźni zaś – jest tyz piknym paraolimpijskim medalistom. Ino… hmm… cy aby na pewno paraolimpijskim, nie olimpijskim? Poźrejcie, ostomili, na słowo „paraolimpiada”. Brzmi ono kapecke tak, jak by oznacało cosi gorsego od olimpiady. A jest? Wse widziało mi sie, ze nie. Ba potela nie miołek na to zodnego naukowego dowodu. I dopiero kie dowiedziołek sie o sukcesie pona Igora, to nagle… jakby mnie oświeciło. Na mój dusicku! Co on w tym Pjonczangu zdobył: medal cy paramedal? Ano – medal. Wsędy tak pisom, więc tak musi być. I na pewno tyz stanął na podiumie, a nie jakimsi parapodiumie. Cyli – ten pikny brązowy krązek musioł zostać zdobyty na olimpiadzie, a nie na jakimsi para-coś-tam. Haj.

Zatem syćko jasne: to wcale nie było tak, ze w lutym mieli my igrzyska olimpijskie, a w marcu paraolimpijskie. Tak naprowde to w lutym była pierwso, a w marcu – drugo cynść tej samej olimpiady. Nazywanie tej drugiej cynści paraolimpiadom to tak, jakby drugi tom Lalki pona Prusa nazywać Paralalkom. I ślus.

A z tego, co właśnie naukowo udowodniłek, wyniko dlo nos, ostomili, jedno pikno rzec – prowda jest tako, ze nas dorobek z ostatnik zimowyk igrzysk to nie dwa medale, ino trzy: złoty Kamila, brązowy druzyny skocków i brązowy pona Igora. Nasym skockom juz piknie gratulowali my sukcesów. Teroz więc – choć z opóźnieniem – pogratulujmy tyz ponu Igorowi. Bo to dzięki niemu momy o jeden medal więcej, niz nom sie potela widziało. Brawo pon Igor Sikorski! Brawo i hau!

P.S.1. A juz w te środe, ostomili, piknie mozemy tutok świętować, bo to dzień piknyk Aleckowyk urodzin. No to zdrowie Alecki! 🙂

P.S.2. A 23 kwietnia to dzień Świętego Wojciecha – cas wyjścia z owieckami na hole. Ale to jest tyz dzień Motyleckowyk imienin. Zdrowie Motylecka! 🙂

P.S.3. Dzień poźniej… piknego urodzinowego festiwalu w Owcarkówce ciąg dalsy – Plumbumecka nom sie urodzi. Zdrowie Plumbumecki! 🙂

P.S.4. Zaś kolejne dwa dni pózniej, 26 kwietnia – urodzi sie Alsecka. No to zdrowie Alsecki! 🙂

29.03.2018
czwartek

Malchos

29 marca 2018, czwartek,

Co sie działo w pierwsy w historii poranek wielkanocny? To wiecie – Poniezus piknie zmartwykwstoł, a potem piknie spotkoł sie w wiecerniku z apostołami. Ale cy wiecie, co zadziało sie po południu tego samego dnia? Ano… Święty Pieter, po tym syćkim, co ostatnio przezył, postanowił kapecke sie zrelaksować. No i poseł na mały spacer po przedmieściak Jerozolimy. Kie se tak piknie spacerowoł, to w pewnej kwili… uwidzioł idącego z naprzeciwka chłopa, ftóry mioł mocno naciągniętom na usy copke frygijskom.

– Co za cudok! – zaśmioł sie w myślak Święty Pieter. – Cemu on tak opatulił ten swój łeb? Mo chore zatoki cy jak?
– O, krucafuks! To wy! – wykrzyknął tymcasem ów chłop.
– My sie znomy? – zdziwił sie Święty Pieter.
– A nie? – cłek we frygijskiej copce odpowiedzioł pytoniem na pytonie. – A fto trzy dni temu w Ogrodzie Oliwnym amputowoł mi ucho?

Na mój dusiu! Bocycie te biblijnom historie o słudze arcykapłana Malchosie? Tym, ftóremu Święty Pieter obciął ucho, kie próbował bronić Poniezusa przed hereśtowaniem? Tenze Malchos, we własnej osobie, stoł teroz przed nasym apostołem.

– Bajuści, poznoje wos – zacął se przybocować Pieter. – Ale przecie Poniezus od rozu wom to ucho przywrócił. Nawet minuty wase kalectwo nie trwało. Więc w cym problem?
– Pytocie, w cym problem? – odporł Malchos. – No to poźrejcie.

Sługa arcykapłana ściągnął copke ze łba. Na mój dusicku! Okazało sie, ze teroz jego ucho przylegało do głowy… na odwyrtke! Brzeg małzowiny skierowany był nie ku karkowi, ino ku nosowi! A dolny płatek usny – teroz był górnym płatkiem. Cy to mozliwe, ze Poniezus, uzdrawiając bidoka, tak barzo sie pomylił?

– Nooo… yyy… – Święty Pieter zacął gorąckowo śpekulować, jak by tutok usprawiedliwić swojego Naucyciela. – Wiecie, krzesny… nocka juz była, więc nas Zbawiciel mógł nie za dobrze widzieć. A poza tym… on wte przecie działoł w warunkak barzo dlo niego stresującyk.
– Za to teroz jo mom stres! – wypalił Malchos. – I juz wse, do końca zywobycia, bede musioł chować to ucho pod copkom! Jeśli ten was Zbawca tak samo lecył trędowatyk, to jo im współcuje.
– Pockojcie, moze do sie to naprawić? – pedzioł Święty Pieter.

I chycił ucho Malchosa, próbując wykryncić je na drugom strone.

– Aaaaa! – rozległ sie wrzask. – Puscojcie! To boli!
– Ufff! – westchnął Pieter. – Mom inksy pomysł. Obetne wom to ucho jesce roz, a potem nazod je zreperuje. Poniezus mianowoł mnie swoim zastępcom, więc na pewno obdarzył mnie tyz mocom uzdrawiania.

Po tyk słowak Święty Pieter dobył swego mieca. Sługa arcykapłana zrobił krok w tył.

– Mowy nimo! – prociwił sie. – Nawet nie próbujcie mnie tknąć.
– Nimo sie cego bać – uspokajoł apostoł. – Jedno ciachnięcie, a potem jeden ozdrowieńcy dotyk – i po kłopocie.
– Nie! Ratunkuuu!!! – ryknął Malchos i rzucił sie do uciecki.

Święty Pieter rusył w pogoń. Goniący i goniony biegli z identycnom prędkościom, więc odległość między nimi cały cas była tako samo. Nagle… Malchos nie zauwazył, ze ftosi idzie z naprzeciwka i z całym impetem w tego kogosi prasnął. Święty Pieter nie zdązył wyhamować i zaroz tyz prasnął. Napotkano osoba musiała być sakramencko mocno, bo ani jedno, ani drugie zderzenie jej nie przewróciło. Wnet okazało sie, ze tym kimsi był… samiućki Poniezus!

– Co sie tutok dzieje? – spytoł Mesjas.
– Jezusicku ostomiły – zacął Pieter – wytłumoc temu sietniokowi, coby mi pozwolił uciąć to jesce roz.
– Nie pozwole! – krzycoł Malchos. – Roz ucięliście i wystarcy.
– No, słysys go, Ponie Jezu? – spytoł Pieter. – Godo, ze wystarcy, kie nie wystarcy.

Na mój dusiu! Jeden ino Pon Bócek mógłby cosi zrozumieć z tej chaotycnej gadaniny. Na scynście Poniezus nim był. I tylko dlotego syćko piknie zrozumioł.

– Drogi Malchosecku – Poniezus zwrócił sie do sługi arcykapłana. – Mos teroz takie ucho, jakie mos. Jeśli jednak barzo fces, moge wartko i bezboleśnie przywrócić je do poprzedniego stanu. Ba zanim to zrobie, dobrze sie zastanów – cy aby na pewno tego fces?
– Pytonie! – obrusył sie Malchos. – Ocywiście, ze fce przestać wyglądać jak pokraka!
– No to pockojmy ino, jaz tamten rydwan przejedzie – pedzioł Poniezus.

Faktycnie – na gościńcu pojawił sie jakisi rydwan, ciągniony przez dorodnego ogiera i kierowany przez cłeka ubranego w piknom rzymskom toge.

– Po co cekać? – ponagloł Malchos. – Jo fce jak najsybciej odzyskać normalny wygląd!
– Ale z ciebie głuptok! – wtrącił Święty Pieter. – Nie rozumies, ze jak ten niepilok uwidzi cud, to moze rozpoznać Poniezusa i złozyć donos, ze widzioł go zmartwykwstałego? Sygnalistów w dzisiejsyk casak nie brakuje.
– Cóz. – Malchos rozłozył ręce. – Nikt wom nie kazoł narazać sie władzy. Samiście se wybrali bycie totalnom opozycjom.
– Ponie Jezu – rzekł Pieter – pozwól, ze prasne w kufe tego arcykapłańskiego sługusa.
– Ani mi sie woz! – prociwił sie Poniezus. – Chyba ze od rozu praśnies tyz sam siebie, bo przecie godołek wyraźnie: bliźniego swego jak siebie samego.

W tej kwilecce rydwan zblizył sie do trójki rozmówców.

– O, krucafuks! – zawołoł cłek z rydwana. – Cy jo dobrze widze, ze jeden z wos mo ucho na odwyrtke?
– Mo – potwierdził Święty Pieter – ale lepiej, panocku, nie porusojcie przy nim tego tematu, bo on, kie godo sie o tym jego uchu, robi sie kapecke nerwowy.
– Wcale nie! – zaprzecył nerwowo Malchos.
– No cóz – rzekł woźnica rydwana. – Pozwólcie, ze sie przedstawie – jestem Revius Estradus. Właśnie objezdzom Imperium Rzymskie w posukiwaniu nowyk gwiozd imprez rozrywkowyk. I mom pytanie właśnie do tego panocka z przekrynconym uchem: nie fcielibyście zatrudnić sie w szoł-biznesie?
– Co? – Malchosa zupełnie zaskocyła ta propozycja. – Moze… ale… jo mom juz etat słuzącego u arcykapłana…
– Phi! – parsknął Estradus. – Nie wiem, kielo wom ten arcykapłan płaci, ale jo moge wom zapewnić taki dochód, ze za pół roku bedziecie mogli se zatrudnić własnyk słuzącyk. I bedziecie mogli spłacić syćkie kredyty, jeśli takie macie, nawet te w dutkak helweckik. Wystarcy ino, ze przyłącycie sie do trupy pod moim kierownictwem i bedziecie pokazywali to swoje niezwykłe ucho na festynak, bankietak u rzymskik senatorów i ocywiście w Koloseumie tyz.
– Brzmi zachęcająco – przyznoł Malchos, drapiąc sie za tym swoim niescynsnym (a moze jednak scynsnym?) uchem.
– Panocku! – godoł dalej Rzymianin. – Jo wom wyryktuje takom kampanie promocyjnom, ze nawet śwarne westalki bedom zabiegały o was autograf! Bedziecie piknym celebrytom.
– Celebrytom? – Ocy Malchosa zaświeciły sie z mocom tysiąca lumenów. – Na mój dusiu! Zgoda! Zaroz lece złozyć arcykaplanowi wymówienie.
– Piknie! – uciesył sie Estradus. – W takim rozie, panocku, spotkojmy sie jutro rano pod chałupom Piłata. Jeśli bedziecie juz rozmówieni z arcykapłanem – to dobrze. Jeśli nie – jo uzyje swoik wpływów, coby wartko podpisoł on z womi rozwiązanie umowy o prace za porozumieniem stron. I zaroz potem zabiere wos do Rzymu.

To powiedziawsy, zawołoł do swego konia „Wio!”* i rusył ku centrumowi Jerozolimy.

A Poniezus piknie sie oześmioł.

– No i jak, Malchosecku? – spytoł. – Nadal fces, cobyk poprawił ci to ucho?
– Za nic w świecie! – wykrzyknął Malchos. – A tak w ogóle barzo piknie dziękuje wom za to, zeście tak piknie to moje ucho wyryktowali. Sakramencko pikne! Na mój dusiu! Jak przyjedziecie kiesik do Rzymu, to koniecne mnie odwiedźcie. Zaprasom!
– Chętnie – odpowiedzioł Poniezus – ale jo juz ryktuje sie do wniebowstąpienia i na pojechanie do Rzymu racej juz nie bede mioł casu.
– A jo, skoro jestem zaprosony, barzo chętnie pojade – pedzioł Święty Pieter. – I fto wie? Jeśli mi sie tamok spodobo, to moze właśnie w tym Rzymie wyryktuje jo Stolice Pietrowom?

No i zaroz Malchos poseł w swojom strone, a Poniezus ze Świętym Pietrem w swojom. Po kwili Święty Pieter spytoł ino:
– Ostomiły Jezusicku, a tak właściwie to cy nie przeskadzo ci, ze pomogłeś temu chłopeckowi zdobyć hyr za sprawom prostackiej rozrywki?
– Prostackiej, ale nieskodliwej – zauwazył Poniezus. – A lud rzymski, spragniony panem et circenes, im więcej casu poświęci nieskodliwym rozrywkom, tym mniej bedzie go mioł na krwawe igrzyska.
– Na mój dusiu! Ty to mos głowe, Jezusicku! – pedzioł z uznaniem Święty Pieter, uświadamiając se po roz kolejny, ze zanim zostanie straznikiem bram raju, to bedzie musioł od swojego Mistrza jesce sie wiele naucyć.

Tymcasem Malchos… seł dziarsko przed siebie i radośnie podśpiewywoł:
– Tralalala! ♪ Bede celebrytom. ♪ Bede celebrytom… ♫

Heeej! W tej kwili nie było na świecie scynśliwsego cłowieka jako on! Więc jo, ostomili, fciołbyk wom piknie zycyć, cobyście w te wielkanocne święta byli nie mniej scynścliwi niz ów Malchos po spotkaniu z Poniezusem, Świętym Pietrem i tym Rzymianinem z branzy rozrywkowej. I ocywiście zyce wom tyz, coby jajka były smacne, mazurki piknie wypiecone, a woda w śmigus-dyngus ino w takik ilościak, w jakik lubicie. Wesołyk Świąt syćkim! Hau!

P.S.1. Ba tutok w Owcarkówce my tyz momy swoje święta. I tak oto tegorocno Wielko Sobota jest zarozem dniem Profesoreckowyk urodzin. Zdrowie Profesorecka! 🙂

P.S.2. A Wielkanoc – jest zarozem dniem Wawelokowyk imienin. Zdrowie Waweloka! 🙂

* Ocywiście zawołoł to po łacinie, ale… w słowniku polsko-łacińskim nie moge noleźć tego zawołania. Choć nolozłek tamok nawet słowo „kino”. Cóz… najwyraźniej starozytni Rzymianie cynściej chodzili do kina niz jeździli konno.

css.php