23.04.2015
czwartek

A jednak istniejom

23 kwietnia 2015, czwartek,

Czy to bajka, czy nie bajka,
Myślcie sobie, jak tam chcecie.
A ja przecież wam powiadam:
Krasnoludki są na świecie!

Bocycie, ostomili, z casów swego dzieciństwa ten pikny wstęp do piknej ksiązki o bidnej sierotce Marysi? Być moze bocycie. I być moze nawet miło wspominocie ten cas, kie ftosi dorosły cytoł wom te ksiązke na dobranoc. Ale zarozem myślicie se pewnie: Cóz, wiersyk owsem, pikny. Ba nie do sie ukryć, ze nimo w nim ani kapecki prowdy. Bo prowda jest przecie tako, ze krasnoludków nimo. Nimo i ślus.

A tymcasem… posłuchojcie, co jo niedowno wycytołek w Onecie:

Na zielonej teczce z pieczęciami Straży Leśnej oraz Ministerstwa Rolnictwa widnieje napis: “Leśne skrzaty i wróżki”. Zawiera ona zdjęcia, opisy i informacje dotyczące rzekomych spotkań w kniejach w górach między Toskanią a Emilią-Romanią, zawsze w tym samym rejonie kilku miejscowości.
Włoska agencja ADNKronos, która przewertowała teczkę, poinformowała na przykład o zawiadomieniu złożonym funkcjonariuszom straży przez pewnego bankowca. W drodze do swego wiejskiego domku zobaczył w ciemnościach w lesie osobliwą postać na czworakach, o kształtach zbliżonych do ludzkich, która nachylała się, by jeść śnieg.
Niezbyt wyraźne zdjęcie, załączone przez autora tej relacji, zostało całkiem serio zakwalifikowane jako “elf” […] Jednocześnie w protokole podkreślono, że osoba, która złożyła to zawiadomienie, jest “poważna i wiarygodna”.
Znajduje się tam też szczegółowa relacja mieszkańca okolicy, który opisał, że w chwili, gdy chciał napić się wody ze źródła, ujrzał istotę wysokości 25 centymetrów.

Krucafuks! I co o tym myślicie? Bo mi sie widzi, ze kieby te wieści pochodziły z jakiegosi niepewnego źródła, to całom rzec dałoby sie wytłumacyć ornitologicnie – ze jest to zwycajno kacka dziennikarsko. Abo ornitologicnie i ogrodnico zarozem – ze jest to pierwso jaskółka tegorocnego sezonu ogórkowego. Ba sami widzicie, ze tutok źródło jest nie byle jakie. To świadectwo powoznyk państwowyk instytucji! Cy ftosi z wos śmie podejrzewać włoskie Ministerstwo Rolnictwa i podległom mu Straz Leśnom o brak nalezytej powagi w ryktowaniu oficjalnyk dokumnetów? No… chyba nifto. A zatem sprawa jest jasno: w północnej Italii zyjom prowdziwe elfy. Najprowdziwse! Haj.

No ale w takim rozie… skoro u Włochów istniejom elfy, to jo nie widze powodu, dlo ftórego w Polsce nie mieliby istnieć ik krasnoludkowi kuzyni. Bajako! I tak oto, prawie sto dwajścia roków od pierwsego wydania książki O krasnoludkach i sierotce Marysi, okazuje sie, ze moze to być… historia oparto na faktak autentycnyk! A przynajmniej, ze zawarte tamok twierdzenie Krasnoludki są na świecie jest jak najbardziej prowdziwe. Haj.

A cy przybocujecie se, kielo to rozy zdarzały sie wom rózne dziwne rzecy? Na przykład cosi nagle wom zginęło, abo cosi bez powodu sie popsuło, abo ostawiliście cosi w jednym miejscu, a potem nojdowoliście w zupełnie inksym. W takik wypadkak wielu z wos ludzi godo, ze to musi być robota krasnoludków. Ba nigdy nie godocie tego serio. Racej śpasujecie ino. Ba teroz… wiecie juz piknie, ze to wcale nie musom być śpasy. Po wasyk chałupak naprowde mogom sie kryncić te małe ludzicki w cyrwonyk śpicastyk copkak i z biołymi brodami.

A skoro tak to syćko wyglądo, to jo fciołbyk piknie zaapelować do syćkik właścicieli psów, kotów abo inksyk chomików: jeśli odkryjecie, ze cosi w wasyk chałupak zostało nabałaganione – nie godojcie od rozu pochopnie, ze zrobiła to waso zywina. Nie godojcie tak, bo przecie pikno zasada domniemanej niewinności powinna obowiązywać nie ino na salak sądowyk, ale w domu tyz. Trza bocyć, ze nadgryziony kawałecek kiełbasy w wasej kuchni abo strącony ze stolika wazon w wasym salonie – to wcale nie musi być wina domowego kotka cy pieska. Równie dobrze moze to być sprawka zupełnie inksyk istot. Istot potela jakze niesłusnie uznawanyk za zmyślone. Hau!

P.S.1. Heeeej! Downo mnie w Owcarkówce nie było. A syćko przez to, ze w tym roku jakosi niemrawo sło mi ryktowanie sie do wyjścia na hole. Wyjścia, ftóre następuje juz w ten cwortek, cyli w dzień Świętego Wojciecha. Przez ten cas, kie mnie nie było, to przesło pare piknyk budowyk świąt. No to te syćkie zaległości trza teroz piknie ponadrabiać. Najpierw trza uccić Gosickowe urodziny, ftóre były 17 kwietnia. Zdrowie Gosicki! :D

P.S.2. A dzień później, cyli 18 kwietnia, tyz barzo piknie urodziny były – Aleckowe. No to zdrowie Alecki! :D

P.S.3. Z kolei wcora rocnice ślubu Fusillecki my mieli. Zdrowie Fusillecki i Pona Fusilleckowego! :D

P.S.4. A ten cwortek jest nie ino – o cym juz zbocyłek – dniem Świętego Wojciecha, ale tyz dniem Motyleckowyk imienin. Zdrowie Motylecka! :D

P.S.5. W piątek zaś kolejne pikne urodziny momy – Plumbumeckowe. Zdrowie Plumbumecki! :D

P.S.6. W niedziele znowu świętujemy – tym rozem z okazji Alseckowyk urodzin. Zdrowie Alsecki! :D

31.03.2015
wtorek

Jak Poniezus z osiołkiem ukwalowoł

31 marca 2015, wtorek,

Cemu baranek jest symbolem Wielkanocy? To na pewno wiecie. Cemu jest nim tyz kurcok? To chyba tyz wiecie, a fto nie wie, ten przynajmniej sie domyślo. Ba jakim cudem wśród zywiny symbolizującej te święta nolozł sie zając? Ha! Tutok sprawa jest bardziej skomplikowano. Ale zaroz postarom sie wom syćko piknie wyjaśnić. A zatem…

Był rok 33 nasej ery. Zblizała sie Niedziela Palmowo. Poniezus juz wiedzioł, ze wroz z apostołami spędzi ten dzień w Jerozolimie. Rusył więc wroz z nimi ku temu hyrnemu miastu. Śli, śli… a kie juz zblizali sie do jego murów, Poniezus zauwazył, ze apostołowie som kapecke strudzeni wędrówkom. Postanowił więc zrobić mały postój. No i zaroz apostołowie piknie porozsiadali sie w cieniak drzew. Poniezus zaś hipnął do pobliskiego potoka, coby przynieść im świezej wody. Przy potoku zaś ujrzoł starego osła, ftóry stoł nad brzegiem z opusconym łbem i spokojnie chłeptoł orzeźwiającom wodzicke.

– Hej! Osiołecku! – zawołoł Poniezus. – Jo cie piknie znom!
– A jo wos nie – burknął osioł, niezadowolony, ze ftosi przeskadzo mu gasić pragnienie.
– Znos mnie, znos – zaśmioł sie Poniezus.
Zdumiony osioł przestoł pić i uniesł łeb do wierchu.
– Na mój dusicku! – zawołoł. – Rozumiecie, co jo godom? Wy, cłowiek, rozumiecie mowe zywiny?
– Kiesik to cie nie dziwiło. – Poniezus dalej sie śmioł.
– Kiesik? – Osioł był coroz bardziej zdumiony. – To znacy kie?
– Ano… – rzekł Poniezus – najpierw w stajence betlejemskiej, a potem podcas uciecki do Egiptu, kie Święty Józef posadził na twoim grzbiecie Matke Boskom i mnie, coby ratować nos przed zawistnym Herodem.

Teroz dopiero osłu rozjaśniło sie w głowie.
– O, Jezusicku! To Jezusicek! – wykrzyknął. – Jezusicek we własnej osobie!
A potem uradowany rzucił sie Zbawicielowi na syje, tak ze kieby Poniezus nie uzył swej boskiej mocy, to obaj prasliby na ziem i poturlali do potoka.

– Jezusicku! Ostomiły Jezusicku! – wołoł osioł. – No, piknie pytom, wyboc, ze jo cie nie poznoł, ale… kie ostatni roz cie widziołek, to byłeś maluśkom dziecinom. Do maluśkiego złóbka piknie sie mieściłeś! Na mój dusiu! Kielo to juz roków minęło! Kielo roków!
– Oficjalnie – trzydzieści trzy – pedzioł Poniezus. – A faktycnie jesce więcej. Tak cy siak… piknie jest spotkać znajomego z casów dzieciństwa.
– Bajuści, piknie – zgodził sie osioł. – Nie bede godoł, co działo sie ze mnom przez te syćkie roki, bo przecie jako Pon Bócek barzo dobrze to wies. Ba ty, Jezusicku, co porabiołeś?
– Heeej! Długo by godać – pedzioł Poniezus. – Było wiele przyjemnyk zdarzeń, jak uzdrawianie choryk ciał i – co wozniejse – uzdrawianie choryk dus. Były tyz rzecy nieprzyjemne, jak słowne sarpacki z fanatykami religijnymi, przekonanymi, ze na przykazaniak Pona Bócka znajom sie lepiej niz sam Pon Bócek. Ba najgorse niestety dopiero przede mnom – o, tamok.
Wymawiając słowo “tamok”, Poniezus wskazoł w strone Jerozolimy.
– Ostomiły Jezusicku – rzekł osioł – w takim rozie moze lepiej by było, cobyś tamok nie seł?
– Muse iść – odpowiedzioł Poniezus. – Muse, choć wiem, ze kie przybęde do Jerozolimy, to najblizsy piątek bedzie dlo mnie straśliwym dniem. Ale zapewniom cie, osiołecku, ze syćko dobrze sie skońcy.
– A, skoro sie dobrze skońcy – to co inksego – pedzioł uspokojony osioł. – A cy moge ci, Jezusicku, kapecke potowarzysyć w twej drodze?
– Cemu nie – odpowiedzioł Poniezus. – Mógłbyk nawet wjechać do miasta na twym grzbiecie. Jechołbyk na tobie jak za downyk dobryk casów, kie jo byłek małym Jezuskiem, a ty młodym siumnym osiołkiem.
Poniezus sie rozmarzył, ba osioł… zrobił niewyraźnom mine.
– To nie jest dobry pomysł – pedzioł osioł. – Widzis, Jezusicku, jo nie jestem juz młodym, silnym siuhajem. Mom juz swoje roki. Reumatyzm mi dokuco. Siły juz nie takie jak downiej. Nie wiem, cy dom rade cie ponieść.
– Cóz, trudno – pedzioł Poniezus. – Jaz tutok dosłek na piechote, to do samej Jerozolimy tyz dojde.
– Nie, Jezusicku! – prociwił sie osioł. – Syn Bozy do jednej z najwięksyk metropolii antycnego świata miołby hybać na własnyk nogak? Mom propozycje. W pobliskiej wsi jest obejście, ftórego gazdowie hodujom mojego wnuka. Moze właśnie ten mój wnuk by cie poniesł?
Poniezus podrapoł sie po głowie.
– Cy to nie bedzie przypadkiem nepotyzm? – zastanawioł sie. – Nie! Na scynście nie! Wartko oceniłek w swej boskiej głowie syćkie okolicne osiołki i widze, ze twój wnuk jest wśród nik najślachetniejsy. Młodziutki jest, ba piknie ślachetny. Bedzie sie nadawoł. Popytom dwók apostołów, coby mi go przyprowadzili. Haj.

A następnego dnia było tak, jak to Ewangeliści opisali – Poniezus wjechoł do Jerozolimy na młodym osiołecku. A kie wjezdzoł, na ulice wyległy wiwatujące tłumy. Tuz przy Jezusie krocył Święty Pieter. W pewnej kwili apostoł odezwoł sie do Zbawiciela:
– Muse przyznać, ostomiły Jezusicku, ze barzo dostojnie na tym osiołku wyglądos.
– A jo muse przyznać – pedzioł Poniezus – ze to oślę jest barzo sympatycne. I tak se myśle… moze by ukwalować, coby osiołek stoł sie jednym z symboli Wielkanocy? Na pamiątke tego, ze mojom męke i zmartwykwstanie poprzedził pikny wjazd do Jerozolimy na tej siumnej zywinie? To jest na rozie ino luźno propozycja…
– Barzo pikno propozycja! – zakwycił sie Święty Pieter. – Niekze więc sympatycno zywina z długimi usami bedzie w przysłości symbolem Wielkanocnyk Świąt!

Co sie działo w kolejnyk dniak – to wiecie: ostatnio wiecerza, pojmanie Poniezusa przez posłusnyk arcykapłanowi radykałów, droga krzyzowo… ba potem – pikne zmartwykwstanie.

No i niedługo po owym zmartwykwstaniu Poniezus postanowił odwiedzić znajome osiołki. Wybroł sie na mały spacer pod Jerozolime i wnet natrafił na młodzioka, na ftórym jechoł se podcas niedownej Niedzieli Palmowej.

– Witoj, osiołecku! – zawołoł Poniezus.
– Na mój dusiu! – wykrzyknął osiołek. – Ty zyjes, Jezusicku! Piknie zyjes! A jesce trzy dni temu, kie zapuściłek sie pod Golgote, to na własne ocy widziołek, ze byłeś zupełnie martwy!
– Cóz, przeinacyłek kapecke porządek rzecy – pedzioł Poniezus uśmiechając sie przy tym. – Potela zycie miało swój kres, a śmierzć nie miała. Od tej pory jednak bedzie na odwyrtke. No ale tak w ogóle to co u ciebie, osiołecku?
– A, dziękuje, syćko dobrze – odpowiedzioł osiołek. – Gorzej z moim dziadkiem. Siedzi w krzokak i sie turbuje.
– Cymze sie turbuje? – spytoł Poniezus.
– A bo on, jak na pewno bocys Jezusicku, namówił cie, cobyś przybył do Jerozolimy na moim grzbiecie, nie na jego. Ba wkrótce potem, kie syćko przemyśloł, to zacął sie frasować, ze jo to jestem jesce młody źrebak, ze nimom telu sił co dorosły osioł i ze nie dom rady nieść cie w taki upał przez dusne miasto. Mioł wyrzuty sumienia, ze wrobił mnie w zbyt trudne zadanie i boł sie, ze na ulicak Jerozolimy jo moge zwycajnie zasłabnąć.
– Ale przecie nic takiego sie nie stało – stwierdził Poniezus. – Poza tym twój dziadek powinien znać mnie na telo dobrze, coby wiedzieć, ze nie pozwoliłbyk, aby stała ci sie choćby najmniejso krziwda.
– Bajuści – pedzioł osiołek. – Ale wies, Jezusicku, jak to jest z nadopiekuńcymi dziadkami. Nic złego mi sie nie stało, ale jego i tak gryzie sumienie. Godom mu, ze nimo cym sie turbować, ale on nie fce mnie słuchać. Furt powtarzo ino, ze jest najgorsym dziadkiem na świecie.
– To depresja – zdiagnozowoł Poniezus. – Ale w takim rozie pódźmy we dwók pedzieć mu, ze jo właśnie zmartwykwstołek. Na pewno humor piknie mu sie poprawi.
– Pewnie tak – zgodził sie młody osioł. – Ba co bedzie w przysłości? Jo w tej Jerozolimie barzo dobrze słysołek, jakeście godali ze Świętym Pietrem, ze osiołek stonie sie symbolem Wielkanocy.
– Zgadzo sie, tak ześmy godali – przybocył se Poniezus.
– No właśnie… – kontynuowoł osiołek. – A to oznaco, ze w przysłości, kie bedzie zblizoł sie Wielki Tydzień, to w kioskak bedom sprzedawane świątecne widokówki z osiołkami, w sklepak bedom wielkanocne ozdóbki z obrazkami osiołków, a dzieci bedom dostawały od dorosłyk pikne cekoladowe osiołki.
– No to kie w przysłości bedzies poziroł na to syćko z nieba – rzekł Poniezus – chyba miło ci bedzie? W końcu to syćko bedzie na twojom ceść!
– Bajuści – odporł osiołek. – Ba mój bidny dziadek… co poźre w taki cas na dowolny osiołkowy akcent – bedzie mu sie przybocowała ta jego “wina”. Wina, ftórom sam se wmówił, ale nie zmienio to faktu, ze bedzie sie frasowoł.
– Tyz prowda. – Poniezus podrapoł sie po głowie. – Ale sam słysołeś, ostomiły osiołecku, jak Święty Pieter pedzioł: “Niekze więc sympatycno zywina z długimi usami bedzie w przysłości symbolem Wielkanocnyk Świąt”. A jo juz obiecołek Świętemu Pietrowi, ze cokolwiek związe na ziemi, to bedzie tyz związane w niebie. Nie moge cofnąć danego mu słowa, bo kiebyk cofnął, to co za Pon Bócek byłby ze mnie!
– Ale moze Święty Pieter nie godoł tyk słów ex cathedra? – spytoł osiołek z nadziejom w głosie.
– Z tonu, jakiego uzył, wynikało niestety, ze godoł – westchnął Poniezus. Straśnie mu było skoda, ze nie moze udzielić inksej odpowiedzi.
Osiołek posmutnioł. Poniezus zacął gładzić zywine po karku, ba to niewiele bidoka pociesyło. Jednak po kwili namysłu… osiołek nagle sie ozywił i popytoł:
– Jezusicku ostomiły. Cy mógłbyś jesce roz powtórzyć, co pedzioł Święty Pieter?
– No… ze sympatycno zywina z długimi usami bedzie symbolem Wielkanocy.
– Cyli nie uzył słowa “osioł”! – zauwazył osiołek. – Jezusicku, a moze opróc osłów istnieje jesce jakosi inkso “sympatycno zywina z długimi usami”? I moze właśnie ona mogłaby być symbolem tyk świąt?
– Pockoj, osiołecku, niekze sie zastanowie – pedzioł Poniezus. – W końcu podcas stwarzania świata naryktowołek telo gatunków, ze muse kapecke pomyśleć, coby je syćkie ogarnąć. Hmm… Moze pachyrukhos? E, bez sensu. To wymarły gatunek, o ftórym poza paroma paleontologami mało fto bedzie wiedzioł. No to moze kangur? Tyz bez sensu. Pokiela Australia nie zostonie odkryto, mieskańcy Starego Świata nawet nie bedom mieli pojęcia, co to za zywina. Hmm… Hmm… O! Mom! Juz mom! Zając! Niek zając, w zastępstwie osła, symbolizuje piknom Wielkanoc!

Heeej! Osiołek uciesył sie piknie. I piknie podziękował Poniezusowi za zaoscędzenie dziadkowi przykryk wspomnień w przysłości. A potem we dwók posli do starego osła z radosnom wieściom o zmartwykwstaniu Syna Bozego.

No i cóz, ostomili. Przed nomi kolejne święta. Juz od ładnyk paru dni sklepy pełne som róznyk towarów przybocowującyk Wielkanoc. A wśród tyk towarów – całe mnóstwo wizerunków sympatycnego zającka. Ba teroz juz piknie wiecie, ze pierwotnie to wcale nie mioł być zającek, tylko inkso zywinka z długimi usami. Bajako.

No a tak w ogóle to Wesołyk Świąt syćkim zyce! I wesołyk pisanek! I wesołyk babek wielkanocnyk! I wesołyk mazurków tyz! Zaś wody na Śmigus-Dyngus – jak zwykle kozdemu według gustu. Hau!

P.S. Ba jesce przed Wielkanocom, w najblizsy piątek, bedziemy mieli tutok inkse pikne święto – rocnice ślubu Poni Basi i Pona Pietra. Zdrowie nasej Ostomiłej Siumnej Pary z sąsiedztwa! :D

26.03.2015
czwartek

Dadzom rade!

26 marca 2015, czwartek,

Tatry wciąż rosną, ale kiedyś zastąpi je morze – przecytołek tutok.
– O, kruca! – pomyślołek se. – Cyzby była to sprawka nasego TesTeqecka? Bo TesTeqecek przecie juz nie roz godoł o tym, ze on to syćkie góry barzo chętnie zrównołby z ziemiom. Moze więc zrobił sie jesce bardziej radykalny? Moze postanowił zalać nase góry wodom, coby potem móc se tamok piknie pływać na swej windsurfingowej desce?

Zacąłek jednak cytać dalej i… stwierdziłek, ze TesTeqecek chyba jednak nimo z tym nic wspólnego. Sprawcom przysłego tatrzańskiego potopu bedom racej procesy geologicne. Procesy, ftóre bado między inksymi pon profesor Jan Środoń z Instytutu Nauk Geologicnyk w Krakowie. Na razie Tatry wciąż rosną – pado pon Środoń – ale za miliony lat staną się niską równiną albo wręcz zastąpi je morze.

Oj, niedobrze, niedobrze – jak gwarzyli hyrni trzej bohaterowie pona Sienkiewicza, przejęci potem przez pona Waligórskiego. Pół bidy z tatrzańskimi niedźwiedziami, kozicami i świstakami, bo one akurat pewnie se poradzom. Jak? Ano zwycajnie. Poni Ewolucja przeinacy ik końcyny na płetwy i stanom sie ssakami morskimi. W końcu skąd wziął sie taki lew morski cy słoń morski? Pewnie ik praprzodkowie byli zwycajnymi lwami i słoniami, ale tereny, ka zyły, zalało morze, więc piknie dostosowały sie do nowego środowiska. Jeśli zatem kiesik na południu Polski pojawi sie Morze Podhalańskie, to jego mieskańcami bedom takie gatunki jak świstak morski cy kozica morsko. Owiecki morskie ocywiście tyz. Mom ino nadzieje, ze mleko od tyk owiecek tyz bedzie nadawało sie do ryktowania oscypków i bundzów. Haj.

Tak, tak, ostomili. Zalanie Tater przez morze wcale nie musi oznać katastrofy dlo zamieskującej je zywiny. Ba gorzej z piknymi tatrzańskimi widockami… Na mój dusiu! Kieby Tatry nolazły sie pod wodom, to juz nie bedzie cudnyk wierscyków i turnicek. Nie bedzie bystryk potoków, siklaw i stawów. Nie bedzie jodeł, nie bedzie kosówek, nie bedzie smreków… O, Jezusickuuuuuu! Wsędy bedzie ino morze. Jo wiem, ze morze tyz pikne, ale – krucafuks! – nie mogłoby ostać tamok, ka jest teroz?

Kie pomyślołek o tej niewesołej przysłości nasyk gór, uznołek, ze jedyne co moge zrobić, to wykraść bacy jak najwięcej Smadnego Mnicha i pić tak długo, jaz zaboce syćko, o cym dowiedziołek sie od profesora Środonia. Ba nagle… przybocyło mi sie, jak cytołek kiesik o takim jednym ponu, ftórego straśnie draźniła jedno rzec – ze najwyzsy polski wierch mo ino 2499 metrów nad poziomem morza. Krucafuks! 2499! Cemu nie o metr więcej? Kieby nie ten jeden brakujący metr, to Rysy miałyby piknom dwuipółkilometrowom wysokość! Nadal nie byłby to Everest ani nawet Mont Blanc, ale jednak… co dwa i pół kilometra to dwa i pół kilometra. Mozno by było nawet godać, ze w zaokrągleniu to Rysy majom jaz trzy kilometry wysokości. Bajako.

Ba ów pon piknie postanowił, ze nie bedzie siedzioł z załozonymi rękami, ino przystąpi do działania. I teroz regularnie jeździ on ku Tatrom. Kie ku nim przyjezdzo, to idzie ku Morskiemu Oku i stamtela wspino sie na Rysy, niesąc w plecaku pare kamieni. Kie juz na te Rysy wejdzie, to wysypuje kamienie z plecaka, potem schodzi w dół, a za jakisi cas wraco z kolejnymi kamieniami. Wierzy, ze dzięki jego poświęceniu geodeci zmierzom kiesik Rysy po roz kolejny i… piknie stwierdzom, ze ik wysokość to równe 2500 metrów. I od tej pory tako właśnie wysokość bedzie podawano we syćkik atlasak. Haj.

No i tak mi sie, ostomili, widzi, ze skoro nolozł sie zapaleniec walcący o podwyzsenie Rysów, to cy nie nojdom sie zapaleńcy walcący o uratowanie całyk Tater przed zalaniem? Na pewno sie nojdom! Przecie miłośników Tater w nasym piknym kraju nie brakuje. Zreśtom miłośników Beskidów, Pienin i Bieszczadów tyz nie. Kie zatem ci syćka barzo mili ludzie dowiedzom sie, co nasym górom grozi – to na pewno wezmom sie do roboty. Zacnom jeździć na południe Polski z zapasem kamieni, ftóre bedom ostawiać w Tatrak, w Beskidak… w tym ocywiście na Turbaczu. Dzięki temu góry bedom sie robiły coroz wyzse i wyzse. Jaz bedom na telo wysokie, ze nawet jeśli przyjdzie ku nim morze, to i tak bedom nad nim piknie wierchowały. No… ocywiście bedzie jesce trza cosi wymyślić, coby na tyk kupak kamieni zacęły rosnąć pikne lasy i coby płynęły wśród nik pikne potocki. Ale spokojnie. Przecie to sakramenckie morze mo dotrzeć na Podhole dopiero za pare milionów roków. Mając telo casu – miłośnicy gór na pewno zdązom cosi wymyślić. Dadzom rade. Piknie dadzom rade i ślus! Hau!

P.S.1. Kapecke zaległości w obchodzeniu budowyk świąt nom sie naryktowało. W łońskim tyźniu, we cwortek, Józefickowe imieniny były. No to zdrowie Józeficka! :D

P.S.2. Z kolei w niedziele… były imieniny Noboru-Wataya-koteckowe. Zdrowie Noboru-Wataya-kotecki! :D

P.S.3. Kie zaś o niezaległe budowe święta idzie, najblizse bedziemy mieli we wtorek – to dzień Profesoreckyk urodzin. Zdrowie Profesorecka! :D

P.S.4. We środe z kolei – Wawelokowe imieniny bedom. Zdrowie Waweloka! :D

8.03.2015
niedziela

Legenda o legendzie

8 marca 2015, niedziela,

Ukazała sie niedowno barzo pikno ksiązka pona Bartłomieja Grzegorza Sali o zbójnikak. Heeej! Piknie mozno se tamok pocytać i o Janosiku, i o Ondraszku, i o wielu inksyk siumnyk harnasiak. Jest tyz w tej ksiązecce rozdział o Maronce. Postać to o telo ciekawo, ze to nie był zbójnik, ino… zbójnicka. Bo to była dziewcyna. Haj. Zyła se w Beskidzie Małym, ka piknie pasała owiecki. Ludzie pozirali na te śwarnom pasterecke i ci, co nie byli wtajemniceni, nawet sie nie domyślali, jakie było jej drugie zajęcie. A tymcasem… kie ino trafiała jej sie przerwa w pracy przy owcak, to zaroz zamieniała kiecke na portki, brała pistolca, skrzykiwała siuhajów – i dalejze zbójować! Heeej! Zoden bogaty kupiec nie mógł cuć sie bezpiecnie, kie jej kompania nojdowała sie w poblizu! Absolutnie zoden. Haj.

A górolka z niej była wielce mocarno. Wiele rozy wdawała sie w bitki z róznymi chłopami i z kozdej z tyk bitek wychodziła zwycięsko. Dlotego jo podejrzewom, ze ona mogła być prapraprapbabkom poni Agaty Wróbel – tej hyrnej zdobywcyni całej kupy medali w podnoseniu cięzarów. Jeśli widzieliście kiesik poniom Agate w telewizji, to być moze bocycie, jak śtangi wazące sto paredziesiont kilogramów podnosiła tak, jakby to były piórecka. Poni Agata pochodzi z Beskidu Zywieckiego, cyli całkiem blisko stron, ka zyła Maronka. I stela właśnie bierom sie moje podejrzenia, ze one dwie to moze być jedno rodzina. Bajako.

Heeej! A łupów rozmaityk to ta Maronka nazdobywała telo, ze jaz cały pałac musiała se wyryktować, coby mieć kany je przechowywać. Pałac ten zostoł wybudowany pod ziemiom, coby byle sietniok nie mógł sie doń dostać. Dojście do pałaca wiedło podziemnym korytorzem, ftórego pocątek nojdowoł sie kasi w zbocu góry Wapienica. Od casu śmierzci Maronki i jej kompanów nikomu nie udało sie tego korytorza noleźć. Fto jednak mo ochote – niek próbuje. Wiersycki Beskidu Małego – jak sama nazwa wskazuje – zbyt wielkie nie som. Myśle więc, ze prowdopodobieństwo nolezienia drogi ku Maronkowym skarbom jest więkse niz na przykład prowdopodobieństwo głównej wygranej w totolotka. Haj.

Ino… cy wiecie, ostomili, co pon Sala napisoł w swej ksiązce o tej śwarnej zbójnicce? Ano ze jest to postać całkowicie fikcyjna, stworzona w XIX wieku.*

Hmm… Cosi mi sie tutok nie zgadzo. Maronka miałaby istnieć ino w legendak? Dziwne by to było. Barzo dziwne. Przecie legendy ryktowano po to, coby podtrzymywać starodowne tradycje. A u góroli tradycjom wse było to, ze zbójnikiem mógł być ino chłop. Baba zaś – mogła zostać co najwyzej zbójnickom frajerkom. Jak więc w owym XIX wieku mogła powstać legenda o harnasiu-dziewcynie? Ano… moim zdaniem – nie mogła. Nie mogła i ślus.

No to dlo odmiany przyjmijmy, ze Maronka była postaciom autentycnom. Jeśli tak – to co? Cóz… nalezy sie domyślać, ze okolicnym kupcom racej nie w smak było to, ze najgroźniejsy dlo nik harnaś mo płeć – jak na zbójnickiego przywódce – kapecke nietypowom.
– O, Jezusicku! – biadolili zapewne. – Baba jest nasym najwięksym postrachem! Ale wstyd! Wstyd sakramencki! Kie inksi kupcy dowiedzom sie o tym, to nos zwycajnie wyśmiejom! Co robić? Musimy cosi wymyślić.
No i zacęli myśleć. Myśleli, myśleli, jaz wymyślili:
– Wiemy, co zrobimy! Zacniemy głosić, ze ta cało Maronka w ogóle nie istnieje. Wmówimy syćkim, ze ta zbójnicka to ino wytwór miejscowego folkloru – ot, po prostu tako samo bohaterka ludowyk bojek jak Cyrwony Kapturek cy inksy Kopciusek.

Jak postanowili, tak zrobili. Zacęli ryktować antymaronkowom propagande. I w ten właśnie sposób narodziła sie legenda, ze Maronka jest ino legendarnom postaciom.

A wy, ostomili, co o tym syćkim myślicie? Co widzi wom sie bardziej prowdopodobne? Ze Maronka nie istniała cy ze istniała? Dlo mnie – zdecydowanie to drugie! W świetle przedstawionyk wyzej wywodów teza o fikcyjności Maronki jest – moim owcarkowym zdaniem – nie do obronienia. Tak więc ta śwarno harnasia musiała być nie mniej autentycno niz sam Janosik z ponem Markiem Perepeczko włącnie! I ślus.

Śpekulowałek ino, jaki dzień bedzie najlepsy na opublikowanie wyników moik badań naukowyk? No i dosłek do wniosku – ze 8 marca. I dlotego właśnie teroz ten wpis sie ukazuje. Mom nadzieje, ze dowód na autentycność Maronki to bedzie pikny prezent dlo syćkik dziewcyn w ik dniu. A dziewcynom odwiedzającym Owcarkówke piknie zyce, coby w swym zywobyciu spotykały samyk ino fajnyk ludzi i ani jednej weredy. Jeśli jednak jakiesi weredy sie trafiom – to zyce im, coby poradziły se z nimi równie piknie jak radziła se hyrno Maronka. Hau!

P.S.1. A w najblizsy piątek – w Owcarkowce podwójne święto bedziemy mieli. Hortensjeckowe imieniny i Małgosieckowe urodziny. No to zdrowie Hortensjecki i Małgosiecki! :D

P.S.2. Zaś we wtorek 17 marca – imieniny Zbysecka i urodziny Jędrzejecka Uherskiego. Zdrowie Zbysecka i Jędrzejecka! :D

* B.G. Sala, Księga karpackich zbójników. Bosz, Olszanica 2015, s. 74.

27.02.2015
piątek

Zdobywcy

27 lutego 2015, piątek,

Pon Paweł Cywiński, pon Mateusz Luft, pon Jan Mencwel, pon Jarosław Ziółkowski i pon Szczepan Żurek. Worce, ostomili, zapamiętać te pięć nazwisk. Worce je dobrze zapamiętać, bo to som ludzie, ftórzy piknie zapisali sie na kartak historii polskiego alpinizmu. I bedom mieli w tej historii miejsce obok takik sław jak poni Wanda Rutkiewicz, pon Andrzej Zawada cy pon Jerzy Kukuczka. Haj. Cego dokonała ta siumno piątka? Ano… podjęła sie wejścia na iście niezwykłom góre. Wprowdzie nie jest to najwyzso góra na świecie, ale to nie znacy, ze jest ona łatwo do zdobycia. Nie trza być alpinistom, coby takie rzecy wiedzieć Najlepsy przykład to hyrny K2 – nizsy od Everestu, a jednak duzo trudniej wspiąć sie na niego niz na Everest.

Góra, ftórom upatrzyła se piątka nieustrasonyk alpinistów, pozostoje niezdobyto przez wielu hyrnyk wspinacy, w tym przez najwięksy autorytet światowego himalaizmu – pona Reinholda Messnera. Tak więc zadanie, jakie tyk pięciu postawiło przed sobom, to było nie lada wyzwanie. Na dodatek zadecydowali oni, ze wybierom sie tamok zimom, a nie latem, kie górsko wspinacka jest duzo bezpiecniejso. Ba to jesce nie syćko: oni postanowili wejść na ten scyt jednom z trudniejsyk tras! Cy nalezy to uznać za niesamowitom odwage cy racej za bezsensowne ryzykanctwo – trudno rzec. Rózni mogom mieć rózne zdania w tej sprawie. Haj.

Z całom pewnościom jednak nie mozno tym alpinistom zarzucić, ze lekcewazyli te góre. Do wyprawy bowiem przygotowali sie barzo starannie. Zadbali piknie, coby ryzyko niescynśliwego wypadku było jak najmniejse. Zaopatrzyli sie w wysokiej klasy sprzęt, taki jak liny i cekany. Sprawili se solidne mrozoodporne kurtki i obuwie przystosowane do chodzenia w ekstremalnyk warunkak. W miesiącak poprzedzającyk wyprawe odbyli kilka zgrupowań kondycyjnyk.

No i wreście… rusyli na swom zyciowom wyprawe ku wymarzonej górze. Dotarli do jej podnóza i tamok rozbili obóz. Atak na scyt zaplanowano na 18 lutego o świcie, cyli półtora tyźnia temu. Kie nadeseł ów 18 lutego, duł niesprzyjający wiater. Ale przynajmniej świeciło słonko i nie było mgieł ani opadów śniegu. Całe scynście! W inksyk warunkak pogodowyk – fto wie? Moze decydujący atak trza by było przełozyć na inksy dzień? A moze nawet w ogóle trza by było zrezygnować i zarządzić odwrót?

Piątka alpinistów, nie zwlekając, podjęła mozolnom wspinacke. Sli połąceni linkom aseukaryjnom, co było barzo rozsądnym posunięciem, bo przecie kielo to juz rozy okazywało sie, ze nadmiar ostrozności był lepsy niz jej brak!

Jak przebiegała wspinacka? Tak jak nalezało sie spodziewać – to nie był taki se zwycajny spacerek. Pon Cywiński zbocowoł później w wywiadzie dlo National Geographic: To nie jest prosta góra. Nie przewidzieliśmy pewnych czynników, zaskoczył nas silny wiatr, który zwiał obozowisko na południowej grani. Na mój dusiu! Wiater zwioł obozowisko! Cosi takiego nie wydarzyło sie nawet wte, kie 35 roków temu pon Krzysztof Wielicki i pon Leszek Cichy atakowali zimom scyt Everestu!

Ale mimo trudności, mimo nieprzewidzianyk przeskód – alpiniści zdobyli te sakramenckom góre! Piknie jom – kruca – zdobyli! I dzięki temu do listy górskik osiągnięć Polaków mozno dopisać kolejny pikny wycyn! Na mój dusicku! Gratulacje nalezom sie całej pięcioosobowej ekipie! Barzo pikne gratulacje nalezom sie i ślus!

A! Nie pedziołek ino jesce, jak ta zdobyto przez nik góra sie nazywo. Ale syćkiego, ostomili, mozecie sie dowiedzieć z tej oto filmowej relacji (mozecie tyz pocytać se o tej wyprawie na stronak zbocowonego wyzej National Geographic). Kie zaś relacje te obejrzycie, to mom nadzieje, ze przyłącycie sie piknie do moik gratulacji dlo pona Cywińskiego, pona Lufta, pona Mencwela, pona Ziółkowskiego i pona Żurka. Kwoła nasym siumnym zdobywcom! Hau!

P.S.1. A w nasym budowym kalendorzu – najblizsom okazje do świętowania bedziemy mieli we wtorek. W tym dniu Fusilleckowe urodziny bedziemy mieli. Zdrowie Fusillecki! :D

P.S.2. W sobote 7 marca zaś – Profesoreckowe imieniny. No to zdrowie Profesorecka! :D

20.02.2015
piątek

I jesce roz zdrowie poni Szaflarskiej!

20 lutego 2015, piątek,

Jako godołek dwa wpisy temu, som dwie wersje dnia urodzin poni Danuty Szaflarskiej: 6 lutego i 20 lutego. Z tego, co tu i ówdzie wycytołek, wychodzi na to, ze prowdziwo jest ta wceśniejso data. Natomiast ta drugo – to ino skutek pomyłki jakiegosi urzędnika. Cy ten urzędnik działoł w złej wierze? Nie momy na to dowodów. Musimy więc przyjąć, ze fcioł dobrze. A skoro fcioł dobrze- to usanujmy jego trud i w tym piknym dniu 20 lutego uccijmy urodziny siumnej aktorki po roz drugi. A zatem… jesce roz zdrowie poni Szaflarskiej! Haj.

Tak sie ino porobiło, ze w tym miesiącu ten mój blog jest chyba monotematycny. Furt ino urodziny i urodziny. 5 lutego wkleiłek tutok wpis o urodzinak poni Szaflarskiej. 12 lutego – o urodzinak pona Tetmajera. I teroz znów urodziny poni Szaflarskiej. Ale reklamacje prose zgłasać do rodziców hyrnej aktorki i hyrnego pisorza. Przecie właśnie ci rodzice sprawili, ze tyk dwoje znamienityk Polaków urodziło sie w takim casie, w jakim sie urodziło, a nie w jakimsi inksym. Bajako.

A tak w ogóle… zastanawialiście sie kiedykolwiek, ostomili, jak to sie stało, ze poni Szaflarska zdołała tak piknie przezyć tak wiele roków? I to w jakiej formie! Przecie niejeden cłek młodsy od niej o dwie abo i trzy dekady nimo tak dobrej kondycji jak ona! Jo se myśle, ze coby noleźć odpowiedź na te zagadke, trza poźreć, kany ona w swoim zywobyciu mieskała. A mieskała w róznyk miejscak: najpierw w Kosarzyskak, potem przeniesła sie do Nowego Sącza, potem do Krakowa, potem do Wilna, a na koniec – do Warsiawy. Wątpie, zeby Nowy Sącz, Kraków, Wilno cy Warsiawa miały wpływ na jej długowiecność. Kieby ftóresi z tyk miast miało w sobie takom rzec, od ftórej długo sie zyje – to takie miasto słynęłoby z całego mnóstwa stulatków. A nie słynie zodne z nik. Natomiast Kosarzyska – to co inksego. Tamok mieskańców nigdy nie było wielu, więc jest więkse prowdopodobieństwo, ze istnieje tamok cosi piknie przedłuzającego zycie, ba potela trafiła na to cosi ino jedno osoba (chociaz… nigdy nic nie wiadomo, moze sie okazać, ze poza poniom Szaflarskom jest jesce ftosi inksy, fto zył w Kosarzyskak i tyz przezył piknie sto roków). Ino krucafuks! Co to takiego moze być? Moze właśnie tamok paprocie kwitnom? A kie kwitnom – to moze wydzielajom barzo korzystne dlo zdrowia substancje? Jeśli tak – to poni Szaflarska podcas spaceru po okolicak Kosarzysk mogła natrafić na takom paproć, nawdychać sie tyk substancji i… dzięki temu piknie nom zyje potela.

A moze na zbocak gór otacającyk Kosarzyska rosnom borówki i maliny, ftóre majom takie właściwości, ze zjedzone rozem, w odpowiednik proporcjak, zapewniajom długowiecność? Poni Szaflarska mogła roz wybrać sie w las, coby skostować obu rodzajów tyk piknyk dzikik owoców, no i moze miała to scynście, ze zjadła je właśnie w tyk odpowiednik proporcjak?

A moze w lesie nad Kosarzyskami zyje jakisi endemicny gatunek pscół, ftóre majom taki specjalny jad, ze kie dostonie sie on do krwi cłowieka, to taki cłowiek potem piknie zyje, zyje i zyje? I moze roz maluśko poni Szaflarska wybrała sie z rodzicami na małom przechadzke, jaz tu nagle tako pscoła dziabła przysłom artystke swoim ządłem? Rodzice wte pewnie zawołali: O, Jezusicku! Pscoła zaatakowała nase maleństwo! Nasom ostomiłom Danusiecke! Bedzie teroz bidocka cierpiała przez ładnyk pare dni! No, bida sie stała! Prowdziwo bida!

Tymcasem to nie była zodno bida, ino wielkie scynście! Scynście piknie zapewniające dozycie trzycyfrowego wieku. Haj.

No, róznie to być mogło. Ale jo wom, ostomili, radze, cobyście w najblizse wakacje – abo jedne z najblizsyk – pojechali do Kosarzysk. Jest to barzo pikne góralskie osiedle pod Piwnicznom, bliziutko słowackiej granicy. Mozno stamtela robić pikne wyprawy ku wiersyckom Beskidu Sądeckiego. Mozno tyz ryktować ciekawe wyciecki samochodowe, na przykład do odległego o dwajścia kilometrów zamku w Starej Lubowni na Słowacji. Zamek ten jest sakramecko pikny, zwłasca kie od północnej strony sie na niego poziro. Jest tak pikny, ze kie umre i zostone duchem, to chyba barzo chętnie bede tamok zaglądoł, coby piknie strasyć zwiedzającyk. Bajako.

No ale tak poza tym to do Kosarzysk worce pojechać dlotego, ze najprowdopodobniej kryjom one w sobie jakomsi tajemnice długowiecności. I ocywiście zyce wom, ostomili, cobyście piknie odkryli te tajemnice. Coby i wom mozno było złozyć kiesik zycenia z okazji przezycia piknyk stu roków. Hau!

P.S. Heeeej! Urodziny poni Szaflarskiej – pikno rzec. Ba wcora tutok w Owcarkówce tyz pikne urodziny były – Wawrzeckowe. No to zdrowie Wawrzecka piknie wypijmy! :D

12.02.2015
czwartek

Pijmy i… jedzmy za zdrowie pisorza

12 lutego 2015, czwartek,

Mocie, ostomili, ochote na kapecke góralskiego folkloru? Jeśli tak, to proponuje wom hipnąć tutok. Hipnijcie piknie, a wte uwidzicie pełen werwy taniec w wykonaniu siumnego górola i śwarnej górolki. Kany oni tak piknie tańcowali? Ano w czechosłowackim filmie Balada o Vojtovej Maríne z 1964 rocku. Pon, ftóry wystąpił tutok w roli górola, to ludowy tancerz Jozef Majerčík, w swoim casie podobno barzo znany artysta u nasyk południowyk sąsiadów. Opróc Balady o Vojtovej Maríne wystąpił on jesce w paru inksyk filmak. A roz nawet zagroł piknego Indianina w jednym westernie! Nie hamerykańskim wprowdzie, ino miemieckim, i to w dodatku NRD-owskim, ale fakt pozostoje faktem – miejsce na liście westernowyk aktorów piknie mu sie nalezy. Całkiem niedowno ten pon pomorł. Zaledwie śtyry lata temu. Mioł wte 82 roki. Haj.

Kim zaś jest w tym filmie towarzysąco ponu Majerčíkowi górolka? To słowacko tancerka ludowo, poni Heda Melicherová. Od pona Majerčíka rózni sie ona między inksymi tym, ze nadal zyje. Mo obecnie 83 roki. Ba fto myśli, ze w tym wieku to ona juz ino na emeryturze siedzi, ten sie myli. Myli sie sakramencko! Bo ta poni juz wprowdzie nie tańcuje, ale… furt pracuje. Piknie pracuje w archiwumie SLUK-u, cyli Słowackiego Towarzystwa Artystów Ludowyk. Haj.

A wiecie tak w ogóle cemu jo wom tutok zbocyłek ten czechosłowacki film? Bo on piknie rozsławio nasom polskom literature. Jaz dziw, ze potela go nie puscono w zodnej polskiej telewizji. Przynajmniej tak mi sie wydoje, ze nie puscono. Film oparty jest na jednym z opowiadań pona Kazimierza Przerwy Tetmajera. Na ftórym utworze konkretnie – tego niestety nie wiem. I nie mogłek sie dowiedzieć ani stela, ani stela. Jeśli więc poźre ku temu wpisowi jakisi wybitny tetmajerolog – to piknie pytom, coby nos w tej materii uświadomił. Haj.

Jestem juz za to uświadomiony w inksej związanej z ponem Tetmajerem rzecy. Mianowicie w tej, ze w ten cwortek, 12 lutego, ten pisorz mo urodziny. Ftóre? Ha! Sto pięćdziesionte! Pikne, okrągłe sto pięćdziesionte. Kie zatem tak pikno rocnica dotycy hyrnego twórcy tak mocno związanego z Podholem (w tym z Łopusznom jegomościa Tischnera!) – to chyba zgodzicie sie, ze nie mozno było w Owcarkówce takik urodzin przemilceć. Nie mozno było i ślus!

Załuje ino, ze Felek znad młaki, co to jest najbogatsy w mojej wsi, nimo własnej stacji telewizyjnej. Owsem, planuje jom mieć, ale to som dopiero plany. Kieby zaś mioł jom juz teroz, to zrobiłbyk ponu Tetmajerowi na urodziny pikny prezent – załatwiłbyk jakosi, coby ta Felkowo telewizja nadała ten pikny czechosłowacki filmicek. Nie wiem, jak byk to załatwił, ale na pewno cosi byk wymyślił. Ba cóz… skoro Felek własnej telewizji jesce nimo, postanowiłek dać hyrnemu pisorzowi inksy prezent, choć duzo skromniejsy. Tym prezentem jest właśnie link, ftóry widzicie na pocątku wpisu.

I zaroz piknie wypije za zdrowie jubilata. Ftosi ocywiście mógłby spytać, cy jest sens pić za zdrowie kogosi, fto od downa nie zyje? Ba jo se myśle, ze zdrowie to zdrowie. Ono przydoje sie kozdemu i wsędy – i tutok na ziemi, i tamok na Niebieskik Wierchak. Bajako.

A tak w ogóle to poźrejcie: te sto pięćdziesionte urodziny pona Tetmajera przypadajom na ten sam dzień co… tłusty cwortek! No to na mój dusiu! Skoro tak jest, to jo se myśle, ze za pomyślność hyrnego pisorza nalezałoby nie ino wypić, ale tyz zjeść pącka. Bajako. Jedzmy pącki za zdrowie pona Tetmajera! Mozemy sie nawet nimi stuknąć nicym kieliskami. Nie zadzwoniom one wprowdzie tak cudnie jako kielisecki, ale niekze ta. Jak ftosi fce, to moze podcas takiego stuknięcia pedzieć “Brzdęk-brzdęk” – i wte tyz bedzie piknie. Hau!

P.S. Pod poprzednim wpisem nowy gość w Owcarkówce sie pojawił – Andorfecek. Powitojmy piknie Andorfecka w nasej budzie! Haj :D

5.02.2015
czwartek

Zdrowie poni Szaflarskiej po roz pierwsy!

5 lutego 2015, czwartek,

Stooo lat, stooo lat niech żyje, żyje naaam… – komu mozno śpiewać te starodownom pieśń? No, na pewno nie poni Danucie Szaflarskiej. Ta siumno aktorka piknie urodziła sie w lutym 1915 rocku. Więc kielo roków końcy w tym miesiącu – to bez trudu policy nawet ten, fto w skole z matematyki mioł same pały. A fto policy – ten juz bedzie wiedzioł, cemu bez sensu jest śpiewanie tej poni tego, co zazwycaj na urodziny sie śpiewo. Jej, jeśli fcemy zrobić przyjemność, to mozemy zaśpiewać racej cosi z Zakazanyk piosenek. Abo przebój Warszawa, ja i ty z nieśmierztelnej komedii Skarb. Natomiast Sto lat – to dobre dlo smarkacy, cyli na przykład dlo nos. Tak, tak, ostomili. Kozdego z nos, bywalców Owcarkówki, poni Szaflarska śmiało moze nazwać smarkacem. I nifto nie bedzie mioł prawa sie za to obrazić.

Heeej! Byli juz w historii polskiego aktorstwa tacy, co to piknie próbowali przezyć caluśki wiek. Prawie udało sie to ponu Ludwikowi Solskiemu. Prawie… Podobno juz nawet ryktowano pikne urocystości na jego setne urodziny. A ftosi (chyba pon Brzechwa w Miejscu dla kpiarza, ale pewności nimom) napisoł, ze mozno godać, ze krzest Polski dokonoł sie dziesięć Solskik temu. No ale – na mój dusiu! – ten wielki odtwórca tak wielu piknyk ról mioł pecha. Bo coby móc zdmuchnąć sto świecek, musioł dozyć 20 stycnia 1955 rocku. Ale pomorł… 19 grudnia 1954. Cyli ino miesiąca mu brakowało! Ino miesiąca krucafuks!

Nieco więcej do osiągnięcia wieku trzycyfrowego zabrakło poni Irenie Kwiatkowskiej. Ona bowiem urodziła sie 17 września 1912 rocku, a pomarła 3 marca 2011. Skoda, ze nie udało jej sie pozyć kapecke dłuzej, bo przecie uccenie setnyk urodzin hyrnej Kobiety Pracującej to na pewno byłaby barzo pikno rzec.

No ale co sie nie udało ponu Solskiemu i poni Kwiatkowskiej – to poni Szaflarskiej powinno sie udać. Kie dokładnie bedzie mozno złozyć jej urodzinowe zycenia? Cóz, nimo na to pytanie jednej odpowiedzi. Som dwie! Bajako. Jak wycytołek w Tele Tyźniu, jedno wersja pado, ze naso hyrno artystka urodziła sie 6 lutego, a drugo – ze dopiero 20 lutego.* Ftóro z tyk wersji jest prowdziwo? Krucafuks! Cy to takie wozne? Nimo co śpekulować, ino po prostu te setne urodziny uccijmy dwa rozy: i sóstego, i dwudziestego. Zreśtom wpis na te okazje tyz moge dwa rozy wyryktować. I ślus.

A pierwso z wymienionyk przed kwileckom dat – heeej! – juz za niedługo! Zaledwie pół godziny od kwili wklejenia tego wpisu bedziemy mieli pikny sósty dzień piknego – choć najkrótsego w roku – miesiąca. Więc Smadny Mnich juz chłodzi sie na te okazje w potocku koło mojej budy. I kozdy, fto zajrzy tutok, bedzie mógł wypić za pomyślność siumnej jubilatki. Zdrowie poni Szaflarskiej po roz pierwsy! Zdrowie i… niek co najmniej 200 roków nom zyje! Hau!

* JBJ, Okrągłe 100 lat, “Tele Tydzień” z 26 stycznia 2015, s. 68.

29.01.2015
czwartek

Niek zyjom policjanci z Myślenic!

29 stycznia 2015, czwartek,

Moi ostomili, co dobrego mozecie pedzieć o Myślenicak? Jo potela mogłek pedzieć o nik dwie dobre rzecy. Jedno to tako, ze nad tym nieduzym miasteckiem na południe od Krakowa wznosom sie pikne góry. Duzo nizse od Tater, to prowda. Nawet od mojego Turbacza duzo nizse. Ale jednak pikne. Łagodne, zielone i piknie radujące oko. Haj.

Drugo pikno rzec to tako, ze jest tamok barzo ładny rynek, otocony piknymi zabytkowymi domkami. Ocywiście som w nasym kraju hyrniejse rynki, jak choćby ten krakowski z Kościołem Mariackim. Abo ten w Kamierzu Dolnym. Ale rynek myślenicki – tyz mo swój klimacik. Bajako.

No a od niedowna moge o Myślenicak pedzieć jesce jednom dobrom rzec: majom tamok barzo porządnyk policjantów. Uświadomiłek se to, kie natrafiłek na pewnom podwójnie dobrom wiadomość . Cemu podwójnie? A bo po pierwse – dotycy ona ludzi, ftórzy zachowali sie barzo ślachetnie. A po drugie – jest to historia ze scynścliwym zakońceniem. Syćko wydarzyło sie na pocątku nowego roku. Posłuchojcie:

Podczas patrolu dwóch funkcjonariuszy przejeżdżało przez most na ul. Piłsudskiego w Myślenicach. Jeden z nich spostrzegł psa dryfującego na krze na środku Raby. Zanim mundurowi dotarli na miejsce, zwierzę wpadło pod lód i resztkami sił próbowało się wydostać. W tej sytuacji policjanci – nie czekając na pomoc innych służb – weszli do wody i sami dotarli do psa.
Okazało się, że uratowany czworonóg to suczka Sara poszukiwana przez właściciela od kilku dni. Zaginęła w noc sylwestrową – dzięki funkcjonariuszom cała i zdrowa wróciła do domu.

Ot, króciutko (nawet sakramencko króciutko) notka o wydarzeniu, ftóre nie trafiło chyba na cołówke zodnej wozniejsej gazety. Nic mi tyz nie wiadomo o tym, coby ftórokolwiek ze stacji telewizyjnyk o tym gwarzyła. Bo media jak to media – wolom godać, co sie złego wydarzyło niz o tym, co sie zadziało piknego. Ba jo nie jestem mediami, ino owcarkiem podhalańskim, więc z prowdziwom przyjemnościom przekazuje wom te piknom informacje o funkcjonariusak, ftórzy nie zesli na psy, ino zesli do psa – niby te dwa sformułowania brzmiom barzo podobnie, a jakze odmienne znacenia majom! Haj.

Cy myśleniccy policjanci wykazali sie jakimsi scególnym bohaterstwem? Cóż… wiadomość, ftórom wom zacytowołek, jest tak skrótowo, ze trudno w niej noleźć odpowiedź na to pytanie. Bywołek w Myślenicak nie roz, podcas róznyk swoik owcarkowyk włócęg, widywołek płynącom tamok rzeke Rabe… i moge pedzieć telo, ze w tamtyk okolicak jest ona dosyć płytko i racej nie wyglądo na niebezpiecnom. Nie dlo dorosłego cłowieka w kozdym rozie. Ale górskie rzeki majom to do siebie, ze nawet te płytkie, ciche i spokojne umiom przeinacyć sie w sakramencko niebezpiecne. Jako była Raba w owyk pierwsyk dniak stycnia – tego nie wiem. Moze wchodzenie do niej było ryzykowne, a moze nie? Ba nawet jeśli nie było i nawet jeśli w związku z tym ta policyjno akcja nie wymagała zbyt wielkiej dzielności, to na pewno wymagała przynajmniej kapecki dobrego serca dlo bidnej zywiny. I tego serca myślenickim policjantom nie zabrakło!

Heeej! Domyślom sie, ze niejeden z cytającyk ten wpis jeździ casem w nase pikne góry hyrnom “zakopiankom”. A “zakopianka”, jak wiadomo, wiedzie między inksymi przez Myślenice. No to tak mi sie widzi, ostomili, ze teroz bedzie sie wom przejezdzało przez te miejscowość duzo przyjemniej niz potela. Bedzie sie wom przejezdzało przyjemniej, bo bedziecie mieli świadomość, ze oto mocie na swej trasie miastecko, ka porządku pilnujom barzo porządni stróze prawa. I tyk właśnie strózów zdrowie piknie wypijmy! Juz przynose zapas Smadnego Mnicha, coby kozdy, fto mo ochote, napił sie wroz ze mnom. Zdrowie myślenickik policjantów! Hau!

P.S.1. Ba okazji do picia momy, ostomili, więcej. Bo dzisiok momy piknom rocnice ślubu Anecki i Pona Aneckowego. No to pijmy piknie zdrowie Poństwa Aneckowyk! :D

P.S.2. A w najblizsom środe – Motyleckowe urodziny bedziemy mieli. No to zdrowie Motylecka! :D

17.01.2015
sobota

Byłek na Paśportak

17 stycznia 2015, sobota,

No i… udało sie! Piknie mi sie udało na własne ocy uwidzieć rozdanie Paśportów Polityki! Jak było? Zaroz wom, ostomili, syćko piknie opowiem. Najpierw, we wtorkowy poranek, pohybołek do Nowego Targu. Posłek na tamtejsy dworzec autobusowy i zakrodłek sie do autobusu, ftóry jechoł do Krakowa. W Krakowie zakrodłek sie do Pendolina, tak jak Mietecka radziła. Pare godzin później – byłek w stolicy. Teroz wystarcyło ino popytać warsiawskie psy, kany jest ten hyrny Teatr Wielki, we ftórym miała odbyć sie urocystość wręcania Paśportów. No i niebawem piknie dotorłek do placu Teatralnego. Krucafuks! Muse wom pedzieć, ze ten plac wyglądo inacej niz na zdjęciak mojej gaździny, ftóro była na wyciecce we Warsiawie dwajścia pare roków temu. Na gaździninyk zdjęciak wyraźnie widać, ze z jednej strony placu nojduje sie Teatr Wielki, a z drugiej pomnik Nike. Tymcasem jo… uwidziołek, ze teatr owsem, stoi tamok, ka stoł, natomiast pomnik… zniknął! Zamiast niego jest jakisi wielki pałac! Co za diasek? – zacąłek sie zastanawiać. Dopiero kie rozejrzołek sie po okolicy, to odkryłek, ze Nike wcale nie znikła, ino stoi jakiesi sto metrów od miejsca, we ftórym stała wceśniej. Cym to wytłumacyć? Hmm… chyba ruchami tektonicnymi. Ruchy tektonicne – jak wiadomo – ryktujom sie w głębi ziemi, majom jednak wpływ na to, co dzieje sie na jej powierzchni. No i jak widać, odsunęły one pomnik Nike od placu Teatralnego, przysunęły zaś doń ten pałac. Kany ów pałac stoł wceśniej – tego akurat nie wiem. Ba kasi stać musioł. Haj.

No ale pałac pałacem, pomnik pomnikiem, tymcasem jo potrzebowołek dostać sie do teatru. Nie było to specjalnie trudne. Przed wejściem krynciła sie ekipa telewizjno, ftóro miała wyryktować relacje z politykowej urocystości. Wystarcyło zatem hipnąć pomiędzy zabieganyk ludzi z tej ekipy i wroz z nimi wejść do środka. Tak właśnie zrobiłek. I zaroz nolozłek sie w murak tego piknego teatru. Teatru, ftóry niejedno mógłby opowiedzieć o ponu Moniuszce, ponu Kiepurze, ponu Lutosławskim… i wielu, wielu inksyk hyrnyk artystak. Heeej…

Pocątkowo nie było w środku zbyt wielu ludzi. Ale pomalućku robiło sie coroz tłocniej. I zauwazołek coroz więcej osób, ftóre całkiem cęsto widuje sie w telewizji. Bajako.

Nagle… usłysołek, jak ftosi godo do kogosi, ze przyjechoł właśnie… prezydent! Pon prezydent nasego piknego kraju! O, kruca! W tej kwilecce odezwoł sie we mnie instynkt psa pasterskiego. Psa, ftórego obowiązkiem jest pilnowanie owiecek, a w scególności przewodnika stada. No to skoro przybył tutok przewodnik stada, ftórym jest społeceństwo polskie – nie miołek wątpliwości, ze moim obowiązkiem jest pilnowanie go przez całom urocystość. Uniesłek nos do wierchu, wciągłek powietrze… i zaroz wiedziołek, kany mom sie kierować. Pohybołek przez pikne korytorze, pełne zapachów piknej historii polskiej kultury. Mój nos bezbłędnie doprowadził mnie do pona prezydenta i jego małzonki.

– Hau! Hauu! – zawołołek, co w tłumaceniu na język ludzki znacy: Dzień dobry, Poni Prezydentowo i Ponie Prezydencie! Jestem gotów piknie wos tutok pilnować. A wasi etatowi ochroniorze, jak fcom, mogom póść se odpocąć, bo pod mojom opiekom bedziecie wystarcająco bezpiecni. Haj.

Ale ci etatowi ochroniorze… chyba nie mieli ochoty na odpocynek, bo jeden z nik poźreł na mnie i zawołoł:
– A to psisko skąd tu się wzięło? Uciekaj stąd! Ale już!

Ocywiście ani mi w głowie było uciekać. Miołbyk zaniechać obowiązku cuwania nad bezpieceństwem najwozniejsej pary w kraju? Wyklucone! Cało bida w tym, ze ochroniorze okazali sie być równie uparci jako jo. No i zacęła sie zabawa w kotka i myske. A właściwie: w ochroniorzy i owcarka. Ochroniorze próbowali mnie złapać, ale – hehe! – nie łatwo jest dopaść owcarka zaprawionego w bojak z wilkami. Ganiali mnie po całym holu, ba nic na tym nie zyskali opróc zadyski. Wreście postanowili zadzwonić kasi po pomoc. Ale wte ftosi wyjrzoł zza pobliskik drzwi i pokazując zegarek na swej ręce oznajmił:
– Panie prezydencie, mamy już dziesięć minut spóźnienia!
– Wiemy! – odpowiedzili ochroniorze. – Ale tu ten pies…

W tej kwillecce poni prezydentowo sepnęła cosi ponu prezydentowi do ucha. Pon prezydent zaś pedzioł tak:
– Właściwie to chyba nic się nie stanie, jeśli ta psinka przyłączy się do nas. Biedak najwyraźniej zgubił swojego pana i szuka kogoś, kto by się nim zaopiekował.
– Ale, panie prezydencie – zagodnął ftosi z prezydenckiej obstawy – czy to wypada, żeby jakiś pies pałętał się podczas takiej uroczystości?
– Czemu nie! Dobrze mu patrzy z oczu – pedzioł pon prezydent. – Miejmy tylko nadzieję, że nie będzie zakłócał tej gali zbyt głośnym szczekaniem.

Na mój dusiu! Ocywiście, ze nie bede scekoł! Jestem przecie kulturalnym owcarkiem, a nie bejdokiem, ftóry nie wie, jak sie w teatrze zachować. Haj.

No i po kwili wroz z prezydenckom parom wesłek na balkon nojdujący sie w piknej Sali Moniuszki, ftóro to jest najwięksom salom Teatru Wielkiego. Pon prezydent i poni prezydentowo siedli na swoik fotelak. Jo najpierw usadowiłek sie z ik lewego boku, bo uznołek, ze stamtela bede mioł najlepsy widok na scene. Ba po kwili uświadomiłek se, ze skoro moim obowiązkiem jest chronić i głowe państwa, i jej współmałzonka, to powinienek zająć miejsce między nimi. No to przesunąłek sie kapecke, coby noleźć sie tamok, ka powinienek. O, tutok na tym zdjęciu mozecie uwidzieć, jak pon prezydent właśnie wstoje, coby mnie przepuścić, kie jo sie przesuwom. Mnie niestety nie widać, bo zasłanio mnie ścianka ogradzająco balkon.

Po kwili stanąłek na tylnyk łapak, przednie zaś oporłek o balkonowom poręc. Dzięki temu mogłek piknie widzieć, co dzieje sie na scenie.

Pocątek imprezy mioł nastąpić o godzinie 19:00, ba nastąpił o 19:10. Jako juz wiecie – syćko z powodu zamiesania, ftóre jo wyryktowołek. Dlotego syćkik, co byli tamok obecni, piknie przeprasom za spowodowanie tego opóźnienia. Haj.

Światła przygasły i… zacęło sie. Najpierw był krótki występ pona Dawida Podsiadły i poni Kasi Nosowskiej (skoda, ze wceśniej o tym nie wiedziołek, bo byk zawiadomił Grzesicka, ftóry przecie barzo lubi tej poni słuchać). Potem przystąpiono do wręcania Paśportów. Po kolei ogłasano laureatów w kategoriak film, teatr, literatura, śtuka wizualno… Kie przysła kolej na kategorie muzyka powozno, na scene wesła – na mój dusiu! – Poni Dorotecka! Naso Poni Dorotecka, co to sąsiedniego bloga ryktuje! Moi ostomili, jo sie tak uciesyłek, ze zabocyłek, ze miołek siedzieć cicho. Fciołek zascekać radośnie, coby Poniom Dorotece powitać. A coby zascekać jak najdonośniej, wciągłek w swe owcarkowe płuca sporom dawke powietrza, ba wte… łapy ześlizgły mi sie z rantu i prasłek na podłoge. Pon prezydent z poniom prezydentowom jaz sie oześmiali, kie tak prasłek. Osoby siedzące w poblizu (w tym poni redaktor Janina Paradowska) tyz sie zaśmiały. O, na tym zdjęciu mozecie uwidzieć, jak sie śmiejom.

– Dobrze ci tak – pedziołek w duchu sam do siebie. – Pon Bócek cie pokaroł za to, ze fciołeś naryktować hałasu. Panuj nad sobom, sietnioku! Jesteś w teatrze, nie na holi.

Z mocnym postanowieniem, ze od tej pory bede zachowywoł sie przyzwoicie, wstołek i nazod oporłek sie o poręc, coby obejrzeć reśte widowiska. W końcu rozdano syćkie przewidziane na ten dzień nagrody. A potem popytano syćkik laureatów, coby wesli na scene i zapozowali do pamiątkowyk fotek. Laureaci wnet piknie na te scene powchodzili, a tłum fotoreporterów rzucił sie do robienia im zdjęć. I wte jo… wpodłek na pewien pomysł. Postanowiłek, ze hipne na scene, stone pomiędzy zdobywcami Paśportów – i tyz bede mioł piknom pamiątkowom fotografie! Zeskocyłek z balkonu na nojdującom sie ponizej telewizyjnom kamere, ftóro rejestrowała to całe wydarzenie. Z kamery zeskocyłek na ziem i fciołek zrobić telemark, ale zamiast tego wyseł mi fikołek. Niekze ta. To był Wielki Teatr, nie Wielko Krokiew. A syćka pozirali na scene, więc nawet jeśli na widowni siedzioł jakisi sędzia narciarski, to i tak nie groziło, ze odejmie mi punkty za nieudolne lądowanie. Haj.

Podniesłek sie wartko i juz, juz miołek pohybać ku scenie, kie nagle… ku mojemu nosowi dosły jakiesi pikne zapachy. Duzo zapachów! O, Jezusicku! W kuluarak ryktowano bankiet z piknymi smakołykami! No i… cóz tu ukrywać – zabocyłek o syćkim, co sie działo wokoło. Mojo myśl skupiła sie na jedzeniu, ftóre tak piknie pachniało! Moze dlotego, ze nic nie jodłek od kwili opuscenia mojej wsi? Wartko zrobiłek w tył zwrot i pognołek ku wyjściu z widowni. Zaroz nolozłek sie w kuluarak, a tamok… Na mój dusiu! Jeden stół, drugi stół, trzeci stół… Cało kupa stołów z piknymi frykasami!

– O, jaki ładny piesek – zawołali na mój widok ryktujący bankiet kelnerzy. – Dajmy mu coś zjeść. Pewnie jest głodny.

Mieli racje – byłek barzo głodny. Z ochotom zjadołek syćko, cym kelnerzy mnie obdarowali. A jakom mieli radoche z tego dawania! Tak więc i jo byłek zadowolony, i oni. I barzo dobrze! Lubie, kie syćka som zadowoleni.

Po kwilecce – z Sali Moniuszki zacął wysypywać sie wielki tłum ludzi. Oficjalno cynść imprezy właśnie sie skońcyła i syćka rusyli ku stołom z pocęstunkiem. A kie uwidzieli mnie – ik reakcja na mój widok była tako samo, jak reakcja kelnerów. Zaroz zacęli wołać: “Jaki ładny piesek!”, a potem łapali bankietowe przekąski i cęstowali mnie piknie. Cęstowali mnie celebryci, cęstowali syćka zdobywcy Paśportów i syćka nominowani tyz. Prowde godom! Jeśli nie wierzycie – sami ik spytojcie. Jeśli zaprzecom… to bedzie po prostu znacyło, ze zabocyli o tym z nadmiaru wrazeń, jakie mieli w tym dniu. Bajako.

Heeeej! Było tamok naprowde niesamowicie! Pod Turbaczem to jo dostoje pocęstunek od paru turystów dziennie. A tutok – setki ludzi pocęstowały mnie w ciągu godziny! Na mój dusiu! – pomyślołek se – skoro tak to rozdawanie Paśportów Polityki mo wyglądać, to jo muse zaproponować, coby rozdawano je nie co roku, ino przynajmniej roz w miesiącu. I najlepiej nie we Warsiawie, ino pod Turbaczem, to wte nie bede mioł daleko. Haj.

Ale… w pewnej kwili pocułek, ze mom straśnie cięzki brzuch. Krucafuks! Chyba sie przejodłek! Z trudem powlokłek sie w jakisi kącik i tamok klapłek na ziem. Oddychołek cięzko i miołek wrazenie, ze juz chyba nigdy w zyciu sie nie podniese.

Wte nagle… tuz przy mnie pojawiła sie… Poni Dorotecka!
– Owczarku, to ty? – zawołała na mój widok.
Zrobiłek wielki wysiłek, coby sie podnieść i zamerdać radośnie ogonem, ale… niestety nic z tego. Prawo ciązenia pona Newtona nie miało w tej kwili dlo mnie zodnej litości. Jedyny ruch, jaki byłek w stanie zrobić, to skinięcie głowom.
– To naprawdę ty! – uciesyła sie Poni Dorotecka, ale zaroz… zrobiła powoznom mine. – Owczarku, muszę cię ostrzec. Usłyszałam przypadkiem rozmowę jakichś dwóch osobników. Nie podobało im się, że jakiś pies kręci sie po teatrze. Niewątpliwie chodziło im o ciebie. Jeden z nich zadzwonił na policję. No i podobno mają tu zaraz po ciebie przyjechać i zabrać do schroniska.

Do schroniska? Heeej! Lubie schroniska, bo som pikne! I to pod Turbaczem jest pikne, i to pod Bereśnikiem, i to na Staryk Wierchak… I choć nadal nie miołek siły coby wstać, mój ogon nolozł jej w sobie dość, coby piknie zamerdać. Poni Dorotecka wnet odgadła, co za myśl ryktuje sie w mej głowie i pedziała:
– Owczareczku, czy ty pomyślałeś może o schronisku turystycznym? Muszę cię rozczarować. Schronisko, do którego cię zabiorą, nie ma nic wspólnego z tymi w górach. To schronisko dla bezdomnych piesków.
O, krucafuks! To juz mi sie zdecydowanie mniej podobało.
– Lepiej stąd uciekaj, póki nie jest za późno – poradziła Poni Dorotecka.
Uciekać? Dobry pomysł, ino… przez to moje obzarstwo było to kwilowo niemozliwe.
– Ah! No tak – westchnęła Poni Dorotecka pozirając na mój rozepchany brzuch. – Chyba, biedaku, trochę za dużo zjadłeś. No to widzę, że muszę cię gdzieś ukryć. Tylko gdzie?
Poni Dorotecka pomyślała, pomyślała… i nagle zawołała:
– Już wiem!

Chyciła mnie za tylne łapy i zacęła ciągnąć po posadzce. Krucafuks! Wcale nie było jej łatwo! Jestem przecie wielkim psem, ftóry teroz w dodatku mioł brzuch obciązony wielkim jedzeniowym balastem. Ale jakosi mnie ciągła. Ludzie wokół zdązyli juz o mnie zabocyć i zajęli sie jedni rozmowami ze znajomymi, drudzy udzielaniem wywiadów dziennikorzom, a trzeci pozowaniem fotopstrykom do zdjęć. Tak więc na scynście nifto nie zwracoł na nos uwagi.

Tuz obok miejsca, ka odbywoł sie bankiet, jest tako sala, ka mozno uwidzieć wystawe kostiumów operowyk. O, na przykład tutok mozecie se o tej wystawie pocytać. Poni Dorotecka zaciągła mnie właśnie tamok. A potem ukryła mnie pod jednym z eksponatów, dokładnie pod takom duzom, rozległom kieckom, ftórom mozecie uwidzieć tutok. Kie juz cały, wroz z ogonem, byłek pod tom kieckom schowany, Poni Dorotecka pedziała:
– Siedź tu, piesku. Siedź cicho, dopóki nie dojdziesz do siebie. A potem wracaj w swoje góry. Dasz sobie radę?

– Czy pani przemawia do tej sukni? – zapytała nagle jakosi nieznajomo osoba, ftóro właśnie tyz wesła na te wystawe.
– Nie, skądże! – zaśmiała sie Poni Dorotecka. – Tylko ta suknia tak mnie zachwyciła, że po prostu musiałam swój zachwyt wyrazić na głos!
– Faktycznie, piękna! Ale… ona się chyba poruszyła! Tak jakby coś było pod nią. Coś, albo raczej ktoś!
– E, to na pewno przeciąg – odparła Poni Dorotecka. – Wracam na bankiet, bo kto wie, czy nie szykują tam jakiejś niespodzianki? Szkoda by było ją przegapić.

I rusyła ku wyjściu z wystawy, dyskretnie pozirając za siebie, cy nieznajomo osoba odejdzie wreście od skrywającej mnie kiecki.
– Racja! – pedziała na scynście ta osoba i posła za Poniom Doroteckom.

No i cóz. Przelezołek w piknej kostiumowej kryjówce całom noc. Mój brzuch na telo przetrawił ten mój zyciowy rekord w jedzeniu, ze rano dołek wreście rade dźwignąć sie z ziemi. Udało mi sie wymknąć na zewnątrz tej wielkiej teatralnej chałupy. Ba nadal cułek sie nie za dobrze. Wolołek na rozie nie odbywać kilkusetkilometrowej podrózy do domu. Przesiedziołek w pobliskim Ogrodzie Saskim całom środe. I w droge powrotnom rusyłek dopiero we cwortek.

Z wiecora – byłek wreście u siebie. A hyr o moim pobycie we Warsiawie błyskawicnie ozeseł sie wśród zywiny pod Turbaczem. A potem poseł jesce dalej. No i wkrótce okazało sie, ze syćkie psy z okolicnyk wsi fcom w przysłym roku pojechać do Warsiawy rozem ze mnom, na kolejne rozdanie tyk Paśportów. Potem dowiedziołek sie, ze syćkie owce, ftóre mój baca wiosnom i latem pasie na holi, majom podobne zycenie. A kie juz końcyłek ryktować ten wpis, przyleciała ku mnie Maryna Krywaniec i pedziała, ze na następnom paśportowom gale fcom ze mnom jechać syćkie tatrzańskie kozice, a kie niedźwiedzie pobudzom sie z zimowego snu, to na pewno tyz bedom fciały. No, krucafuks! Jeśli spełnie te syćkie prośby, to w przysłym roku w warsiawskim Teatrze Wielkim bedzie niezłe zoo! Z drugiej strony jeśli nie spełnie – cało zywina Tater i Gorców sie na mnie obrazi. Co więc powinienek zrobić? Cóz… mom na scynście cały rok na to, coby cosi wymyślić. Hau!

P.S.1. Moi ostomili, ankieta, o ftórej gwarzyłek w poprzednim wpisie, zostoje zamknięto. Wynik: 14 osób za tym, coby łoś sadzoł zaprosone pary rozem i 7 za tym, coby je rozsadzoł. Barzo dobrze, ze głosy były rózne! Bo kieby syćkie były jednakowe, nas łoś mógłby pomyśleć, ze głosowanie odbyło sie w Korei Północnej, ka władza poinstruowała respondentów, jakom odpowiedź majom wybrać. Syćkim, co wzięli udział w ankiecie, dziękuje piknie! Dziękuje w imieniu własnym i łosia z Alaski. To dzięki wom ten siumny zwierzok bedzie wreście wiedzioł, jak postąpić z zaprosonymi na przyjęcie gośćmi :D

P.S.2. A w najblizsom środe – Jagusickowe i Kapishoneckowe imieniny bedziemy mieli. Zdrowie Jagusicki i Kapishonecki! :D

css.php