12.04.2014
sobota

Guma guar

12 kwietnia 2014, sobota,

Niedowno przed nasom chałupe zajechała cięzarówka. Fto niom przyjechoł? Ano Felek znad młaki, co to jest najbogatsy w mojej wsi. Cięzarówka zatrzymała sie na skraju obejścia i po kwili piknie wysiodł z niej Felek. Jego kufa uśmiechała sie od ucha do ucha. Ciekawy byłek, co on kruca znowu wymyślił? Nalezało sie spodziewać, ze niebawem sie dowiem. On zaś poseł na tył auta i wyciągł stamtela pękaty worek. Co było w worku? Tego na rozie nie wiedziołek. Haj.

Felek zarzucił worek na plecy i rusył ku nasej chałupie. Bez pukania nacisnął klamke, wlozł do sieni, a z sieni do kuchni, ka siedziała na stołecku mojo gaździna i obierała grule na obiad.

- Witojcie, krzesno. Uff! – stęknął Felek i zrzucił wór na podłoge.
- Witoj, Feluś – pedziała gaździna. – A co ześ ty mi tutok przyniesł?
- Zaroz wom powiem, krzesno. Ba najpierw… powiedzcie mi, cy mocie w zamrazalniku lody?
- Mom – pedziała gaździna. – Mom, bo wnuki barzo je lubiom. A co? Mocie na nie ochote?
- Nie, nie – zaprzecył Felek. – Ale cy moglibyście, krzesno, wyciągnąć na kwilecke te lody i sprawdzić na opakowaniu, jaki jest ik skład?
- Dziwno prośba, ale niekze ta – mrukła gaździna.

Podniesła sie z krzesła i wytarła ręce w ścierke. Podesła do lodówki, otworzyła zamrazalnik i wyjęła zeń pudełko lodów. Poźreła na wypisane na pudełku składniki i zacęła cytać na głos:
- Mleko w prosku, śmietana w prosku, cekolada, olej roślinny, guma guar…
- Wystarcy – przerwoł gaździnie Felek. – A mocie moze chrzan?
- No, mom.
- A mozecie sprawdzić jego skład?

Gaździna schowała lody, wyciągła z lodówki słoik chrzanu i znów zacęła cytać na głos:
- Korzeń chrzanu, woda, kwasek cytrynowy, guma guar…
- Dość – Felek znów gaździnie przerwoł. – A mocie jakisi dzem?
- Rozumiem, ze jego skład tyz mom sprawdzić – domyśliła sie gaździna.

Zaroz wyjęła z safki słoik dzemu truskawkowego. I zacęła cytać to, co wydrukowano na naklejce:
- Truskawka, pektyna, guma guar… Na mój dusiu! Znowu guma guar!
- No właśnie – pedzioł Felek. – Ta guma guar jest w kozdym jedzeniu. Abo prawie w kozdym: w piecywie, w przetworak owocowyk, w śmietanie…
- Nie w mojej śmietanie! – prociwiła sie gaździna. – W mojej jedynym składnikiem jest mleko od moik krów.
- No dobrze – zgodził sie Felek – ale kiebyście kupili śmietane w sklepie, to tyz ta guma guar by w niej była.
- Feluś – gaździna wskazała na przyniesiony przez Felka worek – cy to, coś przyniesł w tym worze, mo cosi wspólnego z tom gumom?
- Owsem, mo – potwierdził Felek. – W worku som nasiona piknej azjatyckiej rośliny o nazwie Cyamopsis tetragonoloba.
- Jakiej? Cyna mopsy swetra gondolowa? – spytała gaździna.
Felek zignorowoł to pytanie i godoł dalej:
- Z tej właśnie rośliny ryktuje sie owom gume guar, ftóro wierchuje obecnie w przemyśle spozywcym. Cemu – tego nie wiem. Ale faktem jest, ze wierchuje. Więc przyniesłek wom, krzesno, te nasionka, cobyście obsiali nimi swe pole.
- Ale pedziołeś, ze to jest azjatycko roślinka – zauwazyła gaździna. – Cy ona bedzie fciała rosnąć w nasym klimacie?
- Juz jo wyryktuje tutok taki pikny mikroklimat, ze bedzie fciała rosnąć – zapewnił Felek. – Jo se juz syćko dokładnie policyłek i wiem, ze inwestycja zwróci mi sie piknie.
- Ale jo byk wolała, coby na moim polu rosło to co wse: grule, owies… – zacęła wylicać gaździna.
- Na mój dusiu, krzesno! – zawołoł Felek. – Myślołek, zeście mądry cłek, a widze, ze wy w ogóle nic nie rozumiecie! Grule? Owies? Kielo dutków na tym zarabiocie? No kielo? Tymcasem na gumie guar, skoro mo tak syrokie zastosowanie, mozno zbić fortune! Prowdziwom fortune! Jak zrobicie, co wom radze, to rozem jom zbijemy! Wy zarobicie, bo kie rozmnozycie na swym polu te rośline, to bedziecie sprzedawali mi jej nasiona. Jo zarobie, bo bede przeinacoł te nasiona na gume guar i bede sprzedawoł jom po konkurencyjnyk cenak na całym Podholu. A nawet w całej Małopolsce! W całej Polsce! I w całej Unii Europejskiej! A jeśli Putin wreście sie uspokoi – to w Rosji tyz.
- Spokojnie, Feluś, spokojnie. – Gaździna pogładziła Felka po ramieniu. – Zanim zacnies słać Putinowi na Kreml te swojom gume, wyjaśnij mi jesce jednom rzec. No bo widze, ze fces, coby uprawy, ftóre ryktowano w nasej wsi od wieków, zamienić na cosi, co nigdy tutok nie rosło. Fces tyz zmienić tutejsy klimat. Cy zastanowiłeś sie, jakie to syćko moze mieć skutki dlo środowiska wokół nasej wsi?
- Wystarcy, ze wiem, jakie skutki bedom dlo mnie i dlo wos – dutki! Duzo dutków! Na mój dusicku! Straśnie duzo!

Kie Felek piknie sie zakwycoł, jak duzo tyk dutków zarobi, gaździna postanowiła sięgnąć po ksiązke poni Bosackiej i poni Kozłowskiej-Wojciechowskiej o jedzeniu. Zaroz zacęła jom przeglądać.

- Felek – rzekła po kwili – posłuchoj, tutok pisom, ze od tej twojej gumy guar zdarzajom sie u ludzi przipadki reakcji alergicznych w postaci zaburzeń żołądkowo-jelitowych, astmy i egzemy kontaktowej.*
- Phi – Felek machnął rękom. – Skoro tylko sie zdarzajom, to nimo sie cym przejmować. Po oscypkak od wasego bacy pewnie tyz zdarzajom sie takie cy inkse zaburzenia.

O, kruca! Kie gaździna usłysała, ze Felek porównuje oscypka mojego bacy do jakiegosi pospolitego składnika wselenijakiego zarcia, to zgrzytła zębami i… jak nie zacęła tłuc Felka po głowie ksiązkom poni Bosackiej i poni Kozłowskiej-Wojciechowskiej! Ciekawe cy autorki spodziewały sie, ze ik ksiązka bedzie słuzyła nie ino do cytania, ale tyz do walenia po łbie? Tego niestety nie wiem.

- Au! Au! O, Jezusicku! Co wy robicie, krzesno! – wołoł Felek próbując zasłaniać głowe rękami. – To boli!
- I barzo dobrze, ze boli! – zawołała gaździna. – Nie bedzies, ancykryście, obrazoł oscypków mojego chłopa! Nie bedzies! Nie bedzies!
- Juz dobrze, nie bede – zgodził sie Felek. – Ino juz przestońcie mnie bić.
- Przestone – pedziała gaździna – ale zabieroj stela worek z tym plugastwem i nigdy więcej nie fce od ciebie słyseć o zodnej gumie guar!

Felek potulnie wziął worek i nazod zabroł go na cięzarówke. I zaroz odjechoł. Nie minęło duzo casu, jak do gaździny zadzwoniła Janiela.
- Krzesno – odezwoł sie głos Janieli w słuchawce – to prowda, zeście nie fcieli wziąć nasion od Felka?
- Ano prowda – pedziała gaździna, nie zdziwiono ani kapecke, ze sąsiadka juz o syćkim wie, bo przecie wiadomo, ze w góralskik wsiak wiadomości rozchodzom sie tak wartko, ze być moze jedno ino światło jest jesce sybse, a być moze nawet ono nie.
- Na mój dusiu! To moze i jo nie powinnak brać? – zafrasowała sie Janiela.
- A więc i ku tobie Felek przybył z tymi nasionkami – rzekła gaździna.
- Zeby ino ku mnie! – zawołała Janiela. – Ku syćkim we wsi przybył. I syćkik zapewnił, ze bedom z tego barzo pikne dutki. Ba ino wy jedni tyk nasion nie fcieliście. Cemu?
- Bo to, co ten Felek planuje, moze sie źle skońcyć dlo przyrody nasyk gór.
- E, tam – rzekła Janiela. – I tak z tutejsej przyrody nie momy zbyt wielkiego zysku. Za to z gumy guar – jeśli Felek nos nie wyonaco – mozemy mieć.

Gaździna zrozumiała, ze wzniosłymi argumentami nie przekono Janieli. Nalezało uzyć argumentów bardziej przyziemnyk.

- Jest jesce jedno sprawa – pedziała gaździna. – Ta guma guar moze ryktować zaburzenia zołądkowo-jelitowe, astme i egzeme.
- O, Jezusicku! Tego nie wiedziałak! – przyznała Janiela. – Ale… jak jo nie bede tyk nasiom jadła, ino swe pole nimi obsieje, to… chyba nic mi nie grozi?

Gaździna fciała sie oześmiać, ale sie powstrzymała i rzekła śmierztelnie powoznym tonem:
- Cy jo wiem? Słysałak, ze cłowiek moze upić sie przez skóre oparami alkoholu. To moze przebywanie wśród zapachów skodliwyk roślin tyz moze być skodliwe?
- O, Jezusmaryjo!!! – Janiela wpadła w panike. – No to co jo zrobiłak! Co mi strzeliło do łba, ze zgodziłak sie przyjąć od Felka takom zaraze! Krzesno, poradźcie cosi! Co robić?

Gaździnie coroz trudniej było powstrzymać śmiech.

- Prosto sprawa – rzekła. – Kie nadejdzie noc, zabiercie te syćkie nasiona i wysypcie przed Felkowom chałupom. Kie rano Felek je zobacy, to pomyśli, ze wysypały mu sie z tej jego cięzarówki.
- A jak za pare tyźni Felek spyto, cemu mi nic na polu nie wyrosło z tyk nasion, ftóre on mi doł?
- To tyz prosto sprawa. Powiecie mu, ze kury wom syćko wyzarły.
Uradowano Janiela podziękowała gaździnie za piknom porade i sie rozłącyła. Gaździna ledwo odłozyła słuchawke… jak znowu ftosi zadzwonił. Tym rozem był to sołtys.
- Na mój dusiu! Krzesno! – Sołtys sprawioł wrazenie rozgorąckowanego. – Dzwonie do wos i dzwonie, a tutok furt zajęte. Ale niekze ta. Fciołek z womi pogodać, bo dowiedziołek sie, ze nie fcieliście wziąć od Felka nasion, ze ftóryk mozno ryktować piknom gume guar.
- A cemu godocie, ze ta guma jest pikno? – spytała gaździna.
- Jak to cemu? Felek pedzioł, ze dzięki niej mozno zarobić pikne dutki – odpowiedzioł sołtys.
- A pedzioł, ze mozno tyz zarobić dolegliwości zołądkowo-jelitowe? – spytała gaździna. – I to nie ino od jedzenia tej gumy, ale tyz od wdychania zapachów roślin, ze ftóryk jest ryktowano?
- O, kruca!!! – Nawet przez telefon było cuć, ze sołtys w tej kwilecce straśnie sie spocił. – Jo nie moge se pozwolić na takie dolegliwości! Nie na pół roku przed wyborami samorządowymi! Przecie ludzie bedom sie ino śmiali z takiego sołtysa, ftóremu we flakak bedzie cosi furkało. I nie bedom fcieli na mnie głosować. Krzesno! Pomózcie!
- Nie turbujcie sie, krzesny – pedziała gaździna spokojnym głosem. – Kie przyjdzie nocka, to te syćkie nasionka, ftóre Felek wom doł, podrzucicie po cichutku pod jego chałupe. Felek furt mo głowe tak zaprzątniętom interesami, ze na pewno nic nie zauwazy.
- Na mój dusicku! – uciesył sie sołtys. – Uratowany jestem! Uratowany! Dziękuje wom krzesno piknie!

Gaździna rozłącyła sie, ale dwie sekundy nie upłynęły, jak telefon zadzwonił po roz kolejny.

- Halo – rzekła do słuchawki.
- To jo, Wincenty – odezwoł sie głos z drugiej strony.
- Witojcie, krzesny – odpowiedziała gaździna. – Pewnie fcieliście spytać, cemu nie wzięłak od Felka nasion?
- Skąd wiedzieliście? – zdziwił sie Wincenty.
- Po prostu wiedziałak – odparła gaździna. – A teroz słuchojcie, co wom powiem. Ta roślina, ze ftórej ryktowano jest guma guar, jest sakramencko niebezpiecno. Od samego przebywania w jej poblizu mozno nabawić sie dolegliwości zołądkowyk, egzemy i jeden Pon Bócek racy wiedzieć, jakik jesce straśliwyk niescynść. Ale nie frasujcie sie, bo jest na to rada. Wystarcy, ze nocom zakradniecie sie pod Felkowom chałupe, wysypiecie mu te syćkie nasiona pod płotem – i po kłopocie. Haj.

Wincenty podziękowoł za rade i na tym rozmowa sie skońcyła. Ale do gaździny zacęli wydzwaniać kolejni mieskańcy wsi. Syćkim gaździna poradziła to samo: coby potajemnie zwrócili Felkowi otrzymane od niego nasiona.

Pod koniec dnia mojo gaździna cuła sie kapecke zmęcono. Posła więc spać duzo wceśniej niz baca. I spałaby długo, kieby nie to, ze z samiućkiego ranka… zadzwonił telefon.

- Odbierz, ojciec – rzekła do bacy zaspano gaździna. – Jo wcora telo sie przez ten telefon nagodałak, ze chyba na najblizsy rok mi wystarcy.

No i baca odebroł. Ale zaroz pedzioł:
- Matka, to do ciebie. Felek dzwoni.
- Na mój dusiu! – rzekła gaździna, kie przejęła słuchawke od bacy. – Cego ty, Felek, fces o tak wcesnej porze?
- Przepytuje piknie, krzesno – pedzioł Felek – ale stało sie cosi straśnie dziwnego. I chyba ino wy – jako najmądrzejsy cłek we wsi – bedziecie umieli to wyjaśnić. Wyobroźcie se, ze obudziłek sie wceśnie rano, bo fciołek jechać do Krakowa na takie jedno spotkanie biznesowe. Zlozłek z wyrka, poźrełek przez okno i – wiecie co uwidziołek? Zalegające przed mojom chałupom nasiona Cyamopsis tetragonoloba. Całom hałde tyk nasion! Skąd one syćkie sie u mnie wzięły?
- Cóz moge sie ino domyślać – pedziała gaździna. – Kiesik wycytałak w skolnym podręcniku mojego wnuka, ze nieftóre organizmy rozmnazajom sie przez pąckowanie. Pewnie te nasiona, ftóre wcora po chałupak rozwoziłeś, tyz pąckujom. Podejrzewom, ze zgubiłeś pare nasionecek pod swojom chałupom i przez nocke one ci sie piknie rozmnozyły.
- Ba w takik ilościak? – nie dowierzoł Felek. – Tak to przecie nawet króliki sie nie mnozom!
- Króliki moze nie – odparła gaździna. – Ale teroz wreście zacynom rozumieć, cemu producenci zywności pakujom te gume guar do kozdego jedzenia. Im po prostu tyz te sakramenckie nasiona rozmnazajom sie niesamowicie, więc fcąc pozbyć sie ik nadmiaru, pchajom je, kany popadnie – do lodów, do dzemów, do śmietany…
- O, Jezusicku! – biadolił Felek. – No to naryktowołek se bidy! Przecie jak te nasiona bedom sie tak rozmnazały, to cało mojo chałupa w nik utonie! Cało naso wieś! Pockojcie, krzesno, muse końcyć, bo nimo casu do stracenia. Muse sie tego diabelstwa jak najsybciej pozbyć.

Felek błyskiem pohyboł do stojącej pod jego chałupom cięzarówki. Załadowoł na niom te syćkie nasiona, ftóre – jak wmówiła mu gaździna – rozmnozyły sie w ciągu nocy. Wnet pomknął cięzarówkom ku Dunajcowi. Po drodze cudowoł ino, cemu pod inksymi chałupami nimo wielkik hałd nasion, skoro obdarowoł nimi całom wieś. Ale w końcu syćko se wytłumacył – pewnie inksi wceśniej zauwazyli, ze to plugastwo straśnie sie mnozy i juz zdązyli wywieźć je precki daleko stela.

Kie Felek dojechoł do Dunajca, wysypoł nad jego brzegiem syćkie nasiona, obloł je benzynom… i zwycajnie podpalił. A potem hipnął do cięzarówki i w uciekaca – jakby te nasionka miały nózki i mogły próbować go gonić.

Za niedługo Felek nazod był we wsi. Dojechoł do swej chałupy, a wysiadając godoł do siebie:
- Nigdy więcej gumy guar! Nigdy więcej gumy guar! Nigdyyyyy!!!

I zaroz zacął wydzwaniać do syćkik swoik firm ryktującyk zywność i polecił im, ze jeśli posiadajom w swoik zapasak jakomsi gume guar, to majom jej sie natychmiast pozbyć. Natychmiast i ślus. Zagroził surowymi karami dyscyplinarnymi w rozie niewykonania polecenia.

No i cóz… moi ostomili, kie w najblizsej przysłości wybierecie sie do jakiegosi sklepu spozywcego, to mozecie pocytać se, jakie som składniki sprzedawanego tamok jedzenia. Sami uwidzicie, w jak wielu produktak spozywcyk nojduje sie guma guar. Casem jednak natraficie na taki, ka tej gumy nie bedzie. A kie natraficie, to… całkiem mozliwe, ze bedzie to produkt z firmy nalezącej do nasego Felka. Hau!

* K. Bosacka, M. Kozłowska-Wojciechowska, Czy wiesz co jesz? Poradnik konsumenta, czyli na co zwracać uwagę, robiąc codzienne zakupy. Publicat, Poznań 2013, s. 223.

31.03.2014
poniedziałek

Psiolimpiada

31 marca 2014, poniedziałek,

No i jestem w Owcarkówce nazod. Heeej! Długo mnie tutok nie było. Oj, długo. Ale wiecie cemu – reprezentowołek Polske na igrzyskak psiolimpijskik w Soczi. A wroz ze mnom moi trzej owcarkowi kompani, cyli Harnaś, Dunaj i Modyń.

Jako godołek juz w poprzednim wpisie, porozumiołek sie przez internet z psami z róznyk krajów i wspólnie zaplanowali my pocątek tyk igrzysk. Cemu ino pocątek? A bo uznaliśmy, ze najwozniejse to zacąć. A potem – to juz jakosi pódzie. Haj.

Co ześmy na ten pocątek zaplanowali? Ano… wyścig na sankak. Sanki som barzo pikne, bo majom barzo wiele wspólnego z psami. Fto nie wierzy, niek pocyto se opowiadania pona Jacka Londona o Alasce. Ba w odróznieniu od tyk psów, o ftóryk pon London pisoł, my ukwalowali ze nie bedziemy sanek ciągnąć, ino bedziemy na nik zjezdzać. Bo fcieli my piknie pocuć to, co cujom ludzie, kie mknom na tym piknym sprzęcie ku dołowi. Haj.

Tak więc musieliśmy skombinować pikne sanki. Z tym na scynście nie było problemu. Wystarcyło wykraść jakiesi ze sklepu sportowego w Nowym Targu. Sklepu nalezącego do Felka znad młaki zreśtom. Pohybali my do tego sklepu i wykradli stamtela najpikniejse sanki, jakieśmy tamok noleźli. Jak myślicie? Cy Felek, kieby sie o tym dowiedzioł, byłby zadowolony? Jo se myśle, ze powinien. W końcu dzięki nom moze sie teroz kwolić, ze jest głównym sponsorem polskiej reprezentacji psiolimpijskiej. Haj.

- Ale wiecie, co krześni? – zagodołek do trójki moik owcarkowyk kompanów, kie juz wrócili my z nasom zdobycom do wsi. – Worce cosi zrobić, coby to był najsybse sanki na świecie.
- Ale co? – spytali Harnaś, Dunaj i Modyń. – Mocie jakisi pomysł?
- Ano mom – pedziołek. – Jeden z nos niek pohybo do Kasiny Wielkiej, ka zyje Justysia Kowalczyk. I niekze pozycy od niej narty. Ocywiście po psiolimpiadzie je oddomy. Justysia wse kwoliła swoik serwismenów, ze barzo piknie jej narty smarujom. Jeśli więc przykleimy takie piknie posmarowane narty do płóz nasyk sanek – bedziemy mogli być pewni piknego zwycięstwa. Haj.

Zaroz Modyń zgłosił sie na ochotnika. I wnet pohyboł w strone Beskidu Wyspowego i Kasiny. Wrócił następnego dnia, ciągnąc ze sobom jakisi pokrowiec.

- Co jest w tym pokrowcu? – spytołek.
- Jak to co? Narty Justysi, jakeście fcieli, krzesny – pedzioł Modyń.
- Nie za małe to? – zacąłek sie zastanawiać. – Widziało mi sie, ze pokrowiec, we ftórym nojdujom sie narty biegowe, powinien być więksy.
- Mi tyz tak sie widziało – pedzioł Modyń. – Ale trafiłek do tej Kasiny i zakrodłek sie do Justysiowej chałupy akurat wte, kie Justysia udzielała wywiadu jakiemusi redaktorowi. No i podcas wywiadu wskazała na ten pokrowiec i pedziała, ze w środku jest jej sprzęt sportowy.
- No to syćko jasne – rzekł Harnaś. – Skoro sama Justysia tak pedziała, to w środku musom być narty i ślus. W końcu jaki sprzęt sportowy moze mieć narciorka? Chyba nie łyzwy?
- Chyba… – zamyślił sie Dunaj. – Ale z drugiej strony łyzwy prędzej by sie do tego pokrowca zmieściłyby niz narty.
- Moze Justysiowe narty mozno złozyć? – śpekulowoł Harnaś. – Słysołek kiesik o rowerak-składakak, to moze som tyz narty-składaki?
- Krucafuks! – zawołoł Dunaj. – Po prostu otwórzmy ten pokrowiec i wte obacymy, co jest w środku.
- Nie! Nie róbmy tego! – prociwiłek sie. – Pedziołek przecie, ze potrzebujemy Justysiowyk nart dlotego, ze one som barzo piknie nasmarowane. Jeśli ten pokrowiec otworzymy – to smary wyschnom. Lepiej więc, coby jaz do rozpocęcia zawodów były one w jak najscelniejsym zamknięciu.

Harnaś, Dunaj i Modyń zgodzili sie ze mnom.

Nalezało jesce ino wykraść barzo dobry wartko schnący klej ze sklepu wielobranzowego nalezącego do Felka znad młaki. Kie my ten klej wykradli – byli my juz piknie gotowi do udziału w pierwsej psiolimpijskiej konkurencji.

Niebawem mieli my opuścić nasom wieś i rusyć do Soczi. I wte nieocekiwanie ftosi nos odwiedził. Wiecie fto? Na mój dusiu! Owcarek podhalański Kamila Stocha! Nie wiem, cy wiedzieliście, ze Kamil mo podhalana o imieniu Krywań . Jeśli nie – to teroz juz wiecie. Haj. No i ten Krywań – kie dowiedzioł sie, ze rusomy na psiolimpiade – postanowił nom pomóc. Przybył ku nom z… olimpijskim kaskiem Kamila! Tym piknym kaskiem z lotnicom siachownicom, we ftórym Kamil zdobył dwa złote medale!

- Weźcie ten kask, pytom piknie – pedzioł Krywań. – Kamilowi przyniesł on scynście, to mom nadzieje, ze wom tyz przyniesie. Po psiolimpiadzie mi go oddocie, to wte jo piknie odstowie go na miejsce i Kamil nawet sie nie zorientuje, ze przez pewien cas nie mioł go w chałupie.

Heeej! Podziękowali my piknie Krywaniowi za ten niezwykły rekwizyt. I wnet wyruliśmy do Soczi, zabierając ze sobom sanki, Justysiowe narty w pokrowcu, klej, no i ten pikny Kamilowy kask. Jak my sie do tego Soczi dostali? To proste: wypróbowanymi psimi sposobami. Bajako.

Wkrótce w tym hyrnym kurorcie nad Morzem Cornym spotkali my sie z psami ruskimi, norweskimi, kanadyjskimi, hamerykańskimi, holenderskimi… Krótko mówiąc, z psami ze syćkik krajów, ftóre brały udział w ostatniej zimowej olimpiadzie. Niedługo potem wspólnie wybrali my sie ku okolicnym wysokim wiersyckom, ka śnieg – mimo piknej wiosny – furt jesce lezoł na górskik zbocak. Wkrótce na jednej z gór wyryktowali my piknom trase zjazdowom do pierwsej psiolimpijskiej konkurencji. Kie trasa została wyznacono, syćkie druzyny udały sie na linie startu. Syćkie miały barzo piknie wyryktowane sanki, ba jo wierzyłek, ze najpikniejse som te nase.

- No dobra – pedziołek do Harnasia, Dunaja i Modynia. – Pora załozyć Kamilowy kask. Ino nos jest śtyrek, a kask jeden. Więc fto go załozy?
- Cóz… – pedzieli Harnaś, Dunaj i Modyń. – Naryktowaliście, krzesny, na swym blogu całkiem sporo olimpijskik wpisów. Więc w nasej kompanii to chyba wy najlepiej znocie sie na sporcie. I wy powinniście w tym kasku wystartować.

Niekze ta, zgodziłek sie. Zaroz moi owcarkowi towarzyse pomogli mi wciągnąć kask na mój łeb.

- O, krucafuks! – zawołołek po kwili. – To jest przystosowane do głów ludzkik, a nie psik! Nic nie widze.
- Nie turbujcie sie, krzesny – pedzieli Harnaś, Dunaj i Modyń. – Kamilowy kask jest nie po to, coby w nim cosi widzieć, ino po to, coby przynosił scynście.
- Tyz prowda – przyznołek. – No to teroz wyciągojcie wartko Justysiowe narty z pokrowca.
- Juz wyciągomy – pedzieli moi kompani. – Eee… krzesny, ale… one wyglądajom chyba kapecke dziwnie.
- A jak majom wyglądać? Pospolicie? – odporłek. – Myślicie, ze na pospolityk nartak naso Justysia zdobyłaby pięć olimpijskik medali? Nie marudźcie, ino przyklejojcie je do płóz sanek.
- Juz przyklejomy – odpowiedzieli Harnaś, Dunaj i Modyń.

Po paru minutkak oznajmili:
- Gotowe!
- No to wsiadomy – pedziołek.

Wnet Harnaś wlozł na sanki i połozył sie na nik na brzuchu. Po kwili na grzbiet Harnasia wskocył Dunaj, a wte Harnaś zawołoł: „Au!”

Potem na grzbiet Dunaja wskocył Modyń, a Harnaś i Dunaj zawołali: „Au! Au!”

Na koniec jo – choć mając na ocak kask musiołek bardziej kierować sie węchem niz wzrokiem – piknie wskocyłek na grzbiet Modynia, a wte Harnaś, Dunaj i Modyń zawołali: „Au! Au! Au!”

I tak oto naso pikno owcarkowo piramida była gotowo do wyściugu. Psy z inksyk krajów tyz juz cekały na sygnał startu. Maryna Krywaniec, ftóro – jako zbocowołek wom w poprzednim wpisie – przybyła na nasom psiolimpiadzie, coby sędziować, zawołała:
- Do zjazdu, gotowi… start!!!

Syćkie sanki rusyły i wartko pohybały w dół. Syćkie… z wyjątkiem jednyk – nasyk.

- Co sie kruca dzieje? – zawołołek do nojdującego sie na samym dole Harnasia, bo wprowdzie dalej nic w tym kasku nie widziołek, ba nietrudno było mi sie zorienotwać, ześmy w ogóle nie rusyli z miejsca. – Odepchnijcie, krzesny, te sanki, bo inacej bedziemy ostatni!
- Próbuje! – odpowiedzioł Harnaś. – Ale nie doje rady!
- Jak to nie dojecie? – zdziwiłek sie. – Po takim śniegu sanki z tak piknie posmarowanym spodem powinny pomknąć w dół od lekkiego pchnięcia. Kozdy profesor fizyki wom to potwierdzi. Fcecie mi wmówić, ze syćka profesorowie od fizyki sie mylom?
- No to kazcie, krzesny, tym profesorom pchać te sanie, a nie mnie. – Harnaś chyba kapecke sie zdenerwowoł.

Uznołek, ze cosi niedobrego sie stało. Ino nie wiedziołek co. Zeskocyłek na ziem, a potem ściągłek z głowy Kamilowy kask. Poźrełek na nase sanie i…

- O, Jezusicku! – zawyłek.
- Cy cosi jest nie tak? – spytali Harnaś, Dunaj i Modyń.
- Syćko jest nie tak! Syćko! – jęknąłek. – Krucafuks! Jednak trza było posłuchać rady Dunaja i jesce w Polsce zajrzeć do środka tego pokrowca.
- A co? Złe som te narty? – spytoł Modyń. – Jo naprowde słysołek, jak Justysia godała, ze to jest jej pikny sprzęt sportowy.
- Bo to jest sprzęt sportowy – pedziołek. – Ale to nie som narty, ino… rolki! Takie specjalne rolki, na ftóryk narciorze biegowi trenujom wte, kie nimo śniegu. I teroz, kie to ustrojstwo zostało przyklejone do płóz nasyk sań, to bedzie ono przeskadzać w zjezdzaniu, zamiast pomagać. Bo kółecka tyk rolek bedom zapadać sie w śniegu i zgodnie z prawami fizyki…
- Moze juz skońccie, krzesny z tom fizykom – przerwoł mi Harnaś – ino powiedzcie, co momy teroz zrobić.
- Trza te rolki od tyk sań oderwać – pedziołek. – Inacej nika na nik nie pojedziemy.

No i zaroz Modyń zeskocył z Dunaja, Dunaj z Harnasia, a Harnaś z sanek. Obyrtli my sanie płozami do wierchu i chycili zębami rolki, coby je oderwać. Krucafuks! To nie było takie proste! Sybkoschnący klej, ftórym zostały przyklejone do sań, był naprowde barzo dobry. Jaz za dobry!

- Prędzej zęby swoje połamiemy, niz oderwiemy te rolki – jęknął Modyń.
- Przydałoby sie zbić je jakimsi młotkiem – stwierdził Dunaj.
- Przydałoby sie, przydało… – westchnął Harnaś. – Ino nie momy tutok młotka.
- Pockojcie – zawołołek. – Młotka nie momy, ale momy pikny kask. Moze niek posłuzy nom kwilowo za młotek?

No i zacęli my walić Kamilowym kaskiem w Justysiowe rolki. Krucafuks! Udało sie! Rolki zostały wreście od sań oderwane! Gorzej, ze… i rolki, i kask od tego walenia były zupełnie zniscone… Ale nojdzie sie na to rada. Po powrocie pod Turbacz posukom przez Gugle odpowiednik producentów odpowiedniego sprzętu i zamówie u nik e-mailowo dokładne kopie tego, cośmy tutok zniscyli. Na pewno ani Justysia, ani Kamil nie zorientujom sie, ze ik własność została podmieniono. Ocywiście ucciwie zapłace producentom za ik robote. Ocywiście Felkowymi dutkami.

Teroz jednak najwozniejse było rozpocąć wreście wyścig i dogonić druzyny z inksyk krajów. Znów Harnaś wskocył na sanie, Dunaj na Harnasia, Modyń na Dunaja, a jo na Modynia. Nifto tym rozem nie wołoł „Au!”, coby nie tracić casu. Harnaś sięgnął łapami do ziemi, odepchnął sie… i teroz juz sanie bez trudu rusyły ku dołowi. A potem, zjezdzając po stromym stoku, nabierały coroz pikniejsej prędkości. Ino najgorzej kruca miołek jo. Byłek najwyzej i co kwila praskołek kufom w gałęzie rosnącyk przy trasie smreków. Po nieftóryk zderzeniak miołek w gymbie smrekowom syske. Co jom wyplułek – zaroz następowało kolejne zderzenie i miołek następnom. Kapecke skoda, ze na smrekak rosnom syski, a nie kiełbasy jałowcowe.

Jak sybko my zjezdzali? Maryna Krywaniec, ftóro pozirała na to syćko z wierchu, pedziała nom później, ze barzo sybko. Ale niestety – przez te sakramenckie kłopoty na starcie naryktowała nom sie ogromno strata do pozostałyk druzyn. Kie dojechali my na skraj rozległej polany, ka nojdowała sie meta, uwidzieliśmy, ze syćka nasi rywale juz do tej mety dotarli. Ale… po kwilecce zauwazyli my, ze oni som nie za liniom mety, ino kapecke przed niom! Cemu krucafuks? Cemu nifto nie kwapił sie do skońcenia wyścigu?

- Ej, krześni! – zawołaliśmy do stojącyk przed metom psów, kie juz noleźli sie blisko nik. – Na co cekocie?
- A, na wos – odpowiedziały psy z inksyk krajów.
- Na nos? – zdziwiliśmy sie.
- Bajuści – padła odpowiedź. – Jako pierwse do mety dotarły psy z Bułgarii. Zaroz za nimi pędziły psy z Węgier. No i tym psom z Bułgarii zol sie zrobiło psów z Węgier, więc postanowiły zatrzymać sie tuz przed końcem trasy i zacekać. A na trzecim miejscu były psy z Dani. No i psom z Bułgarii i Węgier zol sie zrobiło psów z Dani, więc wspólnie postanowiły, ze pockajom na Duńcyków. A potem psy z Bułgarii, Węgier i Danii postanowiły pockać na psy z Hispanii, ftóre były na cwortym miejscu. Potem postanowiono pockać na piąte psy z Chorwacji, na sóste psy z Belgii, na siódme psy z Nowej Zelandii… Jaz w końcu ostaliście sie ino wy.
- No to jesteśmy – pedzieli Harnaś, Dunaj, Modyń i jo.
- Piknie! – uciesył sie pozostałe psy. – To teroz powiedzcie, krześni, co wy na to, cobyśmy linie mety przekrocyli syćka rozem?

Pomysł nom sie spodoboł. I zaroz sanki syćkik druzyn zostały poustawiane wzdłuz końcowej linii wyścigu. Zawodnicy powłazili na swe sanie. Na „trzy-cztery” syćkie zostały jednoceśnie popchnięte i syćkie nolazły sie na mecie w tej samej kwili. Na mój dusiu! Syćka wygrali! Syćka zajęli pierwse miejsce! Haj.

Co było dalej? Ano nic. Zawodników chyciła tęsknica za rodzinnymi domami, za ludźmi ze ftórymi zyli, a ci, ftórzy zyły wśród piknyk widocków, to za tymi widockami tyz. Tak więc jednogłośnie postanowili my, ze na tym psiolimpiade końcymy. Ba syćkie psy zgodnie uznały, ze były to barzo udane igrzyska.

No i syćka porozjezdzali sie do domów. Jo – wroz z Harnasiem, Dunajem i Modyniem – wróciłek do mojej wsi pod Turbaczem. Wróciłek z dobrom – jak myśle – wiadomościom, ze na pierwsyk zimowyk igrzyskak psiolimpijskik Polska zdobyła jeden złoty medal. To prowda, pozostałe reprezentacje zdobyły to samo. Ale mi to w nicym nie przeskadzo. Wom, ostomili, mom nadzieje, ze tyz nie. Hau!

P.S.1. Ba mom jesce jednom dobrom wiadomość – dzisiok som Profesoreckowe urodziny. No to zdrowie Profesorecka! :D

P.S.2. I jesce jednom dobro wiadomość mom – we wtorek som Wawelokowe imieniny. Zdrowie Waweloka! :D

P.S.3. Dobryk wiadomości ciąg dalsy – we cwortek jest rocnica ślubu Poni Basi i Pona Pietra. Heeej! Zdrowie nasej Ostomiłej Wiecnie Młodej Pary! :D

19.03.2014
środa

Ide za radom Maryny

19 marca 2014, środa,

Jako niedowno tutok godołek, przyłapołek sie na tym, ze podcas igrzysk w Soczi wpodłek w nałóg ryktowania wpisów o olimpiadzie. Furt, przez calusieńki luty, ino na ten jeden temat pisołek. Haj. Ostatnie trzy wpisy były juz o cymsi inksym. Ale cy to znacy, ze jo sie w końcu z tego nałogu wyzwoliłek? Niestety nie. Ino siłom woli wyryktowołek te trzy wpisy, ale dalej mom ogromnom chęć pisania o igrzyskak. Jak ta beskurcyja mnie chyciła, to teroz nijak nie fce puścić. Nie fce i ślus.

Kie tak turbowołek sie, co z tym nałogiem zrobić, nagle sfrunęła ku mnie z wierchu Maryna Krywaniec. Spytała, co u mnie słychać, więc pedziołek jej o swoim problemie.

- Hmm… – Maryna zamyśliła sie. – Wiem, ze jakosi olimpiada była. Ale zyjąc wysoko między tatrzańskimi turnickami, nie słysałak o niej zbyt wiele. Nie wiem nawet, jak polskim sportowcom tamok posło.
- Na mój dusiu! Nic nie wiecie!? – zawołołek. – Nie wiecie, ze nasi zdobyli tamok jaz śtyry złote medale? I jesce jeden srebrny i jeden brązowy do tego?
- O, to piknie! – uciesyła sie orlica. – Ba kielo z tyk medali zdobyliście wy?
- Fto? Jo? Jak to jo? – Nie barzo rozumiołek, o co Marynie idzie.
- No, skoro ta olimpiada furt zaprząto wom umysł, to rozumiem, ze wy tyz braliście w niej udział? – rzekła Maryna. – A w kozdym rozie tak sie domyślom.
- No to źle sie domyślocie, krzesno – pedziołek. – W zimowyk igrzyskak zywina nie biere udziału. W letnik som konie. Ale w zimowyk – występujom sami ino ludzie.
- To pies jest najlepsym przyjacielem cłowieka, a w ogóle nie pomago mu w olimpiadak? – zdziwił sie mój gość. – To ciekawe, barzo ciekawe… Ale w takim rozie chyba juz wiem, jako jest przycyna wasego olimpijskiego nałogu. Właściwie to nie jest nałóg, ino niedosyt. Niedosyt spowodowany tym, zeście zodnego medalu na olimpiadzie nie zdobyli. Radze wom więc wartko jakisi pikny medalicek wywalcyć, choćby ino brązowy – i wte bedzie po kłopocie. Haj.

Krucafuks! Maryna miała racje! Ze tyz od rozu nie przysło mi to do głowy! Kieby przysło, zaroz pohybołbyk do tego Soczi, jesce zanim znic olimpijski tamok zgosł. I postarołbyk sie zdobyć jakiesi pikne miejsce na podiumie. Dzięki temu jo byk swój niedosyt zaspokoił, Polska zaś – zdobyłaby na tyk igrzyskak kolejny pikny medal. Bajako.

No ale cóz… casu nie cofne, przynajmniej pokiela pon Manowiecki i pon Sochacki nie wyryktujom tego suwaka, o ftórym gwarzyłek w poprzednim wpisie. Co zatem mogłek zrobić? Pockać do letniej olimpiady w Brazylii? No, nie barzo. W cas letnik olimpiad to jo siedze na holi z bacom i owieckami. Wilki by ino na to cekały, cobyk ostawił owce na dłuzsy cas, wybierając sie kasi daleko, jaz za te dziwacnom kreske, co to nazywajom jom równikiem. To moze pockać do następnej zimowej olimpiady w Korei Południowej? E, tyz niedobrze. Ta zimowo bedzie dopiero za śtyry roki. Mój niedosyt nie moze jaz tak długo cekać, bo w końcu zeźre mnie od środka. Abo jesce gorzej – bedzie mi w brzuchu pozeroł syćkie połknięte przeze mnie kiełbasy jałowcowej.

I w końcu wymyśliłek… psiolimpiade, cyli takom specjalnom olimpiade dlo psów (po angielsku Doglympics, a w inksyk językak jesce inacej). Pogodołek wkrótce z inksymi owcarkami we wsi – Harnasiem, Dunajem i Modyniem. Syćka trzej pedzieli, ze to dobry pomysł. A nawet dodali, ze sami barzo chętnie wezmom udział w igrzyskak psiolimpijskik. Wkrótce skontaktowołek sie mailowo z róznymi psami z róznyk krajów. Na mój dusiu! Zagranicne psy tyz piknie mój pomysł poparły! I choć przedsięwzięcie trudno uznać za łatwe, w krótkim casie wspólnymi siłami udało sie nom opracować plan rozpocęcia pierwsej w dziejak świata psiolimpiady. Kany sie ona rozegro? Ocywiście tamok, ka była ostatnio olimpiada i paraolimpiada – cyli w Soczi. Haj.

Tak więc, ostomili, jo wkrótce wyrusom ku temu hyrnemu miastu nad Morzem Cornym. Trzy owcarki z mojej wsi rusajom wroz ze mnom. I Maryna tyz, bo bedzie tamok jednym z sędziów. Tym samym w najblizsyk dniak nie bedzie mnie w budzie, ba ocywiście ostawiom więkse zapasy Smadnego i jałowcowej, coby wystarcyło dlo syćkik, pokiela nie wróce.

Nie wiem, cy taki TVP Sport cy inksy Eurosport bedom transmitowały psiolimpijskie zmagania? A moze Animal Planet? Jeśli nie bedom – ik strata, bo przecie z pewnościom wielu widzów chętnie obejrzałoby pierwsom takom impreze w dziejak światowego sportu. Zreśtom po powrocie opowiem wom dokładnie, jak było. Teroz zaś pytom piknie, cobyście trzymali kciuki za polskom reprezentacje – cyli za Harnasia, Dunaja, Modynia i za mnie. Do zobacenia po psiolimpiadzie, ostomili! Hau!

P.S.1. A dzisiok okazje do picia Smadnego Mnicha momy piknom. Bo Józefickowe imieniny momy. Zdrowie Józeficka! :D

P.S.2. W sobote równie pikno okazja bedzie – imieniny Noboru-Wataya-Koteckowe. Zdrowie Noboru-Wataya-Kotecki! :D

13.03.2014
czwartek

Powodzenia, ponie Manowiecki i ponie Sochacki!

13 marca 2014, czwartek,

Ale fajnom strone tutok nolozłek! Kie tamok wejdziecie, to na wierchu uwidzicie pytanie: Czy Zakopane zawsze było brzydkie? Hmm… z tego, co pisali w downyk casak downi ludzie Zakopanego (taki pon Rafał Malczewski na przikład), nalezałoby wnioskować, ze owsem – stolica Podhola wse była brzyćko i ślus. Trafiały sie wprowdzie perełki typu Dom pod Jedlami, ale to niestety były wyjątki, nie reguła. Haj.

Ba w takim rozie spytojmy inacej: cy Zakopane wse było jaz tak brzyćkie jak teroz? Oj, chyba nie było. Nie było choćby dlotego, ze w downyk casak nie wisiało wsędy telo sakramenckik reklam. A fto tyk casów nie bocy, moze poźreć na zamiescone na zalinkowanej stronie fotki. Ba nie som to takie zwycajne fotki. One som barzo osobliwie wyryktowane: na kozdej z nik po lewej stronie widnieje Zakopane sprzed kilkudziesięciu roków, po prawej zaś – Zakopane obecne. Pomiędzy tom starodownom fotografiom miasta a tom obecnom jest specjalny suwak. No i kie za pomocom myski przesuniecie suwak w prawo – odsłoni sie wom więcej starodownego widoku. Kie przesuniecie w lewo – uwidzicie więcej Zakopanego dzisiejsego. Tak to zmyślnie działo. Bajako.

Autorów tego całego pomysłu jest dwók – pon Piotr Manowiecki i pon Kuba Sochacki. Zastanowiłek sie ino, po co oni właściwie cosi takiego wyryktowali? Cy ino dlo dostarcenia rozrywki miłośnikom Krupówek i okolic? Jo se myśle, ze nie. Bo jakosi nie widzi mi sie, coby dwók powoznyk chłopów fciało ot tak po prostu wyryktować fotograficnom zabawke jako cel sam w sobie. Oni musom mieć jakiesi bardziej dalekosięzne plany. Ino jakie? Tego chyba nika nie ujawnili. Ale jo sie domyślom. Oni chyba pracujom nad wynolezieniem… suwaka casu. Ale nie komputrowego, wirtualnego, ino takiego prowdziwego, ftóry mógłby być piknie uzywany w realnym świecie. Pewnie właściwości fizykochemicne tego suwaka bedom takie, ze najlepiej bedzie działoł w rozrzedzonym górskim powietrzu – wskazywołby na to fakt, ze dwaj wynalazcy właśnie na przykładzie Zakopanego przedstawili wirtualnom wersje tego, nad cym potajemnie pracujom. Haj.

Cy tym dwóm ponom udo sie wyryktowanie takiego suwaka? Heeej! Piknie by było, kieby sie udało! No bo powiedzmy, ze wybieromy sie na spacer ku Antałówce. A tamok – wznosi sie ku niebu śklano-betonowy kolos o nazwie Aqua Park, pasujący do podhalańskiej okolicy jak pon Fred Flinstone do konkursu Miss Polonia. Na mój dusiu! Na to plugastwo nawet nie do sie pozirać! W wielkim mieście jesce dałoby rade, ale pod Giewontem – nie do sie i ślus! Ba co mozemy na to poradzić? Cóz, w tej kwili niestety nic. Jednak kie bedziemy mieli wyryktowany przez pona Manowieckiego i pona Sochackiego suwak casu, to ino przesuniemy nim kapecke po roztacającym sie przed nomi widocku – i juz widzimy piknom Antałówke bez brzyćkiej Aquaparkówki. Proste, a jakie pikne!

Abo wyobroźmy se, ze spacerujemy po najhyrniejsej zakopiańskiej ulicy, a tamok – natrafiomy na tego sakramenckiego McDdonalda. I na inkse cudactwa, ftóre nie majom nic wspólnego z Zakopanem pona Chałubińskiego cy pona Stanisława Witkiewicza, syćko jedno cy starsego cy młodsego, haj. Ba jeśli bedziemy mieli suwak casu, to piknie se go przesuniemy – i zaroz uwidzimy Krupówki z tej piknej epoki, kie McDonald nikomu sie nie śnił nawet w najstraśliwsyk kośmarak.

Z kolei kie pódziemy na ulice Wierchowom, ka stała jesce niedowno pikno willa poni Modrzejewskiej, a teroz juz nie stoi, bo jom zburzono, to tyz worce bedzie takim suwakiem sie posłuzyć – dzięki temu te piknom zabytkowom chałupe piknie ujrzymy na nowo.

Nie wiem ino, cy za sprawom owego suwaka sami bedziemy mogli wkrocyć w starodowny świat cy jedynie bedziemy mogli go widzieć? Ale tak cy siak jo se myśle, ze to bedzie barzo pikny wynalazek. Juz ciese sie straśnie na samom myśl, kielo to piknej przesłości bedzie mozno dzięki cemusi takiemu piknie pooglądać. Zyce ponu Manowieckiemu i ponu Sochackiemu, coby jak najsybciej ukońcyli ryktowanie tego niezwykłego, ponadcasowego (dosłownie i w przenośni) ustrojstwa. Oby im sie udało! Ponie Manowiecki i ponie Sochacki, zyce powodzenia! Hau!

P.S.1. A w ten cwortek… momy Hortensjecki imieniny. Wiemy, ze ostatnie miesiące były dlo nasej Hortensjecki barzo trudne i smutne… Tym bardziej, ostomili, wyściskojmy jom piknie i za jej zdrowie piknie wypijmy :D

P.S.2. W poniedziałek zaś podwójne święto w nasej budzie – Zbyseckowe imieniny i Jędrzejeckowe urodziny. No to zdrowie Zbysecka i Jędrzejecka! :D

8.03.2014
sobota

Jak strugnąć lufe w kufe i nie wyjść na beskurcyje?

8 marca 2014, sobota,

Do niedowna nie wiedziołek, ze istnieje takie casopismo, co to mo tytuł „Grazia”. Ale teroz juz piknie wiem. I nawet miołek niedowno w swoik łapak jeden z ostatnik numerów. Nolozłek tamok felieton poni Pauliny Młynarskiej. O cym on był? Ano o tym jak to jest z róznymi pretensjami wśród góroli, a jak wśród ceprów. U góroli wyglądo to tak, ze kie dochodzi tu do konfliktów – a z uwagi na wrodzony temperament Podhalan dochodzi, i to często – można stać się świadkiem spięcia słownego, którego kwiecistość i pomysłowość przechodzi wszelkie ceperskie pojęcie. Gdy to nie wystarcza, zawsze można, a nawet trzeba „strugnąć” przeciwnikowi „lufe w kufe” [...] i raczej nie słyszy się o tym, że ktoś się na kogoś obraził, strzelił lub strzeliła focha i nie wiadomo o co mu/jej chodzi. Wiadomo i to od razu.*

Jak zaś według felietonistki majom sie te rzecy u ceprów? W sumie dosyć dziwnie. Ceper, ftóry mo jakisi zol do inksego cepra, nie wyjaśni, o co mu idzie, ino bedzie chodził obrazony i nabzdycony. A zapytany, co sie stało, odpowie, ze nic… i dalej bedzie sie nabzdycoł. Haj.

Kielo racji jest w tym felietonie – rózni róznie mogom ukwalować. Ale prowdom jest, ze obrazalscy istniejom. Jedni mogom godać, ze jest ik duzo, drudzy, ze mało. Jedni mogom twierdzić, ze som tyz obrazalscy górole, drudzy, ze nie. Ale faktem jest, ze obrazalscy istniejom na tej plancie i ślus. Nie ino ludzie – psy, koty i konie tyz, o cym pewnie wielu z wos miało okazje piknie sie przekonać.**

No i poni Młynarska pedziała, ze syćka obrazalscy draźniom jom straśnie. Ja już wolę „lufe w kufe” – wyznała – oczywiście nie dosłownie, tylko słownie*** Hmm… ino cemu słownie? Pytom cemu, bo problem w tym, ze słownie chyba sie nie do. Prowdziwo lufa w kufe musi być dosłowno. Inacej to bedzie podróba. I do prowdziwej, dosłownej lufy bedzie sie miała tak ja miód śtucny do pscelego. Haj.

Tak więc, ostomili, kie spotkocie poniom Młynarskom kasi na ślaku i przez jakisi przypadek dojdzie między womi a niom do jakiegosi nieporozumienia, to mozecie mieć problem. Bo co wte powinniście zrobić? Strugnąć lufe w kufe? To by było nieładnie. A kieby jesce w dodatku tym strugającym był chłop – no to juz skaranie boskie! Przecie dzentelmen nie bedzie damy bił. Ba z drugiej strony… poni Młynarska wyraźnie o te lufe w kufe pyto…

Krucafuks! I tak źle, i tak niedobrze. Cy jest jakiesi trzecie wyjście? Na scynście jest! Moi ostomili, jeśli traficie w okolice, ka poni Młynarska cynsto sie krynci, cyli na przykład do Kościeliska, to wse miejcie przy sobie dwa maluśkie plasterki oscypka. Cemu dwa? A bo w starodownyk casak, kie najgorsym stopniem w skole była nie jedynka, ino dwója, to ucniowie róznie na te dwóje godali, między inksymi nazywali jom lufom. Więc w rozie cego – dojcie poni Młynarskiej, te dwa plasterki, inksymi słowy: dojcie jej lufe plasterków. I popytojcie jom, coby skostowała. Jeśli zje, to tym samym wsadzi je do swej kufy, cyli cel bedzie piknie osiągnięty – dostonie od wos lufe w kufe, ale kulturalnie, bez robienia krziwdy. Ocywiście mozecie te poniom pocęstować tyz cymsi inksym, niekoniecnie oscypkiem. Ale wozne, coby tego cegosi były dwie śtuki. Ino wte owom „lufe w kufe” bedzie mozno uskutecnić. No… moze mozno w jesce jeden sposób – zaprosić do korcmy na lufe, cyli na kielisecek gorzołki. Bajako.

I jesce jedno fciołbyk pedzieć. Ftosi moze próbować dowieść, ze zoden sposób dawania w kufe nie jest kulturalny, bo niekulturalne jest samo słowo „kufa”. Ba jo byk sie z tym nie zgodził. To znacy owsem, jest ono niekulturalne w języku ceprowskim. Ba w góralskim – moim owcarkowym zdaniem – słowo „kufa” jest pikne. Sakramencko pikne i ślus! Hau!

* P. Młynarska, Republika obrażonych, „Grazia” 2014, nr 1 (30), s. 37.
** Naprowde konie tyz umiom sie obrazić. Pod Turbaczem na przikład był kiesik taki jeden koń, chyba pracoholik, bo obrazoł sie na swego gazde wte, kie… ten gazda do pracy w polu zamiast konia, broł traktor. To jest fakt autentycny. Haj.
*** P. Młynarska, op.cit., s. 37.

4.03.2014
wtorek

Kiełbasa jałowcowo dlo syćkik!

4 marca 2014, wtorek,

Nie boce juz, cego sukołek w internecie, kie nagle natrafiłek na tytuł: Lecznicze właściwości jałowca. Na mój dusiu! Artykuł pod tak piknym tytułem musiołek koniecnie przecytać. Więc przecytołek. Jak sie okazało, zbyt wiele do cytania tamok nie było. Ale brzmiało piknie:

Jego owoce [tego jałowca, znacy sie] działają m.in. pobudzająco na żołądek i wątrobę. Dlatego napar z nich stosuje się przy zaburzeniach trawiennych.

No, no. Naprowde jałowiec działo tak piknie? – zaciekawiłek sie. I coby ciekawość swom zaspokoić, zacąłek sukać stron, ka piknie potwierdzonoby te informacje. No i nolozłek. Na przykład stela dowiedziołek sie, ze jałowiec moze być stosowany w leceniu zaburzeń oddawania moczu, obrzęków pochodzenia nerkowego i/lub sercowego. Wspomagająco w kamicy moczowej, w niewydolności wątroby i niedostatecznym wytwarzaniu żółci, zastoju w drogach żółciowych i związanych z tym zaburzeniach trawiennych. Stosowany w małych dawkach poprawia apetyt, zapobiega wzdęciom oraz poprawia trawienie.

Równie pikne rzecy o owocak tego piknego krzewu napisano tyz tutok. Potem pomyślołek, coby tyz poza internetem cegosi posukać. No i w jednej ksiązce mojej gaździny wycytołek, ze nie ino dlo ludzi jałowiec to pikno rzec, ba dlo zywiny tyz. Dodatek jałowca do paszy – napisali w tej ksiązce – pobudza mleczność krów i uodparnia zwierzęta na choroby. W weterynarii należy do leków moczopędnych i przeciwzapalnych.*

Na mój dusicku! I pomyśleć ino, ze jo potela jodłek kiełbase jałowcowom ot tak sobie, dlo przyjemności, nic a nic przy tym nie śpekulując, cy mo ona jakisi wpływ na moje zdrowie. A tutok prose piknie! To chyba cud, ze jo jesce nie pękłek od wielkiej fury zdrowia naryktowanego w moim owcarkowym organizmie przez te syćkie jałowcowe kiełbasecki! No bo nimo przecie wątpliwości, ze skoro jałowiec jest zdrowy – to wyroby, ftóryk jest składnikiem, z pewnościom tyz piknie zdrowe być musom. Haj.

Ale przecie nie ino jo te kiełbase zajadom. Furt cęstuje niom syćkik gości Owcarkówki. I jak ostomili? Nie cujecie sie dzięki temu zdrowsi? Nie odnosicie wrazenia, ze wase zołądki, wase wątroby i inkse wase organy majom sie duzo lepiej niz kiesik? E, głupie pytanie. Wiadomo, przecie, ze odpowiedź moze być ino jedno: ocywiście ze jesteście zdrowsi!

No to wobec tak piknyk ustaleń naukowców co do właściwości jałowca – muse zacąć dostarcać tutok jesce więcej kiełbasy jałowcowej niz potela. Felkowo masarnia wprowdzie na tym ucierpi, ale niekze ta. Przecie zdrowie ogółu jest wozniejse od Felkowyk interesów. Bajako. A zatem kiełbasa jałowcowo dlo syćkik! Hau!

P.S.1. Na mój dusicku! A w poniedziałek Fusilleckowe urodziny były! No to zaroz trza Smadnego hytać i cym prędzej za pomyślność nasej ostomiłej Jubilatki wypić. Zdrowie Fusillecki :D

P.S.2. A w najblizsy piątek – Profesoreckowe imieniny bedom. No to zdrowie Profesorecka.! :D

P.S.3. Zaś pod ostatnim wpisem pojawił sie tutok ftosi, fto był nom znany, ba potela w Owcarkówce nie bywoł – to Aleckowo Mrusiecka. Powitać Mrusiecke barzo piknie! :D

* D. Tyszyńska-Kownacka, T. Starek, Zioła w polskim domu. Wydawnictwo Watra, Warszawa 1989, s. 102.

1.03.2014
sobota

O wyzsości olimpiady zimowej nad letniom

1 marca 2014, sobota,

1. Olimpiadom zimowym barzo cynsto towarzysom pikne górskie widocki. Olimpiadom letnim – barzo rzadko.

2. Na olimpiadzie zimowej nimo takiej dyscypliny, ka przepisy zezwalajom na zadawanie bliźniemu bólu. Natomiast na olimpiadzie letniej… jest boks.

3. Wedle mojej subiektywnej owcarkowej oceny – nasi zimowi olimpijcycy som zazwycaj sympatycniejsi od letnik. Choć ocywiście wśród letnik tyz zdarzajom sie barzo sympatycni ludzie, jak choćby pon Majewski, cłowiek, ftóry nie ino sie kulom nie kłanio, ale jesce rzuco nimi tak daleko ze hej!

4. Transmisje z zimowej olimpiady to jo se moge oglądać bez problemu – wystarcy ze hipne na sterte drew na podwórzu i poźre przez okno. Natomiast latem mom trudniej, bo wte siedzie z bacom i owieckami na holi. Na holi teoretycnie moge oglądąć olimpiady na laptopie – ale ino teoretycnie. Bo podcas sportowyk transmisji juhasi straśnie tego laptopa okupujom i zasłaniajom mi cały ekran.

5. Kie poziromy na letnie igrzyska, to wzdychomy: Eh, w XX wieku to dopiero były pikne olimpiady! W takim Tokio, Monachium, Montrealu cy Atlancie to nasi po siedem złotyk medali umieli wywalcyć. A do tego jesce całom kupe srebrnyk i brązowyk. A teroz? Nasi na podiumak stajom duzo rzadziej niz w downyk casak. Duuuuuzo rzadziej! Ba kie poziromy na zimowe igrzyska – to nie musimy tak wzdychać, bo na zimowyk właśnie teroz nasi sportowcy wypadajom barzo piknie! I zdobywajom duzo więcej medali niz w wieku ubiegłym. Bajako.

6. Jest jesce jedno sprawa z tymi medalami. Otóz z tymi zdobytymi na letnik olimpiadak furt cosi sie nom kiełbasi. Pon Kaczmarek stracił swój złoty medal z Montrealu, bo wykryto u niego dopingowe plugastwa. Poni Walasiewicz nie wiadomo, cy nie straci swyk piknyk medali pośmierztnie, bo okazało sie, ze była chłopem (choć z tego co wiem, ona sama mogła nie mieć o tym pojęcia). O bycie chłopem podejrzewano tyz poniom Kłobukowskom. Na scyście okazało sie, ze niesłusnie, ale niebezpieceństwo pozbawienia jej medali było – i to dosyć spore. Kie zaś idzie o zimowe olimpiady – tutok momy spokój, bo do medali zdobytyk przez nos na zimowyk igrzyskak racej nifto zodnyk uwag nimo.

7. Godajom nieftórzy, ze te całe igrzyska w Soczi to tak naprowde były igrzyska pona Putina. Cóz, pon Putin jest, jaki jest, ale mimo syćko jego rządy racej nie nalezom do najbardziej krwawyk. W ogóle zodno z dotykcasowyk zimowyk olimpiad nie jest kojarzono z jakomsi krwawom dyktaturom. Natomiast jedno letnio niestety jest – ta w 1936 roku.

8. Polska nie moze sie pokwolić, ze brała udział we syćkik nowozytnyk letnik igrzyskak. Kie zaś idzie o zimowe igrzyska – to piknie moze!

9. Argumentem za wyzsościom letniej olimpiady mogłoby być to, ze letnio racej nie grozi znisceniem nasyk Tater. Natomiast zimowo – owsem grozi, jeśli do skutku dojdzie pomysł ryktowania zimowyk igrzysk w Krakowie i okolicak. Mom jednak nadzieje, ze powtórzy sie historia sprzed kilkunastu roków, kie to przedstawiciele Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, fcąc przyjrzeć sie mozliwościom zrobienia olimpiady pod Giewontem, rusyli autem na Podhole. No i utknęli w tak piknym korku na „zakopiance”, ze zaroz pedzieli: Ostomili Polacy, wybijcie se lepiej z głowy wase marzenia o tym, cobyście gazdami igrzysk olimpijskik zostali. Haj.

Rzec jasno fto mo ochote, moze sie ze mnom w nieftóryk punktak nie zgodzić. Abo nawet we syćkik. No i dobrze. Bo przecie kieby my tutok syćka furt ino sie zgadzali, to by zrobiło sie tak nudno, ze nawet kuflami Smadnego Mnicha nie zdołaliby my tej nudy rozgonić.
Ba tak w ogóle kie za dwa roki bedzie letnio olimpiada w Brazylli, to tyz jak najbardziej bede sie ciesył z sukcesów Polaków. I syćkim nasym sportowcom – z wyjątkiem bokserów ocywiście – bede piknie kibicowoł. Haj.

Na mój dusiu! Ale jo ostatnio wpisów o olimpiadzie naryktowołek! Chyba juz wpodłek w jakisi nałóg! Ale to nie mojo wina! Nie mojo, ino nasyk siumnyk olimpijcyków. Musieli zdobyć w tym Soczi tak duzo medali? Przecie kieby zdobyli ik mniej – jo byk mniej o tej olimpiadzie pisoł. Bajako. Ba wreście cosi muse ze sobom zrobić, bo jak tak dalej pódzie, to zacne nazywać sie pon Szaranowicz. Abo inksy pon Kurzajewski. Tymcasem jo nic przeciwko tym dwóm ponom nimom – wole jednak pozostać zwykłym podhalańskim owcarkiem. Tak więc zrobie syćko, coby następny wpis juz nie mioł nic wspólnego z olimpiadom. Ani w ogóle ze sportem. Trudne to bedzie, bo niełatwo przecie zerwać z nałogiem, ale zrobie syćko, co w mojej owcarkowej mocy. Hau!

27.02.2014
czwartek

Olimpijsko prognoza świstaków sprawdziła sie piknie

27 lutego 2014, czwartek,

Jako godołek we wpisie z 5 lutego, tatrzańskie świstaki przepowiadały, ze olimpiada w Soczi bedzie dlo nos barzo pikno. No i teroz kozdy musi przyznać, ze świstaki miały racje. Bo była pikno! Tak pikno, ze nawet krzesła skakały ze scynścia, na co najlepsy dowód nojdziecie tutok. Jo wiem, syćka, co uwidzieli ten filmik, godajom, ze pon Szaranowicz przewrócił krzesło, kie poderwoł sie na równe nogi po piknym skoku nasego Kamila. Ale moim zdaniem to było kapecke inacej. Według mnie, ostomili, krzesło uznało, ze skoro nojduje sie pod rzyciom polskiego komentatora, to powinno kibicować Polakom. No i kie nas Kamil wygroł, to ono jaz hipło z radości do wierchu. Ale krzesła nie som przyzwycajone do skakania i dlotego ten bidny mebel sie przewrócił. Haj.

Na mój dusiu! Teroz to raduje sie serce i radujom sie syćkie pozostałe cynści organizmu od samego ino pozirania na olimpijskie statystyki! Zdobyli my w tym Soczi telo złotyk medali, kielo nie udało sie nom od casu letniej olimpiady w Sydney w 2000 rocku. A kie o zimowe igrzyska idzie – nigdy nie było tak dobrze! Owsem, śtyry roki temu w Vancouverze medali było telo samo, co teroz. Ba tamok Mazurek pona Dąbrowskiego dlo zwycięzcy zabrzmioł ino roz. A w Soczi – śtyry rozy! Pikne śtyry rozy! Dlo tego, fto wierzył świstakom, ocywiście nie było to zodnym zaskoceniem. Syćka pozostali zaś teroz juz bedom wiedzieli, ze kie idzie o przewidywanie wydarzeń w sporcie – tym sympatycnym gryzoniom mozno piknie wierzyć. Haj.

Media donosom, ze teroz nasi siumni medaliści kapecke sie wzbogacom, najbardziej zdobywcy pierwsyk miejsc, bo za kozdy złoty medal majom dostać po 120 tysięcy złotyk. To duzo cy mało? Moim zdaniem – jak na radość, jakiej nom naryktowali – wcale nie duzo. A na pewno sakramencko mało w zestawieniu z ponad półmilionowom premiom dlo pona, ftóry kierowoł budowom Stadionu Narodowego we Warsiawie. Juz mniejso z tym, ze nie momy z tego stadionu zbyt wiele pozytku – polscy piłkorze furt tamok przegrywajom i przegrywajom. Ale – na mój dusiu! – przecie dałoby sie noleźć w nasym kraju tysiące ludzi, ftórzy z powodzeniem mogliby tego pona zastąpić! A kielo osób w Polsce mogłoby zastąpić Justysie abo Kamila? No kielo? Hę?

A tak w ogóle… godomy i godomy o Polakak, ftórzy piknie w tym Soczi stawali na podiumie, tymcasem byli tyz i tacy, ftórym to sie nie udało. Licono na jakisi medal w biatlonie – nie wysło. Cy ftosi cosi tam majstrowoł przy karabinie poni Krysi Pałki cy nie, tego na rozie nie wiemy – ale faktem pozostoje, ze nie wysło. Licono na medal w skokak druzynowyk – blisko było, ale tyz nie wysło. Ba cy o tyk olimpijcykak, ftórzy wrócili do kraju bez medalu, mozno pedzieć, ze zawiedli? Eee tam! Mnie nie zawiódł zoden z nik. Polski sportowiec zawieść mógłby mnie wte, kieby na przykład zachowoł sie nie fair wobec rywala. Abo kieby wyryktowoł w tym Soczi jakomsi pijackom burde. Abo kieby pedzioł, ze straśnie nie lubi owcarków. Potela jednak nic mi nie wiadomo, coby cosi takiego miało miejsce. A ze nieftórzy nasi olimpijcycy wrócili do kraju bez medali? Cóz… jeśli miołbyk mieć o to do nik pretensje, to musiołbyk tyz mieć pretensje do syćkik zyjącyk polskik pisorzy, ze zoden z nik nimo literackiego Nobla. Abo do poni Holland cy do inksego pona Zanussiego, ze zodne z nik nie zdobyło potela Oskara. Bajako.

Zatem tak jak wypiłek juz niemało Smadnego Mnicha za nasyk olimpijcyków-medalistów, to teroz wypije za niemedalistów, ftórzy tyz walcyli piknie. Zdrowie nasyk siumnyk niemedalistów! Hau!

24.02.2014
poniedziałek

Niek godo

24 lutego 2014, poniedziałek,

Niedowno pedziołek, ze kiebyk nie był polskim owcarkiem, to głównym bohaterem skoków w Soczi byłby dlo mnie pon Kasai (przy całym piknym uznaniu dlo mistrzostwa nasego Kamila rzec jasno). Natomiast o biegak narciarskik na tej olimpiadzie moge pedzieć to, ze jakiej narodowości psem byk nie był – to i tak byk godoł, ze ik głównym bohaterem była Justyna Wielka z Kasiny Wielkiej. No bo na mój dusiu! Mieć połamanom stope, a mimo to zająć roz sóste miejsce indywidualnie, roz piąte miejsce w druzynie i roz… pikny złoty medal – to jest dopiero wycyn! A dostać od jednej z rywalek cios w te bidnom cierpiącom stope, a mimo to przez ponad 10 kilometrów piknie hybać i utrzymywać sie w cołowej dziesiątce – to tyz jest racej nie byle co! Heeeej! Co pon Korzeniowski nagodoł na te nasom Justysie, to nagodoł. A Justysia zrobiła swoje. I ślus.

Wypijmy więc roz jesce za te jej sukcesy. I za to, coby ta jej stopa zrosła sie jak trza i wyzdrowiała wreście. Kie zaś juz, ostomili, wypijecie, to mozecie siednąć przed komputrem i obejrzeć ten oto filmik. Najpierw niestety uwidzicie jakiesi sakramenckie reklamy. Ale zaroz potem – niedługi, ba pikny dokument, ka o nasej siumnej narciarce opowiadajom rózni ludzie, ftóryk napotkała ona w róznyk okresak swego zywobycia. Mniej więcej w ósmej minucie uwidzicie, jak gwarzy o niej jej downo poni naucycielka. Ta naucycielka zbocowuje, jak to roz Justysia została ukarano za godanie podcas lekcji z kolezankami. Kara była tako, ze kozdo z gaduł musiała po sto rozy napisać: nie będę gadała. Heeej! Justysie podobno jaz ręka rozbolała od pisania! Ba ciekawe, ze kartecka, na ftórej to pisała, zachowała sie do dzisiok. Bo ta skoła piknie zbiero tego rodzaju „pamiątki” (swojom drogom – to barzo dobry pomysł). Ta historycno juz kartecka została w filmie piknie pokazano. I co tamok widzimy? Ano… pracowicie wypisane: nie będę gadała, nie będę gadała, nie będę gadała… Nie widać, cy faktycnie sto rozy, ale nalezy sie domyślać, ze tak. Ba pod ostatnim nie będę gadała widnieje wyryktowany wielkimi literami napis: I TAK SOBIE POGADAM. I na koniec podpis: Justyna Kowalczyk.

Na mój dusiu! Cało Justysia! Cało prowda o niej! Cyz na olimpiadzie nie zadziało sie cosi podobnego? Chyba sie zadziało. Ta złamano stopa pedziała do swej właścicielki tak:
- Mojo ty ostomiło, Justysiu. Nie fce cie martwić, ale ty w tym Soczi nika nie pobiegnies.
- A to cemu? – spytała zdziwiono Justysia.
- Bidno, złamano jestem – pozaliła sie stopa. – Nie mozes biec.
- No, mozno chociaz spróbować… – zaproponowała Justysia.
- Co?! Spróbować?! – zawołała stopa. – Polski piłkorz przy duzo mniejsej dolegliwości nic nie próbuje, ino becy jak ta beksa-lala. I ukwalowuje, ze przez najblizsy rok nie do rady grać w polskiej reprezentacji. Co najwyzej kasi w zagranicnym klubie za zagranicne dutki. Haj.
- Ale jo tak piknie licyłak na kolejny olimpijski medal – westchnęła Justysia.
- Trudno, zycie jest brutalne. – Stopa ucięła dyskusje. – Im prędzej to zrozumies, tym lepiej. Wbij se to do głowy, ze nie bedzies biegać i ślus. Najlepiej weź se kawałek papieru, weź długopis i napis tysiąc rozy: Nie będę biegała.

No i Justysia napisała Nie będę biegała tysiąc rozy. A na koniec dopisała: I TAK SOBIE POBIEGAM!!!. I pobiegła. I pikny medal zdobyła! Cyli w sumie o dwa mniej niz na poprzedniej olimpiadzie, ale bierąc pod uwage stan jej nogi, to ten jeden medal jest chyba więksym sukcesem niz tamte trzy. Bajako.

No a wracając do tego godania Justysi na lekcjak, to ciekaw jestem, cy ona w dalsym ciągu jest takom gadułom, jakom w casak skolnyk była? Barzo mozliwe, ze tak, bo przecie cym skorupka za młodu nasiąknie… i tak dalej. Ale jo piknie pytom, coby teroz juz nifto nie zabranioł jej gadulstwa, ani jej za to nie karoł. Za te wielkom radość, jakiej naryktowała nom – na olimpiadak i nie tylko – niek teroz godo se telo, kielo mo ino ochote. Dziewcyna zasłuzyła! Hau!

23.02.2014
niedziela

Śtyry zerknięcia na telewizor

23 lutego 2014, niedziela,

W ten pikny sobotni poranek hipłek na stos drew pod sopom. Stamtela mogłek poźreć przez okno chałupy na nojdujący sie w środku telewizor. No i uwidziołek, ze nie jest dobrze… Był właśnie narciarski bieg dziewcyn na 30 kilometrów. Naso bidno Justysia mało ze biegła z połamanom stopom, to jesce – o, Jezusicku! – zaroz po starcie wpadła na niom fińsko biegacka! Pech fcioł, ze akurat na te uskodzonom stope wpadła! No krucafuks! Justysia to twardo górolka. Łatwo sie nie poddała. Ale niestety… casem przeciwności losu som ogromne i wte nawet twardy górol se z nimi nie poradzi. Casem zaś te przeciwności som nie ogromne, ino… sakramencko ogromne. I wte nie poradzi se z nimi nawet twardo górolka. Haj.

Po południu poźrełek na telewizor ponownie. I uwidziołek, ze znowu dzieje sie niedobrze. Nasi łyzwiorze ścigali sie z Kanadyjcykami o trzecie miejsce. Niestety przegrywali. Najpierw byli o sekunde gorsi, potem o dwie… Ale w pewnej kwili! Na mój dusicku! Cosi sie stało! Nie barzo wiem co, ale prowdopodobnie pon Bródka i jego koledzy uświadomili se, ze Kanada to barzo ciekawy kraj i ze worce go zwiedzić. Wte postanowili spytać kanadyjskik łyzwiorzy, co w ik kraju jest najbardziej godne zobacenia. Ba coby móc ik spytać, nalezało ik dogonić. Więc rzucili sie w pogoń. Gonili, gonili, gonili… Jaz z rozpędu nie ino ik dogonili, ba nawet przegonili. No i na mecie byli pierwsi. I w ten sposób zdobyli my pikny brązowy medal. Haj.

Niedługo potem poźrełek ku telewizorowi po roz trzeci. Tym rozem dobrze sie działo. Nase dziewcyny ścigały sie na łyzwak z Holenderkami. Ale to był finał, więc jasne było, ze cokolwiek sie zadzieje – miejsce na podiumie momy zapewnione. Muse wom przy tym pedzieć, ze dlo mnie to był najspokojniejsy finał z udziałem polskiej reprezentacji. No bo potela – cy to podcas finałów na olimpiadak cy na jakisik inksyk mistrzostwak – wse musiołek sie denerwować: wygrajom nasi cy przegrajom? Wygrajom cy przegrajom? Wygrajom cy przegrajom? A tutok – nie było sie cym turbować, bo wiadomo było, ze z druzynom holenderskom nie wygromy. No chyba ze przydarzyłoby se tej druzynie jakiesi niescynście, na przykład kieby jedno z jej łyzwiorek poślizgła sie i przewróciła. Ino wte… nie barzo byłoby wiadomo, cy ze złota zdobytego w ten sposób ciesyć sie cy nie. A tak – momy srebro i wiadomo, ze mozemy ciesyć sie piknie! Haj.

Z wiecora zaś poźrełek ku telewizorowi po roz cworty. I uwidziołek transmisje z narciarstwa alpejskiego. Ba zoden Polak tamok nie startowoł. Kapecke skoda, no bo… skoro poźrełek w telewizor pierwsy roz i nie zdobyli my zodnego medalu, poźrełek drugi roz i zdobyli my medal brązowy, poźrełek po roz trzeci i zdobyli srebrny… to jaki medal powinni my wywalcyć za cwortym rozem? Na mój dusiu! Prawa logiki som przecie niezmienne i niepodwazalne! Po braku medalu, medalu brązowym i medalu srebrnym… jedynym logicnym kolejnym elementem tego ciągu mogło być ino złoto! Złoto wroz z piknym Mazurkiem pona Dąbrowskiego zagranym na ceść polskiego mistrza! Cało bida w tym… ze nie było komu tego złota zdobyć. I kie uświadomiłek se te rzec, to pomyślołek, ze mógłbyk wyryktować jakiegosi maila do Polskiego Komitetu Olimpijskiego i wytknąć mu, ze popełnił błąd nie wystawiając zodnego Polaka w tej konkurencji. Tak se właśnie pomyślołek. Ale niekze ta. Nie zrobiłek tego. No bo mało to nasi olimpijcycy w Soczi naryktowali nom radości? Mało? Krucafuks! Przecie syćka wiemy, ze niemało. Wręc przeciwnie – naryktowali jej więcej niz na ftórejkolwiek z poprzednik zimowyk olimpiad! Tak więc dołek se spokój ze słaniem maili. Wolołek zając sie wykradaniem bacy Smadnego Mnicha, coby wznieść pikny toast za nase dwa ostatnie medale. A Polskiego Komitetu Olimpijskiego – przynajmniej na rozie – nie bede niepokoił. Hau!