30.07.2015
czwartek

Dobre wiadomości z kosmosu

30 lipca 2015, czwartek,

Nolozłek jo w internecie barzo ciekawy kosmicny artykuł. Co tamok napisali? Ano to, ze istnieje podobno długa lista niepokojących faktów, które wskazują na występowanie nieznanych procesów, wpływających na wszystkie planety z Układu Słonecznego. O, krucafuks! – pomyślołek. – Niedobrze! Barzo niedobrze! Co robić? Moze pohybać do Zbójnickiej Jamy niedaleko Turbacza i schować sie tamok przed tymi syćkimi “niepokojącymi faktami”? A moze trza uciekać do inksej galaktyki? To by było dość trudne przedsięwzięcie, ale… mógłbyk zakraść sie do sklepu metalowego, nalezącego do Felka znad młaki, wynieść stamtela odpowiednie narzędzia i wyryktować piknom rakiete kosmicnom, ftórom mozno by było polecieć ku dalekim gwiozdom w posukiwaniu nowego domu. Ocywiście rakieta musiałaby być odpowiednio duzo, coby zmieścła bace z gaździnom, syćkie nase owiecki i syćkik bywalców Owcarkówki. Zmieścić by sie tyz musioł na telo spory zapas Smadnego Mnicha i kiełbasy jałowcowej, coby wystarcyło jaz do nolezienia planety, ka piknie ryktujom jedno i drugie.

Ba coby dokładnie wiedzieć, jakie kroki trza podjąć, nalezało docytać artykuł do końca. Wróciłek więc do lektury. I oto co wycytołek: Od 1901 roku pole magnetyczne Słońca wzrosło o 230 proc. i nikt nie wie dlaczego. Na mój dusiu! To mo być niepokojąco wiadomość? Tutok nimo co sie niepokoić, ino trza sie weselić! Piknie weselić! Przecie kozdemu z nos, cynściej lub rzadziej, zdarzało sie porywać z motykom na Słońce. Ba potela kozdy z tyk porywów z góry skazany był na niepowodzenie. Cemu? Bo nigdy nifto – choćby mioł najpikniejsom motycke – nie doł rady tego Słońca sięgnąć. Ba teroz – jest pikno sansa, ze to sie zmieni. Musicie ino sprawić se motyke wyryktowanom z odpowiedniego metalu. I wte kie rzucicie niom ku Słonku, to jego rosnące w siłe pole mangetycne piknie jom ku sobie przyciągnie. Cel zostonie osiągnięty. Wreście! Haj.

Tak więc pierwsy z tyk rzekomo niepokojącyk faktów tak naprowde wcale nie jest niepokojący. Ba moze kolejny bedzie gorsy? Coby sie tego dowiedzieć, cytołek dalej. A dalej było takie zdanie: Poza tym zaskakujące jest to, że Księżyc znacznie zwiększył swoją szczątkową atmosferę. O, Jezusicku! To kolejno dobro wiadomość! Atmosfera na Księzycu? Piknie! Barzo piknie!Bo przecie jak atmosfera tamok bedzie, to i oddychać bedzie cym. Bajako.

Co jesce tamok napisano? Posłuchojcie: do kolekcji osobliwości z Układu Słonecznego trzeba dodać to, co sonda Messenger odkryła na Merkurym. Nieoczekiwanie na najbliższej Słońcu planecie skalistej odkryto pokrywy lodowe na biegunach. Oooo! Tyz barzo dobrze! Merkury, jest prawie trzy rozy blizej Słońca niz Ziemia. No to wyobrazocie se, jak ta bidno planeta cierpi, będąc w poblizu tej przeogromnej kuli ognia? Upały, ftóre w ostatnik tyźniak nawiedzały Europe, to bułka z masłem i oscypkiem porównaniu z tym, co ten bidny Merkury furt musi znosić! Więc jeśli wyryktowały sie tamok jakiesi pokrywy lodowe – to całe scynście! Dzięki nim nas ostomiły Merkurecek bedzie mioł jakomsi ulge. Haj.

Jakie jesce kosmicne zjawiska niepokojom autora (abo autorów) artykułu? Zaroz je piknie wymienie.

* Glob ten [w dalsym ciągu Merkury] ma zaskakująco silne pole magnetyczne.
Barzo dobrze! Przynajmniej kompasy bedom tamok lepiej działały.

* [Na Wenus] zorze polarne […] stały się jaśniejsze i to aż o 2500 proc.
Tyz barzo dobrze! Zorze polarne som pikne! A skoro stały sie jaz o 2500 procentów jaśniejse, to o telo samo bedom pikniejse.

* Z kolei Mars doświadcza podobno globalnego ocieplenia.
Dlo Marsa to jo nie wiem, cy to dobrze cy źle. Ba dlo Ziemi – w sumie dobrze. Na tej nasej piknej planecie rózni ludzie furt zamartwiajom sie globalnym ociepleniem. Worce więc im pedzieć, ze momy towarzysa niedoli – sąsiedniom planete. A kie mo sie towarzysa niedoli – to od rozu jest jakosi raźniej.

* Chmury plazmy nad Jowiszem zaczęły świecić z 200 proc. większą jasnością.
Nie widze powodu, dlo ftórego miałoby to kogosi martwić. Nieftóryk zaś powinno ciesyć. Bocycie, co wołoł pon Goethe? Mehr Licht! Mehr Licht! Ponu Goethemu więc te plazmy nad Jowisem na pewno barzo by sie spodobały. A tym samym – powinny spodobać sie syćkim wielbicielom twórcości tego pona.

* Ogromny pas w atmosferze [Jowisa] zmienił przy tym swój kolor.
Ze zmienił kolor, to mo być źle? To barzo dobrze! Przynajmniej jest jakiesi urozmaicenie. Precki z monotoniom!

* Prędkość równikowego prądu strumieniowego [na Saturnie] znacznie spadła i to zaledwie w ciągu 30 lat.
Barzo dobrze! Kozdy policjant z drogówki wom to potwierdzi, ze mniejso prędkość to bezpiecniejso prędkość.

* Zjawisku [na owym Saturnie] towarzyszy niewytłumaczalny wzrost emisji promieniowania rentgenowskiego na równiku.
Ooo! W przysłości – moze być z tego pikny pozytek. Moze za dwajścia, a moze za sto dwajścia roków ci studenci medycyny, ftórzy obiorom se specjalizacje radiologicnom, nie bedom musieli wysłuchiwać ino nudnyk wykładów w swoik Alma-Materak. Bedom tyz mieli sposobność odbycia piknyk praktyk studenckik na Saturnie.

* Uran znacząco zmienił swą jasność. Wzrosła aktywność atmosferyczna skutkująca pojawianiem się chmur.
No ale co z tyk chmur wynikło? Jakiesi burze? Jakiesi ulewy? Nawałnice? Inksy kataklizm? Nic mi na ten temat nie wiadomo. A brak złej wiadomości – to dobro wiadomość!

* Na Neptunie atmosfera stała się jaśniejsza o około 40 proc.
Barzo dobrze! A cemu? To juz wyjaśniłek, kie gwarzyłek przed kwileckom o Jowisu.

* Nawet mały Pluton odnotował anomalię z ciśnieniem atmosferycznym, które wzrosło o 300 proc.
I to tyz jest barzo dobrze. Wiadomo przecie, ze wyzse ciśnienie na ogół towarzysy piknej pogodzie, a nizse – pogodzie brzyćkiej. Wychodzi więc na to, ze… pogoda na Plutonie jest teroz o 300 procentów pikniejso!

I to by było na telo. Cy zauwazyliście wśród wyzej wymienionyk zjawisk cosi niepokojącego? Bo jo – nic. Artykuł, ftóry mioł wyryktować w nos jakiesi obawy, okazoł sie być artykułem pełnym dobryk wiadomości. Tak więc, ostomili, mozecie spać spokojnie. Bo w nasym piknym Układzie Słonecnym same ino dobre rzecy sie dziejom. Hau!

P.S.1. O! A wcora Grzesickowe urodziny były. No to spóźnione, ale pikne zdrowie Grzesicka! :D

P.S.2. A 6 sierpnia tyz bedzie pikne urodzinowe świętowanie. Tym rozem z okazji urodzin Basiecowyk. Zdrowie Basiecki! :D

P.S.3. A pod ostatnim wpisem dwók nowyk gości zawędrowało do Owcarkówki – Krucek i Victorastecek. Powitać obu gości barzo piknie! :D

6.07.2015
poniedziałek

Brawa dlo tłumaca!

6 lipca 2015, poniedziałek,

Przed rokiem gwarzyłek jo tutok o piknej ksiązecce, ka opowiedziano została prowdziwo historia siumnego Boba z Londynu. Bocycie, fto to był ten Bob? Ano taki jeden bidny bezdomny kot. Pewnego dnia trafił on na równie bidnego ulicnego grajka, ftóry nazywoł sie pon James Bowen. Ze zywina wyglądała straśnie płóno, pon Bowen zlitowoł sie nad niom piknie i postanowił sie niom zaopiekować. No i wkrótce ci dwaj stali sie parom piknyk przyjaciół. Dutków nie mieli, porządnej chałupy tyz nie mieli (ino byle jakom klitke od opieki społecnej), mieli za to siebie i to wystarcyło, coby pon Bowen był scynśliwsy niz niejeden milioner, a Bob scynśliwsy niz niejeden zwierzok zyjący w willi wyzej wymienionego milionera.

Heeej! Nie wiem, cy wiecie, ba teroz jest do dostania w księgarniak ksiązka Świat według Boba. Kie jom przecytocie, to piknie poznocie dalse przygody tej niezwykłej pary, casem śmiesne, casem straśne, a casami śmiesno-straśne.

Nojdziecie tyz tamok gorzć informacji praktycnyk. Na przikład takom, ze od kociego mruczenia zrastają się złamane kości.* Podobno wibracje ryktowane przez to “mrrr-mrrr” tak właśnie działajom. No to na mój dusiu! Przecie nieco ponad pół roku temu naso Alecka miała złamanom ręke! Kielo casu jej kość musiała sie zrastać? Dokładnie nie boce. Ale wiem juz jedno – z całom pewnościom zrastałaby sie duzo dłuzej, kieby nie to, ze Mrusiecka była w poblizu i mrucała piknie. Haj.

Jedno rzec mnie w tej ksiązecce zaskocyła. Podtytuł. A właściwie jego polskie tłumacenie: Dalsze przygody ulicznego kota i jego człowieka. Moje zaskocenie wzięło sie stela, ze w oryginale jest mowa nie o kocie i jego cłowieku, ino na odwyrtke: o cłowieku i jego kocie. O, prose piknie: The further adventures of one man and his street-wise cat. No to jak w końcu jest krucafuks? Fto tutok do kogo nalezy? Bob do pona Bowena cy pon Bowen do Boba? Właściwie to mozno by spytać, jak to w ogóle jest w związkak ludzko-kocik? Fto jest właścicielem kogo? I jak prowidłowo powinno brzmieć hyrne zdanie z elementorza: “Ala ma kota” cy “Kot ma Alę”? Ocywiście, mozno pedzieć, ze cłowiek i kot piknie nalezom do siebie nawzajem. Ale… fto do kogo bardziej? He? I cóz… Rózni róznie mogom o tym ukwalować. Ba jo – kie pozirom na takie obrazki jako ten, abo ten, to dochodze do wniosku, ze to kot jest ponem, a cłowiek – podwładnym. No chyba, ze jakisi cłek widzi w futrzastym stworzeniu nie kompana, ino wyłącnie narzędzie do łapania mysy w stodole. To wte moze być inacej. Ba w pozostałyk wypadkak – wierchuje kot. Pon Bowen zreśtom zdoje sie potwierdzać to, co godom, bo pado na przikład tak: Zgodnie ze starym powiedzeniem to kot wybiera ciebie, a nie ty jego.**

W inksym miejscu przyznoje: Będąc z Bobem, sporo się nauczyłem. […] Nauczył mnie równie dużo, jeśli nie więcej, niż wszyscy ludzie, jakich znałem. Od dnia naszego spotkania udzielił mi lekcji z tylu przedmiotów: odpowiedzialności, przyjaźni, bezinteresowności.*** Cyli sprawa jest jasno: Bob jest w tym układzie wozniejsy, bo jest tutok mistrzem, zaś pon Bowen – ino jego ucniokiem. I ślus.

Tak więc, moi ostomili, jo godom, ze prawidłowo jest polsko wersja tytułu, a nie angielsko. I myśle, ze w związku z tym pikne gratulacje nalezom sie tłumacowi Świata według Boba, ponu Andrzejowi Wajsowi. Bo to chyba rzadko rzec, coby tłumacenie było lepse niz oryginał. A w tej ksiązecce – właśnie z tom rzadkom rzecom momy piknie do cynienia. Brawo, ponie tłumacu! Pikne brawo! Hau!

P.S.1. O! A 1 lipca mieli my rocnice ślubu Olecki. No to zdrowie Olecki i Pona Olecowego! :D

P.S.2. Z kolei w najblizsom środe, 8 lipca, bedziemy mieli Babeckowe imieniny. A zatem… zdrowie Babecki! :D

P.S.3. A w niedziele 26 lipca – potrójne świętowanie w Owcarkówce! Imieniny Aneckowe, Aneckowo-Schroniskowe i Fusilleckowe. Zdrowie Anecki, Anecki Schroniskowej i Fusillecki! :D

* J. Bowen, Świat według Boba. Dalsze przygody ulicznego kota i jego człowieka, przeł. A. Wajs. Wydawnictwo “Nasza Księgarnia”, Warszawa 2014, s. 238.
** Ibidem, s. 118.
*** Ibidem, 179.

17.06.2015
środa

Najprzyjemniejso ksiązka poni Fannie Flagg

17 czerwca 2015, środa,

Jest w księgarniak nowo pikno ksiązecka poni Fannie Flagg – Babska Stacja. Wiecie, jak brzmi oryginalny tytuł? Ano: The All-Girl Filling Station’s Last Reunion. I nie wiem, jak dlo wos, ba dlo mnie jest tutok jedno barzo ciekawo rzec. No bo podobno językoznawcy wylicyli, ze kie momy ten sam tekst po polsku i po angielsku, to wersja polsko jest o około 30 procentów dłuzso. A tutok – sami widzicie! Polski tytuł trzy rozy krótsy od angielskiego! Cyli… językoznawcy chyba musom sprawdzić, cy cegosi w swyk obliceniak nie pokiełbasili. Haj.

A tak w ogóle to o cym ta ksiązka jest? Ano o takiej jednej barzo fajnej poni, na ftórom syćka wołajom Sookie. To nie pierwso powieść poni Flagg, we ftórej ta Sookie sie pojawio, ale pierwso, we ftórej jest ona głównom bohaterkom. Sookie zyje se w miastecku Point Clear, w piknym stanie Alabama (według nieftóryk nie ino piknym, ale tyz słodkim). Jak płynie tamok jej zywobycie? Ano zwycajnie: casem lepiej, casem gorzej, cyli w sumie nienajgorzej. Ba roz w jej chałupie dzwoni nagle telefon. Na wyświetlacu widnieje nieznany numer. Bidno Sookie zacyno sie turbować: odebrać cy nie? W końcu odbiero. I wte… O krucafuks! Dopiero zacyno sie dziać! Kie zdecydujecie sie przecytać te ksiązecke, to sami uwidzicie. A myśle, ze miło bedzie sie wom to cytało, bo nie wiem jak dlo inksyk nacji, ba dlo Polaków – Babska Stacja to najprzyjemniejso z ksiązek, jakie potela poni Flagg napisała. Cemu dlo Polaków właśnie? A bo występuje tamok cało kupa osób narodowości polskiej. I syćkie te osoby to barzo porządni i sympatycni ludzie. W dodatku momy tamok takie zdania jak to: Polacy są uważani za niezmiernie inteligentnych i atrakcyjnych.* O, Jezusicku! Nawet jeśli nie do końca byśmy sie z tym zgodzili, to cyz nie radujom sie nase polskie serca, lechickie duse i sarmackie umysły od cytania cegosi takiego? No przecie ze sie piknie radujom! I pomyślcie ino: kozdy, fto jest wielbicielem twórcości poni Flagg (cyli zapewne miliony ludzi na całym świecie), ten prędzej cy później sięgnie po jej najnowse dzieło i wte piknie przecyto takie pikne rzecy o Polakak! Ale fajnie! Heeej!

A tak poza tym to wiadomo, ze poni Flagg nie byłaby poniom Flagg, kieby przynajmniej kawałecka swej ksiązki nie poświęciła jeśli nie smazonym zielonym pomidorom, to cemusi inksemu do jedzenia. W Babskiej Stacji jest nie inacej. Nojdziemy tamok wzmianki o róznyk piknyk specjałak kuchni polskiej, między inksymi o kisonej kapuście. A na jednej z ostatnik stron Sookie piknie te kisonom kapuste zjado i stwierdzo, ze to było naprawdę dobre.** Na mój dusicku! – pomyślołek, kie to przecytołek. – No to teroz juz widze, ze cało ta historia skońcy sie najlepiej, jak to ino mozliwe! Skońcy sie najlepiej, bo skoro to pikne polskie jedzonko tak barzo Sookie zasmakowało, to na pewno na koniec postanowi ona jeść takom kapustecke codziennie. A ze wiadomo, ze kisono kapusta to samo zdrowie, to naso bohaterka bedzie tak zdrowo jak nifto w caluśkiej Alabamie!

Tak właśnie se pomyślołek, ostomili. A potem – w ciągu paru minutek – docytołek ksiązke do końca. I co? Jak sie skońcyła? Cóz, jeśli zamierzocie sami przecytać, to pewnie wolicie, cobyk nie godoł. A jeśli ftosi fce wiedzieć, to sepne mu na ucho, coby inksi nie słyseli. Głośno zaś powiem ino telo, ze moje przewidywania sie nie sprawdziły. Ba cóz, niekze ta. Jeśli jednak w związku z tom powieściom miołbyk skierować ku poni Fannie Flagg jakomsi prośbe, to ino takom, coby w następnym wydaniu Babskiej Stacji przeinacyła kapecke ostatnik kilka stron. Niek przeinacy je ino minimalnie, ba zarozem w taki sposób, coby ostatnie zdanie mogło zabrzmieć: I zyła Sookie długo i scynśliwie, bo jadła duzo kisonej kapusty. Hau!

P.S.1. Najblizsy cwortek, 18 cerwca, to dzień piknego świętowania w Owcarkówce, bo wte Misieckowe imieniny bedom. Zdrowie Misiecka :D

P.S.2. A w nablizsom niedziele, 21 cerwca, tyz świętujemy – z okazji Aleckowyk i Alseckowyk imienin. Zdrowie Alecki i Alsecki! :D

P.S.3. A 28 cerwca – Madgareckowe urodziny bedom. Zdrowie Madgarecki! :D

P.S.4. Dzień później, 29 cerwca, Paffeckowe imieniny obchodzimy. Zdrowie Paffecka! :D

* F. Flagg, Babska stacja, tł. D. Dziewońska. Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2015, s. 239-240.
** Op. cit., s. 418.

1.06.2015
poniedziałek

Przeziębiony Giewont

1 czerwca 2015, poniedziałek,

Kie momy Dzień Dziecka, to wiadomo, co w Owcarkówce musi być – wpis dlo dzieci. No to prose piknie. Haj.

Kiedyś ściągnęły nad Zakopane
Posępne i ciemne chmury.
Mżyło wieczorem, mżyło nad ranem…
Krajobraz stał się ponury.

Zwinnym kozicom futro przemiękło,
A orłom przemokło pierze.
Zaś stary Giewont żałośnie jęknął:
“Oj! Chyba katar mnie bierze…”

I jak nie kichnie! Jak armat trzysta
Huknęło po okolicy.
Niejeden struchlał w górach turysta,
Struchleli nawet leśnicy.

A w Zakopanem, u Tatr podnóża,
Ludzie wołali zdumieni:
“Co to takiego? To jakaś burza?
“Czy może trzęsienie ziemi?”

“Bardzo przepraszam!” – rzekł Giewont na to –
“Lecz nie mam swetra ni kapci,
“A chłodne mamy w tym roku lato…
“Oj, znowu kichnę… A… A PSIK!!!!!”

Strasznie przeziębił się poczciwina,
Kichał potężnie dzień cały,
Aż dookoła w górach, dolinach
Skały i głazy pękały.

Chałupy drżały w całym powiecie,
Gdy huk gromkiego kichania,
Jak wyczytałem w pewnej gazecie,
Dochodził aż do Poznania.

Owce zaczęły uciekać z hali,
Z lasów uciekał zwierz dziki,
Liczni górale zdecydowali,
Że jadą do Ameryki.

Także turystów tłumek niemały
Uciekał krzycząc: “Do licha!”
Schroniska w Tatrach opustoszały,
A Giewont… kichał i kichał.

Głos zabrał burmistrz Zakopanego:
“Najwyższa chyba już pora,
“By do biedaka tak cierpiącego
“Sprowadzić pana doktora.

“A jeszcze lepiej – armia lekarzy,
“Którzy się znają na rzeczy,
“Niech tu przyjedzie, problem rozważy
“I niech chorego wyleczy.”

Poprzyjeżdżali wkrótce lekarze
Niemalże z całego świata.
Gdy ktoś mi wszystkich wyliczyć każe –
Zajmie mi to ze dwa lata.

Niech zatem w skrócie to tylko powiem,
Że w gronie tych specjalistów
Byli wybitni profesorowie
I wielu słynnych noblistów.

Wnet ci uczeni wielcy, światowi,
Zebrani pod Gubałówką
Zaczęli radzić, jak Giewontowi
Przywrócić należy zdrówko.

Może dać syrop? Może tabletki?
A może krople na katar?
Może pomoże bulionik lekki?
A może z rumem herbata?

Może konieczne są inhalacje?
Może pomogłaby mięta?
A może trzeba na operację
Zabrać natychmiast pacjenta?

Ktoś proponował maść z witaminą,
Ktoś inny pastylek ssanie…
Co by nie gadać, przed medycyną
Stało nie lada wyzwanie.

Zza chmur tymczasem wyjrzało słońce.
Ogrzało tatrzańską ziemię,
Giewont promyki poczuł gorące
I… przeszło mu przeziębienie!

“Hura!” – wołały skaliste szczyty
Od Rysów aż po Wołowiec –
“Miał Giewont katar niesamowity,
“Lecz wreszcie odzyskał zdrowie!”

A podsumował wszystko Kasprowy:
“Popatrzcie – taki był kram,
“Tyle głowiły się tęgie głowy,
“A problem… rozwiązał się sam!”

Hau!

P.S.1. Heeej! Piknie bedzie w Owcarkówce równiutko za tydzień, 8 cerwca. Bo w tym dniu Oleckowe urodziny bedziemy świętowali. Zdrowie Olecki! :D

P.S.2. Następnego dnia, we wtorek 10 cerwca, tyz bedzie piknie, bo tyz bedom urodziny. Tym rozem BlejkKocickowe. Zdrowie BlejkKocicka! :D

P.S.3 A potem… przez caluśkom środe 11 cerwca świętujemy pocwórnie. Bo bedom imieniny Emileckowe, Gosickowe, Małgosieckowe i Margeckowe. Zdrowie Emilecki, Gosicki, Małgosiecki i Margecki :D

23.05.2015
sobota

Skąd sie wzięła myska Miki?

23 maja 2015, sobota,

Jest teroz w księgarniak tako pikno ksiązka zatytułowano Artyści udręczeni. Nowojorski dziennikorz pon Christoper Zara jom napisoł. O cym jest ta ksiązka? Ano o tym, jakie to niełatwe bywało zywobycie rózynk hyrnyk muzyków, hyrnyk pisorzy, hyrnyk malorzy cy hyrnyk ludzi filmu, takiego pona Walta Disneya na przikład. No i kie cytołek o tym ponu Disneyu, to piknie uzolołek sie nad nim z powodu tyk syćkik trudności, na jakie bidok natrafioł w pocątkak swej kariery. Ale opróc tego, ze sie nad nim uzolołek, dowiedziołek sie tyz, skąd sie wzięła ta jego hyrno myska Miki. Otóz okazuje sie, ze… była ona myszą wzorowaną poniekąd na prawdziwym gryzoniu, którego Walt dokarmiał czasami w swoim studio w Kansas City.* Na mój dusiu! Rysunkowo myska Miki wzorowano na prowdziwym gryzoniu! Wiedzieliście o tym? Jeśli nie – nie mocie sie cego wstydzić, bo nawet Wikipedia tego nie wie. Kie do tej Wikipedii poźrecie, to pod hasłem Myszka Miki przecytocie: fikcyjna postać z filmów animowanych. Niekze więc wikipediowe redaktory precki wyrzucom stamtela słowo fikcyjna. Niekze cym prędzej je wyrzucom, bo przecie prowda jest tako, ze tak jak seriale Ja, Klaudiusz, Sześć żon Henryka VIII cy Królowa Bona opowiadajom o autentycnyk ludziak, to historyjki z myskom Miki opowiadajom o autentycnej mysy. O autentycnej, prodziwej mysy z krwi, kości i zółtego sera. Haj.

A tak w ogóle, ostomili, to co robicie, kie w wasej chałupie pojawi sie mys? Zastawiocie pułapke? Podrzucocie trutke? A moze kupujecie kota, coby upolowoł niefcianego lokatora? Nie wiem, co robicie. I nie bede wos poucoł, co mocie robić. Ale tak se pomyślołek, ze nie zawadzi, kie bedziecie wiedzieli, ze pon Disney, kie trafiła mu sie myska, to ani nie zastowił na niom pułapki, ani jej nie truł, ani nie nasłoł na niom zodnego kocura. On zamiast krwawej polowacki wybroł pokojowe współistnienie. A jakisi cas potem – dzięki temu pokojowemu współistnieniu z mysom – stoł sie hyrny na cały świat i zarobił miliony dolarów. Hau!

P.S.1. Co bedzie w najblizsy poniedziałek? Heeej! Piknie bedzie! Bo to dzień Margeckowyk urodzin. Zdrowie Margecki! :D

P.S.2. We wtorek tyz bedzie piknie. Bo to z kolei dzień Plumbumeckowyk imienin. Zdrowie Plumbumecki! :D

P.S.3. A w piątek imieninowo u nos bedzie. W tym dniu bowiem Mageckowe imieniny obchodzimy. Zdrowie Magecki! :D

P.S.4. I w ostatniom niedziele maja tyz bedzie piknie. I tyz imieninowo. Bo wte z kolei bedziemy świętowali Mieteckowe imieniny. Zdrowie Mietecki! :D

* Ch. Zara, Artyści udręczeni, tł. J. Bartoszewicz. Burda Publishing Polska, Warszawa 2015, s. 117.

13.05.2015
środa

Odskodowanie dlo Felka

13 maja 2015, środa,

Na krótko przed dniem Świętego Wojciecha (cyli dniem, kie owcarki wroz z bacami i owieckami wyrusajom na hole) do nasego sołtysa przyseł Felek znad młaki, co to jest najbogatsy w mojej wsi.

– Witojze, Feluś – pedzioł sołtys. – Co cie tutok sprowadzo?
– Ano, przysłek po nalezne mi odskodowanie – pedzioł Felek.
– Co takiego? – Sołtys nie był pewien, cy dobrze zrozumioł, co Felek pedzioł.
– No, po odskodowanie za potok przysłek – odrzekł Felek wzrusając ramionami.
– Za jaki potok? – zdziwił sie sołtys.
– Jak to za jaki? Za ten, co przez nasom wieś przepływo – pedzioł Felek. – I w tym cały kłopot. Bo ten potok straśnie głośno siumi! Telo decybeli ryktuje, ze kie jo mom w chałupie otwarte okna, to nie moge sie na nicym skupić. Dlotego właśnie musicie zapłacić mi odskodowanie.
Sołtys popukoł sie w głowe.
– Felek, przynapity jesteś, cy jak? – spytoł. – Od kiedy to sołtysi płacom odskodowania za siumiące potoki?
– Ha! – zawołoł triumfalnie Felek i wyciągnął z kieseni kurtki smartfona. Podoł go sołtysowi.
– Cytojcie, krzesny – popytoł.
Sołtys wziął smartfona do ręki. Na wyświetlacu widnioł taki jeden artykuł z Onetu, ka było napisane tak:

Włochy: miasto ukarane grzywną za… zbyt głośny wodospad.
[…] 1032 euro – taką karę otrzymały władze miejscowości Bellano po tym, gdy jeden z jej mieszkańców poskarżył się na głośny wodospad o nazwie Otchłań (Orrido), podziwiany przez tysiące turystów, zwłaszcza zagranicznych.
Mniejszy entuzjazm budzi wodospad na pobliskim osiedlu. Niektórzy z jego mieszkańców mówią, że przy otwartych oknach nie mogą słuchać radia ani oglądać telewizji, bo nic nie słyszą.
Skarga jednego z niezadowolonych została złożona w regionalnym urzędzie do spraw ochrony środowiska. Urzędnicy, jak się zauważa, zamiast chronić piękno natury, nakazali zmierzyć poziom hałasu i stwierdzili przekroczenie dopuszczalnych norm w skalistym kanionie, do którego z impetem wpada wzburzona woda.

Sołtys skońcył cytać, pokryncił głowom i pedzioł:
– Cóz… moze u tyk Włochów jest takie prawo, ze lokalny samorząd musi płacić za zbyt głośnom wode. Ale tutok przecie jest Polska, a nie we Włochy.
Felek mioł na to gotowom odpowiedź:
– Chyba zabocyliście, krzesny, ze Włochy i Polska nalezom do jednej i tej samej Unii Europejskiej. I tyk samyk dyrektyw z Brukseli musimy słuchać i my, i oni. Jeśli więc u nik samorząd lokalny odpowiado za zbyt głośnom nature – to nimo wątpliwości, ze u nos tyz.
– A moze ta wiadomość to ino jakisi primaaprilisowy śpas? – śpekulowoł sołtys.
– Jest nad tekstem data 1 kwietnia? – spytoł Felek. – Nimo! Jest inkso! Więc przestońcie wreście uchylać sie od płacenia. Lepiej dogodojmy sie jak powozni dorośli ludzie. Jeśli mocie w tej kwili za mało dutków – mozecie wypłacać mi odskodowanie w ratak. Choć wte ocywiście dojdom wom odsetki.
– Jo ci dom odsetki, beskurcyjo! – Sołtys nie wytrzymoł i chycił wisącom na ścianie strzelbe. Wnet wycelowoł jom ku Felkowi.
– Nie, to nie – pedzioł Felek, cofając sie ostroznie ku wyjściu. – Myślołek, ze załatwie z womi sprawe polubownie. Ale skoro polubownie nie fcecie – spotkomy sie w sądzie.

Sołtys odciągnął kurek strzelby, a wte Felek – w uciekaca. Sołtys zaśmioł sie i odłozył broń. Potem usiodł i napił sie Łąckiej Śliwowicy. Posiedzioł kapecke i… zacęły nachodzić go wątpliwości.

– Krucafuks! – zacął godać do siebie. – A co bedzie, kie on naprowde pódzie do tego sądu? Jego stać przecie na najlepsyk adwokatów! A kie sąd przyzno mu racje, to jak wysokie bedzie to odskodowanie? Cy strace cały dorobek swego zywobycia? O, Jezusicku! Jo chyba zwariuje od myślenia o tym syćkim! Lepiej chyba póde do najmądrzejsego cłowieka we wsi.

No i sołtys poseł do mojej gaździny. Bacy akurat nie było w chałupie, bo siedzioł w korcmie i godoł z juhasami o planak na piknie zblizający sie dzień Świętego Wojciecha. Gaździna wpuściła sołtysa do środka. Sołtyz zaś zaroz opowiedzioł o swoim frasunku. Gaździna wysłuchała gościa piknie, a potem pedziała:
– Tak se myśle, krzesny, ze chyba dom rade wom pomóc…
Nagle zacęła cosi nadsłuchiwać.
– Jakiesi auto zajechało tutok – pedziała. I wyjrzała przez okno.
– To auto Felka – rzekła sołtysowi. – Zaroz tutok wejdzie.
– O, Jezusicku! – zawołoł sołtys. – On nie moze wiedzieć, ze jo tutok jestem, bo od rozu sie domyśli, ze mojo wizyta u wos mo zwiazek z nim!
– No to schowojcie sie w safie – poradziła gaździna. – Abo nie. Bo jeśli mój chłop wróci, to nie wiadomo, co se pomyśli, kie wos w tej safie uwidzi. Lepiej ucieknijcie stela oknem z drugiej strony chałupy.

I sołtys zrobił, jako gaździna pedziała. Pohyboł ku oknu, ftóre wychodziło na strone pobliskiego potoka. Sapiąc jak pikno starodowno lokomotywa, wygramolił sie do pola. Jo tymcasem dobrze sie rozglądołek, cy przypadkiem koło nasej chałupy nie przechodzi Janiela. Kieby przechodziła i uwidziała, jak sołtys ukradkiem opusco nasom chałupe – to by dopiero bździn we wsi naopowiadała! Na scynście Janieli w poblizu nie było. Na scynście dlo niej, ocywiście. Bo kieby była, to jo musiołbyk hipnąć ku niej i tak groźnie nascekać i naujadać, coby ze strachu zabocyła syćko, co widziała w ciągu ostatniej godziny.

W tej samej kwilecce, kie sołtys traktowoł nase okno jako drzwi zastępce, z drugiej strony chałupy zapukoł Felek. Gaździna zaroz otworzyła mu i zaprosiła do środka.

– Witojcie, krzesno! – zawołoł Felek. – Wiecie co? Wpodłek na pikny pomysł jak mozno wyciągnąć od nasego sołtysa pikne dutki.
– Jo tyz muse ci, Feluś, o cymsi pedzieć – pedziała gaździna. – Przed kwileckom oglądałak w telewizji wiadomości. Właśnie godali o jednej straśnie śmiesnej rzecy. Otóz pewnemu sietniokowi we Włosek straśnie przeskadzoł pobliski wodpospad. Ze niby był zbyt głośny, hehe. O dziwo, jakiesi głupie urzędniki pocątkowo przyznały temu sietniokowi racje i ukarały mandatem miejscowego burmistrza. Ale wies, Felek, co sie potem okazało? Ze chłop mioł po prostu zabocył wyłącyć radia, we ftórym w dodatku fala uciekła! I to jego własne radio tak głośno sumiało, a nie wodospad! Hahahaha!
– Yyy… Radio, padocie? – wybąkoł Felek.
– Bajako – pedziała gaździna. – Ale to jesce nie syćko. Wyobroź se, ze w ślady tego sietnioka posli rózni “spryciorze” w róznyk krajak Unii. Zacęli oni swoje lokalne władze pozywać o rózne bzdurne odskodowania – a to za zbyt głośny potok, a to za zbyt głośne sroki w okolicy, a to za zbyt głośno dujący wiater… Ba teroz syćkie sądy od rozu odrzucajom takie pozwy, bo sie bojom podobnej kompromitacji, jako spotkała tyk włoskik urzędników. Mało tego! Nakładajom na tyk bejdoków grzywny za próbe wprowadzenia w błąd organów państwowej administracji! Sakramencko pikne grzywny na nik naładajom! Hahaha! Ale ubaw! Hahahahaha!

Na mój dusiu! Mojo gaździna tak piknie udawała, ze sie śmieje, ze za takom gre to prowdziwy Oskar jej sie nalezoł. Pikny Oskar z samiućkiego Losa Angelesa.

– Felek, a cemu ty sie nie śmiejes? – spytała gaździna. – Przecie to, co ci opowiedziałak, jest straśnie śmiesne!
– No… yyy… yyy… – jąkoł sie Felek. – No tak… barzo śmiesne. Hyhy! Hy-hy-hy-hy…

Felkowi z kolei marnie to udawanie śmiechu wychodziło. Za to mógł dostać ino Złote Maliny. Haj.

– No dobrze Feluś – rzekła gaździna. – Ba godołeś cosi, ze mos pomysł, jak wyciągnąć dutki od nasego sołtysa.
– Ja? Ah, tak… – Felek scyrwienił sie na kufie. – Ale to moze później? Właśnie przybocyłek se, ze mom spotkanie w Nowym Targu z pewnym japońskim biznesmenem. Muse wartko jechać do Nowego Targu.

Po tyk słowak Felek niemalze wybiegł z nasej chałupy i pohyboł do swego auta. Zanim usiodł za kierownicom, mruknął cosi pod nosem. Ale co? Krucafuks! Tego niestety nie dosłysołek. Nie dosłysołek, bo potok za nasom chałupom zbyt głośno sumioł i zagłusył Felkowe mrucenie. Więc jak myślicie? Powinienek zaządać od nasego sołtysa odskodowania za zbyt głośny potok? Przyznoje, ze barzo chętnie byk zaządoł. Choć wcale nie musi ono być wielkie. Nie musi, bo po co? Pikny kawałecek dobrej kiełbasy jałowcowej – w zupełności wystarcy. Hau!

P.S.1. A w najblizsy poniedziałek… to dopiero okazji do świętowania bedzie! Bo to dzień urodzin Helenecki, Misiecka i Poni BlejkKocickowej. No to zdrowie Ostomiłyk Jubilatów piknie w tym dniu wypijmy! :D

P.S.2. We wtorek tyz poświętujemy se piknie. Bo w tym dniu urodziny i imieniny Pona Pietra bedom. Zdrowie Pona Pietra! :D

23.04.2015
czwartek

A jednak istniejom

23 kwietnia 2015, czwartek,

Czy to bajka, czy nie bajka,
Myślcie sobie, jak tam chcecie.
A ja przecież wam powiadam:
Krasnoludki są na świecie!

Bocycie, ostomili, z casów swego dzieciństwa ten pikny wstęp do piknej ksiązki o bidnej sierotce Marysi? Być moze bocycie. I być moze nawet miło wspominocie ten cas, kie ftosi dorosły cytoł wom te ksiązke na dobranoc. Ale zarozem myślicie se pewnie: Cóz, wiersyk owsem, pikny. Ba nie do sie ukryć, ze nimo w nim ani kapecki prowdy. Bo prowda jest przecie tako, ze krasnoludków nimo. Nimo i ślus.

A tymcasem… posłuchojcie, co jo niedowno wycytołek w Onecie:

Na zielonej teczce z pieczęciami Straży Leśnej oraz Ministerstwa Rolnictwa widnieje napis: “Leśne skrzaty i wróżki”. Zawiera ona zdjęcia, opisy i informacje dotyczące rzekomych spotkań w kniejach w górach między Toskanią a Emilią-Romanią, zawsze w tym samym rejonie kilku miejscowości.
Włoska agencja ADNKronos, która przewertowała teczkę, poinformowała na przykład o zawiadomieniu złożonym funkcjonariuszom straży przez pewnego bankowca. W drodze do swego wiejskiego domku zobaczył w ciemnościach w lesie osobliwą postać na czworakach, o kształtach zbliżonych do ludzkich, która nachylała się, by jeść śnieg.
Niezbyt wyraźne zdjęcie, załączone przez autora tej relacji, zostało całkiem serio zakwalifikowane jako “elf” […] Jednocześnie w protokole podkreślono, że osoba, która złożyła to zawiadomienie, jest “poważna i wiarygodna”.
Znajduje się tam też szczegółowa relacja mieszkańca okolicy, który opisał, że w chwili, gdy chciał napić się wody ze źródła, ujrzał istotę wysokości 25 centymetrów.

Krucafuks! I co o tym myślicie? Bo mi sie widzi, ze kieby te wieści pochodziły z jakiegosi niepewnego źródła, to całom rzec dałoby sie wytłumacyć ornitologicnie – ze jest to zwycajno kacka dziennikarsko. Abo ornitologicnie i ogrodnico zarozem – ze jest to pierwso jaskółka tegorocnego sezonu ogórkowego. Ba sami widzicie, ze tutok źródło jest nie byle jakie. To świadectwo powoznyk państwowyk instytucji! Cy ftosi z wos śmie podejrzewać włoskie Ministerstwo Rolnictwa i podległom mu Straz Leśnom o brak nalezytej powagi w ryktowaniu oficjalnyk dokumnetów? No… chyba nifto. A zatem sprawa jest jasno: w północnej Italii zyjom prowdziwe elfy. Najprowdziwse! Haj.

No ale w takim rozie… skoro u Włochów istniejom elfy, to jo nie widze powodu, dlo ftórego w Polsce nie mieliby istnieć ik krasnoludkowi kuzyni. Bajako! I tak oto, prawie sto dwajścia roków od pierwsego wydania książki O krasnoludkach i sierotce Marysi, okazuje sie, ze moze to być… historia oparto na faktak autentycnyk! A przynajmniej, ze zawarte tamok twierdzenie Krasnoludki są na świecie jest jak najbardziej prowdziwe. Haj.

A cy przybocujecie se, kielo to rozy zdarzały sie wom rózne dziwne rzecy? Na przykład cosi nagle wom zginęło, abo cosi bez powodu sie popsuło, abo ostawiliście cosi w jednym miejscu, a potem nojdowoliście w zupełnie inksym. W takik wypadkak wielu z wos ludzi godo, ze to musi być robota krasnoludków. Ba nigdy nie godocie tego serio. Racej śpasujecie ino. Ba teroz… wiecie juz piknie, ze to wcale nie musom być śpasy. Po wasyk chałupak naprowde mogom sie kryncić te małe ludzicki w cyrwonyk śpicastyk copkak i z biołymi brodami.

A skoro tak to syćko wyglądo, to jo fciołbyk piknie zaapelować do syćkik właścicieli psów, kotów abo inksyk chomików: jeśli odkryjecie, ze cosi w wasyk chałupak zostało nabałaganione – nie godojcie od rozu pochopnie, ze zrobiła to waso zywina. Nie godojcie tak, bo przecie pikno zasada domniemanej niewinności powinna obowiązywać nie ino na salak sądowyk, ale w domu tyz. Trza bocyć, ze nadgryziony kawałecek kiełbasy w wasej kuchni abo strącony ze stolika wazon w wasym salonie – to wcale nie musi być wina domowego kotka cy pieska. Równie dobrze moze to być sprawka zupełnie inksyk istot. Istot potela jakze niesłusnie uznawanyk za zmyślone. Hau!

P.S.1. Heeeej! Downo mnie w Owcarkówce nie było. A syćko przez to, ze w tym roku jakosi niemrawo sło mi ryktowanie sie do wyjścia na hole. Wyjścia, ftóre następuje juz w ten cwortek, cyli w dzień Świętego Wojciecha. Przez ten cas, kie mnie nie było, to przesło pare piknyk budowyk świąt. No to te syćkie zaległości trza teroz piknie ponadrabiać. Najpierw trza uccić Gosickowe urodziny, ftóre były 17 kwietnia. Zdrowie Gosicki! :D

P.S.2. A dzień później, cyli 18 kwietnia, tyz barzo piknie urodziny były – Aleckowe. No to zdrowie Alecki! :D

P.S.3. Z kolei wcora rocnice ślubu Fusillecki my mieli. Zdrowie Fusillecki i Pona Fusilleckowego! :D

P.S.4. A ten cwortek jest nie ino – o cym juz zbocyłek – dniem Świętego Wojciecha, ale tyz dniem Motyleckowyk imienin. Zdrowie Motylecka! :D

P.S.5. W piątek zaś kolejne pikne urodziny momy – Plumbumeckowe. Zdrowie Plumbumecki! :D

P.S.6. W niedziele znowu świętujemy – tym rozem z okazji Alseckowyk urodzin. Zdrowie Alsecki! :D

31.03.2015
wtorek

Jak Poniezus z osiołkiem ukwalowoł

31 marca 2015, wtorek,

Cemu baranek jest symbolem Wielkanocy? To na pewno wiecie. Cemu jest nim tyz kurcok? To chyba tyz wiecie, a fto nie wie, ten przynajmniej sie domyślo. Ba jakim cudem wśród zywiny symbolizującej te święta nolozł sie zając? Ha! Tutok sprawa jest bardziej skomplikowano. Ale zaroz postarom sie wom syćko piknie wyjaśnić. A zatem…

Był rok 33 nasej ery. Zblizała sie Niedziela Palmowo. Poniezus juz wiedzioł, ze wroz z apostołami spędzi ten dzień w Jerozolimie. Rusył więc wroz z nimi ku temu hyrnemu miastu. Śli, śli… a kie juz zblizali sie do jego murów, Poniezus zauwazył, ze apostołowie som kapecke strudzeni wędrówkom. Postanowił więc zrobić mały postój. No i zaroz apostołowie piknie porozsiadali sie w cieniak drzew. Poniezus zaś hipnął do pobliskiego potoka, coby przynieść im świezej wody. Przy potoku zaś ujrzoł starego osła, ftóry stoł nad brzegiem z opusconym łbem i spokojnie chłeptoł orzeźwiającom wodzicke.

– Hej! Osiołecku! – zawołoł Poniezus. – Jo cie piknie znom!
– A jo wos nie – burknął osioł, niezadowolony, ze ftosi przeskadzo mu gasić pragnienie.
– Znos mnie, znos – zaśmioł sie Poniezus.
Zdumiony osioł przestoł pić i uniesł łeb do wierchu.
– Na mój dusicku! – zawołoł. – Rozumiecie, co jo godom? Wy, cłowiek, rozumiecie mowe zywiny?
– Kiesik to cie nie dziwiło. – Poniezus dalej sie śmioł.
– Kiesik? – Osioł był coroz bardziej zdumiony. – To znacy kie?
– Ano… – rzekł Poniezus – najpierw w stajence betlejemskiej, a potem podcas uciecki do Egiptu, kie Święty Józef posadził na twoim grzbiecie Matke Boskom i mnie, coby ratować nos przed zawistnym Herodem.

Teroz dopiero osłu rozjaśniło sie w głowie.
– O, Jezusicku! To Jezusicek! – wykrzyknął. – Jezusicek we własnej osobie!
A potem uradowany rzucił sie Zbawicielowi na syje, tak ze kieby Poniezus nie uzył swej boskiej mocy, to obaj prasliby na ziem i poturlali do potoka.

– Jezusicku! Ostomiły Jezusicku! – wołoł osioł. – No, piknie pytom, wyboc, ze jo cie nie poznoł, ale… kie ostatni roz cie widziołek, to byłeś maluśkom dziecinom. Do maluśkiego złóbka piknie sie mieściłeś! Na mój dusiu! Kielo to juz roków minęło! Kielo roków!
– Oficjalnie – trzydzieści trzy – pedzioł Poniezus. – A faktycnie jesce więcej. Tak cy siak… piknie jest spotkać znajomego z casów dzieciństwa.
– Bajuści, piknie – zgodził sie osioł. – Nie bede godoł, co działo sie ze mnom przez te syćkie roki, bo przecie jako Pon Bócek barzo dobrze to wies. Ba ty, Jezusicku, co porabiołeś?
– Heeej! Długo by godać – pedzioł Poniezus. – Było wiele przyjemnyk zdarzeń, jak uzdrawianie choryk ciał i – co wozniejse – uzdrawianie choryk dus. Były tyz rzecy nieprzyjemne, jak słowne sarpacki z fanatykami religijnymi, przekonanymi, ze na przykazaniak Pona Bócka znajom sie lepiej niz sam Pon Bócek. Ba najgorse niestety dopiero przede mnom – o, tamok.
Wymawiając słowo “tamok”, Poniezus wskazoł w strone Jerozolimy.
– Ostomiły Jezusicku – rzekł osioł – w takim rozie moze lepiej by było, cobyś tamok nie seł?
– Muse iść – odpowiedzioł Poniezus. – Muse, choć wiem, ze kie przybęde do Jerozolimy, to najblizsy piątek bedzie dlo mnie straśliwym dniem. Ale zapewniom cie, osiołecku, ze syćko dobrze sie skońcy.
– A, skoro sie dobrze skońcy – to co inksego – pedzioł uspokojony osioł. – A cy moge ci, Jezusicku, kapecke potowarzysyć w twej drodze?
– Cemu nie – odpowiedzioł Poniezus. – Mógłbyk nawet wjechać do miasta na twym grzbiecie. Jechołbyk na tobie jak za downyk dobryk casów, kie jo byłek małym Jezuskiem, a ty młodym siumnym osiołkiem.
Poniezus sie rozmarzył, ba osioł… zrobił niewyraźnom mine.
– To nie jest dobry pomysł – pedzioł osioł. – Widzis, Jezusicku, jo nie jestem juz młodym, silnym siuhajem. Mom juz swoje roki. Reumatyzm mi dokuco. Siły juz nie takie jak downiej. Nie wiem, cy dom rade cie ponieść.
– Cóz, trudno – pedzioł Poniezus. – Jaz tutok dosłek na piechote, to do samej Jerozolimy tyz dojde.
– Nie, Jezusicku! – prociwił sie osioł. – Syn Bozy do jednej z najwięksyk metropolii antycnego świata miołby hybać na własnyk nogak? Mom propozycje. W pobliskiej wsi jest obejście, ftórego gazdowie hodujom mojego wnuka. Moze właśnie ten mój wnuk by cie poniesł?
Poniezus podrapoł sie po głowie.
– Cy to nie bedzie przypadkiem nepotyzm? – zastanawioł sie. – Nie! Na scynście nie! Wartko oceniłek w swej boskiej głowie syćkie okolicne osiołki i widze, ze twój wnuk jest wśród nik najślachetniejsy. Młodziutki jest, ba piknie ślachetny. Bedzie sie nadawoł. Popytom dwók apostołów, coby mi go przyprowadzili. Haj.

A następnego dnia było tak, jak to Ewangeliści opisali – Poniezus wjechoł do Jerozolimy na młodym osiołecku. A kie wjezdzoł, na ulice wyległy wiwatujące tłumy. Tuz przy Jezusie krocył Święty Pieter. W pewnej kwili apostoł odezwoł sie do Zbawiciela:
– Muse przyznać, ostomiły Jezusicku, ze barzo dostojnie na tym osiołku wyglądos.
– A jo muse przyznać – pedzioł Poniezus – ze to oślę jest barzo sympatycne. I tak se myśle… moze by ukwalować, coby osiołek stoł sie jednym z symboli Wielkanocy? Na pamiątke tego, ze mojom męke i zmartwykwstanie poprzedził pikny wjazd do Jerozolimy na tej siumnej zywinie? To jest na rozie ino luźno propozycja…
– Barzo pikno propozycja! – zakwycił sie Święty Pieter. – Niekze więc sympatycno zywina z długimi usami bedzie w przysłości symbolem Wielkanocnyk Świąt!

Co sie działo w kolejnyk dniak – to wiecie: ostatnio wiecerza, pojmanie Poniezusa przez posłusnyk arcykapłanowi radykałów, droga krzyzowo… ba potem – pikne zmartwykwstanie.

No i niedługo po owym zmartwykwstaniu Poniezus postanowił odwiedzić znajome osiołki. Wybroł sie na mały spacer pod Jerozolime i wnet natrafił na młodzioka, na ftórym jechoł se podcas niedownej Niedzieli Palmowej.

– Witoj, osiołecku! – zawołoł Poniezus.
– Na mój dusiu! – wykrzyknął osiołek. – Ty zyjes, Jezusicku! Piknie zyjes! A jesce trzy dni temu, kie zapuściłek sie pod Golgote, to na własne ocy widziołek, ze byłeś zupełnie martwy!
– Cóz, przeinacyłek kapecke porządek rzecy – pedzioł Poniezus uśmiechając sie przy tym. – Potela zycie miało swój kres, a śmierzć nie miała. Od tej pory jednak bedzie na odwyrtke. No ale tak w ogóle to co u ciebie, osiołecku?
– A, dziękuje, syćko dobrze – odpowiedzioł osiołek. – Gorzej z moim dziadkiem. Siedzi w krzokak i sie turbuje.
– Cymze sie turbuje? – spytoł Poniezus.
– A bo on, jak na pewno bocys Jezusicku, namówił cie, cobyś przybył do Jerozolimy na moim grzbiecie, nie na jego. Ba wkrótce potem, kie syćko przemyśloł, to zacął sie frasować, ze jo to jestem jesce młody źrebak, ze nimom telu sił co dorosły osioł i ze nie dom rady nieść cie w taki upał przez dusne miasto. Mioł wyrzuty sumienia, ze wrobił mnie w zbyt trudne zadanie i boł sie, ze na ulicak Jerozolimy jo moge zwycajnie zasłabnąć.
– Ale przecie nic takiego sie nie stało – stwierdził Poniezus. – Poza tym twój dziadek powinien znać mnie na telo dobrze, coby wiedzieć, ze nie pozwoliłbyk, aby stała ci sie choćby najmniejso krziwda.
– Bajuści – pedzioł osiołek. – Ale wies, Jezusicku, jak to jest z nadopiekuńcymi dziadkami. Nic złego mi sie nie stało, ale jego i tak gryzie sumienie. Godom mu, ze nimo cym sie turbować, ale on nie fce mnie słuchać. Furt powtarzo ino, ze jest najgorsym dziadkiem na świecie.
– To depresja – zdiagnozowoł Poniezus. – Ale w takim rozie pódźmy we dwók pedzieć mu, ze jo właśnie zmartwykwstołek. Na pewno humor piknie mu sie poprawi.
– Pewnie tak – zgodził sie młody osioł. – Ba co bedzie w przysłości? Jo w tej Jerozolimie barzo dobrze słysołek, jakeście godali ze Świętym Pietrem, ze osiołek stonie sie symbolem Wielkanocy.
– Zgadzo sie, tak ześmy godali – przybocył se Poniezus.
– No właśnie… – kontynuowoł osiołek. – A to oznaco, ze w przysłości, kie bedzie zblizoł sie Wielki Tydzień, to w kioskak bedom sprzedawane świątecne widokówki z osiołkami, w sklepak bedom wielkanocne ozdóbki z obrazkami osiołków, a dzieci bedom dostawały od dorosłyk pikne cekoladowe osiołki.
– No to kie w przysłości bedzies poziroł na to syćko z nieba – rzekł Poniezus – chyba miło ci bedzie? W końcu to syćko bedzie na twojom ceść!
– Bajuści – odporł osiołek. – Ba mój bidny dziadek… co poźre w taki cas na dowolny osiołkowy akcent – bedzie mu sie przybocowała ta jego “wina”. Wina, ftórom sam se wmówił, ale nie zmienio to faktu, ze bedzie sie frasowoł.
– Tyz prowda. – Poniezus podrapoł sie po głowie. – Ale sam słysołeś, ostomiły osiołecku, jak Święty Pieter pedzioł: “Niekze więc sympatycno zywina z długimi usami bedzie w przysłości symbolem Wielkanocnyk Świąt”. A jo juz obiecołek Świętemu Pietrowi, ze cokolwiek związe na ziemi, to bedzie tyz związane w niebie. Nie moge cofnąć danego mu słowa, bo kiebyk cofnął, to co za Pon Bócek byłby ze mnie!
– Ale moze Święty Pieter nie godoł tyk słów ex cathedra? – spytoł osiołek z nadziejom w głosie.
– Z tonu, jakiego uzył, wynikało niestety, ze godoł – westchnął Poniezus. Straśnie mu było skoda, ze nie moze udzielić inksej odpowiedzi.
Osiołek posmutnioł. Poniezus zacął gładzić zywine po karku, ba to niewiele bidoka pociesyło. Jednak po kwili namysłu… osiołek nagle sie ozywił i popytoł:
– Jezusicku ostomiły. Cy mógłbyś jesce roz powtórzyć, co pedzioł Święty Pieter?
– No… ze sympatycno zywina z długimi usami bedzie symbolem Wielkanocy.
– Cyli nie uzył słowa “osioł”! – zauwazył osiołek. – Jezusicku, a moze opróc osłów istnieje jesce jakosi inkso “sympatycno zywina z długimi usami”? I moze właśnie ona mogłaby być symbolem tyk świąt?
– Pockoj, osiołecku, niekze sie zastanowie – pedzioł Poniezus. – W końcu podcas stwarzania świata naryktowołek telo gatunków, ze muse kapecke pomyśleć, coby je syćkie ogarnąć. Hmm… Moze pachyrukhos? E, bez sensu. To wymarły gatunek, o ftórym poza paroma paleontologami mało fto bedzie wiedzioł. No to moze kangur? Tyz bez sensu. Pokiela Australia nie zostonie odkryto, mieskańcy Starego Świata nawet nie bedom mieli pojęcia, co to za zywina. Hmm… Hmm… O! Mom! Juz mom! Zając! Niek zając, w zastępstwie osła, symbolizuje piknom Wielkanoc!

Heeej! Osiołek uciesył sie piknie. I piknie podziękował Poniezusowi za zaoscędzenie dziadkowi przykryk wspomnień w przysłości. A potem we dwók posli do starego osła z radosnom wieściom o zmartwykwstaniu Syna Bozego.

No i cóz, ostomili. Przed nomi kolejne święta. Juz od ładnyk paru dni sklepy pełne som róznyk towarów przybocowującyk Wielkanoc. A wśród tyk towarów – całe mnóstwo wizerunków sympatycnego zającka. Ba teroz juz piknie wiecie, ze pierwotnie to wcale nie mioł być zającek, tylko inkso zywinka z długimi usami. Bajako.

No a tak w ogóle to Wesołyk Świąt syćkim zyce! I wesołyk pisanek! I wesołyk babek wielkanocnyk! I wesołyk mazurków tyz! Zaś wody na Śmigus-Dyngus – jak zwykle kozdemu według gustu. Hau!

P.S. Ba jesce przed Wielkanocom, w najblizsy piątek, bedziemy mieli tutok inkse pikne święto – rocnice ślubu Poni Basi i Pona Pietra. Zdrowie nasej Ostomiłej Siumnej Pary z sąsiedztwa! :D

26.03.2015
czwartek

Dadzom rade!

26 marca 2015, czwartek,

Tatry wciąż rosną, ale kiedyś zastąpi je morze – przecytołek tutok.
– O, kruca! – pomyślołek se. – Cyzby była to sprawka nasego TesTeqecka? Bo TesTeqecek przecie juz nie roz godoł o tym, ze on to syćkie góry barzo chętnie zrównołby z ziemiom. Moze więc zrobił sie jesce bardziej radykalny? Moze postanowił zalać nase góry wodom, coby potem móc se tamok piknie pływać na swej windsurfingowej desce?

Zacąłek jednak cytać dalej i… stwierdziłek, ze TesTeqecek chyba jednak nimo z tym nic wspólnego. Sprawcom przysłego tatrzańskiego potopu bedom racej procesy geologicne. Procesy, ftóre bado między inksymi pon profesor Jan Środoń z Instytutu Nauk Geologicnyk w Krakowie. Na razie Tatry wciąż rosną – pado pon Środoń – ale za miliony lat staną się niską równiną albo wręcz zastąpi je morze.

Oj, niedobrze, niedobrze – jak gwarzyli hyrni trzej bohaterowie pona Sienkiewicza, przejęci potem przez pona Waligórskiego. Pół bidy z tatrzańskimi niedźwiedziami, kozicami i świstakami, bo one akurat pewnie se poradzom. Jak? Ano zwycajnie. Poni Ewolucja przeinacy ik końcyny na płetwy i stanom sie ssakami morskimi. W końcu skąd wziął sie taki lew morski cy słoń morski? Pewnie ik praprzodkowie byli zwycajnymi lwami i słoniami, ale tereny, ka zyły, zalało morze, więc piknie dostosowały sie do nowego środowiska. Jeśli zatem kiesik na południu Polski pojawi sie Morze Podhalańskie, to jego mieskańcami bedom takie gatunki jak świstak morski cy kozica morsko. Owiecki morskie ocywiście tyz. Mom ino nadzieje, ze mleko od tyk owiecek tyz bedzie nadawało sie do ryktowania oscypków i bundzów. Haj.

Tak, tak, ostomili. Zalanie Tater przez morze wcale nie musi oznać katastrofy dlo zamieskującej je zywiny. Ba gorzej z piknymi tatrzańskimi widockami… Na mój dusiu! Kieby Tatry nolazły sie pod wodom, to juz nie bedzie cudnyk wierscyków i turnicek. Nie bedzie bystryk potoków, siklaw i stawów. Nie bedzie jodeł, nie bedzie kosówek, nie bedzie smreków… O, Jezusickuuuuuu! Wsędy bedzie ino morze. Jo wiem, ze morze tyz pikne, ale – krucafuks! – nie mogłoby ostać tamok, ka jest teroz?

Kie pomyślołek o tej niewesołej przysłości nasyk gór, uznołek, ze jedyne co moge zrobić, to wykraść bacy jak najwięcej Smadnego Mnicha i pić tak długo, jaz zaboce syćko, o cym dowiedziołek sie od profesora Środonia. Ba nagle… przybocyło mi sie, jak cytołek kiesik o takim jednym ponu, ftórego straśnie draźniła jedno rzec – ze najwyzsy polski wierch mo ino 2499 metrów nad poziomem morza. Krucafuks! 2499! Cemu nie o metr więcej? Kieby nie ten jeden brakujący metr, to Rysy miałyby piknom dwuipółkilometrowom wysokość! Nadal nie byłby to Everest ani nawet Mont Blanc, ale jednak… co dwa i pół kilometra to dwa i pół kilometra. Mozno by było nawet godać, ze w zaokrągleniu to Rysy majom jaz trzy kilometry wysokości. Bajako.

Ba ów pon piknie postanowił, ze nie bedzie siedzioł z załozonymi rękami, ino przystąpi do działania. I teroz regularnie jeździ on ku Tatrom. Kie ku nim przyjezdzo, to idzie ku Morskiemu Oku i stamtela wspino sie na Rysy, niesąc w plecaku pare kamieni. Kie juz na te Rysy wejdzie, to wysypuje kamienie z plecaka, potem schodzi w dół, a za jakisi cas wraco z kolejnymi kamieniami. Wierzy, ze dzięki jego poświęceniu geodeci zmierzom kiesik Rysy po roz kolejny i… piknie stwierdzom, ze ik wysokość to równe 2500 metrów. I od tej pory tako właśnie wysokość bedzie podawano we syćkik atlasak. Haj.

No i tak mi sie, ostomili, widzi, ze skoro nolozł sie zapaleniec walcący o podwyzsenie Rysów, to cy nie nojdom sie zapaleńcy walcący o uratowanie całyk Tater przed zalaniem? Na pewno sie nojdom! Przecie miłośników Tater w nasym piknym kraju nie brakuje. Zreśtom miłośników Beskidów, Pienin i Bieszczadów tyz nie. Kie zatem ci syćka barzo mili ludzie dowiedzom sie, co nasym górom grozi – to na pewno wezmom sie do roboty. Zacnom jeździć na południe Polski z zapasem kamieni, ftóre bedom ostawiać w Tatrak, w Beskidak… w tym ocywiście na Turbaczu. Dzięki temu góry bedom sie robiły coroz wyzse i wyzse. Jaz bedom na telo wysokie, ze nawet jeśli przyjdzie ku nim morze, to i tak bedom nad nim piknie wierchowały. No… ocywiście bedzie jesce trza cosi wymyślić, coby na tyk kupak kamieni zacęły rosnąć pikne lasy i coby płynęły wśród nik pikne potocki. Ale spokojnie. Przecie to sakramenckie morze mo dotrzeć na Podhole dopiero za pare milionów roków. Mając telo casu – miłośnicy gór na pewno zdązom cosi wymyślić. Dadzom rade. Piknie dadzom rade i ślus! Hau!

P.S.1. Kapecke zaległości w obchodzeniu budowyk świąt nom sie naryktowało. W łońskim tyźniu, we cwortek, Józefickowe imieniny były. No to zdrowie Józeficka! :D

P.S.2. Z kolei w niedziele… były imieniny Noboru-Wataya-koteckowe. Zdrowie Noboru-Wataya-kotecki! :D

P.S.3. Kie zaś o niezaległe budowe święta idzie, najblizse bedziemy mieli we wtorek – to dzień Profesoreckyk urodzin. Zdrowie Profesorecka! :D

P.S.4. We środe z kolei – Wawelokowe imieniny bedom. Zdrowie Waweloka! :D

8.03.2015
niedziela

Legenda o legendzie

8 marca 2015, niedziela,

Ukazała sie niedowno barzo pikno ksiązka pona Bartłomieja Grzegorza Sali o zbójnikak. Heeej! Piknie mozno se tamok pocytać i o Janosiku, i o Ondraszku, i o wielu inksyk siumnyk harnasiak. Jest tyz w tej ksiązecce rozdział o Maronce. Postać to o telo ciekawo, ze to nie był zbójnik, ino… zbójnicka. Bo to była dziewcyna. Haj. Zyła se w Beskidzie Małym, ka piknie pasała owiecki. Ludzie pozirali na te śwarnom pasterecke i ci, co nie byli wtajemniceni, nawet sie nie domyślali, jakie było jej drugie zajęcie. A tymcasem… kie ino trafiała jej sie przerwa w pracy przy owcak, to zaroz zamieniała kiecke na portki, brała pistolca, skrzykiwała siuhajów – i dalejze zbójować! Heeej! Zoden bogaty kupiec nie mógł cuć sie bezpiecnie, kie jej kompania nojdowała sie w poblizu! Absolutnie zoden. Haj.

A górolka z niej była wielce mocarno. Wiele rozy wdawała sie w bitki z róznymi chłopami i z kozdej z tyk bitek wychodziła zwycięsko. Dlotego jo podejrzewom, ze ona mogła być prapraprapbabkom poni Agaty Wróbel – tej hyrnej zdobywcyni całej kupy medali w podnoseniu cięzarów. Jeśli widzieliście kiesik poniom Agate w telewizji, to być moze bocycie, jak śtangi wazące sto paredziesiont kilogramów podnosiła tak, jakby to były piórecka. Poni Agata pochodzi z Beskidu Zywieckiego, cyli całkiem blisko stron, ka zyła Maronka. I stela właśnie bierom sie moje podejrzenia, ze one dwie to moze być jedno rodzina. Bajako.

Heeej! A łupów rozmaityk to ta Maronka nazdobywała telo, ze jaz cały pałac musiała se wyryktować, coby mieć kany je przechowywać. Pałac ten zostoł wybudowany pod ziemiom, coby byle sietniok nie mógł sie doń dostać. Dojście do pałaca wiedło podziemnym korytorzem, ftórego pocątek nojdowoł sie kasi w zbocu góry Wapienica. Od casu śmierzci Maronki i jej kompanów nikomu nie udało sie tego korytorza noleźć. Fto jednak mo ochote – niek próbuje. Wiersycki Beskidu Małego – jak sama nazwa wskazuje – zbyt wielkie nie som. Myśle więc, ze prowdopodobieństwo nolezienia drogi ku Maronkowym skarbom jest więkse niz na przykład prowdopodobieństwo głównej wygranej w totolotka. Haj.

Ino… cy wiecie, ostomili, co pon Sala napisoł w swej ksiązce o tej śwarnej zbójnicce? Ano ze jest to postać całkowicie fikcyjna, stworzona w XIX wieku.*

Hmm… Cosi mi sie tutok nie zgadzo. Maronka miałaby istnieć ino w legendak? Dziwne by to było. Barzo dziwne. Przecie legendy ryktowano po to, coby podtrzymywać starodowne tradycje. A u góroli tradycjom wse było to, ze zbójnikiem mógł być ino chłop. Baba zaś – mogła zostać co najwyzej zbójnickom frajerkom. Jak więc w owym XIX wieku mogła powstać legenda o harnasiu-dziewcynie? Ano… moim zdaniem – nie mogła. Nie mogła i ślus.

No to dlo odmiany przyjmijmy, ze Maronka była postaciom autentycnom. Jeśli tak – to co? Cóz… nalezy sie domyślać, ze okolicnym kupcom racej nie w smak było to, ze najgroźniejsy dlo nik harnaś mo płeć – jak na zbójnickiego przywódce – kapecke nietypowom.
– O, Jezusicku! – biadolili zapewne. – Baba jest nasym najwięksym postrachem! Ale wstyd! Wstyd sakramencki! Kie inksi kupcy dowiedzom sie o tym, to nos zwycajnie wyśmiejom! Co robić? Musimy cosi wymyślić.
No i zacęli myśleć. Myśleli, myśleli, jaz wymyślili:
– Wiemy, co zrobimy! Zacniemy głosić, ze ta cało Maronka w ogóle nie istnieje. Wmówimy syćkim, ze ta zbójnicka to ino wytwór miejscowego folkloru – ot, po prostu tako samo bohaterka ludowyk bojek jak Cyrwony Kapturek cy inksy Kopciusek.

Jak postanowili, tak zrobili. Zacęli ryktować antymaronkowom propagande. I w ten właśnie sposób narodziła sie legenda, ze Maronka jest ino legendarnom postaciom.

A wy, ostomili, co o tym syćkim myślicie? Co widzi wom sie bardziej prowdopodobne? Ze Maronka nie istniała cy ze istniała? Dlo mnie – zdecydowanie to drugie! W świetle przedstawionyk wyzej wywodów teza o fikcyjności Maronki jest – moim owcarkowym zdaniem – nie do obronienia. Tak więc ta śwarno harnasia musiała być nie mniej autentycno niz sam Janosik z ponem Markiem Perepeczko włącnie! I ślus.

Śpekulowałek ino, jaki dzień bedzie najlepsy na opublikowanie wyników moik badań naukowyk? No i dosłek do wniosku – ze 8 marca. I dlotego właśnie teroz ten wpis sie ukazuje. Mom nadzieje, ze dowód na autentycność Maronki to bedzie pikny prezent dlo syćkik dziewcyn w ik dniu. A dziewcynom odwiedzającym Owcarkówke piknie zyce, coby w swym zywobyciu spotykały samyk ino fajnyk ludzi i ani jednej weredy. Jeśli jednak jakiesi weredy sie trafiom – to zyce im, coby poradziły se z nimi równie piknie jak radziła se hyrno Maronka. Hau!

P.S.1. A w najblizsy piątek – w Owcarkowce podwójne święto bedziemy mieli. Hortensjeckowe imieniny i Małgosieckowe urodziny. No to zdrowie Hortensjecki i Małgosiecki! :D

P.S.2. Zaś we wtorek 17 marca – imieniny Zbysecka i urodziny Jędrzejecka Uherskiego. Zdrowie Zbysecka i Jędrzejecka! :D

* B.G. Sala, Księga karpackich zbójników. Bosz, Olszanica 2015, s. 74.

css.php