11.07.2016
poniedziałek

Pon Trudeau pod Turbaczem

11 lipca 2016, poniedziałek,

Na mój dusiu! Najpierw TesTeqecek napisoł, ze pon Trudeau mo sie ze mnom spotkać. Potem Alecka dała do zrozumienia, ze takie spotkanie jest całkiem mozliwe. No i kie siedziołek se pod jałowcem i ryktowołek komentorz z zapytaniem, skąd oni bierom takie informacje, uwidziołek nagle, ze między smrekami na skraju holi krynci sie jakisi ceper. Zdziwiłek sie, bo było juz dosyć późno i o tej porze turyści to juz racej siedzom w schroniskak abo inksyk pensjonatak. Jesce bardziej sie zdziwiłek, kie uwidziołek, ze ten ceper… macho ku mnie rękom! Zamkłek laptopa nalezącego do Staska Kowanieckiego, jednego z juhasów mojego bacy. Odniesłek to ustrojstwo tamok, ka Stasek je ostawił. I zaroz pohybołek ku nieznajomemu.

– Witoj, owcarku! Miło cie widzieć! – zawołoł tajemnicy chłop. Godoł po angielsku, co ocywiście nie robiło mi róznicy, bo jo przecie rozumiołek go instynktownie.
– Pozwól, ze sie przedstawie – godoł dalej – jestem Justin Pierre James Trudeau, premier Kanady.

O, krucafuks!!! A więc jednak Alecka z TesTeqeckiem mieli racje! On naprowde przyjechoł spotkać sie ze mnom! Skoda ino, ze wte jesce nie wiedziołek, ze Magecka fciała go pozdrowić, bo kiebyk wiedzioł, to ocywiście piknie byk to zrobił w jej imieniu.

– Znom twojego bloga – pokwolił sie pon premier. – To znacy… jo sam go nie cytom, bo nie znom polskiego. Ale piknie mi go tłumacy jeden z moik doradców.

Na mój dusiu! No to teroz juz przynajmniej wiedziołek, skąd on mnie zno. Nadal jednak nie wiedziołek, po co tutok przybył. Ale wnet piknie sie to wyjaśniło, bo zaroz pedzioł:

– Wies co, piesku? Telo ześ na tym swoim blogu rozpisywoł sie o piknym smaku oscypka, ze jo zrobiłek sie straśnie ciekaw, jak taki serecek moze smakować? Dlotego mom ku tobie piknom prośbe: cy mógłbyś wykraść dlo mnie jednego oscypka od swojego bacy? Ino jednego. Piknie pytom. Barzo, ale to barzo fce wiedzieć, jak on smakuje.

No… wykraść mogłek. Cemu nie? Dziwiło mnie ino, dlocego nie pódzie on po prostu do bacy i se nie kupi? W końcu pon Trudeau to nie Felek znad młaki, więc racej nie idzie o to, ze skoda mu dutków. Ba on zdawoł sie cytać w moik myślak, bo zaroz pedzioł tak:
– Pewnie cudujes, cemu właśnie ciebie pytom o pomoc? Powiem ci. Jak na pewno wies, teroz jest scyt NATO. Syćka przywódcy natowskik państw siedzom we Warsiawie i ukwalowujom. Podcas jednej z przerw, w kuluarak, dowiedziołek sie, ze w polskim języku słowo „szczyt” oznaco nie ino spotkanie najwozniejsyk ludzi, ale tyz pikny wierscycek. Kie sie tego dowiedziołek, to pomyślołek o górak. A kie pomyślołek o górak, to przybocył mi sie oscypek. I nagle tak wielko chęć skostowania tego serka mnie nasła, ze nie mogłek wytrzymać. Musiołek koniecnie hipnąć w te wase polskie góry, coby zdobyć tego rarytasa. Po prostu musiołek i ślus!

Pokiwołek głowom ze zrozumieniem. A pon Trudeau kontynuowoł:
– Ba nie fce, coby potem ftosi sie mnie cepioł, ze jo se beztrosko ryktuje wyprawe po oscypki akurat wte, kie som tak wozne obrady. Dlotego postanowiłek, ze przy pomocy najbardziej zaufanyk ludzi wymkne sie nocom, odsukom ciebie i popytom o pomoc. A jak juz tego oscypka bede mioł, to przed świtem wróce do Warsiawy. Teroz juz rozumies, cemu zalezy mi na tym, coby zoden cłowiek mnie tutok nie widzioł?

Ocywiście, ze rozumiołek. Przecie kieby mój baca i juhasi dowiedzieli sie, ze przybył tutok premier zza Wielkiej Wody – to za godzine wiedziałaby o tym cało mojo wieś. A za dwie godziny – całe Podhole. I wte juz niewiele trza by było, coby dowiedziała sie o tym cało globalno wioska.

– Hau-u! – pedziołek, co w tłumaceniu na język ludzki brzmi: Ostomiły ponie premierze, zaroz piknie wom przyniesie najpikniejsego oscypka, jakiego ino nojde.

Pon Trudeau racej nie zrozumioł, co godom, ale chyba sie domyślił, ze zgadzom sie mu pomóc, bo pedzioł:
– Dzięki, piesku.

No i pohybołek ku bacówce. Wykradonie oscypka – jako chyba wiecie – to nie była dlo mnie pierwsyzna. Łatwo posło. Niezauwazony ani przez bace, ani przez juhasów wślizgłek sie do bacówki, a po kwili wysłek z niej z wielkim piknym owieckowym serkiem w zębak. Ino cy nie bedzie sie pon Trudeau brzydził skostować tego po mnie? Cóz, widocnie nie, skoro sam mnie pytoł o takom przysługe.

Nagle… od lasa dobiegło przeraźliwe wołanie:
– Help! Help! Oh, my God! Heeeelp!!!

O, Jezusicku! Co sie stało? Upuściłek oscypka i pohybołek ku lasowi. Pozirom i widze, ze – o, kruca! – pon premier jakby osaloł! Krzycoł i rzucoł sie od smreka do smreka! Cemu? Wnet to odkryłek. Cyrwone mrówki go zaatakowały! Chyba całe wielkie mrowisko oblazło tego bidoka!

– Jaki pikny zapach! Jaki pikny słodki zapach! – wołały mrówki. – Ino kany jest jego źródło?

Na mój dusiu! Syćko zrozumiołek. Pon Trudeau, jako rodowity Kanadyjcyk, był cały przesiąknięty zapachem swego narodowego specjału – syropu klonowego. To nie jest tak mocny zapach, cobyście wy ludzie byli w stanie go wycuć, ale my psy – owsem. No i mrówki – jak widać – tyz.

Zanim zdązyłek pomyśleć, jak pomóc niescynśliwcowi, nadbiegł mój baca z juhasami: Staskiem Kowanieckim, Wojtkiem Murzynem i Józkiem Smrekiem. Usłysawsy straśliwe wrzaski, przylecieli sprawdzić, fto to tak krzycy i cemu.

– Panocku, co sie dzieje? – zapytoł mój baca.
– Please! Help me! – wołoł pon Trudeau. – I’m attacked by the army of horrible ants!
– On godo chyba po angielsku? – odgodł Wojtek Murzyn.
– Bajuści – zgodził sie baca. – To pewnie Anglik, ftóry jest przeciw Brexitowi, więc coby nie noleźć sie poza Uniom, postanowił zamieskać w nasyk górak.
– Nie wiem, cy to Anglik, cy Hamerykanin, cy inksy Australijcyk – pedzioł Stasek Kowaniecki, ftóry jako jedyny cłek na tej holi umie godać w języku pona Johna Cleese’a i pona Rowana Atkinsona. – Wiem, ze potrzebuje pomocy, bo mrówki sie do niego dobrały.
– No to pomózmy! – pedzioł Józek Smrek. – Zbiermy z niego te maluśkie beskurcyje.

A to dobre! Pon Trudeau jako Telimena, a baca i jego juhasi jako pony Tadeusze!

– Mom lepsy pomysł – pedzioł baca. – Weźmy pona do watry. I potrzymojmy go w uchodzącym z tej watry gęstym dymie. Moze wte te weredy ucieknom?

Wnet baca ze Staskiem Kowanieckim chycili pona Trudeau za ręce, a Wojtek Murzyn z Józkiem Smrekiem za nogi. Pon Trudeau, furt gryziony niemiłosiernie przez te małe cyrwone diaski, miotoł sie straśnie. Ale górole pasający owiecki to silne chłopy – dali rade go utrzymać. I rusyli biegiem ku watrze. Ba zanim zdązyli do niej dobiec, mrówki zacęły godać między sobom:

– Dziwne. Cujemy na tym chłopie piknom słodyc, ale nijak nie mozemy jej noleźć. Ale… tutok jest śtyrek inksyk chłopów. Moze na nik nojdziemy cosi dobrego?

No i… o, kruca! Więksość tyk sakramenckik owadów zlazła z pona Trudeau i wesła na bace i juhasów! Teroz juz syćka stali sie ofiarami tyk ancykrystów. Kieby ftosi akurat przechodził przez mojom hole, uwidziołby niezwykły widok: pięciu chłopów – z cego jeden w garniturze, a śtyrek w góralskik portkak i flanelowyk kosulak – tarzającyk sie po ziemi i wzywającyk na pomoc Pona Bócka i syćkik mozliwyk świętyk.

Moi owcarkowi kompani – Harnaś, Dunaj i Modyń – podesli ku mnie zaciekawieni.

– Mozecie, krzesny, wyjaśnić, co sie tutok dzieje? – spytali. – I fto to jest ten niepilok, co wroz z nasym bacom i juhasami ryktuje tutok jakiesi dziwne akrobacje?
– To nie jest taki zwycajny niepilok – odpowiedziołek. – To pon Trudeau, premier samiućkiej Kanady. A to, co oni ryktujom, to nie som zodne akrobacje, ino obrona przed mrówkami, ftóre wymyśliły se, coby posukać u pona premiera syropu klonowego.
– A co to takiego ten syrop klonowy? – spytoł Modyń.

Głupie pytonie? Moze i głupie, ale dlo mnie – było ono jak jabłko, ftóre prasło pona Newtona w łeb. Wiedziołek juz, jak moge tym pięciu bidokom pomóc.

– To pikny przysmak, hyrny w całej Kanadzie – pedziołek. – Pon Trudeau fcioł przysłać tutok pare becek tego przysmaku. Ale chyba jednak nie przyśle.
– A to cemu? – spytoł Dunaj.
– Cóz… – rzekłek, a potem specjalnie zacąłek godać głośno i wyraźnie. – Pon Trudeau, dlo ftórego ochrona przyrody jest barzo woznom rzecom, fcioł sie jakosi przysłuzyć kawałeckowi polskiej przyrody. Jego wybór podł na cyrwone mrówki w okolicak Turbacza. Postanowił obdarować je klonowym syropem. Specjalnie przyjechoł tutok, coby osobiście zbadać, jak duzo tego syropu trza tutok przysłać. No ale skoro te mrówki potraktowały go tak, jak widzicie, to…
– O, Jezusicku! O, Jezusicku! – zacęły wołać mrówki. – Słysycie, co godo ten wielki kudłaty pies? Ostowmy tyk chłopów! Ostowmy ik wartko, bo inacej stracimy sanse na piknom dostawe piknego kanadyjskiego syropu!

No i zaroz pozłaziły i z pona premiera, i z bacy, i ze syćkik juhasów. I piknie, karnie, wróciły do mrowiska.

– Ufff! – cało piątka ocalałyk odetchła z ulgom.

Baca poźreł na pona Trudeau. Widząc, ze bidok ciągle jesce jest roztrzęsiony po tym, co przed kwileckom przezył, popytoł go, coby siodł wroz z nim i juhasami przy watrze i odpocął kapecke. Kanadyjcyk piknie przyjął zaprosenie. Siednął przy watrze i zaroz piknie zostoł pocęstowany Smadnym Mnichem, bundzem, kiełbasom, a przed syćkim… tym, po co tutok przybył – piknym oscypkiem!

I rozkrynciła sie rozmowa. Stasek ocywiście słuzył za tłumaca. Górole wypytywali przybysa, skąd jest, cym sie zajmuje i o rózne inkse rzecy. Pon Trudeau pedzioł, ze pochodzi z Hameryki Północej i ze z zawodu jest urzędnikiem państwowym. Na pozostałe pytania tyz odpowiadoł wymijająco, coby nie zdradzić sie, kim jest. Ino w pewnej kwili Józek Smrek nachylił sie do ucha bacy i sepnął:
– Baco, cy ten chłop nie jest przipadkiem podobny do tego kanadyjskiego premiera… Zaroz… Jak on sie nazywo? Wysiłko? Nie. Mozoło? Nie, tyz nie. O! Juz wiem! Trudo!
Baca pomyśloł kwilecke, po cym odsepnął:
– Owsem, kapecke podobny. Ale tamten mo scuplejsom kufe.

Faktycnie – pon Trudeau, po tym jak mrówki go pokąsały, był kapecke opuchnięty, zwłasca na kufie właśnie. Ba dzięki temu wyglądoł nieco inacej niz zwykle.

Heeej! Wyglądało na to, ze kanadyjskiemu gościowi barzo dobrze godało sie z górolami. Ale cóz – musioł wracać na te obrady NATO. Podniesł się więc, piknie podziękowoł za gościne i pedzioł, ze niestety musi rusać w droge, bo śpiesy sie na takie jedno barzo wozne spotkanie. No i pozegnoł sie z bacom i juhasami. A na droge dostoł jesce dwa pikne oscypki. Tak więc swój cel piknie osiągnął: skostowoł oscypka, ba zarozem udało mu sie pozostać piknym incognitem.

Ale wiecie co, ostomili? Przydałoby sie, coby ten pon Trudeau przysłoł teroz na mojom hole pare becek syropu klonowego. No bo po tym, co nagodołek głośno przy mrówkak, jeśli on tego syropu nie przyśle – mrówki bedom mnie miały za straśliwego kłamcucha! I wstyd bedzie straśny. Bajako. Skoro jednak jo piknie pomogłek ponu Trudeau… to mom nadzieje, ze teroz on pomoze mi. Hau!

P.S.1. A w łoński piątek, 8 lipca, były Babeckowe imieniny. No to zdrowie Babecki! :)

P.S.2. Zaś 22 lipca bedziemy mogli świętować Madgareckowe imieniny i Ponio-Agnieskowe urodziny. Zdrowie Madgarecki i Poni Agnieski! :)

P.S.3 A 26 lipca – bedzie świętowanie potrójne. Bo imieniny bedom miały Fusillecka, Anecka Holendersko i Anecka Schroniskowo. No to pikne zdrowie Fusillecki, Anecki Holenderskiej i Anecki Schroniskowej! :)

26.06.2016
niedziela

Dlocego pon Cameron powienien naucyć sie góralskiego?

26 czerwca 2016, niedziela,

Co teroz powinien zrobić pon Cameron? Jo se myśle, ze wartko naucyć sie góralskiego. Ale góralskiego polskik góroli spod Turbacza, a nie angielskik spod Scafell Pike. A kie sie naucy, to bedzie mógł przyjechać do mojej wsi i pogodać z mojom gaździnom. Heeej! Kieby do takiego spotkania dosło, to prowdopodobnie wyglądałoby ono tak…

Najpierw brytyjski premier pyto:
– Wiecie, ostomiło poni, fto jo jestem?
– No… – zastanawio sie gaździna – kogosi mi przybocujecie. Ale… chyba mom za duzom wyobraźnie.
– Niekoniecnie. Jeśli mocie na myśli premiera Davida Camerona, to mocie racje – bo to właśnie jo! – przedstawio sie gość.
– Na mój dusicku! – woło zdumiono gaździna. – Ale co taki ftosi jako wy miołby robić w nasej wsi? I jak to w ogóle mozliwe, ze wy umiecie godać po nasemu?
– Naucyłek sie wasej mowy na przyśpiesonym kursie – wyjaśnio pon Cameron. – Przybywom tutok w sprawie, ftóro jest ściśle tajno. Jeśli z nasej rozmowy nic nie wyniknie, to nifto poza mnom – i tak juz nie mającym nic do stracenia – nie moze być z tom sprawom kojarzony. Dlotego właśnie fce z womi godać w śtyry ocy, bez świadków i bez tłumacy.
– A, rozumiem – pado gaździna kiwając głowom. – Po tym syćkim, co sie zadziało, mocie ochote schować sie przed całym światem. Więc przyjecholiście ku mnie, cobyk spytała mojego chłopa, cy nie zatrudniłby wos u siebie jako juhasa. Dobrze godom?
– Jeśli sprawy dalej bedom sły w tym kierunku, we ftórym idom – mozliwe, ze wkrótce właśnie o to wos popytom.

O, Jezusicku! Ciekawe, jaki byłby z niego juhas, kieby naprowde dostoł prace u mojego bacy!

– Ale na rozie – pon Cameron godo dalej – fciołek popytać wos o pomoc w odwróceniu biegu wydarzeń.
– Jakik wydarzeń? – cuduje gaździna. – Chyba nie idzie wom o to, cobyk powstrzymała ten cały Brekzgrzyt, cy jak to sie tam nazywo?
– Właśnie o to mi idzie – pado pon Cameron. – W wos cało nadzieja!
– Panocku, wyście sie abo z Monty Pythona urwali, abo zeście wypili za duzo tego wasego angielskiego Ale – stwierdzo gaździna. – Co jo, prosto baba spod Turbacza, mom poradzić na to, ze 52 procenty wasyk ludzi nie fcom być w Unii?
– Nase tajne słuzby wnikliwie przeanalizowały syćkie mozliwe warianty – odpowiado pon Cameron – i wysło na to, ze najlepiej bedzie zwrócić sie o pomoc właśnie ku wom.
– A to ciekawe – pado gaździna. – W swoim własnym kraju nie miałak wpływu na wyniki wyborów do Sejmu, a w wasym mom cosi poradzić na wynik referenduma? I to wase tajne słuzby takom genialność wymyśliły? Po oglądnięciu filmów o Jamesie Bondzie jo miałak o nik lepse mniemanie.
– Gaździno, jak pomozecie, to zapłacimy wom telo, kielo ino bedziecie fcieli – obiecuje pon Cameron.
– Nie fce wasyk dutków – odpowiado gaździna. – O takik rzecak to godojcie z Felkiem znad młaki, nie ze mnom. Chociaz… kie kurs tego wasego funta polecioł na łeb, to i on nie wiem, cy bedzie fcioł z womi godać.
– Cyli nimo nadziei! – woło dramatycnie pon Cameron. I zaroz wzdycho, ale juz nie po góralsku:
– God, save the Queen and very, very, very poor British Prime Minister.

A potem… zacyno bidok ślochać. Płace jak małe dziecko. I co kwila wyciero roz ocy, a roz nochala w rękaw swojej elegenckiej marynarki. Gaździnie luto sie robi. Co by nie godać – jak bliźni przyseł pytać o pomoc, to nie po krześcijańsku by było odmówić.
– E, panocku, przestońcie juz, bo skoda tego wasego garnituru z Harrodsa cy kany wy tam zeście go se kupili – pado gaździna i głasce pona premiera po głowie. – No, juz dobrze, spróbuje wom pomóc. Nie obiecuje, ze mój plan sie powiedzie, ale posłuchojcie, jaki mom pomysł.
I gaździna opowiado ponu Cameronowi o swoim pomyśle…

Niedługo potem… we syćkik bacówkak na Podholu i w Beskidak następuje wielko mobilizacja. Syćka bacowie i juhasi bierom sie do ryktowania jak najwięksej ilości oscypków. A zywina piknie im pomago: owiecki zajadajom więcej trowy i pijom więcej wody, coby naryktować więcej mleka na oscypki, owcarki jesce pikniej niz zwykle pilnujom owiecek, coby nifto nie zakłócoł im spokoju w ryktowaniu tego mleka, nawet wilki rozumiom powage sytuacji i postanawiajom tymcasowo zrezygnować z polowań na bacowskie stada. Wkrótce do baców przybywajom agenci brytyjskiego wywiadu i wykupujom syćkie oscypki. A potem lecom nazod na swojom wyspe i rozjezdzajom sie po niej. Najwięcej ik jedzie tamok, ka było nawiękse poparcie dlo Brexitu. I co robiom? Ano stajom w miejscak, ka furt bywo duzo ludzi – w pubak, w sklepak, na targowiskak – wyciągajom pokrojone plasterecki oscypka i wołajom:
– Ludzieee! Ludzieee! Skostujcie piknego przysmaku! Zupełnie za darmo!
Ludzie podchodzom, bierom oscypki, próbujom i… wołajom:
– O, Jezusickuuu! Ale pycha! Cegosi takiego to my nigdy w swym zywobyciu nie jedli! Co to jest? Śniadanie angielskie? Śniadanie kontynentalne? Nie! To musi być śniadanie niebiańskie!
– Racej podhalańskie – wyjaśniajom agenci. – Jedzcie, pokiela mozecie, bo za jakiesi dwa roki juz nie bedziecie mogli tego jeść.
– A to cemu? – pytajom ludzie. – Takiego przysmaku momy być pozbawieni? To niesprawiedliwe!
– No, niestety – odpowiadajom agenci. – To jest ser z południa Polski. Teroz, kie jesce jesteśmy w Unii, bez trudu mozemy go tutok sprowadzać. Ba kie za dwa roki z Unii wyjdziemy – sprawa juz nie bedzie tako prosto.
– O, Jezusickuuuu! – jęcom ludzie. – Tak nie moze być! Uprzedzano nos, ze konsekwencje Brexitu mogom być przykre, ale ze jaz tak – tego nom nifto nie godoł! Pon Farage nos wyonacył! Trza powtórzyć to całe referendum! Powtórzyć i ślus!
I wnet licba podpisów pod petycjom o ponowne referendum rośnie z kilku milionów do kilkudziesięciu. Nifto juz nimo wątpliwości, ze głosowanie nad Brexitem musi sie odbyć jesce roz. Więc sie piknie odbywo. Ba tym rozem kartka do głosowania wyglądo kapecke inacej niz tutok. Teroz widnieje na niej pytonie: „Wielko Brytania powinna pozostać w Unii Europejskiej i zachować dostęp do oscypka cy powinna opuścić Unie Europejskom i stracić dostęp do oscypka?” Pod pytoniem dwie odpowiedzi do wyboru: „Pozostać i zachować” abo „Opuścić i stracić”.

Kielo ludzi moze być uculonyk na oscypki? Nigdy o tym nie myślołek, ale widzi mi sie, ze nie więcej jak jakiesi pół procenta. W takim rozie – 99,5% głosującyk Brytyjcyków wybiero te pierwsom opcje. I po kłopocie. Bajako.

Tak więc teroz wiecie juz, ostomili, cemu jo radze ponu Cameronowi, coby naucył sie góralskiego i pogodoł z mojom gaździnom. Jeśli fce odzyskać reputacje i przejść do historii brytyjskik premierów jako ten, ftóry bedzie dzielił hyr z ponem Churchillem, a nie wstyd z ponem Chamberlainem – powinien mnie posłuchać. A cy posłucho ? Cóz… to juz zalezy od niego. Hau!

P.S.1. Brexit Brexitem, a my tutok w budzie momy jutro pikne święto – Madgareckowe urodziny. Zdrowie Madgarecki! :)

P.S.2. Następnego dnia, cyli pojutrze, bedziemy świętowali Paffeckowe imieniny. Zdrowie Paffecka! :)

P.S.3. Lipiec zaś zacniemy od Oleckowego święta, bo to bedzie jej rocnica ślubu. Zdrowie Poństwa Oleckowyk! :)

21.06.2016
wtorek

Acetylocysteina

21 czerwca 2016, wtorek,

O, Jezusickuuu! Mom wielkie zmartwienie! Nawet nie wyobrazocie se, ostomili, jakie jo mom wielkie zmartwienie! Straśliwe! Hauuuu!!!

No dobra, śpasowołek. Nic złego sie u mnie nie dzieje. Syćko jest w piknym porządku. Bo niby jak miałoby być? Siedze se na zielonej holi, popijom wykradzionego bacy Smadnego Mnicha, pozirom na widocki i roz świeci słonko i jest piknie, a roz pado dysc i – tyz jest piknie. Haj.

Ba jak zeście zareagowali na pierwse słowa tego wpisu? Współculiście mi cy nie? Nie musicie odpowiadać, bo odpowiedź znom. Jeśli nie braliście ostatnio zodnego leku zawierającego paracetamol – to współculiście barzo piknie. Jeśli zaś wzięliście – to nie współculiscie. Skąd jo to wiem? A, z tego artykułu, we ftórym napisali, tak:

Paracetamol stał się jednym z najczęściej zażywanych przez Polaków leków. Najnowsze badanie pokazuje jednak, że może on mieć inne, zaskakujące efekty – ludzie znajdujący się pod działaniem paracetamolu są mniej skłonni do okazywania współczucia innym. Zbadano grupę niemal 200 studentów, którzy oceniali poziom współczucia, jakie odczuwali wobec ludzi cierpiących ból. […] Okazało się, że ci, którzy zażywali kilkadziesiąt minut wcześniej 1000 mg paracetamolu, słabiej odczuwali współczucie wobec cierpiących. […] Badacze nie znają dokładnego mechanizmu działania „antyempatycznego”, ale mają ciekawe podejrzenia. Otóż badania obrazujące funkcjonowanie mózgu pokazały, że fizyczne odczuwanie bólu angażuje podobne obszary, jak jego obserwowanie. Możliwe jest więc, że paracetamol, który wpływa na szlaki metaboliczne działające w korze mózgowej, zakłóca również mechanizm „łączenia się w bólu”.

Heeeej! A godo sie, ze zyjemy w casak, kie społeceństwo opanowała straśliwo znieculica. I ze coroz rzadziej trafio sie ftosi, fto chętnie pomago bliźniemu w potrzebie. Cy to prowda? Moze tak, a moze nie… Ba nawet jeśli tak – to teroz juz przinajmniej wiadomo cemu. To nie wina ludzi, ino leków, tyk syćkik tabletek, co to w swoim składzie majom to sakramenckie paracetamolum! Na scynście jest na to przeciwśrodek. Jaki? Ano – acetylocysteina, w skrócie ACC. I tak se pomyślołek, ostomili, ze worce, coby kozde z wos piknie sie w to ACC zaopatrzyło. Rozpuśćcie to w wodzie i wlejcie piknie do jakiegosi rozpylaca, takiego po perfumak na przikład abo po inksym płynie do mycia okien. A potem wsędy, ka ino bedziecie śli, zabierojcie to ze sobom. Tak profilaktycnie. Jo ocywiście piknie wom zyce, coby nigdy zoden pech wos nie spotkoł. Ba wyobroźmy se, ze idziecie gościńcem i nagle – krucafuks! – źle stanęliście i noge w kostce zeście se skryncili. Ba zaroz za womi idzie jakisi chłop. No to wołocie ku niemu: Ej, panocku! Mom noge skrynconom w kostce. Mozecie mi pomóc? Piknie pytom.

Jeśli chłop odpowie: „Ocywiście, juz wom piknie pomagom”, to syćko w porządku. Jeśli jednak powie: „A, w rzyci mom wasom noge”, to zadojcie następne pytonie:
– Panocku, a cy wyście przipadkiem nie brali dzisiok jakiegosi paracetamola?
Jeśli zaprzecy, to wte bedzie jasne, ze chłop jest po prostu zwycajnom weredom i musicie dać se rade bez niego. Jeśli jednak potwierdzi – to wartko chytojcie rozpylac z ACC i psiknijcie w jego strone. Kie ta substancja wniknie do jego organizmu – przez gymbe, przez nos i przez pory w skórze – i kie zneutralizuje ten sakramencki paracetamol, to jest pikno sansa, ze chłop nagle sie zatrzymo i zawoło:
– Na mój dusicku! Co sie ze mnom działo, ze jo przed kwileckom byłek taki bezdusny ancykryst? Wstyd! Zaroz wom pomoge. Pogotowie wezwe, do apteki hipne i za własne dutki kupie cosi na okład na te wasom bidnom kostke. Zrobie syćko, co trza, cobyście nie musieli dłuzej cierpieć. Haj.

Tak, tak, ostomili. W casak, kie paracetamol stoł sie taki popularny, to równie popularne powinno być to, co przeciwdziało jego skutkom ubocnym. I tak jak w westernak nifto nika nie rusoł sie bez pistolca, to w nasym dzisiejsym świecie nifto nika nie powinien rusać sie bez ACC. A moze przydałoby sie zacąć ryktować pistolce, takie jak na Dziki Zachodzie, strzelające jednak nie śmierzcionośnymi pociskami, ba właśnie tom piknom substancjom? I specjalne kabury, coby w kozdej kwili łatwo było tyk pistolców dobyć? Krótko mówiąc – byłaby to broń, ftóro od tej westernowej rózniłaby sie ino tym, ze nie zabijałaby cornyk charakterów, tylko przeinacałaby je na biołe. Na mój dusiu! Chyba worce o cymsi takim pomyśleć. Hau!

P.S.1. W łońskom sobote, ostomili, mieli my tutok w Owcarkówce budowe święto – Misieckowe imieniny. No to z małym opóźnieniem – zdrowie Misiecka! :)

P.S.2. Dzisiok z kolei momy tutok święto podwójne – imieniny Aleckowe i Alseckowe. Ostomili, zdrowie Alecki i Alsecki! :)

1.06.2016
środa

Baca i turysta

1 czerwca 2016, środa,

Tradition! – wołoł pon Topol w hyrnym musicalu. No a w Owcarkówce traditionem jest to, ze kie momy Dzień Dziecka, to trza wyryktować wpis dlo dzieci. Więc i dzisiok tak bedzie.

Wśród wysokich gór, w szałasie,
Żyje sobie pewien baca.
Co tam robi? Owce pasie –
Taka już jest baców praca.

Raz, w chłodnawy dość poranek,
Gdy pogoda była mglista,
Baca patrzy – przez polanę
Ktoś wędruje. Kto? Turysta.

„Hej! Dzień dobry!” – baca woła.
A turysta otarł czoło
I mgłę widząc dookoła,
Minę zrobił niewesołą.

„Niezbyt tutaj jest ciekawie” –
Flegmatycznie wymamrotał –
„Parę głazów w mokrej trawie
„I ścieżyna pełna błota.

„A ten szałas – to rudera!
„Nawet w letnie popołudnie
„Pewnie wilgoć w nim doskwiera.
„Tu po prostu jest paskudnie!”

Baca na to: „Drogi panie,
„Jeśli ma pan trochę czasu,
„Chodźmy drugie zjeść śniadanie.”
I zaprosił do szałasu.

Tam zaś gościa poczęstował
Owczym serem ze swej hali.
Wnet zaczęła się rozmowa –
Z pół godziny przegadali.

Omówili różne sprawy,
Pogadali o przeszłości,
Wreszcie wstali z twardej ławy,
Żeby rozprostować kości.

Wyszli znowu na polanę,
A tu – po mgle ani śladu!
Odpłynęła gdzieś w nieznane?
Albo może zeszła na dół?

W każdym razie – ustąpiła
I przepadła gdzieś na amen,
A zniknąwszy, odsłoniła…
Fantastyczną panoramę:

Góry, lasy i doliny,
Tu i ówdzie śniegu płaty.
W górze – chmurki jak pierzyny,
W dole zaś – góralskie chaty.

Nasz turysta oniemiały
Znieruchomiał i jak wryty
Patrzył na urwiste skały,
Na skąpane w słońcu szczyty

I rozpływał się w zachwytach:
„Jak tu pięknie! Jak tu cudnie!”
Baca w śmiech. I zaraz pyta:
„Jednak cudnie, nie paskudnie?”

Na ten śmiech i na te słowa
Wpierw turyście zrzedła mina,
Lecz się zaraz zreflektował
I wnet też się śmiać zaczyna.

Tak więc obaj się pośmiali,
A tym ich serdecznym śmiechom
Wtórowało gdzieś w oddali
Wszędobylskie górskie echo.

W końcu – rzecz to oczywista –
Przyszedł czas na pożegnanie:
Wrócił na swój szlak turysta,
Baca został na polanie.

No i nadal w swym szałasie,
Mieszka sobie ten nasz baca.
Mieszka tam i owce pasie –
Taka już jest baców praca.

Hau!

P.S.1. A 8 cerwca – piknie świętujemy Oleckowe urodziny. No to zdrowie Olecki! :)

P.S.2. 9 cerwca tyz świętujemy. Z okacji urodzin BlejkKocikowyk Zdrowie BlejkKocicka! :)

P.S.3. 10 cerwca – świętujemy pocwórnie: z okazji imienin Emileckowyk, Gosickowyk, Małgosieckowyk i Margeckowyk. Zdrowie Emilecki, Gosicki, Małgosiecki i Margecki :)

14.05.2016
sobota

Pikny powód do dumy

14 maja 2016, sobota,

Jakisi cas temu godołek tutok w Owcarkówce, ze cytom ksiązke pona Wajraka o wilkak. No i – juz przecytołek. Na mój dusiu! Fciołbyk pedzieć, ze ksiązka jest barzo pikno. Ale powiem tak: owsem, jest pikno, ba nie do końca. Jednak to „nie do końca” w zodnym wypadku nie jest winom autora! To jest, ostomili, wina ludzi, przez ftóryk wilki furt ginom od karabinowyk kul abo jesce gorzej – od wnyków. Pon Wajrak zaś… cóz… musioł o tyk niewesołyk rzecak opowiedzieć, bo inacej jego ksiązka byłaby po prostu wybrakowano.

Krucafuks! Precki z polowackami na ślebodne wilki! Wiadomo wprowdzie, ze casem som to niezłe beskurcyje, bo na owiecki mojego bacy dybiom, ale – jak wiecie choćby z mojego bloga – jest to problem, ze ftórym jo i moi owcarkowi kompani doskonale se radzimy. Ludzko „pomoc” nie jest nom tutok ani kapecke potrzebno. Zreśtom sam pon Wajrak pado, ze choć więksość psów cuje przed swoimi dzikimi krewniakami wielkiego stracha, to som wyjątki, takie jak owczarki podhalańskie, które pilnują owiec i nie boją się wilków. Pewien baca w Bieszczadach opowiadał mi, że owczarki potrafią znakomicie bronić owiec, bo wilki zwykle uciekają na widok wielkiej białej ujadającej bestii. A żeby naprawdę mieć z wilkami spokój, trzeba mieć przynajmniej kilka takich psów. Bo jeśli jest tylko jeden, to część wilczej watahy odciąga go od owiec, a druga część je porywa. Gdy zaś owczarków jest kilka i są od maleńkości zżyte z owcami, wilki nie mają szans.* Piknie napisane! Jo i moi kompani – Dunaj, Harnaś i Modyń – piknie dziękujemy ponu autorowi za te słowa uznania dlo nos! Haj.

Ba to syćko nie zmienio faktu, ze cało naso cwórka piknie wilki sanuje. Walcymy z nimi – ale je sanujemy. A co więksość Europejcyków o nik myśli? Ano to, ze som one krwiozercymi potworami, ftóre nie robiom nic inksego, jak ino furt sukajom jakiegosi Cyrwonego Kapturka i jego babci, coby je obie zjeść. Tymcasem prowda jest tako, ze jeśli jakikolwiek Cyrwony Kapturek spotko w lesie choćby i całom watahe, to zanim zdązy pomyśleć „O, Jezusicku!” – wilki ucieknom. Ucieknom wartko, bo tak straśnie bojom sie cłowieka, ze nawet w kupie nie odwazom sie go zaatakować. Zreśtom zwykły cłek nimo prawie zodnyk sans na spotkanie z tymi drapieznikami. One wolom schodzić wom, ludziom, z drogi, zanim je zauwazycie. Więkse sanse mo tutok doświadcony tropiciel – ale i on musi sie nieźle natrudzić, zanim uwidzi nie ino wilce ślady, ale tyz tyk, co te ślady ryktujom. Haj.

Od starodownyk casów wilki bezlitośnie tępiono. A skutek tego tępienia jest taki, ze na zachód od Polski prawie juz ik nimo. Bocycie pewnie jak Anecka niedowno godała, jako wielko sensacja była w całej Holandii, bo po roz pierwsy od wielu, wielu roków uwidziano w tym kraju wilka. Bajako.

Kapecke tej zywiny zyje na Półwyspie Skandynawskim. Ale w porównaniu z Polskom – naprowde ino kapecke. Mimo to – ci potomkowie walecnyk Wikingów trzynsom sie przed nimi jak jakosi galaretka. Najgorzej jest podobno w Norwegii. Gdy byłem tam w 2008 roku – zbocowuje pon Wajrak – rząd, aby uspokoić ogarniętą strachem opinię publiczną, zaplanował wielkie polowanie na wilki. A żyło ich wówczas w tym […] kraju około 30. Zapytałem norweskiego ministra środowiska Erika Solheima, czy urządzanie odstrzału przy tak niewielkiej liczbie zwierząt nie jest wielkim błędem, a wręcz absurdem. Odpalił, że my w Europie nie mamy pojęcia, co to znaczy żyć wśród dzikich zwierząt. Na moment mnie zatkało, ale po chwili złośliwie poinformowałem ministra, że owszem, wiemy, bo w promieniu 20 kilometrów od mojego domu żyje tyle wilków co w całej Norwegii.**

Haha! Pon Wajrak nie napisoł, co na te słowa pedzioł pon minister, ale podejrzewom, ze nic, bo dolno scęka opadła mu pewnie jaz do samej ziemi, przez co bidok nic juz nie mógł godać, ino wartko musioł hybać do śpitala, coby przywrócili mu kufe do stanu uzywalności. Haj.

No a jak to jest z nasymi polskimi wilkami? W sumie – całkiem nieźle. A w porównaniu z inksymi krajami – barzo piknie! Wprowdzie u nos jesce w casak PRL-u mozno było na nie bezkarnie polować. A państwo nawet wypłacało nagrody za ik zastrzelenie! Ba od casów gierkowskik – pomalućku, pomalućku prawo w tej materii zacęło sie przeinacać na korzyść wilków. Po upadku komunizmu zaś – było jesce lepiej! Jaz w rocku 1998 całkowicie zakazano polowań na te zywine. Pon Wajrak nimo wątpliwości, ze to zasługa prężnie działających organizacji chroniących przyrodę, ale też nastrojów społecznych. – Pamiętam, że w uzasadnieniu do rozporządzenia obejmującego wilki ochroną w pierwszych zdaniach było napisane, że dzieje się tak również z woli społeczeństwa, które domaga się jego ochrony – opowiadał mi niedawno miłośnik wilków prof. Andrzej Bereszyński. Coś w tym jest. Sympatia była wtedy i myślę, że wciąż jest całkowicie po stronie wilków, które są symbolem niezależności i nieokiełznanej wolności, a nie po stronie uzbrojonych w sztucery i często powiązanych z władzą panów w niby-tyrolskich kapeluszach.***

Na mój dusicku! Jeśli tak właśnie jest – to momy tutok pikny powód do dumy! Pikniejsy niz wiele inksyk. No bo z cego Polacy som dumni? Ano… jeśli wierzyć temu sondazowi , to przede syćkim z gościnności, patriotyzmu i polskiej kuchni. Ba kie idzie o gościnność, to jo wcale nie jestem taki pewien, cy wierchujemy tutok nad inksymi narodami. Z tego, co gwarzom rózni bywali w świecie ludzie, wyniko, ze… hmm… niekoniecnie. A patriotyzm? Krucafuks! Po pierwse to niestety niekany jest więcej nacjonalizmu i ksenofobii niz patriotyzmu. A po drugie, bocujmy o jednej z polskik cech narodowyk – zamiłowaniu do kombinowania. Przecie to nase polskie kombinowanie barzo cynsto dzieje sie ze skodom dlo kraju! Mniejsom lub więksom. Więc skoro wielu Polaków barzo lubi skodzić krajowi, to kany ten patriotyzm? Z kolei kuchnia polsko – owsem, bywo pikno. Ba cało bida w tym, ze coby w kuchni wyryktować jakomsi potrawe, to najpierw w jakimsi sklepie trza kupić pikne składniki (no, nieftórzy sami se je ryktujom, ale ino nieftórzy). A w sklepie spozywcym, w dzisiejsyk casak, wcale nie tak łatwo o składniki, ftóre nie miałyby w sobie ani gumy guar, ani oleju palmowego, ani antybiotyków, ani benzoesanu sodu, ani jakisik sakramenckik polepsacy, ftóre tak naprowde powinny nazywać sie pogarsacami. Straśnie duzo jest tego plugastwa w tym sklepowym jedzonku. Oj, straśnie! I dlotego właśnie choć nadal mozno o polskiej kuchni pedzieć wiele dobrego, to niestety nie to, ze jest ona tak samo pikno jak drzewiej.

Tak więc widzicie, ostomili, niby som powody do dumy, ba kie pośpekulować nad nimi kapecke – to zaroz ryktujom sie wątpliwości: cy rzecywiście jest sie cym kwolić? Kie jednak idzie o podejście Polaków do wilków – to owsem, jest! Kwolmy sie zatem piknie! Kwolmy sie, ze więksość z nos jest przeciwno wybijaniu tej dzikiej i ślebodnej zywiny. Ze w walce myśliwyk z wilkami piknie kibicujemy tym drugim! I ze jednom z najbardziej porusającyk nos piosnek jest Obława pona Kaczmarskiego. Niek zyjom sympatycy wilków! Cyli – niek zyjemy my! Hau!

P.S.1. A wiecie, co jesce w tej ksiązce wycytołek? Ze kieby ftosi spotkoł w lesie wilka i fcioł zrobić mu zdjęcie, to powinien wartko zasłonić swojom kufe aparatem fotograficnym. Cemu? Bo – jak wyjaśnio pon Wajrak – ludzka twarz to jest to, czego zwierzęta najbardziej się boją i co najlepiej widać w lesie.**** Przy okazji wyjaśnio sie, cemu wilki nie cytajom blogów Polityki – bo w kozdym z tyk blogów widać twarz autora. Mojego tez nie cytajom, bo owcarków – jako juz wiecie – tyz sie bojom. Tak więc jesce jedno dobro rada: jeśli fcecie ryktować bloga cytanego przez wilki – nie umiescojcie tamok swoik zdjęć!

P.S.2. I jesce jednom ciekawom rzec tamok wycytołek. O ponu profesorze Shipmanie z Pensylwanii. Ale… to juz jest racej temat na osobny wpis.

P.S.3. Piknie przybocowuje, ze w najblizsom środe, 18 maja, bedom urodziny PonioBlejkKocickowe, Heleneckowe i Misieckowe. No to zdrowie Poni BlejkKocikowej, Helenecki i Misiecka! :)

P.S.4. A następnego dnia, 19 maja, to na Niebieskiej Holi bedzie pewnie pikne przyjęcie, pełne piknyk smakołyków. Bo jo nie wierze, coby Pon Pieter, mający w tym dniu swoje urodziny, nie wyryktowoł na takom okazje cegosi specjalnego. Ale my, tutok na ziemi, tyz wte wypijmy piknie zdrowie Pona Pietra! :)

P.S.5. A 25 maja – kolejne pikne urodziny, Margeckowe tym rozem. No to zdrowie Margecki! :)

P.S.6. I… z urodzin przerzucomy sie na imieniny. 26 maja bedom imieniny nasej Plumbumecki. No to nie próznujemy w tym dniu, ino zdrowie Plumbumecki pijemy piknie! :)

P.S.7. 29 maja z kolei – Mageckowe imieniny obchodzimy. Piknie obchodzimy i piknie pijemy zdrowie Magecki! :)

P.S.8. A maj końcymy piknym świętowaniem Mieteckowyk imienin. Ostomili, zdrowie Mietecki! :)

* A. Wajrak, Wilki. Agora, Warszawa 2015, s. 166.
** Ibidem, s. 70.
*** Ibidem, s. 123.
**** Ibidem, s. 258.

4.05.2016
środa

Wiekomierz

4 maja 2016, środa,

Najmłodsy syn mojego bacy i mojej gaździny spędził długi weekend w mojej wsi. A w jeden z tyk długoweekendowyk dni przybył na nasom hole, coby uwidzieć sie z ojcem. Długo był tutok? Ano… pare godzin. I cały ten cas spędził na godaniu z bacom i juhasami. O cym godoł? A, na przikład o tym, ze był niedowno na takiej jednej konferencji, ka wystąpił między inksymi jakisi pon z Microsoftu. Z tego, co zrozumiołek, głównym tematem wystąpienia owego pona była pogoda. A dokładniej: chmury. A jesce dokładniej: chmury, ftóre ryktuje teroz Microsfot. Dziwi wos to, ze ta firma wzięła sie za ryktowanie takik rzecy? Mnie – ani kapecke. Bo chmury to w końcu nic inksego, jak cosi, co furt widuje sie zawiesone nad ziemiom. A produkty Microsoftu przecie słynom z tego, ze barzo lubiom sie zawiesać. Haj.

Ba opróc chmur ten pon godoł o jesce jednej rzecy – ze Microsoft wyryktowoł takom strone o adresie how-old.net. Na te strone mozno piknie wrzucić dowolne zdjęcie, a wte specjalny microsoftowy program przeanalizuje je i powie, kielo roków majom syćkie widniejące na fotce osoby. Cyli jest to taki elektronicny wiekomierz, mozno pedzieć.

Pon z Microsoftu zapewnioł, ze ten program naprowde barzo trafnie odgoduje wiek, bez względu na to, cy dostonie do analizy twarz maluśkiego dzieciacka cy ccigodnego matuzala. Na mój dusiu! Kie o tym usłysołek, to od rozu postanowiłek piknie te rzec wypróbować! Z wiecora, kie zoden juhas nie poziroł, dorwołek sie do laptopa. No i wesłek na to how-old. Na pocątek wrzuciłek zdjęcie pona Kopiczyńskiego. Bo tutok sprawa widziała mi sie najbardziej ocywistom – wiekomierz powinien ocenić sfotografowanom osobe na równo 40 roków. No i…? Na kielo ocenił? Ano… na 37. Cy mozno pedzieć, ze to pomyłka w granicak dopuscalnego błędu? Na rozie postanowiłek nie zastanawiać sie nad tym, ino próbować dalej. Wrzuciłek te oto fotke Flipa i Flapa. I wiekomierz pedzioł, ze pon Flap mo 58 roków, zaś pon Flip – o, Jezusicku – ino 5! Cyli przedskolak! No… trza jednak bocyć, ze pon Flip i pon Flap byli specjalistami od śpasowania. Moze więc ten program wcale nie jest głupi, ino wiedząc, ze to komicy, postanowił dostosować sie do okolicności i tyz zaśpasować?

Cóz, postanowiłek dokonać trzeciej próby. Wrzuciłek do wiekomierza swoje własne zdjęcie.

how old is owcarek

I co ten program zrobił? O, krucafuks! Sietniok jeden! Napisoł mi: Couldn’t detect any faces, cyli: Nie mozno tutok noleźć zodnej kufy. Na mój dusiu! Jak to nie mozno? Widzicie mojom kufe na zdjęciu powyzej? No przecie, ze widzicie. No to jak to mozliwe, ze Microsoft, ftóry podobno zatrudnio mędroli z całego świata, nie moze jej noleźć? Eh! Najwyraźniej ten wiekomierz wcale nie jest jaz tak dobry. Ba zanim powiem, ze jest zupełnie do rzyci, to dom mu jesce jednom sanse. Moi ostomili, moze wy spróbujecie wrzucić tamok swoje fotki? Jak wrzucicie, to uwidzicie, kielo według tego ustrojstwa mocie roków. Jeśli oceni wos na mniej, niz mocie w rzecywistości – to w porządku. Ba jeśli na więcej – to bedzie znacyło, ze ten program jest po prostu beznadziejny. Bo jo nimom najmniejsyk wątpliwości, ze syćka odwiedzający Owcarkówke wyglądajom barzo młodo. Syćka bez wyjątku! Hau!

16.04.2016
sobota

Puenta bedzie za trzy roki

16 kwietnia 2016, sobota,

Wcora mojo gaździna robiła zakupy w nasym wiejskim sklepiku. A ten sklepik to nalezy do Felka znad młaki, co to jest u nos najbogatsy. No i kie gaździna tamok wesła, to zastała w środku paru inksyk mieskańców wsi, zajętyk bardziej plotkowaniem niz kupowaniem (i nimo w tym nic dziwnego, ostomili, bo w wielu góralskik sklepak miejscowi sprawiajom wrazenie, jakby przysli tamok głównie po to, coby se pogodać, a nie po to, coby cosi kupić). Nagle… przed wejście zajechoł wielki pikny motocykl marki Yamaha. Siedzioł na nim chłop ubrany w corny kapelus, cornom kurtke, cornom kosule i corne portki. Jego ocy zasłaniała corno maska. Na mój dusiu! Zorro na motorze! Ba zaroz miało sie okazać, ze nie jest on tak ślachetny jak jego disnejowski pierwowzór. Bo ten – jak ino zlozł z tego motora i weseł do sklepu, to zza poły kurtki wyciągł… straśnego pistolca! Wystrzelił w sufit, a potem zawołoł:
– To jest napad! Syćka ręce do góry! I pod ściane!

Przerazeni ludziska posłusnie podnieśli ręce do wierchu. Ino mojo gaździna śmiało rusyła ku chłopu, fcąc ściągnąć mu te maske z kufy, ba po kwili machła rękom i ustawiła sie pod ścianom wroz z inksymi. Cały cas jednak dziwnie sie uśmiechała. Sklepowo tyz fciała póść pod ściane, ale zamaskowany chłop zawołoł ku niej:
– Ty stój! Otwieroj kase i wyciągoj z niej dutki. Syćkie!

I cóz bidno sklepowo miała zrobić? Wyciągła na wierch cały dzisiejsy utarg i wręcyła bandziorowi. Ten zaś poupychoł dutki w kieseniak i pedzioł:
– A teroz… syćka mocie stanąć kufami do ściany i licyć do pięciu tysięcy. Pokiela nie skońcycie licyć, nie wolno wom ani rusać sie z miejsca, ani nika dzwonić. Fto mnie nie posłucho – zginie! Zrozumiano?
– Zrozumiano – odpowiedziała mojo gaździna gaździna ze śmiechem, a cało reśta – z wielkim przejęciem.

Rabuś wybiegł ze sklepu, hipnął na swój motor, włącył silnik i z prędkościom dwukrotnie więksom, niz to jest dozwolone w terenie zabudowanym, odjechoł w strone Dunajca. Syćka ludzie w sklepie zaś, zwróceni kufami do ściany, zacęli licyć do pięciu tysięcy. Syćka – z wyjątkiem mojej gaździny, ftóro od rozu rusyła do pola.

– Ej! Krzesno! – zawołali ludzie. – Juz skońcyliście licyć?
– Jo juz sie w swoim zywobyciu nalicyłak wystarcająco – odpowiedziała gaździna.
– Lepiej uwazojcie! To moze być barzo niebezpiecny przestępca! I nawet jeśli nimo go juz w sklepie, to moze być kasi w poblizu.
– To stójcie tutok dalej i liccie se do tyk pięciu tysięcy. A nawet do dziesięciu, jak mocie ochote – oześmiała sie gaździna i se posła. Kany? Ano do Felkowej chałupy. Felek wpuścił jom do środka, przywitoł sie, a następnie spytoł:
– Co wos, krzesno, sprowadzo ku mnie?
– Ano – pedziała gaździna – fciałak sie dowiedzieć, po co napodłeś na swój własny sklep?
– Co takiego?! – Felek wyglądoł na zupełnie zaskoconego. A przynajmniej staroł sie na takiego wyglądać. – Był napad na mój sklep? O, Jezusicku! Trza zawiadomić policje!
– Hehehe! Przestoń, Feluś, udawać – zaśmiała sie gaździna. – Napastnik był twojego wzrostu, mioł twojom sylwetke, porusoł sie jak ty i godoł twoim głosem. I fces mi wmówić, ze to nie byłeś ty?
– Pewnie ze nie jo! – zapieroł sie Felek. – Niby cemu miołbyk napadać na samego siebie?
– Tego właśnie fciałak sie dowiedzieć – pedziała gaździna.
– Musiołbyk być chyba wariotem, coby robić takie rzecy – obrusył sie Felek. – A zapewniom wos, ze nie jestem.
Gaździna zachichotała.
– Cóz… – rzekła. – Skoro godos, ze to nie ty – to znacy, ze nie ty. Ale w takim razie jo juz se póde, bo muse odsukać tego rabusia. Kie wybiegoł ze sklepu, to z kieseni wypodł mu dwuzłotowy pieniązek. Fce więc chłopa odnoleźć, coby mu tego pieniązka oddać.

I gaździna rusyła ku wyjściu. Ba Felek hipnął nagle ku niej, chycił jom za ramie i zawołoł:
– Ej, krzesno! Oddawojcie mi moje dwa złote!
Gaździna znów zachichotała.
– Jak to: twoje? – spytała. – Przecie one nie som twoje, ino tego chłopa, ftóry napodł na twój sklep.
– Nooo… yyy… – Felek zacął sie jąkać. – A, niekze ta. Przyznoje. To jo napodłek. Mozecie juz mi te dwa złote oddać?

Gaździna wyciągła portmonetke, pogrzebała w niej, wyjęła dwuzłotowom monete i podała Felkowi. Felek skwapliwie te monete chycił i schowoł w kieseni.
– No to jak? – spytała. – Wytłumacys mi wreście, po coś wyryktowoł te hece z napadem?
– No bo – pedzioł Felek – teroz bedzie śledztwo. I mom nadzieje, ze ono piknie wykoze, fto tego rabunku dokonoł.
– Ze co? – zdumiała sie gaździna. – Chyba fciołeś pedzieć, ze mos nadzieje, ze śledztwo nicego nie wykoze?
– Pedziołek to, co fciołek pedzieć – upieroł sie Felek. – Fce, coby wysło na jaw, ze to byłek jo.
– O, Jezusicku! Przecie mozes póść za to do hereśtu!
– Hereśt hereśtem, ale najwozniejse, coby wybuchł skandal.
– Skandal? Na mój dusiu! A do cego potrzebny ci skandal?
– Oj, krzesno, krzesno – Felek pokiwoł głowom z politowaniem. – Godajom we wsi, zeście mądry cłek, ale na biznesie to jo widze, ze wy sie zupełnie nie znocie.

Po tyk słowak Felek wyciągł tableta, włącył internet, a potem pokazoł gaździnie artykuł opublikowany przez portal kopalniawiedzy.pl. A w tym artykule napisali tak:

Naukowcy z University of Sussex doszli do wniosku, że skandale, w które zamieszani są szefowie wielkich firm często… przynoszą firmom korzyści. Okazało się bowiem, że po pierwszym zawahaniu cen akcji firmy, dochodzi do korekty i cena często wzrasta do poziomu wyższego niż w firmach, w których nie było skandalu. […] Naukowcy z Sussex przyjrzeli się 80 skandalom w amerykańskich korporacjach z lat 1993-2011, w które zamieszani byli CEO* firm. Okazało się, że w ciągu miesiąca od ujawnienia skandalu cena akcji firmy spadała od 6,5 do 9,5 procent. Na jednym skandalu posiadacze akcji tych firm tracili średnio 1,9 miliarda dolarów. Jednak sytuacja taka nie trwała wiecznie. Trzy lata po skandalu […] papiery firmy sprawowały się na giełdzie równie dobrze jak konkurencji, w której nie wybuchł żaden skandal. Co więcej, w przypadku każdej z tych firm kilka lat po skandalu cena papierów była wyższa niż firm, których szefostwo nie dokonało żadnych bulwersujących czynów.

– Felek – rzekła gaździna, kie to przecytała – cy tobie idzie o to, ze kie ozejdzie sie hyr, ześ obrabowoł własny sklep, to najpierw bedzie on przynosił straty, ale za trzy roki te straty przeinacom sie w pikne zyski?
– No! Wreście zacynocie rozumieć – uciesył sie Felek. – Ten sklepik – to ino eksperyment. Jeśli okaze sie, ze jo za te trzy roki faktycnie bede mioł z tego sklepiku piknie zyski, to podobnie zrobie z pozostałymi swoimi firmami. W kozdej z nik wyryktuje jo jakisi pikny skandal, odcekom trzy roki i… Heeeej! Ale bedzie piknie! Dutków przybędzie mi co niemiara!
– Wies co, Felek? – pedziała gaździna. – Jo juz muse lecieć do chałupy.
– Juz idziecie? – spytoł Felek. – A jo nicym wos nie pocęstowołek. Moze chociaz socku pomarańcowego byście sie napili?
– Nie, muse juz iść – pedziała gaździna. – Przybocyłak se, ze ostawiłak na ogniu gotującom sie zupe.

I pośpiesnie wybiegła do pola. Cemu tak nagle postanowiła wyjść? Cy dlotego, ze wiedziała, ze jak Felek dobrowolnie cęstuje sockiem, to znacy, ze ten socek musi być przeterminowany? Nie, wcale nie dlatego. Ona uciekła, bo dłuzej juz nie była w stanie powstrzymać sie od sakramenckiego śmiechu. Jak ino oddaliła sie od Felkowej chałupy o pare kroków, to dostała takik chichotek, ze jaze sie od nik spłakała.
– Hahaha! Haha! Haha! – zaśmiewała sie. – To fudament jeden! Ale wymyślił! Hahahahahaha! Na mój dusiu! Worce było poświęcić te dwa złote, coby sie dowiedzieć, co temu ancymonowi strzeliło do łba! Hahaha! O, Jezusicku! Hahaha! Haha!

Felek w tym samym casie mamrotoł do siebie:
– Jedno mnie dziwi. Cemu gaździna ot tak po prostu oddała mi całe dwa złote? Przecie mogła zachować te dutki i udawać, ze w ogóle ik nie nolazła… Aaa! Juz wiem! Ona musi być bogato! Bogatso ode mnie! I dlotego jej na tyk dwók złotyk nie zalezało. No, no! Fto by sie tego spodziewoł. Niby tako zwycajno osoba, a kasi wielkie bogactwa ukrywo!

I cóz, ostomili. Pewnie na koniec spodziewocie sie, ze je te opowieść jakosi pikne spuentuje? Tak by wypadało, ale… nie zrobie tego. Cemu? No bo – krucafuks – przecie nie jestem prorokiem.** Nie wiem, cy faktycnie z powodu Felkowego napadu ten jego sklep zacnie przynosić zyski cy nie. Pockojmy więc spokojnie. Pockojmy, jaz te trzy roki upłynom. A kie upłynom – i kie juz bedzie wiadomo, jak ów napad na wpłynął Felkowe interesy – wte dopiero bedzie puenta. Hau!

P.S.1. Heeej! W tym miesiącu budowyk świąt momy niemało! Najpierw, juz w najblizsom niedziele – Gosickowe urodziny bedom. Zdrowie Gosicki! :)

P.S.2. A po niedzieli – jak zwykle poniedziałek. Ale nie taki zwycajny poniedziałek, ino nadzwycajny – bo wte z kolei bedom Aleckowe urodziny. Zdrowie Alecki! :)

P.S.3. W piątek 22 kwietnia – znów świętujemy. Bedziemy zycyć scynścia Fusillecce i Ponu Fusilleckowemu, bo to bedzie pikno rocnica ik ślubu. Zdrowie Wiecnie Młodej Pary! :)

P.S.4. W sobote 23 kwietnia – opróc tego, ze w tym dniu jo bede z bacom na hole seł – bedom Motyleckowe imieniny. Zdrowie Motylecka! :)

P.S.5. Niedziela 24 kwietnia zaś znów urodzinowo bedzie – bo w tym dniu naso Plumbumecka sie urodziła. Zdrowie Plumbumecki! :)

P.S.6. Na kolejny poniedziałek urodzin nie przewidujemy, ale na wtorek 26 kwietnia – juz tak! Urodziny Alseckowe! No to zdrowie Alsecki! :)

* Jak by sie fto pytoł, CEO to – według Wikipedii – dyrektor generalny. Skrót od: „Chief Executive Officer”, abo: „Cudowny Egzemplorz Oberprezesa”.
** TesTeqecek, Teraz!. Onepress, Gliwice 2015, s. [jak poznom strone, to jom ocywiście podom, haj].

26.03.2016
sobota

Felkowo święconka

26 marca 2016, sobota,

Na mój dusiu! Wiecie, co dzisiok zadziało sie w mojej wsi? Ano… pocątkowo wyglądało na to, ze bedzie to tako samo Wielko Sobota, jako jest u nos co roku. Jak zwykle w salce parafialnej przy nasym kościele stanął stół, na ftórym od rana do popołudnia mozno było stawiać kosyki z pokarmami, coby ksiądz piknie je poświęcił. I jak zwykle mój baca z mojom gaździnom przybyli tamok ze swoim piknym kosykiem. Kie zaś przybyli, to na miejscu zastali Janiele, starom Jaśkowom, Staska Kowanieckiego z dzieciakami i jesce pare inksyk osób. Nie było natomiast księdza. Syćka cekali na pojawienie sie abo wikarego, abo probosca. W pewnej kwili dało sie słyseć, ze ftosi weseł do sieni, przez ftórom trza było przejść, coby dostać sie do salki. Fto to był? Ksiądz cy jesce jeden parafianin ze święconkom? I nagle rozległ sie łoskot, ftóremu towarzysył okrzyk:
– O, krucafuks!!!

Syćka wartko wyjrzeli do sieni. A tamok – lezoł na podłodze Felek znad młaki, co to jest najbogatsy w mojej wsi. Kwile polezoł i pojęcoł, a potem pomalućku zacął sie podnosić i rozcierać obolałom rzyć. Co sie stało? Ano bidok nadepnął na mały samochodzik, ftóry zgubiło najmłodse dziecko Staska Kowanieckiego. Samochodzik pojechoł do przodu, więc Felkowo noga tyz pojechała i… pociągła za sobom swego właściciela. Kapecke ucierpiała przy tym Felkowo święconka – bidny kosyk lezoł teroz pod ścianom, a wokoło walało sie to, co jesce przed kwileckom było piknie poukładane w jego środku. Heeej! Cego tamok nie było! I kawałecek bułki sprowadzonej ekspresowo kurierem z Paryza, i salami z samiućkiego Mediolanu, i sól z Morza Martwego, pare inksyk rarytasów i… całkiem sporo piknyk dwustuzłotowyk banknotów.

– Felek, co ty? – zaciekawiła sie mojo gaździna. – Dutki w kosyku przyniesłeś poświęcić?
– A co, nie wolno? – Felek odpowiedzioł pytaniem na pytanie. – Od downa przynose je w kozdom Wielkom Sobote. Ino wse były one na dnie kosyka, dlotego potela zeście nic o nik nie wiedzieli.
– To ciekawe – rzekł Stasek Kowaniecki. – A cy chociaz przybywo ci tyk dutków od tego, ze je święcis?
– Cóz… – Felek podrapoł sie po głowie. – Na rozie… chyba nie za barzo. Furt bidny jestem! Ledwo wystarco mi na to, coby z głodu nie umreć. Ale nie poddoje sie i co roku próbuje. Moze kiesik ksiądz poświęci mi te dutki na telo skutecnie, ze piknie mi ik przybędzie?
– Felek, a moze ty popełnios błąd? – zacął śpekulować mój baca. – Skoro kładzies swe dutki na dnie kosyka, to woda święcono do nik nie dociero, bo ostoje na pokarmak, ftóre som na wierchu. Jeśli fces, coby ta woda skropiła twoje dutki, musis je ułozyć na wierchu, nie na spodzie.
– Baco! Racja! Jesteście genialni! – zawołoł Felek.

I wartko pozbieroł syćko, co mu sie z kosyka powysypywało. Ba tym rozem banknoty ułozył na wierchu – tak jak mój baca mu doradził. No i zaroz postawił swój kosyk na stole, tuz obok wiklinowej tacy, do ftórej wierni mogli wrzucać datki na potrzeby parafii.
– Dutki obok dutków bedom sie dobrze cuły – mruknął do siebie.

Po paru sekundak – do salki weseł kościelny.
– Za kwileckie bedzie tutok probosc – oznajmił syćkim obecnym.
I nagle… gymba mu sie syroko rozdziawiła.
– O, Jezusicku! – zawołoł. – Jesce nigdy w Wielkom Sobote ofiary na parafie nie były jaz tak hojne! Same banknoty! I to jakie! Dwustuzłotowe! E, lepiej wartko zaniese te pieniązki proboscowi, coby sie nie pogubiły.

Na mój dusiu! Kościelny był dzisiok jakosi tak straśnie roztargniony, ze Felkowy kosyk z dutkami pomylił z kościelnom tacom! Zanim ftokolwiek zdązył zareagować – kościelny chycił kosyk Felka i rusył ku wyjściu.

– Stójcie! Krzesny! Stójcie! – ryknął Felek. – To moje! Waso taca lezy obok!
– Aaa… przepytuje piknie – wybąkoł kościelny, ftóry teroz dopiero zorientowoł sie w swej pomyłce.

I juz fcioł oddać kosycek Felkowi, kie nagle… pomiędzy obu chłopów wesła Janiela. Groźnie poźreła prosto w ocy Felka i pedziała:
– Ostowcie to! Ten kosyk – z kwilom, kie wziął go kościelny – stoł sie własnościom Kościoła.
– Zwariowaliście, krzesno? – spytoł Felek. – Niby cemu cosi, cego kościelny ledwie dotknął, miałoby od rozu przechodzić na własność Kościoła?
– Bo skoro boski sługa wziął ten kosyk, to znacy, ze tak fcioł Pon Bócek – odrzekła Janiela. – I teroz jeśli spróbujecie ten kosyk zabrać- popełnicie cięzki grzych. Grzych świętokradztwa!
– No to co najwyzej sie wyspowiadom – pedzioł Felek.

I wyciągnął ręke, coby odebrać kosyk od kościelnego, ale Janiela momentalnie złapała kropidło, ftóre lezało na stole i słuzyło w tym dniu do święcenia pokarmów. Zaroz zacęła tym kropidłem tłuc Felka po głowie.

– A, mos! A, mos! – wołała. – Ty bezbozniku! Ty poganinie! Ty diasku!
– Auć! Auć! – wykrzykiwoł Felek. – Ratunku! Zabiercie ode mnie te wariotke!

I na to syćko do salki weseł ksiądz probosc.
– Co tu się dzieje? – spytoł zaskocony.
– Ostomiły jegomościu – pedziała Janiela. – Ten oto fudament fcioł okraść parafie! Bezwstydnie fcioł okraść nas Święty Kościół Powsechny! I to w Wielkom Sobote! Trza werede ekskomunikować!
– No dobrze, a tak naprawdę to co się stało? – spytoł probosc, ftóry ocywiście dobrze wiedzioł o Felkowej miłości do dutków, ale nie za barzo fciało mu sie wierzyć, coby ta miłość miała Felka pchnąć do okradania parafii.

No i wte mojo gaździna spokojnie opowiedziała, co tutok przed kwileckom zasło.
– Ot, zwycajno pomyłka kościelnego i stela ta cało sarpacka – podsumowała na koniec.
– Pomyłka, nie pomyłka – znowu odezwała sie Janiela – dutki, ftóre roz trafiły w kościelne ręce, juz na wieki wieków powinny nalezeć do Kościoła. I fto takie dutki fciołby zabrać, to tak jakby zabieroł je samemu Poniezusowi.
– Anielciu! Sancta simplicitas! – zawołoł probosc, nie mogąc powstrzymać sie od śmiechu.
– Nie rozumiem po angielsku – pedziała Janiela. – Nie wiedziałak zreśtom, ze ksiądz probosc tyz juz uległ modzie na uzywanie angielskik słów.
– Mi też nic o tym nie wiadomo. – Probosc znów sie zaśmioł. – A „sancta simplicitas” znaczy: „święta naiwności”.
– Ze jak? Święto? O, Jezusicku! Święto! Jestem święto! Sam ksiądz probosc to przyznoł! – uciesyła sie Janiela. Na słowo „naiwność” jakosi nie zwróciła uwagi.

Probosc tymcasem zwrócił sie do kościelnego:
– Proszę oddać Felkowi jego koszyk.
– Huraaa! – uciesył sie Felek, kie odzyskoł swojom właśność i prawie pod sufit podskocył. – Niek zyje nas ksiądz probosc! Najsprawiedliwsy jegomość, jakiego znom!

I rzucił sie duchownemu na syje i zacął go bośkać w policki. Na mój dusiu! Mioł Felek scynście, ze nas probosc jest taki, jaki jest, a nie taki jak… na przikład probosc z sąsiedniej parafii. Bo nas probosc i ten z sąsiedniej parafii som zgodni, ze nie mozno słuzyć Ponu Bóckowi i mamonie, ale na tym zgodność ik poglądów sie końcy. Probosc z sąsiedniej parafii uwazo, ze skoro mamone widać, a Pona Bócka nie – to lepiej słuzyć mamonie (znacy sie, chyba nigdy tak głośno nie pedzioł, ale tak sie zachowuje, jak by tak właśnie myśloł). Natomiast nas probosc godo, ze lepiej słuzyć Ponu Bóckowi, bo z mamony wse moze nos ftosi okraść, natomiast coby ftosi komusi ukrodł Pona Bócka – to sie jesce nigdy nie zdarzyło.

– Czy możemy już zacząć święcić pokarmy? – spytoł probosc, jednoceśnie próbując wyswobodzić sie z Felkowyk objęć.
– Jednom kwilecke jesce – popytała mojo gaździna. – Jo se myśle, ze Janiela miała cynściowo racje. Cynściowo. No bo skoro kościelny wziął te Felkowe dutki, to mozno pedzieć, ze je nolozł. A skoro je nolozł, to Kościołowi nalezy sie 10 procentów noleźnego.
– Eee, bez przesady – Probosc machnął rękom.
– Słyseliście, krzesno? Bez przesady! – Felek skwapliwie poporł jegomościa. – Ksiądz nie fce tyk dutków.
– A fto pedzioł, ze mos je dać księdzowi? – spytała gaździna, robiąc przy tym takom hultajskom mine, jakom musioł robić Janosik, kie zabieroł bogatym, coby oddać bidnym. – Ty mos je dać starej Jaśkowej.
– Jaśkowej? Cemu Jaśkowej? – Felek zrobił wielkie ocy. – Teroz to jo juz zupełnie nic nie rozumiem.
– No przecie to proste – rzekła gaździna. – Te dziesięć procentów nalezy sie Kościołowi. A głowom Kościoła tutok na ziemi jest papiez Francisek. A Francisek, jak ino zostoł papiezem, to od rozu pedzioł, ze fciołby Kościoła dlo ludzi bidnyk. A najbidniejso w nasej parafii jest Jaśkowo. Więc dutki nalezom sie jej.

No i syćka obecni w salce zgodzili sie z gaździnom. Nawet Felek, wprowdzie niechętnie, ale woloł nie ryzykować, ze przez całe święta syćka we wsi bedom godali, jako to z niego kutwa. Jedno ino Jaśkowo sie prociwiła, bo było jej zwycajnie głupio. Ale gaździna uparła sie, ze Jaśkowo musi te dutki przyjąć, bo jeśli nie przyjmie i jakimsi przipadkiem o jej odmowie dowie sie sam Francisek, to bedzie mu przykro, ze ftosi odrzuco pomoc Kościoła, a jak bedzie mu przykro, to bedzie mioł popsutom całom Wielkanoc. Wte Jaśkowo ustąpiła, bo nie fciała psuć papiezowi świąt. I cóz… była zakłopotano, ale tyz zadowolono, bo teroz mogła pohybać do sklepu, pokiela był jesce cynny i narobić piknyk przedświątecnyk zakupów. Gaździna tyz była zadowolono, ze udało jej sie zrobić pikny dobry ucynek. Felek… w sumie tyz był zadowolony. Bo wprowdzie odzyskoł ino 90 procentów święconkowyk dutków, ale przecie lepse 90 procentów niz nic. Zadowolono tyz była Janiela – bo sam ksiądz probosc (przynajmniej w jej mniemaniu) uznoł jom za świętom. Tak więc pare osób w mojej wsi bedzie miało w te Wielkanoc pikne powody do zadowolenia. I wom, ostomili, zyce, cobyście wy tyz je mieli. Nie ino do zadowolenia, ale tyz do wielkiej radości. Wesołyk Świąt syćkim! Hau!

P.S.1. A w pierwsy cwortek po świętak, 31 marca, Profesoreckowe urodziny bedom. No to zdrowie Profesorecka! :)

P.S.2. Dzień później zaś – bedom imieniny Wawelokowe. Zdrowie Waweloka! :)

19.03.2016
sobota

Jakie pikne urodziny!

19 marca 2016, sobota,

Już w XV w. założyciele gorczańskiej wioski Ochotnica płacili swoje należności w postaci sera „Oscypek” – cytomy na stronie 15 tego oto dokumentu . Pierwsze wzmianki o wyrobie oscypka na Podhalu pochodzą właśnie z Ochotnicy – cytomy tutok. A stela mozemy sie dowiedzieć, ze po raz pierwszy wzmianka o oscypku, jako o środku płatności, pojawiła się w pochodzącym z 1416 roku akcie założycielskim wsi Ochotnica w Gorcach.

Na mój dusiu! Koniecnie fciołek uwidzieć ten akt! Bo skoro jest w nim wzmianka o tak piknym serku – to musi być to jeden z najpikniejsyk staropolskik dokumentów! A jesce jak jest to najpierwso tako wzmianka – to kozdy sanujący sie pies pasterski powinien zrobić dwie rzecy: piknie ten dokument przecytać i – jesce pikniej – go obwąchać.

Zacąłek więc sukać. Przez rózne Gugle i inkse Bingi. Ale niestety daremnie. Abo źle sukołek, abo… mom kolejny dowód na to, ze jesce nie syćko mozno w internecie noleźć. Udało mi sie ino tutok natrafić na polski przekład. Cóz. Niekze ta. Kie nimo oryginału, przekład tyz dobry. Bajako. Przecytołek uwaznie i… powiem wom, ze pocątkowo byłek zawiedziony. Okazało sie, ze słowo „oscypek” nie pado tamok ani rozu. Jest ino mowa o tym, ze którykolwiek z kmieci czy mieszkaniec wsi wyżej wymienionej [Ochotnicy znacy sie] posiadając stada owiec czy kóz powinien uiścić około św. Marcina […] daninę trzech baranów lub kóz i trzy wielkie sery od stu owiec bądź kóz. Ba cy te „wielkie sery od stu owiec” to właśnie oscypki? W pierwsej kwili widziało mi sie, ze niekoniecnie. Bo przecie owieckowy ser to moze być tyz bundz. Abo bryndza. Abo redykołka, choć ona racej tutok w gre nie wchodzi, bo jej z całom pewnościom nie mozno zalicyć do wielkik serów. Haj. Skąd więc wiadomo, jakie dokładnie serecki zbocowane som w tym starodownym tekście? Zacąłek nad tym myśleć i… pomyślołek se tak: ten akt wyryktowoł sam król Władysław Jagiełło. A cy król Jagiełło był sietniokiem? No przecie ze nie był! Inacej nie prasnąłby krzizaków pod Grunwaldem, ino oni jego. Skoro więc nie był sietniokiem, to piknie wiedzioł, ze najhyrniejsym owieckowym serem jest właśnie oscypek.* I kieby sło mu o inksy owcy ser niz ten najhyrniejsy – piknie by to wyjaśnił. Nie wyjaśnił jednak – zatem mioł na myśli oscypka. I ślus.

Kie se to uświadomiłek, to zaroz potem, ostomili, przysło mi na myśl, ze skoro właśnie w tym ochotnickim akcie jest najpierwso wzmianka o tym najsłynniejsym wyrobie z owieckowego mleka – to dzień wydania tak piknego dokumentu nalezałoby oficjalnie uznać za dzień oscypkowyk urodzin! Kie zaś ów akt zostoł ukwalowany? Ze w 1416 rocku – to juz pedziołek. A w jaki dzień? Ano… 20 marca. Tak, tak, ostomili, oficjalne miejsce i data urodzenia oscypka to: Ochotnica, 20 marca 1416 rocku.** Cyli… O, Jezusicku! Najblizso niedziela bedzie nie ino Niedzielom Palmowom, ale tyz… dniem barzo piknyk seśćsetnyk urodzin! Heeej! No to trza wyryktować pikny tort, na ftórym bedzie równiutko 600 piknyk świecek! I trza zycenia złozyć! Syćkiego najlepsego dlo wielce dostojnego i wielce smacnego Jubilata! Niekze ten siumny seśćsetlatek dalej piknie zakwyco najwybredniejsyk smakosy! Niek dalej wierchuje swym piknym zapachem wokół bacówek i wokół straganików z regionalnym jedzonkiem! Ostomili, zdrowie oscypka po roz pierwsy! Hau!

P.S.1. Ba jesce przed niedzielnym świętem, w te sobote, momy tutok nase święto budowe. Tyz góralskie zreśtom, bo to dzień Józefickowyk imienin. Zdrowie Józeficka! :)

P.S.2. A w najblizsy wtorek tyz bedziemy świętowali, bo wte z kolei bedom imieniny Noboru-Wataya-Koteckowe. Zdrowie Noboru-Wataya-Kotecki! :)

* Inkso sprawa, ze nie wiem, cy słusnie właśnie oscypek jest wśród owieckowyk produktów najhyrniejsy. Przecie bundz tyz pikny! Niemniej jednak nawet z moik owcarkowyk badań socjologicnyk jasno wyniko, ze osób wiedzącyk, co to jest oscypek, jest duuuuzo więcej niz wiedzącyk, co to jest bundz.
** Mom jo nawet swojom teorie, we ftórej dokładnie chałupie w dzisiejsej Ochotnicy Górnej ten oscypek sie urodził. Ale kiebyk tutok pedzioł, to by była kryptoreklama. Ba pozdrawiom piknie oboje gazdów tej chałupy i ik oboje dzieciacków :)

15.03.2016
wtorek

Juzek i Józek

15 marca 2016, wtorek,

Przecytołek se jo niedowno barzo fajnom ksiązke pona Romualda Romana, zatytułowanom Zakopiański dom wariatów. Nietrudno sie domyślić, ze rzec jest o stolicy Skalnego Podhola. A o cym dokładniej? Ano głównie (choć nie tylko) o ludziak, ftórzy zyli pod Tatrami w casak PRL-u. Na mój dusiu! Mozno sie piknie uśmiać, kie cyto sie te ksiązecke. Ino z jednego rozdziału sie nie śmiołek. Ba nie dlotego, ze nie był śmiesny, ino dlotego, ze coby go zrozumieć, to trza znać zasady brydza. A jo niestety nie znom (no bo – kruca – nawet kiebyk znoł, to jaki miołbyk z tego pozytek? – i tak moje owcarkowe łapy nie som przystosowane do trzymania kart). Więc jeśli ftosi z wos, ostomili, zno sie na tej piknej grze, to jo piknie pytom, coby przecytoł ten rozdział, a potem wytłumacył mi, o co tamok idzie. Haj.

W swojej ksiązce pon Roman piknie śpasuje i z góroli, i z ceprów. Najwięcej zaś – śpasuje z samego siebie. I kapecke tyz ze swej zony Jolanty. Cóz, widocnie pozowoliła mu na to, co świadcy zreśtom o tym, ze musi to być barzo mądro osoba, mająco do siebie pikny dystans. Bajako. Jest tamok na przikład tako scenka z casów, kie poni Jola pracowała w biurze ZWW. Co to takiego to ZWW? To skrót od Zakopiańskik Warśtatów Wzorcowyk, ftóre były (i chyba nadal som) podhalańskim oddziałem hyrnej Cepelii. W tykze Warśtatak – jak zbocowuje pon Roman – po góralsku rozmawiało ze sobą osiemdziesiąt procent pracowników, a cała reszta, nawet jeśli nie mówiła tutejszą lingua franca, doskonale rozumiała, co do niej mówiono. Z jednym wyjątkiem – Joli.

Co z tego wynikło? Ano… posłuchojcie.

Wpół do siódmej rano zaspana Jola jedzie autobusem do pracy.
Obok stoi Stanisław Gąsienica z całym workiem zrobionych przez siebie kierpców.
Znają się z pracy.
– Dzień dobry, pani Jolu. […]
– Dzień dobry, panie Staszku. […] Jak pan się czuje?
– Eeee, nijako.
– Oooo… A co się stało?
– Niby nic. Ino… ino wiecie… juzek się dawno nie napił.
– Tak?
– Tak, pani Jolu, prowde godom.
– A… Jaki Józek?
– Wto?
– Pytam, bo może go znam.
– A kogo?
– Tego Józka.
– A skądże wam jakiś Józek w głowie? Swego chłopa już ni mocie?
– Ten Józek, o którym pan wspominał.
– Jo zem wom nie godoł o zodnym Józku.
– To proszę jeszcze raz powtórzyć, jak mi pan odpowiedział na pytanie, jak się pan czuje.
– Pedziołek wom, ze juzek się dawno nie napił.
– No więc jednak mówił pan o Józku.
– Nie. Jo wom godołek, ze ju-zek, czyli ja, się dawno nie napił.
– To pan, panie Staszku, jest teraz Józek czy Staszek?
– Jezu! Wy nic rozumu nie mocie! Pedziołek wom, słuchojcie uważnie: juzek się dawno… co oznacza że już od dawna nie piłem. Rozumiecie teroz?
– Oczywiście, że rozumiem. Pan, panie Staszku, od dawna nie pije. Natomiast ten, który pije, to jest jakiś pan Józek, którego ja nie znam.
– Jezusie i wszyscy świenci, trzymojcie mnie! Józka ni mo! Jestem ino jo, Staszek!
– Tak, tak, bo pan, gdy pan nie pije, nazywa się Staszek, a gdy pan pije, to wołają na pana Józek. Ależ to sprytne!
– Pani Jolu, idźcie już do tego biura i biercie sie za swoje numerki, bo jak zacniecie wiencej do ludzi godoć, to sie bendom dzioły straśne rzecy!*

Heeej! Cyz nie pikno to była rozmowa? No przecie ze pikno! Ale… sami widzicie – worce, coby kozdy godojący z górolem ceper słuchoł swego rozmówcy barzo, ale to barzo uwaznie. Bo dobrze by było, coby taki ceper wiedzioł, kie pado słowo „juzek”, a kie „Józek”. Kieby mioł wątpliwości – najlepiej, coby jak najsybciej je rozwioł. Jak to zrobić? A, mozno spytać na przikład tak:
– Panie Staszku drogi. Bardzo pięknie pan gada, ale ten autobus jest niesamowicie głośny i przez to nie za dobrze pana słyszę. Czy pan może wspomniał o jakimś Józku?

Jeśli rozmowa – w odróznieniu od tej, jakom odbyła poni Jola – nie jest prowadzono w autobusie, mozno spytać inacej:
– Panie Staszku, strasznie mocno dzisiaj wieje i wiatr zagłusza pańskie słowa. Czy dobrze mi się zdaje, że przed chwilą napomknął pan o jakimś Józku?

A jeśli akurat nie duje zoden wiater, to mozno spytać tak:
– Ponie Staszku, ale cisza! Aż w uszach dzwoni! Ale to dzwonienie niestety zakłóca mi odbiór pańskiego głosu. Pan chyba o jakimś Józku mówił – zgadza się?

No i górol abo potwierdzi, abo zaprzecy, ale stonie sie jasne, cy pedzioł „juzek” cy „Józek”. A wte nie bedzie juz groziło, ze sie bendom dzioły straśne rzecy. Hau!

P.S.1. Na mój dusiu! W poprzedni poniedziałek Profesoreckowe imieniny były! No to choć caluśki tydzień juz minął – piknie wypijmy zdrowie Profesorecka! :)

P.S.2 Z kolei w ostatniom niedziele były Hortensjeckowe imieniny i Małgosieckowe urodziny. Zdrowie Hortensjecki i Małgosiecki! :)

P.S.3. Najblizsy cwortek tyz bedzie imieninowo-urodzinowy. Bo bedom imieniny Zbyseckowe i urodziny Jędrzejeckowe. Zdrowie Zbysecka i Jędrzejecka! :)

* R. „Aldek” Roman, Zakopiański dom wariatów. Wydawnictwo Annapurna, Warszawa 2015, s. 131-132.

css.php