7.10.2014
wtorek

Komu worce wydrukować ten wpis, a komu nie worce

7 października 2014, wtorek,

Kie mocie, ostomili, do wyboru: tradycyjnom papierowom ksiązke abo e-booka, to co wybierocie? Jeśli tradycyjnom ksiązke, to proponuje wom, cobyście wydrukowali se ten wpis i przecytali go na papierze. Jeśli zaś wolicie e-booka – nie drukujcie! Pod zodnym pozorem nie drukujcie, a słowa, ftóre tutok widzicie, przecytojcie ino na komputrze. Abo na inksym smartfonie. Haj.

Cemu zwolenników zwykłyk ksiązek namawiom do zrobienia wydruku? A bo jakisi cas temu na stronak Newsweeka nolozłek artykuł o tym, ze nasz mózg zdecydowanie woli zadrukowane kartki papieru – informacje czytane z tradycyjnej książki zostają nam w głowie na dłużej, a sam proces czytania jest głębszy i bardziej angażujący wyobraźnię niż w przypadku śledzenia wirtualnego tekstu w czytniku. Jak tego dowiedziono? Ano za pomocom piknyk eksperymentów. Na przikład poni doktór Kate Garland z brytyjskiego University of Leicester kazała swoim studentom nauczyć się fragmentów trudnych tekstów ekonomicznych. Część uczyła się z książek tradycyjnych, a część z elektronicznych. Różnice były bardzo wyraźne. Młodzi ludzie uczący się z e-booka musieli kilka razy więcej przeczytać materiał, aby go zrozumieć i przyswoić, niż studenci mający w rękach tradycyjną książkę. Co więcej, nauka z książki papierowej sprawiała, że badani na dłużej zapamiętali materiał i po kilku tygodniach łatwiej przywoływali go z pamięci.

Podobny eksperyment wyryktowała norwesko profesorka, poni Anne Mangen. Telo ino, ze ona eksperymentowała nie na studentak, ba na licealistak. Podzieliła tyk licealistów na dwie grupy i jednej z nik zadała przecytanie paru tekstów na komputrze, a drugiej – tyk samyk tekstów na papierze. Potem syćkim ucestnikom eksperymentu zrobiła małe odpytywanko. I co sie okazało? Ano to, ze osoby czytające artykuły na papierze zrozumiały z nich więcej niż uczniowie siedzący przed komputerem. Co ciekawe, prawidłowość ta występowała przy czytaniu zarówno beletrystyki, jak i literatury faktu czy naukowej. Bajako.

Cy teroz juz domyśliliście sie, ostomili, cemu tym z wos, co wolom tradycyjne ksiązki, doradziłek wydrukowanie tego wpisu? Bo jeśli przecytocie go w wersji drukowanej, to – jako juz wiecie – bedziecie go lepiej bocyli. A jak bedziecie go lepiej bocyli, to od tej pory, jak ino weźmiecie jakomsi ksiązke do ręki, bedziecie culi radość. Wielkom i piknom radość. Huraaaa! – bedzie wołali. – Przez długie, długie roki piknie bede pamiętać syćko, co w tej ksiązce napisano! Piknie bede pamiętać, bo cytom jom na papierze, a nie w jakimsi e-booku! Haj.

Natomiast zwolennicy e-booków, jeśli bedom bocyli ten wpis, to im podcas cytania ksiązek elektronicnyk racej wesoło nie bedzie. O, Jezusicku! – bedom sie frasowali. – Tako pikno ksiązka! Tako pikno! Fciałoby sie długo, długo bocyć jej treść. Ale nic z tego! Zaboce jom juz wkrótce. Eh, taki to juz jest niestety nas los. Los bidnyk cytelników e-booków.

Dlotego właśnie jo takim osobom zalecom przecytanie tego wpisu nie na papierze, ino na elektronicnym ekranie. Jeśli posłuchajom mojej owcarkowej rady, to bedom mieli piknom sanse, ze ten wpis wartko zabocom. A jak zabocom – to nie bedzie im przykro, kie za kolejne e-bookowe lektury bedom sie brali. Bajako i hau!

P.S.1. Na mój dusicku! Tako pikno rocnica ślubu nom przeleciała! Rocnica ślubu Alecki i Jerzorecka. W ostatni cwortek ona była. No to chociaz poprawiny pikne wyryktujmy i piknie wypijmy zdrowie Alecki i Jerzorecka! :D

P.S.2. Bobickowe imieniny tyz nom przeleciały. W piątek one były. To tutok tyz pikne poprawiny wyryktujmy i wypijmy zdrowie Bobicka! :D

P.S.3. A w ten poniedziałek – cyli juz zupełnie niedowno – rocnica ślubu Jasiecka Juhasa była. No to i te zaległość piknie nadrobić nom trza i wypić piknie za zdrowie Poni Jasieckowej i Jasiecka! :D

P.S.4 Dzisiok zaś święto podwójne – EmTeSiódemeckowe urodziny i imieniny. Zatem podwójnom ilość Smadnego Mnicha trza wypić! Zdrowie EmTeSiódemecki! :D

21.09.2014
niedziela

Głosujcie na niedźwiedzie

21 września 2014, niedziela,

Znocie, ostomili, historie niedźwiedzia Wojtka, co to w armii pona Andersa piknie słuzył? Jeśli nie, to polecom wom ksiązke poni Aileen Orr Niedźwiedź Wojtek. Jeśli zaś znocie, to… tyz wom polecom te ksiązke. Bo z pewnościom dowiecie sie z niej wielu piknyk rzecy, ftóryk potela zeście nie wiedzieli.

Heeej! Ten Wojtek to mioł zywobycie! A syćko zacęło sie w kwietniu 1942 rocku, w dalekik górak Iranu. Przez góry te prowadził ślak siumnej armii pona generała Andersa, armii, ftóro opuściwsy niegościnne stalinowskie imperium, podązała na zachód, coby stanąć do walki o ślebode. No i w tyk irańskik górak paru nasyk żołnirzy natknęło sie na miejscowego młodego górolecka, ftóry niesł ze sobom nieduzy worecek. Co było w worecku? Ciekawscy żołnirze wnet sie dowiedzieli – zywy, maluśki niedźwiadek. Maluśki i sakramencko pikny! Jaki los go cekoł? Ano… racej niewesoły. W tamtyk stronak jeśli cłowiek przygarnioł niedźwiedzia, to nie po to, coby sie nim zaopiekować, ino po to, coby wsadzić mu w nos metalowe kółecko, do kółecka przycepić łańcuch, a potem ciągać bidoka po jarmakak i zmusać do tańcowania ku uciese gawiedzi. Cy wojacy pona Andersa wiedzieli o tym? Niekoniecnie. Ale świadomie lub nie – uratowali niedźwiadka przed nieciekawom przysłościom. Bo kie uwidzieli te maluśkom kudłatom kulecke – od rozu zapragnęli jom posiąść. No i namówili chłopoka, coby piknie im zwierzocka odsprzedoł. I tak oto niedźwiadek stoł sie – takim kapecke nietypowym – synem pułku. Żołnirze dali mu na imie Wojtek. Kapecke bali sie ino, co ik dowódcy na to syćko powiedzom? Cy nie bedom godali, ze trzymanie w armii niedźwiedzia jest surowo wzbronione? Nie wydadzom rozkazu pozbycia sie bidnej zywinki? Na mój dusiu! Nie docenili Wojtkowyk mozliwości! Bo Wojtek… wystarcyło ino, ze poźreł na owyk dowódów swoimi rozkosnymi niedźwiadkowymi ockami i zaroz było syćko jasne – miś zostoje w armii. I zostoł. I piknie zjednywoł se syćkik żołnirzy, ftórzy mieli sposobność go spotkać.

Heeej! Mijały dni, tyźnie, miesiące… Polsko armia wędrowała i wędrowała przez bezkresny Bliski Wschód. Tymcasem Wojtek z maluśkiego misia przeinacył sie w potęznego niedźwiedzia. Utrzymanie go stawało sie coroz trudniejse. Ba jego opiekunom ani w głowie było sie z nim rozstawać. Kie podkomendni pona Andersa dotarli do Egiptu, a stamtela drogom morskom rusyli do Włoch, Wojtek wroz z nimi piknie zabroł sie na statek.

Co było dalej? Ano… hyrny bój o Monte Cassino. Hyrny i sakramencko krwawy. Opiekunowie Wojtka walcyli tamok jako żołnirze 22 Kompanii Zaopatrzenia. Ik zadaniem było dostarcanie pocisków artyleryjskik atakującym Miemców oddziałom. Na mój dusiu! Było to sakramencko trudne i niebezpiecne. Trza było wieźć pociski cięzarówkami, pokonując zdradzieckie górskie drogi. Kie była ciemno nocka – tako cięzarówka mogła spaść w przepaść. I zdarzało sie niestety, ze spadała. Kie cięzarówki docierały do celu – trza było jak najsybciej wyładować z nik pociski i przenieść ku armatom. A to syćko pod nieustannym miemieckim ostrzałem.

Furt kanonanda, furt wybuchy… Mogłoby sie zdawać, ze cosi takiego to nie na Wojtkowe nerwy. Ale kany tam! Dlo niedźwiedzia najwozniejse było dotrzymywać towarzystwa ludzkim przyjaciołom. A kie mógł tego towarzystwa dotrzymać – to te syćkie bitewne huki mioł głęboko w swojej niedźwiedziej rzyci. Haj. Mało tego! Kie poźreł, jak jego opiekunowie przenosom pociski z cięzarówek ku stanowiskom artyleryjskim, to wpodł na pomysł, ze… bedzie robił to co oni! I zaroz wziął wielki i cięzki pocisk, zaniesł go ku armacie, a kie doniesł, to wrócił sie ku cięzarówce i wziął następny. A potem jesce następny. I jesce… W kolejne dni robił tak samo. No, krucafuks! Niedźwiedź dobrowolnie pracujący przy dostarcaniu amunicji to racej rzadkie zjawisko. Wielu z pewnościom stwierdzi, ze wręc niemozliwe. Ale, moi ostomili, poni Orr nolazła telo naocnyk świadków (nie ino Polaków, ale tyz żołnirzy wojsk alianckik), ze nimo wątpliwości, ze to była najprowdziwso prowda, a nie wyssano z palca historyjka.

I tak mi sie, ostomili, widzi, ze kieby nie Wojtek – wynik bitwy pod Monte Cassino byłby inksy. No bo poźrejcie: nasym udało sie tamok wygrać z najwięksym trudem. Zatem kieby wojska sprzymierzone miały choćby o jeden atut mniej – to by przegrały. A Wojtek to był przecie barzo pikny atut! Kie ludzie z wielkim wysiłkiem, słaniając sie na nogak, tascyli cięzkie armatnie pociski, sapiąc przy tym “Uff! Uff! Ufff!…”, to nas niedźwiedź przenosił je tak, jakby niesł leciutkie piórecka. Więc fto z żołnirzy 22 Kompanii najbardziej sie w tej bitwie zasłuzył? No przecie ze Wojtek! A kieby nie dostarcane przez te kompanie pociski, to jak nasi zdobyliby okupowany przez Miemców klastor? Ano… po prostu nie zdobyliby i telo. I dlotego właśnie nimom wątpliwości, ze to Wojtek był najwięksym bohaterem bitwy pod Monte Cassino. Nifto inksy jako Wojtek właśnie. Bajako.

A cy wiecie, ze ten niedźwiedź zostoł nawet oficjalnie zarejestrowany jako żołnirz 22 Kompanii? Jeden ze znajomyk poni Orr godoł nawet, ze kasi w archiwak nolozł informacje, ze temu siumnemu miśkowi nadano stopień kaprala.* Nimo pewności, cy to prowda, ale jeśli tak – to jest moim zdaniem skandal. Skandal sakramencki! Stopień kaprala ino? Za tak pikne zasługi? Ftosi taki powinien zostać mianowany generałem! A nawet marsałkiem! Krucafuks! Jeśli w tamtyk casak najlepsym żołnirzom przyznawano tak niskie stopnie, to nic dziwnego, ze jaz seść roków trza było z tym całym Hitlerem wojować, coby dało sie go wreście unieskodliwić. Haj.

Co po wojnie działo sie z nasym niedźwiadkiem? Ano trafił on w końcu do zoo w Edynburgu. Ba zanim tamok trafił, kapecke jesce pobył se z żołnirzami 22 Kompanii. Żołnirzy tyk umiescono w specjalnym obozie w ojcyźnie poni Orr, cyli w piknej Skocji. Tamok właśnie – z pomocom władz brytyjskik – Polacy mieli zacąć nowe zycie, jako mieskańcy Zjednoconego Królestwa (no chyba ze woleli wrócić do Polski, ale mało fto mioł ochote wracać tamok, ka w owym casie Stalin wierchowoł). Jak tubylcy traktowali polskik niepiloków? Ano róznie. Poni Orr zbocowuje, jak jej dziadek, tyz żołnirz zreśtom, wse ku niej godoł: Gdyby nie Polacy, nie stałabyś tutaj obok mnie jako wolny człowiek. Wszystko co masz zawdzięczasz tym ludziom. Nigdy tego nie zapomnij.**

Było jednak wielu takik, co zywili ku Polakom niechęć. Z dwók powodów. Po pierwse – draźniło ik, ze rząd wziął obcyk na swoje utrzymanie, kie tymcasem wielu rodowityk Brytyjcyków zyło w bidzie, bo ik kraj mocno ucierpioł w dopiero co zakońconej wojnie (nie jaz tak jak Polska wprowdzie, ale ucierpioł). Po drugie – wte nie ino w Skocji, ale w ogóle w Europie Zachodniej nie rozumiano niechęci Polaków do Stalina. Ostomili Polacy – godano – przecie ten Stalin to taki miły pon! Nas pikny sojusnik! Hitlera pokonoł! Więc cego wy kruca od niego fcecie?

Cóz, po pewnym casie tamtejse społeceństwa przestały zakwycać sie ponem Josifem Wissarionowiczem. Ale to dopiero po pewnym casie. Haj.

Tak więc zanosiło sie na to, ze stosunki żołnirzy 22 Kompanii z miejscowom ludnościom bedom racej kiepskie. I tak by pewnie było… kieby nie nas Wojtek! Na mój dusiu! Ten niedźwiedź, ftóry wceśniej piknie podbijoł serca polskik żołnirzy, teroz to samo robił z sercami Skotów! Tego zwierzoka po prostu nie dało sie nie lubić! A kie Skoci polubili Wojtka, to przy okazji polubili tyz jego ludzkik kompanów. I tak oto wyryktowała sie pikno przyjaźń polsko-skocko zamiast polsko-skockiej wrogości. Bajako.

Moi ostomili. To nie przypadek, ze jo właśnie teroz wpis o tym hyrnym Wojtku ryktuje. Za niedługo momy wybory samorządowe. Kogo wybrać? Ano dobrze by było kogosi takiego, co to umiołby piknie godzić skłócone lokalne społecności. Bo wiadomo przecie, ze zgoda piknie buduje, a niezgoda sakramencko rujnuje. Przykład Wojtka dowodzi, ze niedźwiedzie som piknymi ekspertami od ryktowania zgody między ludźmi. A zatem – worce cobyście sprawdzili, cy wśród kandydatów z wasego okręgu nimo jakiegosi miśka. Takiego prowdziwego kudłatego miśka. Jeśli jest – mozecie śmiało na niego zagłosować. Bajuści! Głosujcie na niedźwiedzie, ostomili! Hau!

P.S.1. Przez to, ze ostatnio nie za barzo mogłek dopchać sie do laptopa, downo nie wklejołek nowego wpisu. A przez to, ze downo nie wklejołek wpisu – przeleciały nom dwa budowe święta. Pierwsym z nik – w poprzedniom niedziele – były Mieteckowe urodziny. Tak więc z opóźnieniem, niemniej jednak barzo piknie wypijmy zdrowie Mietecki! :D

P.S.2. W ostatni wtorek zaś – były Dydyjeckowe imieniny. Równie piknie zatem wypijmy zdrowie Dydyjecki! :D

P.S.3. Za to w najblizsom środe Poni Dorotecka nom sie piknie urodzi. Nie zabocmy zatem piknie wypić w tym dniu zdrowia Poni Dorotecki! :D

* A. Orr, Niedźwiedź Wojtek: niezwykły żołnierz armii Andersa, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2011, s. 167.
** Ibidem, s. 123.

23.08.2014
sobota

To wyrwiemy zęby i będzie Witkacy!

23 sierpnia 2014, sobota,

Tak jak zapowiedziołek w łońskom środe – ten wpis bedzie o ponu Witkacym. Wielu z wos na pewno wie, co działo sie z tym ponem po jego samobójcej śmierzci. Hyrny zakopiański formista zostoł pochowony w miejscowości Jeziory, ftóre przed wojnom nalezały do Polski, teroz nalezom do Ukrainy, a w 1988 rocku – nojdowały sie na terenie Ukraińskiej Socjalistycnej Republiki Radzieckiej. I właśnie w owym 1988 rocku władze ZSRR postanowiły przekazać bratniemu narodowi PRL ciało hyrnego Polaka. Trumna ze scątkami autora Szewców piknie przewędrowała z Jezior do Zakopanego. Była pikno urocystość i pikny pochówek w miejscu, ftóre dlo takiej postaci było najwłaściwse, cyli na Pęksowym Brzyzku. No i krucafuks! Było tak piknie! A potem… okazało sie, ze to wcale nie pon Witkacy lezoł w tej trumnie… Nie on, ino jakosi młodo poni! Kany więc podzioł sie załozyciel hyrnej Firmy Portretowej? Tego potela nie wie nifto. Coby sie dowiedzieć – trza by pewnie cały smyntorz w Jeziorak przekopać. A być moze i to by nic nie dało. Haj.

O tym syćkim jo juz od dosyć downa wiedziołek. Ba dopiero ostatnio – kie przecytołek zbocowanom w poprzednim wpisie ksiązke Zakopane – nie ma przebacz! – dowiedziołek sie nowej rzecy. Mianowicie takiej, ze wąptliwości co do autentyności zwłok pojawiły sie nie w Polsce, ba juz na Ukrainie, kie przekazywano je polskiej delegacji. Fto w skład tej delegacji wchodził? Jak pisom poni Sabała-Zielińska i poni Młynarska, była to kilkunastoosobowa grupka przedstawicieli Ministerstwa Kultury i Sztuki, Pagartu, ZLP, dziennikarze z kroniki filmowej i PAP-u oraz sekretarz ideologiczny Komitetu Miejskiego PZPR w Zakopanem. Niejako na przyczepkę i z pewnym ociąganiem zaakceptowano też obecność stryjecznego wnuka Witkacego, Macieja Witkiewicza, oraz Stefana Okołowicza, witkacologa.* No i kie pon Maciej Witkiewicz wroz ponem Okołowiczem uwidzieli wykopane z jeziorskiego grobu ciało, to od rozu zauwazyli, ze cosi sie tutok nie zgadzo. Obaj bowiem wiedzieli, ze pon Witkacy to był cłek, ftóremu nie brakowało talentów artystycnyk, natomiast straśnie brakowało mu zębów (jaz bidok musioł nosić śtucnom scęke). Tymcasem u postaci, na ftórom pozirali, widać było piknie komplente uzębienie! Obaj ponowie ocywiście podzielili sie swym odkryciem z pozostałymi cłonkami delegacji. Co na to ci pozostali cłonkowie? Ano… abo uwazali, ze darowanemu nieboscykowi – tak jak koniowi – nie zaglądo sie w zęby, abo nie cując, ze komunizm właśnie dogorywo, nie za barzo mieli ochote wytykać radzieckim towarzysom, ze cosi pokiełbasili. Woleli zrobić dobrom mine do złej gry i udawać, ze syćko jest w piknym porządku. A jeden z nik mioł stwierdzić: To wyrwiemy zęby i będzie Witkacy! (zeby było ciekawiej, ten pon obecnie jest dyrektorem jednej z wozniejsyk instytucji kulturalnyk we Warsiawie).

Witkacy czy nie, ekshumacja ma się udać – ironizujom poni Sabała-Zielińska i poni Młynarska – a trumna ma jechać do Zakopanego. Już czeka narodowa feta!**

Heeej! Wyrwiemy zęby i bedzie Witkacy! Na mój dusicku! Kie to przecytołek – od rozu pomyślołek o ponu… George’u Washingtonie. Cemu właśnie o nim? A bo kie w piknym 1789 rocku zostoł on pierwsym hamerykańskim prezydentem, to wiecie, kielo mioł własnyk zębów? Jednego! Jednego, jedynego bidnego ząbka.*** Tak więc zanim w Hameryce pojawiły sie westerny z samotnymi jeźdźcami, to najpierw był tamok prezydent z samotnym zębem. Bajako.

Zacąłek śpekulować: skoro wyrwanie komusi syćkik zębów (abo prawie syćkik, dokładnie nie wiem) mo wystarcyć, coby ten ftosi stoł sie Witkacym, to moze wyrwanie syćkik opróc jednego sprawi, ze cłek stonie sie Washingtonem? A przynajmniej męzem stanu na jego miare? O, kruca! Kieby tak właśnie było – to byłby dopiero śpas! Przecie w Hameryce (i nie tylko tamok zreśtom), kie som prezydenckie wybory, to syćka kandydaci usilnie dbajom o to, coby mieć piknie wypielęgnowane, bieluśkie, zdrowiusieńkie ząbecki. A tymcasem… wychodziłoby na to, ze trza robić dokładnie na odwyrtke! Kandydat fcący takie wybory wygrać i stać sie wybitnym przywódcom, nie powinien o swoje zęby dbać, ino powinien se je piknie powyrywać. I ślus.

Kieby okazało sie, ze powyzso teoria jest prowdziwo, mogłoby być ciekawie. Telo ino, ze… kie cosi jest ciekawe, to niekoniecnie musi być dobre. No bo wyobroźmy se: momy rok 2016, w Hameryce odbywajom sie wybory na następce pona Obamy. Republikanie i Demokraci wystawiajom swoik kandydatów. Kandydaci obu partii wyrywajom se syćkie zęby, ostawiając ino po jednym. Skutek tyk zabiegów jest taki, ze w wyścigu do Biołego Domu momy jaz dwók George’ów Washingtonów. No i właśnie – cy kieby Hameryka miała dwók Washingtonów naroz, to byłoby korzystne? Dlo Hameryki i w ogóle dlo świata? Tego – kruca – nie byłbyk taki pewien… Hau!

P.S.1. W następny piątek – bedziemy mieli urodziny Anecki Schroniskowej. No to zdrowie Anecki! :D

P.S.2. A tak w ogóle to na jakiesi dwa tyźnie Stasek Kowaniecki pozyco swego laptopa śwagrowi. A ze jest to jedyny laptop na holi – to pokiela nie wróci, jo nie bede mógł zaglądać do Owcarkówki. Ba jak zwykle w takik przypadkak – ostawiom telo Smadnego i jałowcowej, coby starcyło dlo syćkik, pokiela tutok nie wróce. No to do zobacenia we wrześniu, ostomili! :D

* B. Sabała-Zielińska, P. Młynarska, Zakopane – nie ma przebacz!. Pascal, Bielsko-Biała 2014, s. 201.
** Ibidem, s. 202. Worce tutok dodać, ze informacje o tym pomyśle z wyrwaniem zębów ponie S.-Z. i M. zacerpły z ksiązki poni Joanny Siedleckiej Mahatma Witkac. Jo tej ksiązki nie cytołek, ale podobno jest pikno. Więc mom nadzieje, ze kiesik przecytom. Haj.
*** J.T. Flexner, Washington – człowiek niezastąpiony, przeł. P. Amsterdamski. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990, s. 366.

20.08.2014
środa

Po co one wzięły ciupagi i pistolce?

20 sierpnia 2014, środa,

Półtora roku temu – nawet kapecke więcej niz półtora, bo dokładnie 20 stycnia 2013 rocku – godołek tutok o ksiązce poni Pauliny Młynarskiej i poni Beaty Sabały-Zielińskiej Zakopane odkopane. A niedowno ukazała sie nowo pikno ksiązecka tyk dwók poń: Zakopane – nie ma przebacz!. Moim owcarkowym zdaniem jest ona napisano z pikniejsom swadom niz ta pierwso. Jeśli więc obie ponie bedom dalej pisały o stolicy Podhola i dalej kozdo ik nowo ksiązka bedzie lepso od poprzedniej, to fto wie? Moze za parenoście roków autorki docekajom sie nagrody Nike? A za dwajścia pare – moze nawet literackiego Nobla? Haj.

O cym w ogóle jest to Zakopane – nie ma przebacz!? Ano o róznyk rzecak, ftóre dziejom sie pod Tatrami abo działy sie drzewiej. Na przykład jest tamok cały rozdział o bitnikak. Wiecie, kim były na Podholu bitniki? To takie chłopy, ftóre furt sie biły. Biły sie na weselak, w korcmak i na polak. Biły sie z byle powodu. Abo i bez powodu. Bitka to było dlo nik takie samo hobby jak dlo inksyk zbieranie znacków. I cóz… Trudno ik za takie zamiłowania kwolić, ale ze nieftórzy z nik mieli piknom fantazje – tego im odmówić nie mozno. Był na przykład taki Władek Stopka-Olesiak. Potęzny chłop, ftórego bali sie syćka. Jego zagorzałym wrogiem był niejaki Staszek M. No i pewnego rozu – było to niedługo po zakońceniu II wojny – Staszek zrobił Władkowi straśliwe świństwo – poseł do UB i nagodoł takik rzecy, ze bidny Władek musioł zacąć sie ukrywać. W ukryciu pozostawoł tak długo, pokiela stalinizm sie nie skońcył. Ba kie wreście sie skońcył, Władek od rozu pojawił się na mieście w pełnej krasie. [...] Wojciech Adamiecki w swojej książce Taniec z nożami opisuje, jak Władek, pięknie ubrany po góralsku, z zatkniętą za pas wierną siekierą, ostentacyjnie prezentując broń, przechadzał się po mieście, czekając, aż donosiciel wpadnie mu w ręce. Stało się to pewnego dnia na Krupówkach. Bez wahania zaciął ostrzem kolaboranta, ale niegroźnie. Kazał mu paść na kolana i głośno powiedzieć, co zrobił i jak to się nazywa. Gdy Staszek M. przyznał się do zdrady, Władek puścił go wolno.*

Cy dzisiok na Podholu mozno jesce spotkać bitnika? Autorki twierdzom, ze jest to juz coroz mniej prowdopodobne, bo ten gatunek jest juz na wymarciu. Chociaz… na góralskik weselak zdarzo sie, ze za sprawom gorzołki duchy bitników przybywajom z zaświatow i wstępujom w ciała ucestników weselnyk biesiad.

Poni Młynarska zbocowuje, jak to zacynając prace w radiu RMF FM przybyła na kolegium redakcyjne z “newsem”, ze na weselisku w pewnej podhalańskiej wsi ojciec i syn, okładając się po gębach podczas ożywionej (jeszcze!) wymiany zdań, wpadli do potoku i tam kontynuowali sprzeczkę, nie zważając na ciemności i wartki nurt. Oba ciała wyłowiono o świcie, osiem kilometrów od miejsca, gdzie trwała impreza. Redakcyjny kolega, ftóry dobrze znoł zwycaje podtatrzańskiego ludu, usłysawsy te wiadomość, spytoł ino z politowaniem: I to ma być news?**

Innym razem – cytomy tamok – córka Pauliny Alicja zapragnęła pożyczyć ślubną suknię znajomej góralki na bal przebierańców. Żaden problem!
- Tylko, Alusiu, nie miałam czasu sprać krwi po weselu! – zastrzegła młoda żona.***

O cym jesce ta ksiązka opowiado? Ano na przikład o ciekawostkak związanyk z ponem Witkacym. Ale… to jest chyba temat na osobny wpis.

Poza tym sporo jest tamok utyskiwania na góroli, ftórzy zwycajnie psujom nase Tatry. Psujom je tak, ze nie dbajom o dzikom przyrode, nie dbajom o utrzymanie uroku górskik krajobrazów, ryktujom wielkie paskudne chałupy i rózne inkse obiekty, na ftóryk widok miłośnikom starodownej architektury Podhola włosy stajom na głowie dęba. Ocywiście nie syćka górole tak postępujom. Nie syćka, ino nieftórzy. Ale tyk nieftóryk jest niestety wystarcająco wielu, coby skutki ik działań były jaz nadto widocne. Jeden z tyk skutków jest taki, ze Paryż ma wieżę Eiffla, Nowy Jork – The Empire State Building, Barcelona – Sagradę Familię, a Wiedeń – katedrę Świętego Stefana. Zakopane tymczasem ma… dźwig do bungee!****

Ba odwiedzające góry cepry wcale nie som lepse. Tyz nie syćka ocywiście, ale jest niestety jaz nazbyt wielu takik, co to zachowujom sie w górak jak dzikusy, hałaśliwi som, samolubni i w ogóle nie wiadomo, po co przyjezdzajom pod Giewont, ba na pewno nie po to, coby podziwiać krase nasyk Tater. Eh… nimo co sie tutok za wiele nad tym rozwodzić, bo juz przecie nie roz gwarzyli my o nik w Owcarkówce. Bajako.

Ale cy widzieliście, ostomili, okładke tej ksiązki? Jeśli nie, to mozecie poźreć tutok. Kie poźrecie, to uwidzicie na niej fotografie obu autorek, ubranyk w pikne zbójnickie stroje, kozdo z pistolcem w jednej ręce i ciupazeckom w drugiej. Cyz nie wyglądajom piknie? Na mój dusiu! Pewnie ze wyglądajom! Piknie i zarozem… groźnie. Bajako.

Mozno śpekulować, cemu one sie tak wystroiły? Cy ino dlo śpasu? Być moze… Ale jo se myśle, ze one barzo, ale to barzo wściekły sie na tyk syćkik sietnioków – góroli i ceprów – co to skodzom nasym górom. Wściekły sie tak, ze jeśli ftórysi z tyk sietnioków stonie im na drodze, to gotowe som strzelać i rąbać ciupagami. Niek zatem hyr o tej ik złości ozejdzie sie po świecie. Bo fto wie? Moze ci górole i cepry, co to skodzom Tatrom, przestrasom sie i przestanom skodzić? W końcu oberwać ciupagom od dwók rozjusonyk bab to nie przelewki.

Na mój dusiu! Jakisi sposób na tyk tatrzańskik skodników musi sie wreście noleźć. Więc moze właśnie postrasenie ik uzbrojonom poniom Sabałom-Zielińskom i poniom Młynarskom bedzie tutok dobrym sposobem? Nie zaskodzi spróbować. Hau!

* B. Sabała-Zielińska, P. Młynarska, Zakopane – nie ma przebacz!. Pascal, Bielsko-Biała 2014, s. 130.
** Ibidem, s. 123.
*** Ibidem.
**** Ibidem, s. 37.

17.08.2014
niedziela

Was przyjaciel i was wróg w sarpacce z komarami

17 sierpnia 2014, niedziela,

Pare tyźni temu, pod wpisem o świstakak, zbocowaliście, ostomili, o wasyk utrapieniak z komarami. Cóz, nie do sie ukryć, ze beskurcyje som to straśne. Choć jo akurat mom to scynście, ze u siebie pod Turbaczem nie spotykom tyk ancykrystów zbyt wielu. Widocnie nie przepadajom one za wędrówkami po gorcańskik ślakak. Ale na nizinak, zwłasca w okolicak pełnyk piknyk jezior – podobno skaranie boskie z nimi! Haj.

Ba skoro nie lubicie komarów, to powinniście lubić jerzyki. Cemu? Zaroz wom piknie powiem. W kwartalniku “Tatry” nolozłek artykuł pona Marcina Matyska, ka wycytołek, ze kie zakochano para jerzyków wyryktuje se wspólne gniazdko, a potem w gniazdku tym wykluje sie z jajek siumno gromadka piknyk pisklaków, to wiece, kielo owadów rodzice znosom tym pisklakom do zjedzenia? Na mój dusiu! Dwajścia tysięcy dziennie! Pikne dwajścia tysięcy! To tak jakby ci z wos, ftórzy majom dzieci, kozdego dnia ryktowali swym pociechom dwajścia tysięcy kanapek!

Ale posłuchojcie dalej, ostomili. Otóz spośród robali, ftórymi dorosłe jerzyki karmiom swe młode, 10 procentów to muchówki,* cyli insekty, do ftóryk zalicajom sie między inksymi te sakramenckie komary. Kielo komarów jest w tyk dziesięciu procentak? Tego niestety nie wiem, bo tego akurat pon Matysek nie wyjaśnił. Ale przyjmijmy, ze koło połowy. A kielo casu młode jerzyki chowajom sie w gnieździe? Tego tyz pon Matysek nie napisoł, ale Wikipedia pado, ze 40 dni. No to teroz policmy:

20.000 robali x 10% x 0,5 komara x 40 dni = 40.000 komarów zjedzonyk przez rodzeństwo młody jerzyków

Bajuści! Przez cały pikny okres chowu w gnieździe jerzykowe pisklęta dostajom do zjedzenia jaz śtyrdzieści tysięcy komarów! Telo co ludność Nowego Targu i Szczawnicy rozem wzięto! No to jo se myśle, ze od dzisiok, kie uwidzicie w swojej okolicy gniazdo tyk piknyk ptosków, to powinniście jaz skakać z radości. Bo sami widzicie, jak piknie dzięki nim maleje licba tyk ządnyk wasej krwi beskurcyjej. Tak, tak ostomili, gniazdo jerzyka blisko wasego domu – to barzo dobro wiadomość dlo wos i barzo zło dlo tyk maluśkik bzycącyk łotrów. Haj.

Ale tak w ogóle to cy wiecie, cemu te łotry tak chętnie ku wom lgnom? Kie poźrecie tutok, to dowiecie sie, ze…

Komary mają kilka sposobów, by namierzyć swoje ofiary, czyli nas. Zwabia je kwas mlekowy i inne składniki potu. Naprowadza na cel zwiększone stężenie dwutlenku węgla w powietrzu, gdy je wydychamy. Z bliskiej odległości potrafią nas wypatrzyć. Posługują się też termodetekcją, czyli zdolnością rozróżniania temperatur, przez co na ich ukąszenia najbardziej narażone są, mające nieco wyższą temperaturę ciała, kobiety w okresie owulacji, młodzi mężczyźni i dzieci. [...] Z tego samego powodu komarzyce lubią polować wieczorami – łatwiej im w chłodzie namierzyć ciepłe ciało. Ostatnio odkryto, że niektóre rodzaje bakterii na ludzkiej skórze “współpracują” z komarami wydzielając substancje, które je zwabiają. Zatem indywidualna flora bakteryjna też ma znaczenie.

O, krucafuks! Waso osobisto flora bakteryjno sprzyjo komarom, a nie wom! To zdrada! Nic inksego jak zdrada! Wase bakterie powinny wos wspierać i być wom wdzięcne za to, ze pozwolocie im wieść pikne zywobycie na wasej skórze. Tymcasem one som w sojusu z wasymi wrogami! A to Judasze! To Brutusy! To Efialtesy! Petainy! Quislingi! I Bogusławy Radziwiłły krucafuks!

I co teroz? No cóz…. Kie juz wiecie, ze mocie na swym ciele organizmy, ftóre kolaborujom z komarami, musicie cosi z tym zrobić. Ino co? Ano… mozecie na przikład zagrozić tym zdradzieckim bakteriom, ze jeśli nie bedom wobec wos lojalne, to bedziecie furt myć sie mydłem antybakteryjnym. I to tym o najmnocniejsym działaniu. Mozecie tyz spróbować po dobroci – na przykład obiecać bakteriom cosi, co one barzo lubiom. Mozecie – stosując nieśmierztelnom metode kija i marchewki – próbować jednego i drugiego naroz. A moze mocie jakiesi inkse pomysły, jak wasom flore bakteryjnom przeinacyć na wiernyk sojusników? Jakosi w kozdym rozie musicie przeciągnąć jom na swojom strone. Bo wiadomo przecie, ze kozdy problem najlepiej rozwiązywać zacynając od siebie. Nie inacej jest wte, kie idzie o problem z komarami. Hau!

P.S. A skoro niniejsy wpis jest cynściowo o jerzykak, to niekze bedzie on dedykowany ik prawie-imiennikowi, cyli Jerzoreckowi, coby mu sie sybciej i pikniej do zdrowia wracało. Haj :D

* Marcin Matysek, Jerzyk, a nie jeżyk, “Tatry” 2013, nr 4 (46), s. 60-61.

13.08.2014
środa

Piknie dziękujemy i rest in peace

13 sierpnia 2014, środa,

Na mój dusiu! Dopiero co wyryktowołek wpis o niezyjącym juz hyrnym komiku. Kie to robiłek, nawet do głowy mi nie przysło, ze następny bedzie… o kolejnym niezyjącym komiku. Telo ino, ze kie ryktowołek tamten wpis… bohater tego dzisiejsego jesce zył i racej mało fto sie spodziewoł, ze juz wkrótce bedzie inacej… Wiecie juz pewnie o kim godom? O ponu Robinie Williamsie. O jego niespodziewanej śmierzci tyz juz z pewnościom wiecie, bo Orecka i TesTeqecek juz zbocowali o tym w swoik komentorzak. Z tego, co wiem, syćko wskazuje na to, ze sprawcom niescynścia była depresja. Na mój dusiu! Ten pon tak wielu ludziom naryktowoł telo dobrego humoru! Telo piknej radości przybyło na świecie dzięki jego piknym komediom! A w nim samym – jak sie okazuje – radości było zdecydowanie za mało, coby fciało mu sie przezyć więcej, nic przezył potela…

Jo ocywiście wiem, ze pon Williams był tak wsekstronnym aktorem, ze nie ino w komediak piknie zabłysnął. Ale tak mi sie widzi, ze właśnie w filmak komediowyk najtrudniej bedzie noleźć jego godnego następce. No bo fto z zyjącyk obecnie komików mógłby mu dorównać? Pon Ben Stiller? E, to chyba nie ta liga. Pon Eddie Murphy? On owsem, umie rozsmiesać do łez, ale… juz downo chyba nie zagroł w filmie, ftórego poziom zblizyłby sie do Gliniarza z Beverly Hills abo Nieoczekiwanej zmiany miejsc. Pon Jim Carrey – odpado zupełnie. Jo mu zyce jak najlepiej, ale nic na to nie poradze, ze te jego “gagi” ryktujom u mnie więcej płacu niz śmiechu. Płacu na myśl o tym, jak nisko w nieftóryk filmowyk kregak moze upaść śtuka ryktowania komedii.

Heeej! Cało nadzieja w tym, ze podobno natura nie znosi prózni. Oby faktycnie nie znosiła. Bo to by znacyło, ze prędzej cy później ftosi jednak zapełni te pozostawionom przez pona Williamsa pustke. A jeśli nie – to z cego teroz bedziemy sie śmiać? No z cego? Mozno ocywiście z tyk syćkik piknyk komedii, ftóre juz wyryktowano. Ale przecie dobrze by było, coby w przysłości – blizsej i dalsej – powstawały nowe filmy dostarcające porządnej dawki korzystnego dlo zdrowia śmiechu. Haj.

Ba to syćko to juz ocywiście nie jest zmartwienie pona Williamsa. On teroz piknie rozpocyno nowe zywobycie. Kany? Ocywiście tamok, ka pon de Funes. A kany jest pon de Funes, to juz godołek w poprzednim wpisie, powołując sie przy tym na niezbity dowód naukowy. Zyce ponu Williamsowi tego samego, cego dopiero co zycyłek jego hyrnemu francuskiemu koledze po fachu – coby jak najpikniej grało mu sie w nowyk komediak, ftóre z całom pewnościom na tamtym świecie tyz som kryncone. Zreśtom fto wie? Moze w nieftóryk z nik bedzie występowoł rozem z ponem de Funesem? O, Jezusicku! To dopiero by była pikno komediowo ucta! Dosłownie i w przenośni – niebiańsko pikno! Bajako.

Dziękuję za wszystko. Rest in peace – napisała Orecka niecałom dobe temu. Krótkie słowa, pod ftórymi jo jak najbardziej sie podpisuje. Piknie dziękuje za syćko i rest in peace, ponie Williams. Hau!

P.S. A pod poprzednim wpisem nowy gość do Owcarkówki zawędrowoł – Krzychecek. Powitać piknie Krzychecka! :D

5.08.2014
wtorek

Prezent dlo pona de Funesa

5 sierpnia 2014, wtorek,

Na mój dusiu! Skoda ze wceśniej nie wiedziołek, ze niedowno – dokładnie 31 lipca – były setne urodziny pona Louisa de Funesa. Kiebyk wiedzioł – to niniejsy wpis przygotowołbyk tydzień temu, a nie dopiero teroz. No ale niekze ta. Z kilkudniowym opóźnienieniem śle pikne zycenia ku tej tej jednej z najhyrniejsyk postaci w historii kina. Niekze dalej piknie mu sie występuje w piknyk komediak, choć juz nie francuskik, ino niebiańskik – ku wesołości syćkik świętyk, syćkik janiołków i samego Pona Bócka. Skąd jo w ogóle wiem, ze pon de Funes jest w niebie? Ano mom na to naukowy dowód: kieby poseł do piekła, to w piekle od rozu wesoło by sie zrobiło, a tamok przecie wesoło być nie moze. Na tej samej zasadzie zreśtom do nieba musieli trafić ponowie Flip i Flap i bracia Marx. Bajuści – syćka komicy idom do nieba. Przynajmniej ci najzabawniejsi. Haj.

A o jakim prezencie dlo pona de Funesa zbocyłek jo w tytule wpisu? Juz godom. Otóz Interia wyryktowała ankiete, ka kozdy internauta mógł wybrać najpikniejsy jego zdaniem film o jedzeniu. W sumie oddano tamok ponad półtora tysiąca głosów. A w tym miejscu, ostomili, mozecie sprawdzić, ftóry film zwycięzył…

No i ftóry? Skrzydełko czy nóżka! Wiadomo z kim w roli głównej! Zreśtom “zwycięzył” – to mało pedziane. Nalezałoby racej pedzieć, ze wygroł w cuglak! Zdobył ponad dwa rozy więcej głosów niz klasyk Wielkie żarcie i prawie pięć rozy więcej niz barzo pikny film Czekolada (chociaz… ksiązka była duzo pikniejso). Kapecke skoda, ze poza podiumem nolozł sie sympatycny filmicek Julia i Julia z siumnom poniom Meryl Streep i śwarnom poniom Amy Adams. Ba z drugiej strony – przegrać z takom trójkom konkurentów to zoden wstyd.

Skoda tyz, ze wśród kandydatów nie nolozł sie ani jeden film polski. Ale faktycnie… poni dziesiąto muza potela nie nakłoniła zodnego polskiego filmowca do wyryktowania cegosi piknie poświęconego jedzeniu. No, kieby sie uprzeć – mozno by zbocyć Gangsterów i filantropów, ka momy pikny wątek chemika branego przez restauratorów za inspektora PIH-u. Ale właśnie w tym rzec, ze to był ino jeden z wątków, a nie cały film. Tak więc jeśli ftosi zno blizej pona Wajde abo inksego pona Gruze, to moze powinien im zbocyć, ze w dorobku polskiej kinematografii furt brakuje filmu spozywcego. Haj.

Ba wrócmy do Skrzydełka czy nóżki. Cy to dobrze, ze właśnie ta komedia wygrała interiowom ankiete? Cóz, w tej dziedzinie bieglejsy ode mnie bedzie Pon Pieter i jego Łasuchowo Kompania. Ba moim owcarkowym zdaniem – dobrze sie stało. I to z dwók powodów. O pierwsym – ze to pikny prezent dlo hyrnego francuskiego aktora – juz godołek. A jaki jest powód drugi? Ha! Bocycie, fto w tym filmie był głównym cornym charakterem i najwięksym wrogiem pona de Funesa? Pon Tricatel! Sietniok i łoter Tricatel. Producent sakramencko paskudnej zywności. Jakie plugastwa wychodziły z jego fabryki, mozecie se przybocyć, pozirając tutok. Choć jeśli jesteście tuz przed obiadem abo inksom kolacjom – lepiej nie pozirojcie…

Ohyda! Nie? Cy naprowde niekany robi sie jedzenie właśnie tak, jak pokazano w tym filmie? Krucafuks! Sądząc po smaku tego, co oferuje więksość fast-foodów – niestety obawiom sie, ze tak. Film zreśtom jest chyba nie ino niewinnom komediom, ba tyz swego rodzaju protestem przeciwko tym syćkim beskurcyjom, ftóre mało ze ryktujom do jedzenia straśne świństwa, to jesce zabierajom miejsce na rynku tym, co starajom zywić swyk klientów smacnie i zdrowo. Cy jest na te beskurcyje jakisi sposób? Teoretycnie jest – nic od nik nie kupować. Ale do tego potrzeba piknie uświadomionego społeceństwa. A cy ono jest uświadomione? Cóz… powiem wom, ze… chyba jesce nie jest beznadziejnie. Zwycięstwo Skrzydełka czy nóżki w interiowej ankiecie świadcy o tym, ze jesce nie jest. Bo skoro ten film wygroł, to znacy, ze wielu internautom spodobały sie ukryte w nim głębse treści. Mozliwe ze podświadomie – ale sie spodobały. W sumie więc wynik tej ankiety to zło wiadomość dlo wselkik ponów Tricatelów, natomiast dlo przeciwników śtucnego jedzenia – jo se myśle, ze całkiem pikno. Hau!

P.S.1. A barzo dobre jedzenie i barzo dobrego Smadnego trza wyryktować na te środe. Bo to dzień Basieckowyk urodzin. Zdrowie Basiecki :D

P.S.2. Równie dobre jedzenie i Smadnego Mnicha trza na najblizsom niedziele wyryktować. Bo to z kolei bedzie dzień Wawrzeckowyk imienin i Plumbumeckowej rocnicy ślubu. Zdrowie Wawrzecka i Poństwa Plumbumeckowyk! :D

P.S.3. I momy nowego gościa w Owcarkówce – Andrzejecka52. Powitać Andrzejecka52 barzo piknie! :D

31.07.2014
czwartek

Bez Maryny Krywaniec – to by sie źle skońcyło

31 lipca 2014, czwartek,

Na stronak internetowyk Tygodnika Podhalańskiego nolozłek króciusieńkom notke: Jak informuje Piotr Bednarz, dyżurny ratownik TOPR, kobieta w rejonie Czuby Goryczkowej spadła ok. 300 metrów w stronę Dol. Cichej po słowackiej stronie granicy. Turystka miała wiele szczęścia – nic się jej nie stało. Ratownicy TOPR z pomocą śmigłowca przetransportowali kobietę do Zakopanego.

Na mój dusicku! Spaść 300 metrów i wyjść z tego cało? Cy to w ogóle mozliwe? Przecie casem wystarcy, ze cłek hipnie z okna na pierwsym piętrze – i juz moze sie nieźle połamać. Kie zaś zleci z cwortego piętra abo piątego – to moze uwazać sie za scynściorza, jeśli przezyje. A tutok 300 metrów! Krucafuks! To jest przecie sto pięter! To prawie śtyry rozy telo, co mo krakowsko Wieza Mariacko! To więcej niz mo warsiawski Pałac Kultury! Jak zatem mozno spaść z takiej wysokości i sie nie zabić? Ano… nie mozno. Po prostu. Haj. No chyba ze… nieopodal przelatuje Maryna Krywaniec. Jeśli przelatuje – to całkowicie zmienio postać rzecy! Bo Maryna zaroz piknie chyci spadającego bidoka za kołnirz, za pasek abo za jakomsi inksom cynść garderoby. Piknie uniesie pechowca do wierchu. A jeśli nie do rady unieść, bo lecące w dół kilkadziesiont kilogramów cłowieka nabrało juz zbyt duzego rozpędu – to przynajmniej spowolni prędkość spadania ku nojdującym sie w dole zdradzieckim skałom. I wte taki turysta być moze potłuce swojom bidnom turystycnom rzyć, ale przecie lepiej mieć potłuconom rzyć niz roztrzaskanom głowe. Bajako.

W ostatnik dniak jo sie z Marynom nie widziołek. Dlotego ona sama nie miała jesce okazji potwierdzić mi moik domysłów. Ale tak na dobrom sprawe… jo tego potwierdzenia nie potrzebuje. No bo cy umiecie, ostomili, w jakisi w inksy sposób wytłumacyć przezycie 300-metrowego upadku z tatrzańskiej perci? Jo zodnego inksego racjonalnego wytłumacenia tutok nie nojduje. Więc to musi być pikno zasługa Maryny. I ślus.

Ciekawe cy ta turystka w ogóle wie, ze swoje zycie zawdzięco siumnej orlicy? Barzo mozliwe, ze nimo o tym pojęcia. W końcu kie leciała w dół – musiała być sakramencko przerazono. I w tym przerazeniu mogła swej wybawcyni nie zauwazyć – nawet jeśli ta mocno chyciła jom pazurami i nawet jeśli przy tym niefcący jom poraniła. Turystka – pozirając po całej przygodzie na swe rany – pewnie uznała, ze pochodzom one od ostryk skał, a nie od orlik śponów. Inksi turyści, świadkowie całego zdarzenia, tyz mogli być zbyt przejęci, coby zwrócić uwage na piknego ptoka, ftóry piknie tej poni pomago.

A Maryna – wiecie jako jest. Nie zabiego o hyr, nie zabiego o zascyty. O wdzięcność ze strony turystki tyz z pewnościom nie zabiegała. Pewnie kie zrobiła swoje i uwidziała, ze juz nic zyciu ceperki nie grozi, to zwycajnie odfrunęła. I telo. Ba my ze swej strony – pogratulujmy nasej dobrej znajomej piknego i ślachetnego wycynu. Zaroz przyniese tutok do budy dobrze schłodzonego Smadnego Mnicha, cobyśmy nie gratulowali na sucho. A jeśli ftosi zno te uratowonom poniom, to piknie pytom, coby i jej zasugerowoł wypicie kufelka dobrego zimnego piwa za Marynine zdrowie. Nawet jeśli ta poni nie lubi piwa – niek roz zrobi wyjątek i wypije. Bo naso orlica zasłuzyła na to piknie. Brawo Maryna! Hau!

P.S. Z jesce jednej okazji trza Smadnego wyciągnąć. Bo pod ostatnim wpisem nowy gość sie w Owcarkówce pojawił – PikuMychecek. Powitać piknie PikuMychecka! :D

28.07.2014
poniedziałek

Pikne spotkanie z poniom Temidom

28 lipca 2014, poniedziałek,

Na mój dusiu! Wiecie, fto w ostatni piątek przyseł na mojom hole? Pon policjant! Prowdziwy! W piknym policyjnym mundurze. Kie przyseł, to spytoł juhasów, kany jest mój baca. Juhasi odpowiedzieli, ze w bacówce siedzi i pucy oscypki. Pon policjant weseł więc do bacówki, przywitoł sie z bacom i pedzioł, ze suko… mnie.

- O, Jezusicku! – zawołoł baca. – Psa mi fcecie hereśtować? Jo wiem, ze beskurcyja z niego straśno. Ale cy jaz tako, coby zamykać go w hereście?
- Spokojnie, baco – oześmioł sie policjant. – Waszemu psu nic nie grozi. Jest on tylko potrzebny w postępowaniu przeciwko pewnemu kłusownikowi.
- Kłusownikowi? – zdumioł sie baca. – Jakiemu kłusownikowi?

Ha! Baca ocywiście o nicym nie wiedzioł. Ale mi nietrudno było sie domyślić, ze idzie o tego sietnioka, ftóry – jako wiecie z poprzedniego wpisu – dzięki Marynie Krywaniec i mnie wpodł w ręce strazników parku narodowego.

- Szczegółów nie znam – pedzioł pon policjant. – Wiem tyle, że mam zabrać psa na rozprawę w Sądzie Rejonowym w Nowym Targu. Po rozprawie – oczywiście z powrotem go tu odprowadzę.
- E, nie musicie odprowadzać, ponie władzo – pedzioł baca. – Ten rozbójnik sam tutok na hole trafi. Haj.

No i rusyłek wroz z ponem policjantem w droge. Pośli my niebieskim ślakiem do Bukowiny Waksmundzkiej, a potem zielonym do Kowańca. Pod Długom Polanom cekało na nos policyjne auto, ftóre powiezło nos przez centrum Nowego Targu ku takiej jednej piknie nowocesnej chałupie. Przy wejściu do niej widniała cyrwono tablicka z biołym napisem: SĄD REJONOWY. Pon policjant wprowadził mnie do środka. Weśli my w jakisi korytorz, a tamok – uwidziołek całkiem śwarnom poniom, ftóro przybocowała poniom Ally McBeal. Siedziała se na krzesełku, przy stoliku z obrusem zwisającym jaz do samiućkiej podłogi.

- Pani prokurator – pedzioł pon policjant. – Oto ten pies.

Pani prokurator? Cyli to jednak nie była poni Ally McBeal. Bo ona przecie jest adwokatkom, nie prokuratorkom. Haj. Ale tak w ogóle ta prokuratorka była chyba straśnie fajno. Piknie uradowała sie na mój widok. Kucnęła przy mnie i zacęła mi septać do ucha:
- Piesku, wiem, kim jesteś, bo czytam twojego bloga w Polityce. Zaraz rozpocznie się rozprawa przeciwko kłusownikowi, o którym opowiedziałeś w swoim ostatnim wpisie. Niestety… sprawa nie będzie łatwa, bo ten łobuz załatwił sobie świetnego adwokata. Ale z twoją pomocą – może się uda? Pomożesz?

Zamerdołek ogonem, bo tylko w taki sposób mogłek dać znać, ze ocywiście, ze pomoge.

- Cudownie! – uciesyła sie prawnicka, ba po kwili… zrobiła zatroskanom mine.
- Jest jeszcze jeden kłopot – pedziała. – Potrzebny będzie tłumacz z języka psiego na ludzki. Znalazłam takiego, ale on tu jeszcze nie dotarł. Nie wiem dlaczego. Od rana dzwonię do niego na komórkę – ale on nie odbiera…

Krucafuks! Jaki jest najlepsy psi sposób na ludzki frasunek? Ano… liznąć cłowieka po kufie. Więc i jo tak zrobiłek z poniom prokuratorkom. Chyba kapecke pomogło, bo sie uśmiechnęła.

- Piesku – pedziała po kwili, juz nie septem. – Proponuję, żebyś schował się pod tym tutaj stolikiem, żeby ten kłusownik i jego obrońca nie zauważyli cię przed rozpoczęciem rozprawy. Im bardziej będą zaskoczeni powołaniem cię na świadka – tym lepiej.

Uznołek, ze poni prokuratorka mo racje. Bez kwili zwłoki wlozłek pod stolik, ftóry – jako juz wom godołek – przykryty był obrusem sięgającym jaz do podłogi. Tak więc była to znakomito kryjówka.

- Coś podobnego! – zawołoł zdumiony policjant. – Pies bez protestów wykonał pani polecenie! Czy pani, oprócz tego, że jest prokuratorem, jest również treserem zwierząt?
- Powiedzmy… że wiem coś niecoś o psach. Zwłaszcza o tym – odpowiedziała tajemnico poni prokuratorka.

Dalsom rozmowe przerwało pojawienie sie w korytorzu dwók chłopów. Jednym z nik był… ten sakramencki kłusownik! Jaz miołek ochote warknąć gniewnie, ale kiebyk to zrobił – zdradziłbyk sietniokowi swojom obecność. Kłusownikowi towarzysył jakisi chłop. Przez maluśkom dziurke w obrusie uwidziołek, ze wyglądo on jak pon William Conrad. Telo ino, ze mioł on duzo bardziej antypatycny wyraz kufy. Fto to był? Ano adwokat kłusownika. Tym samym miołek kolejny dowód na to, ze w zyciu jest inacej niz w filmie – bo w “Gliniarzu i prokuratorze” pon Conrad zajmowoł sie przecie oskarzaniem bandytów, a nie bronieniem ik. Bajako.

Po kwilecce przysli ci dwaj straznicy Tatrzańskiego Parku Narodowego, ftóryk miołek okazje poznać podcas zatrzymania kłusownika. Przysły tyz jakiesi trzy podejrzane typki. Widziołek ik pierwsy roz w zyciu. Okazało sie, ze syćka trzej byli śwagrami kłusownika. Mieli zeznawać jako świadkowie obrony.

W pewnej kwili otworzyły sie drzwi, obok ftóryk stoł mój stolik-kryjówka. Te drzwi prowadziły na sale rozpraw. W progu stanął sądowy woźny i pedzioł, ze sędzia zapraso na rozprawe. Poni prokurator, kłusownik i jego obrońca wesli do środka. Świadkowie – na rozie zostali na korytorzu. Dzięki swojemu piknemu psiemu słuchowi barzo dobrze słysołek, co dzieje sie za drzwiami. Najpierw pon sędzia odcytoł zarzuty, a potem spytoł, cy oskarzony przyznoje sie do winy.

- Nie przyznoje sie, wysoki sądzie! – zawołoł kłusownik. – Nigdy w zyciu nawet do głowy mi nie przysło, coby zapolować na najmniejsego choćby świstacka! Jestem niewinny!
- A czy oskarżony potwierdza – pytoł dalej pon sędzia – że dnia 18 lipca 2014 roku przebywał, wbrew przepisom, na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego poza wyznaczonymi szlakami?
- No, temu zaprzecyć nie moge – pedzioł kłusownik. – Ale to przecie wcale nie znacy, ze jo polowołek na świstaki.
- Co w takim razie oskarżony robił poza szlakiem? – dociekoł pon sędzia.
- Zabłądziłek, wysoki sądzie. Zwycajnie zabłądziłek – skłamoł kłusownik. – Byłek na wyciecce do Morskiego Oka z trzema śwagrami. Cały cas piknie trzymali my sie ślaku, tak jak parkowe przepisy nakazujom. Ba nagle pojawiła sie gęsto mgła. Straśnie gęsto! No i jo w tej mgle straciłek kontakt ze śwagrami i zgubiłek droge. Tylko i wyłącnie dlotego nolozłek sie jo poza ślakiem. Przysięgom na Pona Bócka!
- Wysoki sądzie – głos zabrała poni prokuratorka. – Ponieważ oskarżony twierdzi, że zabłądził we mgle, chciałabym przedstawić dokument z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Z tego dokumentu jednoznacznie wynika, że 18 lipca żadnej mgły w Tatrach nie było. Wnoszę o dołączenie tego dokumentu do materiału dowodowego.
- Sprzeciw, wysoki sądzie! – wypalił adwokat kłusownika. – Dokument, na który powołuje się oskarżenie, jest bezwartościowy. Służby meteorologiczne działają w obserwatorium na Kasprowym Wierchu, a nie na szlaku, którym wędrował mój klient. Skąd więc meteorolodzy mogą wiedzieć, czy na tym szlaku była wówczas mgła czy nie? Mogło przecież nie być jej w całych Tatrach, ale w tym jednym miejscu – wyjątkowo mogła się pojawić. Taka zupełnie lokalna.
- Zupełnie lokalna mgła? – zaśmiała sie poni prokuratorka. – Wątpię.
- Wątpi pani? – spytoł adwokat, a na jego kufie pojawił sie złośliwy uśmiesek. – No to skoro pani wątpi, to ja nieśmiało chciałbym przypomnieć, że fundamentalną zasadą w prawie karnym jest rozstrzyganie wszelkich wątpliwości na korzyść oskarżonego. Należy zatem uznać, że mgła była. Być może bardzo krótkotrwała, ale to wystarczyło, żeby mój klient zabłądził.

Poni prokuratorka westchnęła. Na rozie zrezygnowała z dalsego zabierania głosu.

Wezwano pierwsego świadka. Był nim jeden ze strazników parku. Weseł on na sale, po cym na polecenie sądu złozył przyrzecenie, ze bedzie godoł samom ino prowde. Następnie zacął zeznawać. Opowiedzioł syćko tak, jak było: ze był z kolegom na patrolu i wte natrafił na oskarzonego, ftóry sam sie przyznoł do polowacek na świstaki. Adwokat kłusownika zaroz zacął zasypywać świadka pytaniami:
- Czy świadek widział, jak mój klient poluje na świstaki?
- Nie – przyznoł straznik.
- A może świadek znalazł przy moim kliencie jakiegoś upolowanego świstaka?
- Też nie – pedzioł straznik.
- To może chociaż miejsce, w którym świadek spotkał mojego klienta, znajdowało się w bezpośredniej bliskości jakichś świstaczych nor?
- No… – straznik kwilecke sie zastanowił. – Znam Tatry dość dobrze, ale nie znam wszystkich miejsc, w których przebywają świstaki…
- Proszę odpowiedzieć na pytanie – rzekł uprzejmie, ba barzo kategorycnie pon adwokat. – Czy świadkowi wiadomo cokolwiek o tym, żeby mój klient znajdował się w bezpośredniej bliskości świstaczych nor?
- No… nie.
Pon adwokat zblizył sie do do straznika i zrobił mine, jakby fcioł go zabić wzrokiem.
- To na jakiej podstawie – spytoł – świadek zatrzymał mojego klienta?
- Już mówiłem. Poza faktem, że przebywał w niedozwolonym miejscu – pochwalił się, że jego przodkowie polowali na świstaki i że teraz on sam to robi.
- Wysoki sądzie – pedzioł adwokat. – Mój klient chciałby wyjaśnić, dlaczego tak się pochwalił.
- Juz wyjaśniom – pedzioł kłusownik. – Jo, wysoki sądzie, byłek w straśliwym stresie z powodu tego, ze zabłądziłek. Przez ten stres jaz rozum mi odebrało i godołek straśne bździny. To, co godołek ponom straznikom o świstakak, to tyz była bździna. Bździna nie mająco nic wspólnego z rzecywistościom.
- Wysoki sąd sam widzi, że wyjaśnienie mojego klienta brzmi sensownie – stwierdził pon adwokat. – Któż mógłby być tak lekkomyślny, żeby strażnikom parku narodowego dobrowolnie przyznawać się do kłusownictwa? To jasne, że mój klient – wystraszony, zagubiony, bezbronny, sam w nieznanym sobie lesie – zaczął odchodzić od zmysłów i gdy spotkał strażników, to plótł bez sensu, co mu tylko ślina na język przyniosła.

Zaroz wezwano kolejnego świadka, cyli drugiego straznika. Ba jego zeznania nicego nowego do sprawy nie wniesły.

- Czy oskarżenie ma jeszcze jakichś świadków? – spytoł pon sędzia.
- No… w zasadzie tak – pedziała niepewnie poni prokuratorka.
O, kruca! Musiała mieć na myśli mnie!
- Co to znaczy: w zasadzie? – spytoł pon sędzia.
- Wysoki sądzie – rzekła poni prokuratorka. – Ten świadek… jak by to powiedzieć… nie mówi w naszym języku. Potrzebny jest tłumacz, ale z niewiadomych przyczyn jeszcze się tu nie zjawił. Czy można zatem prosić, żebyśmy najpierw przesłuchali świadków obrony? Może w międzyczasie tłumacz tu wreszcie dotrze?

Na scynście pon sędzia przychylił sie do prośby prokuratorki. Tak więc miołek jesce kapecke casu. Ino kany kruca nojdowoł sie ten tłumac? Inkso sprawa, ze nie wiedziołek, kim on był. Kimsi ze Związku Kynologicnego cy jak? Niestety przed rozprawom było za mało casu, coby poni prokuratorka zdązyła mi to pedzieć.

Tymcasem pierwsy ze śwagrów kłusownika zostoł wezwany na sale.

- Co świadkowi wiadomo o tym, co robił oskarżony w dniu 18 lipca bieżącego roku? – spytoł pon sędzia.
- Ano, ostomiły wysoki sądzie, jo byłek z nim – i jesce dwoma moimi braćmi – na wyciecce do Morskiego Oka.

Krucafuks! Teroz juz było jasne, ze kłusownik uzgodnił ze swymi śwagrami – i najpewniej tyz z adwokatem – ze bedom wciskać sądowi bojke o niewinnej wyciecce.

- No i mgła nagle zrobiła sie straśno – godoł dalej śwagier kłusownika. – I wte, wysoki sądzie, ten bidok sie w tej mgle zgubił. Przysięgom na Pona Bócka, ze tak właśnie było.

Pon sędzia zadoł kolejne pytonie:
- A czy świadkowi wiadomo coś o tym, żeby oskarżony parał się kłusownictwem? W szczególności polowaniem na świstaki?
- Wysoki sądzie! Mój śwagier? On by nawet muchy nie skrziwdził! A co dopiero świstaka! On wręc brzydzi sie kłusownictwem! Furt słyse, jak on godo: “Och! Jak jo nienawidze tyk kłusowników! A kłusowników polującyk na świstaki nienawidze najbardziej!” Tak właśnie godo, wysoki sądzie. Przysięgom na Świętom Trójce, ze tak godo.

Co było potem? Ano wezwano na sale drugiego śwagra kłusownika, a potem trzeciego. Obaj – co było łatwe do przewidzenia – powtórzyli historyjke o zabłądzeniu oskarzonego we mgle. I obaj przysięgali na Pona Bócka, ze nic nie zmyślajom. Na mój dusiu! Miłosierdzie Pona Bócka faktycnie musi być nieskońcone! Bo kieby było – to Stwórca chyba by nie zdzierzył i prasnąłby piorunem w rzyć kozdego z tyk łgarzy.

- A co z tym obcojęzycznym świadkiem? – pon sędzia ponownie zwrócił sie do poni prokuratorki. – Możemy go tu wreszcie poprosić?
Poni prokuratorka westchnęła.
- Wysoki sądzie – pedziała. – Bez tłumacza to może być… trochę skomplikowane. Ale… cóż… spróbujmy.
I rzekła do pona woźnego:
- Niech pan powiei stojącemu na korytarzu policjantowi, żeby wprowadził świadka.

Zaroz wesłek wroz z ponem policjantem na sale. Uwidziołek znane juz sobie kufy i dwie jesce potela nieznane: pona sędziego i siedzącej przy jego biurku poni protokolantki.

- Czy to jakiś żart?! – zawołoł na mój widok obrońca kłusownika. – Wysoki sądzie! To kpina z wymiaru sprawiedliwości! Pies ma zeznawać jako świadek? Jesteśmy w sądzie, nie w cyrku!
- Wysoki sądzie – odrzekła na to spokojnie poni prokuratorka. – Skoro obrona ma tu jakieś obiekcje, to bardzo proszę, niech wskaże, w którym paragrafie “Kodeksu postępowania karnego” jest powiedziane, że świadek nie może być psem.

Ha! To starcie udało sie prokuratorce wygrać. Obrońca musioł przyznać, ze faktycnie nimo takiego paragrafu. Pon sędzia – choć mioł barzo niewyraźnom mine – zgodził sie, cobyk zeznawoł.

- Hm… Zastanawiam się tylko, jaką wagę będzie miało złożone od takiego świadka przyrzeczenie prawdomówności – pedzioł. – Zatem jeśli strony wyrażą zgodę, proponuję w myśl artykułu 187, paragrafu 3 “Kodeksu postępowania karnego” odstąpić od odebrania przyrzeczenia.

Poni prokuratorka pedziała, ze sie zgadzo. Pon adwokat zaś machnął ino rękom. Wte pon sędzia – nadal mając niewyraźnom mine – zwrócił sie ku mnie:
- No więc… yyy… yyy… poproszę świadka… yyy… o podanie swojego imienia i nazwiska.
- Hau! Hau! – odpowiedziołek.
Poni protokolantka zrobiła wielkie ocy.
- Wysoki sądzie, jak ja mam to zapisać? – spytała pona sędziego.

Sędzia zdjął okulary.
- O, mamo, miałaś rację – jęknął tak cichutko, ze nifto, fto mo ino ludzki słuch, nie mioł sans go usłyseć – powinienem był iść na medycynę, nie na prawo.

Tymcasem ten łoter kłusownik właśnie przybocył se, ze spotkoł mnie podcas swojej wyprawy na świstaki. Zaroz sepnął o tym swemu adwokatowi do ucha. Opróc adwokata – ino jo dołek rade to septanie dosłyseć. Adwokat zaroz wstoł i pedzioł:
- Wysoki sądzie. Artykuł 185 “Kodeksu postępowania karnego” stanowi, że można zwolnić od złożenia zeznania [...] osobę pozostającą z oskarżonym w szczególnie bliskim stosunku osobistym. Ten pies jak najbardziej jest w bliskim stosunku z moim klientem, bo łasił się do niego w chwili, gdy mój klient został zatrzymany przez strażników parku narodowego. Panowie strażnicy z pewnością to potwierdzą. Czyż nie?

Obaj straznicy potwierdzili. Krucafuks! Kie koło tej niedźwiedziej jaskini łasiłek sie do tego ancykrysta, myślołek, ze sprytnie pomagom sprawie. A teroz… wysło na to, ze racej zaskodziłek.

- A zatem, wysoki sądzie – znów głos zabroł adwokat – zgodnie ze wspomnianym przeze mnie artykułem, wnoszę o zwolnienie świadka.
Poni prokuratorka zerwała sie z miejsca.
- Wysoki sądzie! – zawołała. – W zacytowanym przez obronę artykule jest mowa, że można świadka zwolnić, a nie, że trzeba.
- Sąd przychyla się do wniosku obrony – pedzioł pon sędzia, ftóry najwyraźniej mioł wielkom ochote, coby cała ta sprawa zakońcyła sie jak najsybiej. – Świadek zostaje wykluczony z dalszego postępowania. Czy strony mają jeszcze jakichś innych świadków?

Między wiersami mozno było wycytać błaganie, coby juz ik nie miały.

- Ja nie mam – pedzioł pon adwokat.
- Ja… – zacęła poni prokurator. – No… wiem, że świadkiem poczynań oskarżonego była jeszcze pewna orlica.
- Orlica! – ryknął adwokat. – I kto jeszcze? Może jakaś krowa? A może żaba? Nasza pani prokurator chyba minęła się z powołaniem. Powinna pracować w zoo.
- Panie mecenasie, proszę powstrzymać się od osobistych wycieczek względem drugiej strony – upomnioł adwokata pon sędzia. – Kontynuujemy rozprawę.

Potem poni prokutatorka wygłosiła swojom mowe, po niej obrońca wygłosił swojom, a na koniec wypowiedzioł sie oskarzony, ftóry po roz kolejny zapewnił, ze nigdy w zyciu na zodne świstaki nie polowoł. Nastąpiła krótko przerwa, a kie sie skońcyła -sędzia ogłosił wyrok. Jak ten wyrok brzmioł? Ano tak, jak nalezało sie spodziewać: łoter zostoł uniewinniony z braku dowodów.

- Huraaa!!! – krzyknął uradowany kłusownik. – Jestem niewinny! Jestem niewinny!

On i jego trzej śwagrowie zacęli skakać z radości. Obrońca, wielce z siebie zadowolony, wartko opuścił sale. Sędzia tyz pomału zacął sie zbierać do wyjścia. Bidno poni prokuratorka siedziała milcąco. W pewnej kwili kłusownik wykonoł w jej strone brzyćki gest. Na scynście ona chyba tego nie zauwazyła.

Wreście kłusownik wroz z trzema towarzysącymi mu chłopami rusył ku wyjściu. Mijając po drodze mnie, syknął:
- A z ciebie, kundlu, zrobie psi smalec.
- Wrrrr! – odpowiedziołek, co w tłumaceniu na ludzki znacy: “Prędzej jo z twojej rzyci zrobie tatara.”

Cwórka triumfującyk bejdoków wysła na korytorz. Sekunde potem…
- Aaaaaaaaaaaaaa!!! – dały sie słyseć jakiesi sakramencko przeraźliwe krzyki.
To kłusownik i jego śwagrowie tak sie wydarli. Po kwili cało cwórka nicym pociski armatnie wpadła nazod na sale rozpraw. Ostatni z nik w popłochu trzasnął drzwiami i zamknął je na zasuwke. Na mój dusiu! Alez oni mieli biołe kufy! Jakby je w jakim Wizirze wyprano cy nie wiem tam w cym!

Kłusownik złapoł za rękaw oniemiałego sędziego, ftóry właśnie fcioł opuścić sale tylnym wyjściem.

- Wysoki sądzie! Wysoki sądzie! – skamloł kłusownik. – Jo sie przyznoje! Przyznoje sie do syćkiego! Jo od downa poluje na świstaki!
- Co takiego? – Sędzia chycił sie za wisący pod jego syjom zabot. Chyba pomylił go z krawatem,bo fcioł go rozluźnić. Niefcąco tak sarpnął, ze oderwoł ten zabot od swej sędziowskiej togi. A skoro juz oderwoł – to zacął sie nim wachlować. Najwyraźniej brakowało mu powietrza.
- Jak żyję, nie widziałem takiego procesu – stwierdził. – Wolno wiedzieć, co pana tak znienacka skłoniło do przyznania się do winy?
- Wysoki sądzie – zacął wyjaśniać klusownik. – Jo wysłek przed kwileckom ze śwagrami na korytorz, a tamok… diaski! Prowdziwe diaski! Przysły zabrać nos do piekła za to, ześmy tak straśnie tutok wyonacyli wysoki sąd. Więc jo piknie pytom, skazcie mnie za kłusownictwo. Dojcie mi jak najsurowsy wyrok. Wte diaski uwidzom, ze sprawiedliwości stało sie zadość i moze ostawiom nos w spokoju?
- Nie mogę pana skazać – pedzioł sędzia. – Wyrok już zapadł.
- Ale nie jest prawomocny, prowda? – spytoł kłusownik z nadziejom w głosie.
- No, nie jest – potwierdził sędzia.
- Uf! No to jest jesce nadzieja – odetchnął kłusownik. – Więc jo od rozu składom apelacje i na sądzie apelacyjnym piknie sie przyznom do syćkik swyk polowacek na świstaki.
- A jo sie przyznom do kradziezy drzewa z cudzego lasa – dodoł jeden ze śwagrów kłusownika. Widocnie po tym rzekomym spotkaniu z diaskami on tyz woloł, coby dosięgła go racej sprawiedliwość ludzko niz diabelsko.
- A jo sie przyznom, ze sprzedawołek ceprom rozwodnione piwo – pedzioł drugi śwagier kłusownika.
- A jo – ze osukołek Urząd Skarbowy na dwajścia tysięcy – pedzioł trzeci śwagier.
- Dobrze, sąd zajmie się tym wszystkim, ale później – pedzioł pon sędzia. – Teraz proszę już opuścić salę. Do widzenia panom.

Ale kłusownik i jego śwagrowie za nic w świecie nie fcieli znów wychodzić na korytorz. Bali sie, ze diaski dalej tamok cekajom. Ubłagali w końcu pona sędziego, coby pozwolił im ewakuować sie tylnym wyjściem.

Na mój dusiu! Pikne to było, ale… o co sło z tymi diaskami? Worce było sprawdzić. Jak tylko pon woźny nazod otworzył zamknięte przez tyk sietników drzwi, wybiegłek na korytorz. A tamok… O, Jezusicku! Mój przyjaciel Przeziębiony Łosoś i jego najwierniejsi wojownicy! Stali w swoik tradycyjnyk indiańskik strojak i byli wymalowani w barwy wojenne. Jak ftosi był takim głuptokiem jak ten kłusownik i jego śwagrowie – to faktycnie mógł pomyśleć, ze to diaski.

- Wodzu! – zawołołek uradowany nieocekiwanym spotkaniem.
- Kudłaty bracie! – zawołoł wódz w psim języku.
- Na mój dusiu, wodzu! Co cie tutok do Nowego Targu sprowadzo?
- O, to długo historia – pedzioł wódz. – Od jednej poni prokurator z wasego kraju przyseł do mojego rezerwatu e-mail, ze ty, kudłaty bracie, bedzies świadkiem w rozprawie przeciwko jakiemusi kłusownikowi. Potrzebny był jednak tłumac z języka psiego na ludzki. No i poni prokurator pytała mnie w tym mailu, cy jo nie mógłbyk być tym tłumacem. Na mój dusiu! Mojemu kudłatemu bratu nie mogłek odmówić! Wroz z moimi najwierniejsymi wojownikami od rozu rusyłek w droge. Wkrótce wylądowali my na lotnisku w mieście, na ftóre godajom Fort Kraka, abo jakosi podobnie. Potem wsiedli my w autobus i pojechali trasom, ftórom blade kufy w tym kraju nazwywajom – zdoje sie – Zakopianka Trail. Cało bida w tym, ze na tej trasie był straśliwy korek. Na domiar złego, kasi na lotnisku zgubiłek swom komórke, a ino na niej miołek zapisany telefon do poni prokuratorki. Nie mogłek więc nawet jej uprzedzić, ze z powodu korka spóźnimy sie na rozprawe.

Krucafuks! No to teroz juz było jasne, cemu poni prokuratorka nie mogła dodzwonić sie do tłumaca, o ftórym mi godała.

- W końcu dojechali my tutok – godoł dalej wódz. – A ze pomyśleli my, ze ta rozprawa to bedzie element wojny obrońców przyrody z kłusownikami, przed wejściem na sale rozpraw wystroili my sie tak, jak w casak Dzikiego Zachodu nasi przodkowie stroili sie do walki…
- Na mój dusiu! – zawołołek. – Barzo dobrze, wodzu, zeście sie tak wystroili!

I teroz z kolei jo opowiedziołek wodzowi, jak syćko skońcyło sie dobrze tylko dzięki temu, ze on i jego wojownicy zostali wzięci za diasków.

Po kwilecce podesła ku nom poni prokuratorka. Zaprosiła mnie i moik indiańskik przyjaciół do takiej jednej barzo piknej korcmy, ka rózne pikne rzecy do jedzenia dajom. I do picia tyz! Po drodze uwazali my ino, coby nie natknąć sie na kłusownika i jego śwagrów – nie fcieli my, coby sie zorientowali, ze istoty, ftóre uwidzieli w sądowym korytorzu, nie były zodnymi diabłami.

Kie juz my do korcmy wesli, to piknie ześmy uccili nas wspólny sukces w walce o ochrone dzikiej zywiny na Podholu. Jo wiem, ze nie wygrali my z kłusownictwem wojny, ino jednom zaledwie bitwe. Ale wygrać bitwe – to tyz piknie. Hau!

P.S. Pikny wtorek przed nomi. A to dlotego, ze w tym dniu Grzesickowe urodziny bedom. Zdrowie Grzesicka! :D

22.07.2014
wtorek

Kłusownik

22 lipca 2014, wtorek,

W poprzednim wpisie godołek między inksymi o tym, ze wielkim zagrozeniem dlo tatrzańskik świstaków som kłusownicy. Cemu w ogóle oni polujom na tak sympatycnom zywine? Ano – coby wytopić z niej sadło, a potem drogo je sprzedać. Nabywców tego specyfiku niestety nie brakuje. Kieby nie ci nabywcy – krucafuks – kłusownicy musieliby porzucić swój proceder jako niedochodowy i przestawiliby sie na sprzedawanie kierpców pod Gubałówkom, abo cegosi inksego, co z jednej strony miałoby napis “Pamiątka z Zakopanego”, a z drugiej “Made in China”. Haj.

Cemu nieftórzy tak chętnie to świstace sadło kupujom? A bo niekany wierzom, ze jest to pikny środek na wselkie mozliwe dolegliwości. Cy faktycnie jest? Cóz, w zbocowanej w poprzednim wpisie ksiązce pon Zwijacz-Kozica napisoł, ze owsem, badania wykazały, ze mo to jakiesi lecnice działanie. Telo ino, ze to działanie jest tak słabe, ze w dowolnej aptece nojdziecie sto pięćdziesiont milionów duzo skutecniejsyk leków. Tak więc, ostomili, jeśli jakisi handlorz pod Giewontem bedzie wciskoł wom słoicek świstacego sadła – nie kupujcie. Nie kupujcie z dwók powodów: skoda wasyk dutków i skoda nasyk wspólnyk świstaków. Haj.

Pon Zwijacz-Kozica w swojej ksiązce apeluje o jesce jedno: jeśli wejdziecie do jakiejsi podhalańskiej korcmy i uwidzicie w niej “dekoracje” w postaci wypchanyk świstaków – zróbcie w tył zwrot i wyjdźcie. Te świstaki musiały sie wziąć z nielegalnego polowania. A skoro tak… to choćby nie wiem jak barzo bylibyście głodni, i choćby nie wiem jak piknie smakowite zapachy by w tej korcmie wierchowały – nie ostowiojcie tamok dutków. Nojdziecie z pewnościom wiele lepsyk miejsc, ka mozno je ostawić. Bajako.

A tak w ogóle to pare dni temu odwiedziła mnie Maryna Krywaniec. No i opowiedziołek jej o tej ksiązce pona Zwijacza-Kozicy. Zbocyłek tyz o polującyk na świstaki kłusownikak. Kie zaś o nik zbocyłek, Maryna zawołała:
- Na mój dusiu! A wyobroźcie se, krzesny, ze kie niedowno leciałak nad jednom holom, to w dole seł jakisi chłop. Wysoko byłak, ale swoim orlim wzrokiem barzo dobrze uwidziałak, ze ten chłop mioł kufe straśliwej weredy.
- A cy on wos tyz uwidzioł?
- Nie ino uwidzioł – odpowiedziała orlica – ale tyz zawołoł: “O! Orzeł! Prowdziwy orzeł! Ciekawe co on tutok robi? Moze wybroł sie na świstaki? Na mój dusiu! Przyseł mi do głowy pikny pomysł! Skoro orzeł furt na te zywine poluje, to ftóz lepiej niz on moze wiedzieć, kany nojdujom sie świstace kryjówki? Póde se więc za tym ptokiem, piknie te kryjówki nojde, a za pare miesięcy, kie świstaki bedom pogrązone w zimowym śnie, upoluje tej zywiny telo, kielo jesce nigdy nikomu w całej historii Podhola nie udało sie upolować!”
- Sietniok! – zawołołek z oburzeniem, kie dowiedziołek sie, jakie były zamysły tego chłopa.
- Pewnie, ze sietniok – pedziała Maryna, ale bardziej ze śmiechem niz oburzeniem. – Przecie jo nie poluje na świstaki od casu, kie przekonaliście mnie, cobyk zamiast na chronionom zywine, zacęła polować na wędliny z masarni Felka znad młaki. No i muse przyznać, ze barzo dobrze zeście mi doradzili. Bo w tej Felkowej masarni jest telo piknyk przysmaków, ze hej!
- A co z tym kłusownikiem? – spytołek.
- A, zrobiłak mu śpas – pedziała Maryna. – Furt wisiałak w powietrzu w jednym miejscu. Wisiałak i wisiałak. Jaz ciemno nocka przysła, chłop przestoł mnie widzieć i juz nie mógł leźć za mnom. Hehe!
- Bajuści, pikny śpas – przyznołek. – Ale tak se myśle, ze worce dać fudamentowi naucke, coby roz na wse odefciało mu sie polowań na tatrzańskom zywine.
- Mocie, krzesny, jakisi plan? – spytała orlica.
- Mom – pedziołek. – Ba coby go wyryktować, potrzebny nom bedzie niedźwiedź. Docie rade, krzesno, noleźć niedźwiedzia, ftóry by nom pomógł w nasej nowej zbójnickiej akcji?
- Chyba dom – pedziała Maryna. – A co fcecie zrobić?
- Ano… pomyślołek se, ze skoro ten kłusownik fce, cobyście zaprowadzili go do piknej świstacej kryjówki, to niekze ta – zaprowodźcie. Ale niek przy tej kryjówce ceko na niego niedźwiedź. I niek ten niedźwiedź spuści fudamentowi pikne lanie. Kłusownik pomyśli, ze świstaki zacęły zatrudniać niedźwiedzi jako ochroniorzy. A kie tak pomyśli – to roz na wse bedzie sie trzymoł od świstaków z dala.
- Pikny plan! – pokwoliła mnie orlica. – No to zaroz posukom jakiegosi niedźwiedzia, coby namówić go do udziału w nasej akcji.
- Dobrze – pedziołek. – A kie juz nojdziecie, to hipnijcie ku mnie. Rozem z womi pohybom w Tatry, coby poźreć, jak wiedziecie ancykrysta-kłusownika na bliskie spotkanie trzeciego stopnia z misiem brunatnym. Haj.

No i Maryna pofrunęła ku Tatrom. Po kilku dniak przyleciała ku mnie nazod i pedziała, ze syćko załatwione: nolazła niedźwiedzia, ftóry zgodził sie odegrać role ochroniorza świstaków. Teroz nalezało ino zwabić kłusownika w zasadzke.

Upewniwsy sie, ze w najblizsym casie owieckom na holi nic nie bedzie groziło, pohybołek za Marynom ku Tatrom. Orlica poprowadziła mnie ku chałupie, we ftórej mieskoł ten sakramencki kłusownik. Kie my tamok dotarli, jo schowołek sie za stojącom obok chałupy komórkom, Maryna zaś zacęła fruwać dookoła domu tak, coby ze środka łatwo było dojrzeć jom przez okno. Nie trza było długo cekać, jak otworzyły sie drzwi chałupy i stanął w nik… nifto inksy jak nas kłusownik. Cy mioł kufe weredy, jak twierdziła Maryna – tego nie mogłek ze swego ukrycia dojrzeć. Ale ze wrednie pachnioł – mój owcarkowy nos nie mioł co do tego zodnyk wątpliwości.

- Hyhyhy! – zarechotoł kłusownik. – Ale mom scynście! Orzeł, ftórego zgubiłek pare dni temu, przylecioł pod mojom chałupe. A moze to jakisi inksy? Niewozne. Wozne, coby zaprowadził mnie ku świstakom, ftóre jo piknie upoluje i bede mioł z nik pikne dutki.

Fciołek hipnąć ku bejdokowi i ugryźć go porządnie w rzyć. Ale sie powstrzymołek. Nie mogłek zniwecyć nasego planu.

Kłusownik wskocył na kwile nazod do swej chałupy, ale zaroz wyseł z niej znów. Tym rozem w butak myśliwskik i z małym plecakiem na grzbiecie. Maryna, kie uwidziała, ze ten łoter juz jest gotowy do drogi, frunęła ku pobliskim wiersyckom.

- Na mój dusiu! – zawołoł kłusownik. – Ten orzeł zachowuje sie tak, jakby specjalnie na mnie cekoł.
No – hehe – tutok akurat sie nie mylił.
- Prowadź, orle! – popytoł kłusownik. – Zapoluj na jakiegosi tłustego świstaka. A przy okazji pokozes mi, kany on sie wroz ze swom całom rodzinom chowo.

No i Maryna poprowadziła chłopa przez lasy, przez potoki i przez urwiska. Chyba specjalnie przy tym obierała takom droge, coby chłop bardziej sie zmęcył. I dobrze. Im więcej złyk wspomnień bedzie mioł z tej wyprawy – tym więkso sansa, ze odefce mu sie polowań na świstaki.

Jo cały cas słek ostroznie za kłusownikiem, uwazając , coby mnie nie uwidzioł, a zarozem tak, coby być dobrze widocnym dlo Maryny.

Juz dochodzili my do piętra kosówek, kie nagle… orlica zawołała ku mnie z wierchu:
- Krzesny! Musimy odwołać nasom akcje!
- A to cemu? – zdziwiłek sie.
- Momy kłopot – pedziała Maryna. – Jesteśmy juz blisko świstacej kryjówki, ba… nie widze przy niej niedźwiedzia. Nie wiem, kany sie ta beskurcyja podziała! Umówili my sie, ze bedzie siedzioł przy świstakak i cekoł, jaz przyprowadze mu tego kłusownika.

Krucafuks! Nie wyglądało to dobrze. Niedźwiedź był przecie niezbędny, coby nas plan sie udoł.

- Pockojcie, krzesno – pedziołek. – Spróbuje noleźć go na węch.

Uniesłek nos do wierchu i zacąłek wciągać weń powietrze. No i na scynście udało mi sie wychwycić niedźwiedzi zapach. Pohybołek tamok, skąd ten zapach dochodził. Wkrótce nolozłek sie przed niewielkom jaskiniom, we wnętrzu ftórej ftosi straśnie głośno chrapoł. Wlozłek do środka. I zaroz niemalze nadepłek na śpiącego smacnie miśka. Zascekołek głośno.

- Cego? – spytoł zaspanym głosem niedźwiedź, barzo niechętnie otwierając jedno oko.
- Cy to wy, krzesny, mieliście siedzieć teroz przy świstakak i cekać, jaz Maryna Krywaniec przyprowadzi ku wom kłusownika? – spytołek.

Niedźwiedź zerwoł sie na równe nogi.

- O, Jezusicku! Faktycnie! – zawołoł. – Ale… zaspało mi sie kapecke.
- Chyba nawet więcej niz kapecke – stwierdziłek. – Maryna z kłusownikiem juz som prawie na miejscu, a wy – najwyraźniej postanowiliście se zapaść w sen zimowy w środku lata.
- To nie mojo wina – zacął usprawiedliwiać sie niedźwiedź. – Nie mojo wina, ze natrafiłek na turyste-łasucha, ftóry mioł w plecaku całom torebke cukierków. Kie zatrzymoł sie na mały odpocynek i zdjął plecak, jo po cichutku mu te cukierki wykrodłek. I syćkie zjodłek. Telo ino, ze one były z alkoholem, do ftórego jo nie za barzo jestem przyzwycajony. Tak straśnie potem mi sie spać zafciało, ze ino zawlokłek sie do tej jaskini i od rozu usnąłek jak zabity.
- No to teroz nie traćmy casu, ino hybojmy ku świstakom – pedziołek. – Moze zdązymy jesce dotrzeć tamok przed kłusownikiem?

Niedźwiedź zgodził sie ze mnom. Ale nagle… Krucafuks! Pocułek zapach, ftórego nie powinno tutok być! To kłusownik zblizoł sie ku niedźwiedziej jaskini. Ale jak to sie stało, ze do niej trafił? Niedługo potem dowiedziołek sie jak: Maryna nieopatrznie pofrunęła za mnom, coby upewnić sie, cy nojde niedźwiedzia. A kłusownik – polozł za Marynom. Po kwili wyraźnie juz było słychać jego sapanie.

- To mo być nora świstaków? – zacął cudować pozirając na wylot jaskini. – Straśnie duzo. Jakiesi świstaki-olbrzymy tutok zyjom cy jak? Chyba tak. Ale to lepiej! Z więksyk świstaków bedzie więcej sadła. A więcej sadła to więcej dutków! Ale mi sie poscynściło!

Zanim zdązyłek pomyśleć, co wobec tak nieocekiwanego obrotu sprawy nalezy zrobić, niedźwiedź wylozł z jaskini.

- Panienko Przenajświętso! – zawołoł kłusownik. – To jest naprowde ba… ba… ba… barzo duzy świstak!

Hahaha! Co za głuptok! Świstaka od niedźwiedzia nie umioł odróznić! Chociaz… racej umioł, ino tak mocno zasugerowoł sie tym, ze idzie na świstaki, ze zupełnie zabocył o wselkiej inksej zywinie. Zreśtom wy ludzie na pewno dobrze wiecie, jak to jest z siłom sugestii. Bajako.

Kłusownik fcioł chyba uciec przed tym “barzo duzym świstakiem”, ale strach tak go sparalizowoł, ze nogi jakby przyrosły mu do ziemi. Nie mógł bidok rusyć z miejsca.

Jo nojdowołek sie za rzyciom niedźwiedzia. Kłusownik chyba w ogóle mnie nie zauwazył. Nagle przysła mi do głowy pewno myśl. Na mój dusiu! Skoro ten chłop wziął miśka za świstaka, to niek niedźwiedź wyryktuje mu pikny łomot. Ancykryst pomyśli, ze świstaki zrobiły sie barzo niebezpiecne i ze lepiej zacąć ik unikać. Kieby tak sie stało – akcja Maryny Krywaniec i mojo mimo syćko zakońcyłaby sie piknym sukcesem.

- Krzesny – odezwołek sie do niedźwiedzia, cały cas stojąc za jego rzyciom. – Cy moglibyście tego kłusownika prasnąć?
- Ale wte mógłbyk mu zrobić krziwde – zauwazył niedźwiedź.
- Przecie i tak mieliście go prasnąć, ino nie tutok, ba przy świstakak – przybocyłek. – Nie godom, cobyście od rozu mu kości połamali. Po prostu spuśćcie mu takie zwycajne lanie, coby roz nas wse odefciało mu sie polowacek.
- Ale jo sie na tego pona nie gniewom – tłumacył niedźwiedź. – To cemu mom go bić?

O, kruca! Nie jest łatwo chronić tatrzańskom przyrode, kie mo sie takik współpracowników. Ale cóz – trza było próbować dalej.

- A cy moglibyście, krzesny, chociaz poklepać go przyjaźnie po ramieniu? – spytołek.
- A, przyjaźnie poklepać to moge – zgodził sie niedźwiedź.

Pomyślołek, ze to, co dlo niedźwiedzia jest małym klepnięciem, dlo duzo słabsego cłowieka powinno być solidnym ciosem. Miołek więc nadzieje, ze tak cy siak kłusownik dostonie naucke.

Niedźwiedź podniesł łape do wierchu. I… na mój dusiu! Kłusownik zemdloł! Zemdloł ze strachu, bo widząc uniesionom niedźwiedziom łape, pomyśloł, ze ta łapa fce go potęznie uderzyć.

- Straśnie delikatni som ci ludzie – mruknął niedźwiedź wzrusając ramionami.

Tymcasem Maryna, ftóro fruwała nad nomi i pozirała, co my w dole ryktujemy, wydarła sie nagle:
- Krześni! W uciekaca!
- A co sie dzieje? – spytołek.
- Straznicy parku narodowego kryncom sie nieopodal. Nie wiadomo, co se pomyślom, kie wos tutok z tym chłopem uwidzom, więc lepiej hybojmy.
- Nie – prociwiłek sie. – Mom pewien pomysł. Niek tutok przyjdom. Co najwyzej niek niedźwiedź stela pódzie, coby ik niefcący nie wystrasył.
- A kany mom póść? – spytoł niedźwiedź.
- Syćko jedno – pedziołek. – Mozecie hipnąć na ślak, coby sprawdzić, cy jakisi kolejny turysta nie niesie w plecaku torebki cukierków.
- O! Dobry pomysł – uciesył sie niedźwiedź oblizując sie po kufie i wartko pohyboł ku najblizsemu ślakowi.
Jo zaś zacąłek głośno scekać:
- Hau-hau-hau! Hau-hau! Hauuuu!

Co to znacy w ludzkim języku? E, nie bede tłumacył, bo to były takie bzdury, ze wstydze sie teroz je powtarzać. Wte chodziło mi ino o to, coby zwabić ku sobie ponów strazników. No i udało sie – zaroz przysło dwók chłopów w piknyk straznicyk uniformak. Kie uwidzieli nieprzytomnego kłusownika, uklękli przy nim i klepli w policki. Kłusownik otworzył ocy, podniesł sie i zaniepokojony rozejrzoł wokoło. Zaroz niepokój z jego kufy zniknął. Najpewniej po tym, jak uwidzioł, ze “świstaka-olbrzyma” juz nimo.

- Nic panu nie jest? – spytali straznicy.
- Nic, zupełnie nic – zapewnił kłusownik. – Cóz. Miło mi było ponów spotkać, ale jo juz se póde.
- Nie tak prędko – pedzieli straznicy. – Złamał pan dwa przepisy: chodzi pan po parku narodowym poza wyznaczonymi szlakami, a ponadto wprowadził pan na teren parku psa.
- Jakiego psa? Tego? – spytoł kłusownik, zauwazywsy mnie wreście. – To nie mój. Nawet nie wiem, skąd on sie tutok wziął.

Zacąłek piknie łasić sie do kłusownika. Kie straznicy to uwidzieli, zacęli sie śmiać:
- Hahaha! I co? Nie pański pies? Nie nabierze nas pan na swoje bajki!
- To nie som zodne bojki! – zarzekoł sie kłusownik. – Nigdy, przenigdy na zodnom wyprawe na świstaki nie brołek ze sobom psa. Przysięgom!
- Ejże! O jakiej wyprawie na świstaki pan mówi? – zaciekawili sie straznicy.
- No, zwycajnej – głuptok tak straśnie był skołowany tym syćkim, co przezył w ciągu ostatniego kwadransa, ze zupełnie zabocył, ze przed parkowymi straznikami pewne rzecy lepiej by mu było przemilceć. – Mój pradziad polowoł na świstaki, mój dziad i mój ojciec. A teroz jo poluje. Od wielu, wielu roków. I mało fto zdołoł ik telo upolować, co jo. Bajako.
- Ha! – zawołali straznicy. – Wygląda na to, że dopadliśmy gagatka, który uprawia kłusownictwo!
- Ze co?… O… krucafuks!!! – kłusownik złapoł sie za gymbe. Teroz dopiero uświadomił se swój błąd.
- Zostaje pan zatrzymany- oznajmili straznicy. – Idziemy na dół, a potem przekażemy pana w ręce policji.
- O, Jezusicku! I co ze mnom bedzie? – spytoł kłusownik.
- Co będzie? Pewnie artykuł 181, paragraf 2 Kodeksu karnego – pedzieli straznicy i zacęli piknie cytować z pamięci. – Kto, wbrew przepisom obowiązującym na terenie objętym ochroną, niszczy albo uszkadza rośliny lub zwierzęta powodując istotną szkodę, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Straznicy wroz z zatrzymanym kłusownikiem rusyli ku dołowi. A o mnie – jakosi zabocyli. Niekze ta. Ba jeśli nase organa sprawiedliwości wytocom temu kłusownikowi proces i bedom potrzebowały zeznań Maryny i moik w charakterze świadków – oboje jesteśmy gotowi piknie zeznawać.

A wy, ostomili, jeśli będąc na Podholu, napotkocie jakiegosi kłusownika, to bedziecie wiedzieli, co robić? Cóz, mozecie po prostu zgłosić sprawe na policje. Ba jeśli jesteście bardziej wyrachowani – to mozecie odesłać chłopa ku Marynie Krywaniec i ku mnie. A my juz piknie zajmiemy sie kolejnym sietniokiem, co to na chronionom zywine poluje. Hau!

P.S.1. A w ten wtorek – piknie wesoło tutok bedzie. Bo w tym dniu urodziny swe bedzie obchodzić Poni Agnieszka, a imieniny – Madgarecka. No to zdrowie Poni Agnieszki i Madgarecki :D

P.S.2. W najblizsom sobote tyz piknie wesoło bedzie – w tym dniu obchodzom swe imieniny Anecka Holendersko, Anecka Schroniskowo i Fusillecka. Piknie zatem wypijmy za zdrowie Anecki Holenderskiej, Anecki Schroniskowej i Fusillecki! :D

css.php