17.01.2016
niedziela

Niedźwiedzie na Paśportak

17 stycznia 2016, niedziela,

Na krótko przed niedownym rozdaniem Paśportów Polityki zapowiedziołek, ze na imprezie tej bedom obecne tatrzańskie misie. I co? Były? Ano były. Jak do tego dosło? Zaroz wom, ostomili, piknie opowiem.

Heeej! Od bozonarodzeniowyk świąt minęły juz trzy tyźnie. Ale chyba bocycie jesce, jako wte była pogoda? Płóno. Straśnie płóno. Bardziej przybocowała Wielkanoc niz Boze Narodzenie. Nie wiedziołek, kruca, co sie z tom aurom dzieje! Ba na krótko przed Sylwestrem przyleciała ku mnie Maryna Krywaniec. Przywitała sie piknie ze mnom i spytała:
– No i co, krzesny, myślicie o tym, ze niedźwiedzie nom takom ciepłom zime załatwiły?
– Niedźwiedzie? – zdziwiłek sie. – Jakim cudem?
– To wy nic nie wiecie? – teroz z kolei zdziwiła sie Maryna. – Od jesieni syćkie tatrzańskie niedźwiedzie zanosiły modły do Pona Bócka, coby ta zima była ciepło.
– Na mój dusiu! – zawołołek. – A cemu zalezało im na ciepłej zimie?
– Bo majom nadzieje, ze dzięki temu udo im sie nie zapaść w sen zimowy – wyjaśniła orlica.
– A co jest złego we śnie zimowym? – pytołek dalej. – Znom wielu ludzi, ftórzy zazdroscom niedźwiedziom takiego snu!
– Krzesny. Wy powinniście to wiedzieć najlepiej!- stwierdziła Maryna. – One nie fcom spać, bo straśnie im zalezy, coby w stycniu pojechać do Warsiawy na Paśporty Polityki.

O, krucafuks! Faktycnie! Teroz juz syćko stało sie jasne! Jako godołek wom we wpisie wyryktowanym rok temu, po moim powrocie z poprzedniej paśportowej gali, cało tatrzańsko i gorcańsko zywina zapragnęła pojechać ze mnom na następnom takom impreze. Ba jak jo miołek zabrać do stolicy te syćkie niedźwiedzie, owce, kozice i inkse śtyronogi? Warsiawski Teatr Wielki nie jest jaz tak wielki, coby takie towarzystwo pomieścić. Ba miołek nadzieje, ze moze z casem syćkie zwierzoki o tyk Paśportak zabocom? No i… zabocyły prawie syćkie. Prawie… Opróc niedźwiedzi.

Cóz było robić? Miołek trzy wyjścia: abo zabrać niedźwiedzie do Warsiawy, abo przekonać je, coby zrezygnowały z wyjazdu, abo… przekonać Pona Bócka, coby nakłonił te beskurcyje do zaśnięcia. To ostatnie wydawało mi sie najłatwiejse. Zadorłek do wierchu swój owcarkowy łeb, poźrełek w niebo i pedziołek:
– Ponie Bócku ostomiły. Jak jo mom zabrać całom armie miśków do warsiawskiego teatru? Jednego abo dwa – moze jakosi byk przemycił. Ale syćkie? Przecie ludzie mogom je w drodze wyłapać i zamknąć w zoo! I wte nie bedzie w Tatrak ani jednego niedźwiedzia! Dlatego najlepiej by było, kieby zima przestała być tak ciepło, a zacęła być piknie mroźno. Wte niedźwiedzie pódom spać i problem sam sie rozwiąze. Mógłbyś sprawić, Ponie Bócku, coby tak właśnie sie stało? Piknie pytom.

Cy mojo prośba została wysłuchano? Na mój dusiu! Wyglądo na to, ze tak! Bo bocycie chyba, ze na Sylwestra w całej Polsce chycił mróz. Pare dni później – było juz minus kilkanoście stopni. A niekany nawet minus dwajścia! Uciesyłek sie piknie. Ino… nie zwróciłek uwagi na to, ze po paru dniak nazod zacęło sie ocieplać.

W ostatniom niedziele przed piknomm paśportowom galom wybrołek sie na przechadzke po pobliskim lesie. Nagle pozirom i – o, kruca! Cały tłum niedźwiedzi wyseł mi na spotkanie! Ponad śtyrdzieści ik było! Telo właśnie ik zyje po polskiej i po słowackiej stronie Tater. A więc przysły syćkie! Beskurcyje jedne krucafuks!

– Witojcie, krzesny! – zawołały radośnie niedźwiedzie. – No to jesteśmy.
– Wi… wi… witojcie – odpowiedziołek zaskocony. – Co wy tutok robicie?
– Jak to co? – odparły niedźwiedzie. – Przed rokiem obiecoliście nom, ze zabierecie nos na Paśporty Polityki.
– Ale… – zapytołek – cy wy, krześni, nie powinniście być teroz pogrązeni w piknym zimowym śnie?
– Teoretycnie tak – odrzekły niedźwiedzie. – Ale zrobili my syćko, co w nasej niedźwiedziej mocy, coby nie zasnąć. Chociaz… kie po ciepłym grudniu chycił nagle mróz, to juz my sie bali, ze prawa natury zawierchujom i dopodnie nos straśliwo chęć spania jaz do wiosny. Ale popytali my piknie Pona Bócka, coby ta zimnica ustąpiła. No i… ustąpiła! Dzięki temu udało nom sie nie zasnąć!

Na mój dusiu! Wyglądało na to, że ostanio Pon Bócek był naprowde bidny! Roz musioł wysłuchiwać niedźwiedzik modlitw, a roz moik. Modlitwy te wzajemnie sie wyklucały i dlotego właśnie ta zima była najpierw barzo ciepło, potem mroźno, a potem – na krótko przed Paśportami – nazod zrobiła sie cieplejso. Haj.

I cóz. Jo przed rokiem faktycnie obiecołek niedźwiedziom, ze jak bedom fciały, to zabiere je na te Paśporty. Pochopnie to obiecołek. Barzo pochopnie! I teroz nie było rady. Musiołek dotrzymać słowa.

Pomyślołek ino, ze wyrusając w podróz, worce zaopatrzyć sie w jakisi suchy prowiant. Akurat w magazynie Felka znad młaki przechowywany był spory zapas oscypków. Felek nazamawioł ik u mojego bacy, coby potem sprzedawać je ceprom na Krupówkak i w inksyk chętnie odwiedzanyk przez turystów miejscak. No to wroz z niedźwiedziami zakrodłek sie do Felkowego magazynu. Wynieśli my stamtela pare worków wypełnionyk piknymi owieckowymi serkami.

A potem poprowadziłek te śtyry tuziny futrzastyk ancykrystów do Nowego Targu. Tamok udali my sie na dworzec kolejowy. Po cichutku wdrapali my sie na dachy jednego pociągu towarowego. No i we wtorek – po paru przesiadkak – dojechaliśmy do stolicy. Dzięki ubiegłorocnej wyprawie na Paśporty wiedziołek juz piknie, kany mom iść. Starając nie zwracać za barzo na siebie uwagi, powędrowali my na Plac Teatralny. Przed teatrem było kapecke zamiesania, bo właśnie przyjechało pare wozów TVP2, coby wyryktować piknom retransmisje z planowanej na dzisiok gali. Dzięki temu zamiesaniu łatwiej nom było przemknąć sie do teatru.

– No dobra, krześni – zwróciłek sie do niedźwiedzi, kie juz byli my we wnętrzu budynku. – Oto jesteśmy w hyrnym Teatrze Wielkim. Ale jeśli fcecie wejść na Sale Pona Moniuszki, ka ta cało impreza sie odbędzie, to nie mozecie wyglądać tak jak teroz. Kie ludzie uwidzom takie stado niedźwiedzi, to zaroz pouciekajom i do rozdania Paśportów w ogóle nie dojdzie.
– No to co momy robić, coby nikogo nie wystrasyć? – spytały niedźwiedzie.
– Musicie załozyć ludzkie ubrania. – odpowiedziołek. – Wte bedziecie wyglądać jak ludzie. Moze tacy dosyć potęzni, kapecke zarośnięci – ale jak ludzie.
– Ba skąd my takie ubrania weźmiemy? – zafrasowały sie niedźwiedzie.
– Tym sie nie turbujcie – pedziołek.

I zaprowadziłek moik kudłatyk kompanów do magazynu kostiumów teatralnyk.

– Rozejrzyjcie sie – pedziołek. – Niek kozdy wybiere se jakisi kostium i piknie go na siebie załozy. Jo tymcasem hipne cosi załatwić. Ba zaroz wracom.

Co takiego fciołek załatwić? Jeśli cytoliście komentorze pod moim poprzednim wpisem, to wiecie, ze 10 stycnia, o godzinie 23:02 zapowiedziołek swój przyjazd do Warsiawy wroz z niedźwiedziami. Następnego dnia, o godzinie 15:24, Magecka napisała, ze barzo fciałaby te niedźwiedzie spotkać i uścisnąć im łapy. Postanowiłek więc hipnąć na plac Teatralny i sprawdzić, cy nimo tamok rozglądającej sie za nomi Magecki. Wydostołek sie na plac. Obesłek go pare rozy. Ale niestety nie uwidziołek nikogo, fto mógłby być Mageckom. Cóz. Trudno. Moze przy inksej okacji udo sie załatwić, coby mogła osobiście uścisnąć łapy syćkik tatrzańskik niedźwiedzi?

Wróciłek do teatru. Miśki krynciły sie po kuluarak, zaglądały z ciekawości tu i ówdzie. Były juz poubierane w tetralne kostiumy – tak jak im kazołek. Ino – na mój dusiu! – co one pozakładały! Jeden wyglądoł jak wielki kudłaty cyrulik sewilski, drugi – jak wielki kudłaty król Roger, trzeci – jak wielko kudłato Carmen… W dodatku te stroje były na nik kapecke przyciasne. Ale to juz wina teatralnego krawca, ftóry nie przewidzioł, ze dany ubiór moze fcieć załozyć ftosi potęznej postury i mający ponad dwa metry wzrostu.

– No i jak? – spytały niedźwiedzie. – Wyglądomy jak ludzie?
– Jak by to pedzieć… – rzekłek. – W zasadzie wyglądocie, ino… nie mogliście noleźć cegosi bardziej współcesnego?
Juz fciołek polecić im, coby wartko posukały se inksyk ciuchów, ba nagle… przyjrzołek sie uwazniej ik kufom.
– Ejze, krześni! – zawarcołek. – Mozecie mi wytłumacyć, cemu wase gymby wysmarowane som jakimisi sosami, majonezami i inksymi cekoladami?
– Cóz… – rzekły niedźwiedzie. – Kie juz my syćka poubierali sie w ludzkie stroje, to wysli z magazynu i nagle… poculi jakiesi zapachy. Pikne zapachy piknego jedzonka! No to pośli my kapecke se pojeść.
– Kapecke? – spytołek. Cosi mi mówiło, ze pod owym „kapecke” nalezało rozumieć: „syćko, co ino nadawało sie do zjedzenia”. – Kany zeście noleźli to jedzonko?

No i niedźwiedzie pokazały mi kany. Było to pomiescenie, ka ryktowano pocęstunek dla zaprosonyk na Paśporty gości. Ale jak to pomiescenie wyglądało! Skaranie boskie! Stoły były powywracane, nacynia potłucone, wokoło walały sie reśtki jedzenia. Jakby tornado tamok przesło! Nad tym całym pobojowiskiem stały ponie i ponowie od kateringu. Syćka mieli zrozpacone kufy, biadolili i wyrywali se włosy z głów.

– To waso robota? – spytołek karcąco niedźwiedzi. Nie musiały odpowiadać. Odpowiedź doskonale znołek.
– No… – zacęli tłumacyć sie winowajcy. – To syćko tak piknie pachniało. Tak apetycnie wyglądało. Nie mogli my sie powstrzymać.
– Krucafuks!!! – zezłościłek sie. – To był pocęstunek dlo oficjalnie zaprosonyk na gale, a nie dlo wos! Nie wystarcyły wom wykradzione z Felkowego magazynu oscypki?

No właśnie – oscypki! Cynść z nik niedźwiedzie zjadły w podrózy. Ale sporo jesce ostało. Nie było sensu utyskiwać nad rozlanym mlekiem, ino nalezało jakosi ratować sytuacje. Syćkie oscypki, jakie my jesce mieli, poznosiliśmy pod próg pomiescenia, ka działali kateringowcy. Potem poradziłek niedźwiedziom, coby posły pochować sie po kątak, coby za barzo nie rzucać sie ludziom w ocy. Jo zaś ostołek, coby sprawdzić, cy te nase oscypki bedom w stanie zastąpić ten pikny pocęstunek, ftóry niestety zniknął w brzuchak najwięksyk tatrzańskik zarłoków.

Nagle… tuz koło mnie przesły jakiesi dwie ponie i dwók ponów. Fto to był? Na mój dusiu! Zaroz se przybocyłek – to był ten kwartet, ftóry rok temu zdobył Paśport Polityki w kategorii muzyka powozno! To oni! We własnyk osobak! Cało cwórka zajrzała do pomiescenia z biadolącymi kateringowcami.

– Dzień dobry – przywitali sie.
– Kim jesteście? – spytali kateringowcy.
– Zespół Kwadrofonik – przedstawili sie artyści. – Mamy zapewnić oprawę muzyczną na gali Paszportów Polityki. Ale zajrzeliśmy tutaj, bo usłyszeliśmy, że śpiewa tu jakiś bardzo osobliwy chór, chyba awangardowy. Chcieliśmy się więc dowiedzieć, czy ten chór ma może dziś razem z nami wystąpić?
– To nie chór, tylko nasze lamenty – wyjaśnili kateringowcy. – Lamentujemy, bo przed chwilą wpadła tu jakaś banda nieokrzesańców. Prawdopodobnie był to jakiś goszczący w tym teatrze zespół śpiewaków, bo wszyscy byli poubierani w operowe stroje. Ale jacyś niekulturalni! Rzucili się na poczęstunek, który tak pieczołowicie szykowaliśmy na dzisiejszą imprezę. Tłumaczyliśmy, że nie dla nich to jedzenie, ale oni tylko mruczeli coś niezrozumiale i nie wyszli, dopóki nie zjedli wszystkiego!
I syćka kateringowcy rozpłakali sie.
– Nie mogliście państwo wezwać pomocy? – spytali Kwadrofonicy.
– Prawdę mówiąc, sparaliżował nas strach – odpowiedzieli kateringowcy. – Nie wiemy, skąd ci śpiewacy przyjechali, ale to były jakieś potężne draby. Wszyscy bez wyjątku!
– Niech się państwo nie martwią. – Kwadrofonicy próbowali bidoków pociesyć. – Zauważyliśmy przed progiem jakieś oscypki. Może z nich da się przyrządzić jakiś poczęstunek?
– Z samych tylko oscypków? – spytali kateringowcy. – Wyśmieją nas, to był najbardziej monotematyczny catering w historii tego teatru!
– Może nie będzie tak źle? Te oscypki bardzo ładzie pachną – pedzieli Kwadrofonicy. A po kwili namysłu spytali – Czy możemy wziąć sobie jednego?
– A, bierzcie, ile chcecie. I tak nie wiemy, skąd one są. Pewnie ktoś z organizatorów je zamówił, tylko zapomniał nas o tym poinformować.
– Jeden nam wystarczy. I naprawdę prosimy, żebyście się państwo nie martwili. Postaramy się pomóc. Będzie dobrze!

Na mój dusiu! Niby w jaki sposób mogliby oni pomóc tym bidokom? Nie miołek pojęcia. W kozdym rozie faktycnie wzięli se jednego oscypka, a potem pośli ryktować sie do występu.

Kie teatr był juz pełen zaprosonyk gości, pedziołek miśkom, ze chyba juz mogom udać sie na widownie. Kie uwidzom jakiesi wolne miejsce siedzące – mogom je zająć. Kie nie uwidzom, niek stanom kasi z bocku, coby nie przeskadzać przybyłym na urocystość ludziom. Obawiołek sie, cy niedźwiedzie – w tyk kolorowyk operowyk strojak – nie wzbudzom zbytniej sensacji. Ale nie! Nieftórzy ludzie owsem, kapecke sie zdziwili. Ba ftosi zwrócił uwage, ze w tym roku momy okrągłom, osiemdziesiontom rocnice urodzin pona Jima Hensona, hyrnego cłowieka telewizji, ale tyz – na swój sposób – cłowieka teatru.
– Tutejsza dyrekcja – pedzioł ten ftosi – najwyraźniej wpadła na pomysł, żeby uczcić tę rocznicę, przebierając wynajętych statystów za postacie z „Muppet Show”.

No i syćka uznali, ze to wyjaśnienie brzmi całkiem sensownie. Całe scynście! Ufff!

Nolozłek se miejsce na widowni i usadowiłek sie piknie. Obejrzołek całom gale, ftórom, tradycyjnie juz, poprowdziła poni Torbicka wroz z nacelnym Polityki, ponem Baczyńskim. Naso Poni Dorotecka tyz tamok była! Była i jak zwykle wzięła udział w nagradzaniu zwycięzcy w kategorii muzyka powozno. Kilku inksyk piknyk twórców tyz swe nagrody odebrało. A Kwadrofonicy piknie do tego syćkiego przygrywali. Casem z pomocom pona Rojka, a casem bez. Tutok zreśtom mozecie uwidzieć telewizyjnom relacje z tego wydarzenia. Haj. Ale… nie syćko telewizja pokazała. Nie pokazała na przikład tego, ze na koniec Kwadrofonik wykonoł utwór… pedziołbyk: barzo hipnotyzujący. W pewnej kwili jedno poni z tego zespołu nagle przerwała gre (to była ta sama poni, ftóro rok temu – w imieniu całej grupy – dziękowała za przyznanie Paśportu). Tak więc teroz grała ino trójka muzyków. Owa poni zaś wyciągła… na mój dusiu! Wiecie co? Śnurek, na ftórym wisioł… plasterek oscypka! Pikny, smakowity plasterecek oscypka, wykrojony z tego, co Kwadrofinikowcy wzięli od ryktującyk pocęstunek kateringowców.

– Drodzy państwo – rzekła artystka łagodnym, barzo spokojnym głosem, wprawiając zarozem oscypka w ruch wahadłowy. – Proszę wszystkich o wpatrzenie się w ten plasterek sera. Proszę patrzeć tylko na niego. Wyciszcie się państwo, odprężcie, zrelaksujcie. Wasze powieki stają się coraz cięższe, cięższe, cięższe… Oczy wam się zamykają. Zasypiacie.

Krucafuks! Rozglądom sie jo po widowni i widze, ze – syćka ludzie zrobili sie jacysi tacy… ni to śpiący, ni to nieprzytomni. Wyglądali tak, jakby duch kozdego z nik opuścił ciało i pohyboł nie wiadomo kany. Dlocego jo zachowołek przytomność? I niedźwiedzie tyz? Cóz, widocnie zywiny zahipnotyzować sie nie do. Abo do sie, ale w jakisi inksy sposób.

– Czujecie się państwo bezpiecznie, błogo – godała dalej poni z Kwadrofonika. – Jesteście zupełnie spokojni. Za chwilę udacie się na poczęstunek. Dostaniecie tam tylko i wyłącznie oscypki. Ale nie zauważycie tego. Będzie przekonani, że zajadacie najrozmaitsze frykasy… najrozmaitsze frykasy… najrozmaitsze frykasy… A teraz – policzę do trzech. Na słowo „trzy” obudzicie, się i będziecie myśleli, że nic nie mówiłam, tylko cały czas grałam wraz z resztą zespołu. Raz… dwa… trzy!!!

I syćka nagle sie ocknęli. W tej samej sekundzie artystka nazod zacęła grać. Na mój dusiu! Cy faktycnie ci syćka ludzie nie bocyli wysłuchanego przed kwileckom monologu? Ino mieli go kasi w podświadomości? Wkrótce miołek sie o tym przekonać.

Oficjalno cynść gali dobiegła końca. Syćka rusyli ku wyjściu. Wnet podesli do stołów, na ftóryk – jako juz wiecie – nie było nic opróc oscypków. Ludzie zacęli je jeść. A jo, kryncąc sie między nimi, słysołek takie rozmowy:
– Bardzo dobre pierogi!
– Owszem! A ten kotlet też świetny!
– A ta sałatka! Mniam! Palce lizać!
– Wszystko przepyszne! Czy nie macie państwo wrażenia, że w tym roku menu przyszykowane na Paszporty Polityki jest wyjątkowo urozmaicone?
– Owszem, też tak uważam.
– Ja też!
– Ja też!
– Ja też!

Na mój dusicku! Cy, ostomili, dosło do wos cosi – choćby w formie zwykłej plotki – ze na tyk Paśportak nie było do jedzenia nic opróc oscypka? Jeśli nie – to znacy, ze wyryktowano przez Kwadrofoników hipnoza była piknie skutecno! Haj.

*******************************************

Jesce jednej rzecy nie pokazali w telewizji. Na koniec cynści oficjalnej pon redaktor nacelny Polityki pedzioł, ze trudno teroz pedzieć, kany odbędzie sie następne rozdanie Paśportów, ale odbędzie sie na pewno – choćby w katakumbak. No i potem niedźwiedzie pytały mnie, co to som te katakumby. Kie im wyjaśniłek, to zawołały:
– O, Jezusicku! To my momy lepsy pomysł! Znomy w Tatrak takie jaskinie, jakik nie odkrył jesce zoden ludzki speleolog. Nieftóre z nik majom komnaty tak wielkie, ze piknie pomieściłyby wielki tłum ludzi. To cyz nie lepiej byłoby takom paśportowom impreze wyryktować w piknej tatrzańskiej jaskini, zamiast w katakumbie?

Cóz. Ostomiło Redakcjo Polityki. Poddoje powyzsy pomysł pod rozwage. Ocywiście mom nadzieje, ze następne Paśporty bedzie mozno wyryktować tak jak zwykle – w piknym Teatrze Wielkim. Kieby sie jednak nie udało – prose sie nie krępować, ino śmiało zwrócić do tatrzańskik niedżwiedzi o pomoc w zorganizowaniu piknej gali. Hau!

P.S.. A w najblizsy cwortek piknie będziemy w Owcarkówce świętować. Bo Jagusickowe i Kapisoneckowe imieniny bedom. Zdrowie Jagusicki i Kapisonecki! 😀

6.01.2016
środa

Ruchomo kolumna króla Zygmunta

6 stycznia 2016, środa,

Jest tako telewizja, co sie nazywo Superstacja. A w tej Superstacji pare rozy w ciągu tyźnia idzie taki program „Nie ma żartów”, co to poni redaktor Eliza Michalik go prowadzi. Program wyglądo tak, ze poni Eliza zapraso kogosi do studia – polityka abo publicyste abo jakiegosi jesce inksego cłeka – i godo z nim o róznyk rzecak. W niedowny sylwestrowy wiecór zaprosiła hyrnego profesora Zbigniewa Mikołejke. O cym oboje godali? Ano o polskik królak, panującyk nom w starodownyk casak. Tak godali se i godali… jaz dosli do króla Zygmunta III Wazy. Jeśli fcece, to mozecie poźreć tutok, jak ta rozmowa wyglądała. A kie poźrecie, to usłysycie, jak w okolicak 10. minuty i 5. sekundy pon profesor pado tak:
– Heeej! Wiecie co, ostomiło poni redaktor? Kieby ta kolumna króla Zygmunta we Warsiawie nie była zabytkiem, to worce by było jom zburzyć.
– Na mój dusiu! – zawołała poni redaktor. – Cyzby ten król nie zasługiwoł na takom piknom wysokom kolumne?
– Nie ino na piknom wysokom kolumne – odrzekł pon profesor – ale nawet na maluśki pomnicek. Nawet na tak maluśki jako śkiełko w moik profesorskik okularak.
– Jako śkiełko w okularak… – powtórzyła poni redaktor. – To juz byłby chyba nie pomnik, ale mikro-pomnicek! I zdaniem pona profesora ten bidok Zygmunt nie zasługuje nawe na to?
– Nie i ślus – upieroł sie pon profesor. – I to jaz z trzek powodów. A nawet śtyrek. Haj.

I zacął te śtyry powody wymieniać. Jeśli fcecie je poznać, to mozecie odsłuchać nagrania, do ftórego dołek wom wyzej linka. Jo zaś tutok ino w skrócie je stresce. No więc pierwsy powód jest taki, ze ten Zygmunt III to był sietniokiem. Drugi – taki, ze on był beskurcyjom. Trzeci – ze był fudamentem. A cworty – ze król był z niego do rzyci. Bajako.

Z tego, co jo wiem, syćko, co wte pon profesor pedzioł, to prowda. Ba zarozem myśle se tak, ze… som tyz śtyry powody, dlo ftóryk ta kolumna powinna sie jednak ostać. Jakie? Ano pierwsy to taki, o ftórym sam pon profesor zbocył – co by nie godać, jest to zabytek. Po drugie – ta kolumna tak juz wrosła w krajobraz Warsiawy, ze jej usunięcie byłoby nicym usunięcie wiezy pona Eiffla z Paryza abo Statuy Wolności z Nowego Jorku (krucafuks! – jak lepiej napisać: „statuy” cy „statui”?; według pwn-owskiego słownika mozno i tak, i tak; ale jedno i drugie jakosi głupio wyglądo; a moze najlepiej: „statuły”?). Po trzecie – według legendy to był jednak barzo pikny i siumny król, a jak godoł jeden dziennikorz w jednym z najhyrniejsyk westernów: kie legenda stoje sie faktem, drukujcie legende. No i po cworte – nazwisko tego władcy przyjemnie kojarzy sie z rosołkiem, zupom pomidorowom i róznymi inksymi piknymi zupkami.

I cóz. Dlo jednyk wozniejse bedom argumenty za pozostawieniem kolumny, dlo drugik – przeciwnie. Do sie rozwiązać ten problem tak, coby zadowolić jednyk i drugik? No ba! Pewnie ze sie do! Nawet jedno z firm Felka znad młaki mogłaby to załatwić (mom nadzieje, ze nifto nie posądzi mnie tutok o kryptoreklame). Otóz, ostomili, wystarcy, coby pod owom kolumnom wyryktować barzo głęboki dół. Tak głęboki, coby ona cało mogła sie w nim schować. W dole nalezałoby zainstalować winde, ale nie osobowom, ino kolumnowom, bo kolumna króla Zygmunta byłaby jej jedynym pasazerem. No i po wykonaniu odpowiednik robót syćko bedzie wyglądało tak, ze – powiedzmy – przyjedzie do Warsiawy turysta piknie interesujący sie XVII-wiecnom historiom Polski. Pódzie se na plac Zamkowy, poźre i zawoło:
– Na mój dusicku! Pikny ten Zamek Królewski! Pikno ta warsiawsko starówka! Ino – krucafuks – co robi tutok ta sakramencko kolumna Zygmunta! Jo wiem, ze zabytek zabytkiem, ale fto to słysoł, coby tak uhonorowywać ancykrysta, ftóry downej Rzecpospolitej naryktowoł skód co niemiara!

Nagle poziro – i widzi tablicke z napisem: Jeśli fces, coby kolumna Zygmunta stela znikła – wyślij sms-a pod numer 1632 o treści: PRECKI.

– Ha! – woło turysta i zaroz biere telefon abo inksego smartfona, śle stosownego sms-a i po kwilecce… włącajom sie odpowiednie urządzenia, kolumna zjezdzo w dół, ponizej powierzchni placu, a na koniec – piknie zamyko sie nad niom specjalno klapa. A turysta jest piknie zakwycony, ze teroz wreście ten plac Zamkowy wyglądo tak, jak jego zdaniem wyglądać powinien.

Ba za jakisi cas – na ten sam plac moze przyjść inksy turysta. I ten inksy turysta poźre i zawoło:
– O, Jezusicku! Przecie tutok pikno kolumna stała! Kany ona? Warsiawa bez kolumny Zygmunta to jak Kraków bez Kościoła Mariackiego!

Po kwilecce jednak zauwazo napis: Jeśli fces, coby kolumna Zygmunta nazod tutok stanęła – wyślij sms-a pod numer 1587 o treści: NAZOD.

No i ten inksy turysta wartko wysyło sms-a, klapa piknie sie otwiero, kolumna wyjezdzo do wierchu i wnet plac Zamkowy znów wyglądo tak, jak go mistrz Canaletto namalowoł.

Tym oto sposobem kozdy przychodzący w to miejsce bedzie mógł dostosować jego wygląd do swoik potrzeb. Proste? Proste! Technicnie mozliwe? W dzisiejsyk casak – jak najbardziej!

Tak w ogóle to słysołek, ze przy tym placu som straśnie długie ruchome schody. No to nie zaskodzi, kie bedzie tyz tamok ruchomo kolumna.

Kie zaś idzie o dochody z tyk syćkik sms-ów, to mozno je przeznacyć na ratowanie stołecnyk zabytków. I wte syćka bedom piknie zadowoleni: i przeciwnicy kolumny Zygmunta, i jej zwolennicy, i warsiawskie zabytki tyz. Hau!

31.12.2015
czwartek

Jo tyz zyce syćkim hepiniujera

31 grudnia 2015, czwartek,

Życzę ci hepiniujera! – usłysołek roz, jak jeden cłek pedzioł drugiemu cłekowi w pewnom piknom sylestrowom noc. Hepiniujera? Na mój dusiu! Jak wiadomo, więksość z nos, bywalców Owcarkówki, staro sie pielęgnować nasom polskom mowe i nie pokwolo zbytniego miesania jej z obcymi słówkami. No ale te akurat zycenia – nic na to nie poradze – uwidziały mi sie sakramencko piknie. Tak piknie, ze nie moge sie powstrzymać od zrobienia tutok wyjątku. Niniejsym jo tyz hepiniujera syćkim zyce!

Kie zaś idzie o scegółowe zycenia, to… do kogo skierować by je najpierw? Moze do polskiej demokracji? Ona tako bidno teroz jest. Syćka wiemy, ze do ideału brakuje jej tego i owego. W sumie jednak – jest całkiem śwarno. A na pewno milion rozy śwarniejso od najśwarniejsej dyktatury! Cemu więc nieftórzy próbujom zrobić jej krziwde? Cóz. Tak to juz niestety jest: som tacy, co lubiom krzywdzić ludzi, som tacy, co lubiom krzywdzić zywine i som tacy, co lubiom krzywdzić ślebode i jej ostomiłom siostre demokracje. Więc jo tej bidocce – niedoskonałej ba mimo syćko śwarnej – piknie zyce, coby rocek 2017 mogła witać w duzo lepsym nastroju niz 2016. I coby za rok cuła sie duzo bezpiecniej niz dzisiok. Bajako.

A cego zycyć wom, ludziom? No… kie widze, ze wase prognozy na Nowy Rok som rózne, jedne pesymistycne, drugie optymistycne, to zyce wom, coby te pesymistycne okazały sie całkowicie chybione, a te optymistycne – coby okazały sie… kapecke zbyt pesymistycne 😀 I ślus.

Dlo zywiny tyz mom pikne zycenia. Choć tutok jest pewien problem. No bo kie zywinie drapieznej bede zycył spełnienia marzeń – to jo wiem, o cym ona marzy i wiem, ze spełnienie jej najwięksego marzenia byłoby barzo niebezpiecne dlo zywiny roślinozernej. Z kolei kie bede zycył tego samego zywinie roślinozernej – to spełnienie jej marzeń bedzie oznacało śmierzć głodowom dlo zywiny drapieznej. W takim rozie… syćkim śtyronoznym istotom zyce, coby właśnie w tym nadchodzącym rocku nolozł sie taki mędrol, ftóry dlo tego odwiecnego problemu pod tytułem „wilk syty i owca cała” odkryje wreście pikne i trwałe rozwiązanie.

Mom tyz specjalne zycenia dlo psów. Otóz psom zyce, coby syćka ludzie, ftórzy na te sylwestrowom nocke nakupowali se fajerwerków, nagle zabocyli, kany je schowali. Coby sukali ik i sukali, ba nijak nie mogli noleźć. A kie wreście nojdom – to niek juz bedzie za poźno, coby odpalać je na witacke Nowego Roku. Kozdy pies piknie wom to potwierdzi, ze barzo mu zalezy na spełnieniu takiego właśnie zycenia. Bo nawet jeśli nielicne z nik (jako jo na przikład) nie bojom sie tego wielkiego sylwestrowego ŁUBUDUM! – to barzo współcujom tym pobratymcom, ftórzy sie bojom. Haj.

No to jesce roz: hepiniujera, ostomili! Piknego, spokojnego, pełnego miłyk zdarzeń hepiniujera 2016! Hau!

P.S. Pod poprzednim wpisem nowy gość ku Owcarkówce przybył – Fluxicek. Powitać barzo piknie! 😀

23.12.2015
środa

Oscypek betlejemski

23 grudnia 2015, środa,

Ze kie narodził sie Poniezus, to pasterze odwiedzili go w stajence – to ocywiście piknie wiecie. Ze posli ku tej stajence po tym, jak sam janioł ku nim przybył – to wiecie tyz. Ba cy wiecie, dlocego ten janioł pohyboł ku nim? Otóz, ostomili, to było tak, ze sam Pon Bócek wezwoł go ku sobie i pedzioł:
– Słuchojze, janiołecku. Momy Wigilie. Jutro i pojutrze momy pikne Święta. Takie dni to najlepiej spędzać w gronie dobryk i zycliwyk ludzi. A Święto Rodzina w tej bidnej betlejemskiej stajence – z kim mo je spędzać? Przecie opróc zywiny – barzo miłej zreśtom – nie majom tamok nikogo! Przez całe Boze Narodzenie bedzie im sie straśnie kotwiło! Moze więc hipnij ku pasterzom, co to niedaleko Betlejemu pasom owiecki. I namów ik, coby posli odwiedzić Maryje, Józefa i małego Jezuska. Niek zabawiom ik rozmowom. Niek zagrajom im i zatańcujom zbójnickiego. Niek opowiedziom pare piknyk śpasów o górolak z Judy i ceprak z Jerozolimy.

No i janiołek pohyboł na ziemie. I pedzioł pasterzom mniej więcej to, co Święty Łukas napisoł w drugim rozdziale swojej Ewangelii. A potem wrócił sie do nieba.

– Ejze, janiołecku! – skrzywił sie Pon Bócek. – Jo widze, ze ty mos chyba słaby dar przekonywania.
– Jak to słaby? – zdziwił sie janiołek.
– No, poźrej na ziemie – pedzioł Pon Bócek. – Widzis tyk pasterzy pod Betlejemem? Jakosi nie wyglądo mi na to, coby ryktowali sie do drogi. Siedzom przy owieckak i chyba nie zamierzajom nika iść.
Janiołek poźreł ku ziemi, no i… nie mógł nie przyznać Ponu Bóckowi racji.
– Faktycnie, to dziwne – stwierdził. – Przecie godołek im wyraźnie, ze jo zwiastuje im radość wielkom i tak dalej. Muse chyba hipnąć na ziemie jesce roz i dowiedzieć sie, cemu nie fcom pójść syćka do stajenki, do Jezusa i Panienki, coby powitać Maleńkiego…

I janiołek ponownie pognoł na ziemie. Pogodoł kapecke z pasterzami, a potem znów wrócił ku niebu.

– Ponie Bócku, juz syćko wiem! – pedzioł, kie znów stanął przed Stwórcom. – Oni som teroz straśnie zajęci ryktowaniem oscypków. Ba kie je wyryktujom – to zaroz pódom odwiedzić małego Jezuska. Tak mi pedzieli.
– Cosi mi sie tutok nie widzi. – Pon Bócek pokryncił głowom. – Tuz obok nik narodził sie sam Zbawiciel! A oni akurat teroz musom ryktować oscypki? Janiołecku, hipnij ku tym pasterzom jesce roz. Ba tym rozem nie przyznawoj sie, ze przybyłeś z nieba. Udawoj honielnika, ftóry suko pracy przy owcak. I spróbuj sie dowiedzieć, cemu tak naprowde oni nie idom do Betlejemu.

No i janiołek pohyboł na ziemie po roz trzeci. Pon Bócek niecierpliwie cekoł na jego powrót. Wreście sie docekoł i zaroz zacął gorąckowo wypytywać:
– I co? I co?
– Miołeś racje, Ponie Bócku! – pedzioł janiołek. – Te oscypki to ino pretekst. Jak wyryktujom oscypki – to bedom godali, ze musom ostrzyc owiecki. Jak je ostrzygom – to powiedzom, ze musom naprawić kosary. A jak naprawiom – to wymyślom cosi inksego, coby nika nie iść. I tak bedom furt cosi wymyślali, pokiela Święto Rodzina nie pohybo do Egiptu.
– Co sie z nimi dzieje? – dziwił sie Pon Bócek.
– Tak jak mi kazołeś, Ponie Bócku – godoł janiołek – wesłek pomiędzy tyk pasterzy, udając honielnika. Pogodołek z nimi i dowiedziołek sie, ze tak naprowde to jest im straśnie wstyd. Wstyd im iść do samiućkiego Zbawiciela, wsego świata Odkupiciela i nie mieć ze sobom zodnego przyzwoitego podarku. Bo oni syćka som straśnie bidni! To skąd majom wziąć dutki na pikny dar dlo samego Mesjasa?
– Na mój dusiu! – zawołoł Pon Bócek, łapiąc sie za głowe. – Cy oni nie rozumiom, ze wystarcająco piknym podarkiem bedzie to, ze som porządnymi ludźmi?
– Cało bida w tym, ze nie rozumiom – odpowiedzioł janiołek rozkładając bezradnie ręce.
– No cóz – mruknął Pon Bócek. – Trza bedzie im chyba jakosi pomóc. Ino jak?
– Moze, Ponie Bócku – rzekł janiołek – spraw, coby z nieba spodł im worek z dutkami? Wte bedom mogli podarować go Świętej Rodzinie, ftórej – tak swojom drogom – kapecke gotówki na pieluchy abo wózek dziecięcy na pewno sie przydo.
– Ci pasterze to ucciwi ludzie – odpowiedzioł Pon Bócek. – Nie wezmom nolezionyk dutków, ino bedom sukali ik właściciela.
– W takim rozie – pedzioł janiołek – jo osobiście im te dutki zaniese i wyjaśnie im, cemu powinni je przyjąć.
– Ten numer nie przejdzie – odrzekł Pon Bócek. – Oni som dumni i honorni. Uznajom, ze dojes im jałmuzne i nie bedom fcieli jej przyjąć.
– No to – godoł janiołek – powiem im, ze te dutki nie som im dane, ino pozycone. I ze oddadzom je, kie bedom mogli.
– Ale komu oddadzom? – spytoł Pon Bócek. – Dutki som przecie cysorskie. A co cysorskie – nalezy oddawać nie mnie, ino cysorzowi. Wysłoby więc na to, ze jo, Pon Bócek, pośrednio finansuje władze, ftóro nie tak downo temu zlikwidowała w Rzymie ustrój republikański, a mieskańców Imperium Rzymskiego dzieli na obywateli lepsego i gorsego sortu.
– Bajuści, głupio by wysło – uświadomił se janiołek. – Trza jakosi sprytniej zadziałać. No to moze, ponie Bócku, spraw swojom boskom mocom, coby totolotek pojawił sie na ziemi juz teroz, a nie dopiero za dwa tysiące roków? I wte moze pasterze skusom sie, coby zagrać? A kie zagrajom, to ucynis taki cud, coby trafili sóstke.
– Ale przecie momy wigilijny wiecór, a potem dwa dni Świąt – zauwazył Pon Bócek – Więc nawet kieby totolotek pojawił sie na ziemi juz teroz, to i tak jaz do pojutrza syćkie kolektury byłyby niecynne.
– No to więcej pomysłów juz nimom – westchnął zrezygnowany janiołek.
– A jo mom! – zawołoł Pon Bócek. – Pockoj tu na mnie kwilecke, a jo hipne do kuchni.

No i Pon Bócek poseł do niebiańskiej kuchni. Zacął cegosi sukać, ale straśnie duzo casu mu to zajęło. A to dlotego, ze był tamok straśliwy bałagan. Teroz juz jest inacej, bo teroz w niebie jest Matka Bosko. Ona piknie gazduje i pilnuje, coby w niebiańskiej kuchni wse był idealny porządek. Zanim jednak Matka Bosko do nieba trafiła, to tamtejso kuchnia furt wyglądała jak po najeździe armii Filistynów.

– Nolozłek! – zawołoł pon Bócek po prawie godzinnyk posukiwaniak. – Wreście nolozłek!
I pognoł do janiołka.
– Janiołecku – pedzioł. – Mos tutok sól z nasej niebiańskiej kuchni. Piknie pytom, cobyś pohyboł ku tym bidnym pasterzom jesce roz.
– Ale jako fto tym rozem? Jako janioł cy honielnik?
– Jako janioł, ba teroz bedzies niewidzialny – pedzioł Pon Bócek. – Zakradnij sie do ik bacówki, podejdź do piknie wędzącyk sie oscypków i posyp je tom solom.
– A potem? – spytoł janiołek.
– Potem juz nic – odpowiedzioł Pon Bócek uśmiechając sie tajemnico. – Twoje zadanie bedzie piknie wykonane.

No i janiołek zrobił tak, jako Pon Bócek mu kazoł. Stoł sie niewidzialny, udoł sie między pasterzy i piknie posolił syćkie ryktowane przez nik oscypki. A ze nie była to zwycajno sól, ino niebiańsko – po holi ozeseł sie nagle nieziemsko pikny zapach.

– O, Jezusicku! – zawołali pasterze. – O, dopiero co narodzony Zbawicielu! Jak z tej bacówki cudnie pachnie!

Syćka zaroz ku tej bacówce pognali, coby napawać sie zapachem, jakiego nigdy potela nie doświadcyli. Kie uwidzieli, ze to ik serki tak pachnom, to ocywiście nie mogli sie powstrzymać od ik skostowania. Skostowali je i zaroz odkryli, ze ik smak jest taki sam jak ik zapach – prowdziwie niebiański!

– Juhasi! – zawołoł nagle baca. – Zbierajta sie! Idziemy do betlejemskiej stajenki. Momy wreście dlo Poniezusa tak pikny dar, jakiego nie do mu nifto! Choćby nawet Trzej Królowie zrobili zrzutke na jeden wspólny okazały prezent – to i tak nie bedzie on tak pikny, jako te serecki od nos.

Syćka juhasi zgodzili sie, ze baca mądrze godo. I wnet pasterze rusyli do Betlejemu wroz z piknym zapasem oscypków.

Pon Bócek zaś poziroł na to syćko z nieba i chichotoł.
– Udało sie! Udało! – wołoł i klaskoł zakwycony. – Wreście sie udało nakłonić ik do pójścia do stajenki!
– Bajuści – pedzioł janiołek. – Ino… kapecke mi tyk pasterzy zol.
– Cemu? – zdziwił sie Pon Bócek.
– No bo – rzekł janiołek – bez niebiańskiej soli juz nigdy tak piknyk oscypków nie wyryktujom. I to ik pewnie barzo bedzie martwiło.
– Ano… bedzie. – Pon Bócek kapecke sie zafrasowoł. – Bidoki bedom straśnie sie turbowały, cemu cosi tak smakowitego udało im sie wyryktować ino roz.
– Mom pomysł! – Janiołek nagle sie ozywił. – Niebiańskiej soli jest przecie u nos dostatek. Niekze więc od dzisiok, kie pasterze bedom ryktowali oscypki, to my, janioły bedziemy piknie doprawiać je nasom solom. Jak bedzie trza – mozemy tak robić choćby i do końca świata.
– Amen – pedzioł Pon Bócek, co oznacało ocywiście, ze pomysł janiołka zostoł zatwierdzony przez najwyzsom instancje.

*******************************************************

Minęły roki. Jako juz wom kiesik godołek, pasterze z okolic Betlejemu trafili na Podhole. Ba na tym Podholu jaz do dzisiok furt dzieje sie tak samo – kie ino jakisi baca biere sie za ryktowanie oscypka, to z nieba wartko przylatuje janiołek z piknom porcjom niebiańskiej soli. To teroz juz wiecie, cemu prowdziwy oscypek jest straśliwie słony? Bo solony podwójnie – przez cłowieka i przez janiołka. Ba kozde jedzenie, kie jest tak barzo słone, powinno być niesmacne. Tymcasem z oscypkiem wcale tak nie jest. Wręc przeciwnie – on mo prowdziwie rajski smak! Ale cóz… inacej być przecie nie moze, skoro fto go spozywo, ten mo w gymbie kawałecek nieba. I to nie w przenośni, ale dosłownie! Haj.

A na te zblizające sie Święta to jo zyce wom, ostomili, coby syćko, co na wigilijnyk i świątecnyk stołak nojdziecie, smakowało tak, jakby miało w sobie niebiańske składniki. I w ogóle i wy, i wasi bliscy, niek przez caluśkie Boze Narodzenie cujom sie niebiańsko piknie! Zyce tego Abnegateckowi, Agecce, Alecce i Jerzoreckowi wroz z Mrusieckom, Alfredzickowi, Alsecce, Amigeckowi, Andorfeckowi, Andrzejeckowi, Anecce Chochołowskiej, Anecce Holenderskiej, Anecce Schroniskowej, Anonimowej Celebrytecce, Babciecce, Babecce, Badzieleckowi, Basiecce, Bercickowi, BlejkKocickowi, Bobickowi, Borsuckowi, Breslauereckowi, Byckowi, Córecce Komturecka, Emilecce, EMTeSiódemecce, Enzeckowi, Evecce, Fomeckowi, Fusillecce, Gosicce, Grazynecce, Grzesickowi, Helenecce, Heretickowi, Hokeckowi, Hortensjecce, Innocencickowi, Jagusicce, Janickowi, Jarutecce, Jasieckowi Juhasowi, Jerzeckowi, Jerzeckowi Pieculeckowi, Jędrzejeckowi, Jotecce, Józefickowi, KaeSicce, Kapisonecce, Kiciafecce, Kiniecce, Kocureckowi, Kruckowi, Krzycheckowi, Ktośtameckowi, Kundeleckowi Laskowiackiemu, Lorecce, Maackowi, Magecce, Małgosiecce, Marcineckowi, Mietecce, Misieckowi, Moguncjuseckowi, Mordechajeckowi, Motyleckowi, Mysecce, Noboru Watayecce, Noweckowi, Observereckowi, Okonickowi, Olecce, Orecce, Original_Replikeckowi, Paffeckowi, PAKeckowi, Pawełeckowi Markiewickowi, PikuMycheckowi, Plumbumecce, Poni Agnieszce, Poni Basi i Ponu Pietrowi wroz z Rudolfem, Poni Dorotecce, Poni Justynie wroz Maćkiem i Michałem, Ponu Jakubowi, Potworecce, Profesoreckowi, Rackowi, Radwickowi, Rózecce Wigelandecce, Sebastianickowi, Seiendeseckowi, Starej Babecce, Staruseckowi, Tanakeckowi, Teresecce, TesTeqeckowi, Tubyleckowi, TyzPieseckowi, Ubukruleckowi, Wawelokowi, Wawrzeckowi, Werbalisteckowi, Wiecnościecce, Yanockowi, Yyckowi, Zbyseckowi, Zeeneckowi, Zzakałuzeckowi i kozdemu, fto choć roz, choć na ułamek sekundy do Owcarkówki zajrzoł. A tym, ftórzy nigdy nie zajrzeli – piknie zyce tego samego. Wesołyk Świąt! Hau!

12.12.2015
sobota

Sarpacka Papcia Chmiela

12 grudnia 2015, sobota,

O, krucafuks! Cytaliście ten artykuł? Pisom w nim, ze Papcio Chmiel wdoł sie w sarpacke. A właściwie to zostoł do tego zmusony, coby sie w niom wdać. I cóz… jo wiem, ze teroz dlo losów kraju duzo wozniejsom sarpackom jest ta, ftóro dzieje sie wokół trybunałowyk sędziów. Ale o tej, o ftórej tutok godom, tyz chyba dobrze wiedzieć. Bo tutok idzie przecie o samego Papcia Chmiela! Tego hyrnego rysownika, ftóry z pomocom Tytusa, Romka i A’Tomka tak piknie uprzyjemnio dzieciństwo kolejnym juz pokoleniom Polaków!

Komu nie fce sie cytać zalinkowanego wyzej artykułu, temu w skrócie wyjaśniom, ze siumny Papcio stracił planse, ftóre wyryktowoł do Księgi XIV swojego hyrnego komiksu. Downo juz je stracił, bo zaroz po upadku Młodziezowej Agencji Wydawnicej, ftóro ten komiks wydawała. A upadek ten nastąpił… ponad ćwierć wieku temu. No i przez te całe ćwierć wieku bidny autor sukoł tyk plans i sukoł, ba nijak nie mógł ik noleźć. Jaz w łońskim roku odkrył, ze jego pikne rysunki nojdujom sie w rękak dwók chłopów – pona Pawła K. i pona Mariusza N. Ci dwaj ponowie próbowali sprzedać oryginalne plansze w domu aukcyjnym Desa. Chcieli za nie 300 tys. złotych. […] Wojciech Łowicki, znawca komiksów i znajomy Papcia Chmiela skontaktował się z Pawłem K. i Mariuszem N. w grudniu 2014. Ci nie chcieli oddać plansz. Policja, z którą się skontaktowano, umorzyła postępowanie. Sprawa trafiła do sądu. […] Na początku listopada br. ruszył proces cywilny. Postępowanie jest w toku. Papcio Chmiel twierdzi, że oryginalne plansze XIV komiksu są jego własnością. Z kolei Paweł K. powołuje się na „zasiedzenie w dobrej wierze” i twierdzi, że komiks należy do niego.

Heeej! Pewnie niejeden wielbiciel Tytusa, Romka i A’Tomka zastanawio sie teroz, jak ta cało sprawa sie skońcy? Ale jo wiem jak. Piknie to wiem! Papcio Chmiel wygro. Bajako. Skąd ta pewność? Na mój dusiu! To proste! Przecie fto jest przeciwko Papciowi, ten jest tyz przeciwko Tytusowi de Zoo. A wiadomo, ze jesce sie taki nie narodził, co to dołby rade przechytrzyć Tytusa. Ten najhyrniejsy, a zarozem najbardziej lubiany w Polsce sympans na pewno cosi wymyśli, coby jego twórca piknie te swoje planse odzyskoł. Jak tego dokono? Ooo! Mozliwości jest wiele. Moze na przykład posłuzyć sie aparacikiem do przenosenia w casie, otrzymanym od prof. T.Alenta w Księdze VIII. Z pomocom tego aparacicku cofnie sie w casy, zanim te planse zginęły, zdobędzie je, a potem wróci do nasego roku i oddo Papciowi co Papciowe.

Moze tyz popytać o pomoc ducha, ze ftórym zaprzyjaźnił sie w Księdze XI. Ten duch tak długo bedzie strasył pona K. i pona N., ze ci w końcu zacnom błagać: Litości, ostomiły duchu! Litości! Oddomy te syćkie planse ponu Papciowi, ale pytomy piknie – przestoń nas wreście strasyć!

Moze tyz ten nas Tytus wyryktować sprytny plan, do ftórego wykorzysto kopalnie zegarków, odkrytom przez niego samego w Księdze IX. I jak tylko jakisi kupiec, na przikład Felek znad młaki, bedzie próbowoł skontaktować sie z ponami K. i N., to Tytus zaroz hipnie ku niemu i zawoło: Hej! Panocku! Mocie ochote na Papciowe rysunecki? A moze wolicie zegarki z mojej kopalni? Pikne i niezawodne! Dom wom, kielo fcecie. Ale pod jednym warunkiem – musicie zrezygnować z kupna tyk rysunków. Zrezygnujcie – a jo dom wom telo zegarków, ze zrobicie na nik najwspanialsy interes caluśkiego swego zywobycia. Haj.

I co? Nie przystonie Felek na takom propozycje? Pewnie ze przystonie! I kozdy inksy kupiec tyz. Jaz ponowie K. i N. zrozumiom, ze na tym, co fcieli sprzedać za 300 tysięcy, nie zarobiom nawet złotówki. I tak sie załamiom, ze sami pódom do Papcia Chmiela i oddadzom mu te planse. A potem jesce pódom do urzędu skarbowego i zapłacom podatek od darowizny, coby mieć pewność, ze zodnyk kłopotów z powodu tyk sakramenckik plans więcej juz mieć nie bedom.

W artykule, do ftórego dołek wom linka, uwidzicie kawałecek tekstu z Newsweeka. Tekst ten zacyno sie od słów: Nie wiadomo, czy Paweł K. w dzieciństwie czytał „Tytusa, Romka i A’Tomka”. Na mój dusiu! Moim zdaniem – nie cytoł. Abo cytoł, ale zabocył. W przeciwnym rozie wiedziołby, ze sarpacke z samym ino Papciem Chmielem moze by on wygroł, a moze przegroł. Ale z Tytusem de Zoo – moze ino przegrać. Prędzej cy później piknie sie o tym przekono. Hau!

P.S.1. Na mój dusiu! Kapecke zaległości w obchodzeniu budowyk świąt nom sie naryktowało. Pierwso z tyk zaległości to Yanockowe urodziny, ftóre były 23 listopada. Cyli z dwutyźniowym opóźnieniem, niemniej jednak wypijmy piknie… zdrowie Yanocka! 😀

P.S.2. A 25 listopada – mieli my urodziny Borsuckowe. A zatem zdrowie Borsucka! 😀

P.S.3. 4 grudnia mieli my Barbórke, a tym samym pikne imieniny Basieckowe. A więc zdrowie Basiecki! 😀

P.S.4. Dzień później zaś, 5 grudnia, znów były pikne urodziny – Zbyseckowe tym rozem. No to zdrowie Zbysecka! 😀

13.11.2015
piątek

Jak to było z tom niedźwiedzicom?

13 listopada 2015, piątek,

Godołek jo wom kiesik o piknej ksiązce Zakopane odkopane, wyryktowanej przez poniom Beate Sabałe-Zielińskom i poniom Pauline Młynarskom. Potem była jesce drugo cynść, zatytułowano Zakopane – nie ma przebacz! O tym tyz wom godołek. Teroz zaś fciołbyk pedzieć o kolejnej piknej ksiązecce, tym rozem napisanej przez samom ino poniom Sabałe. Ksiązecka ta mo tytuł Radio-aktywna Sabała, czyli jak zostałam głosem z Zakopanego. Heeej! Fajnie sie to cyto. Mozno tamok noleźć niemało dowcipnyk i błyskotliwyk stwierdzeń w stylu samego jegomościa Tischnera. Z cego biere sie to podobieństwo? Cóż… Jegomość Tischner pochodził z Łopusznej, cyli z okolic Nowego Targu. Poni Sabała-Zielińska, jeśli nic mi sie nie pokiełbasiło, tyz pochodzi z okolic Nowego Targu. Więc fto wie? Moze w tym nowotarskim powietrzu jest cosi takiego, ze fto je wdycho, ten umie piknie, a zarozem barzo mądrze śpasować? Jeśli nie na syćkik to powietrze tak działo, to moze przynajmniej na nieftóryk? Worce coby noleźli sie mędrole, ftórzy zbadaliby je w jakimsi laboratoriumie. Haj.

A tak w ogóle to o cym jest ta ksiązka? Ano głównie o zywobyciu autorki w casak, kie była ona zakopiańskom korespondentkom Radia Zet. Ba nie brakuje tamok róznyk ciekawostek nie związanyk bezpośrednio z pracom radiowca. Jest na przikład mowa o tatrzańskiej zywinie. W tym o niedźwiedziak. Jest tyz pikno historia, ftórom przeżył pewien turysta wędrujący Doliną Strążyską. Wracając z Giewontu, zauważył, że nieopodal szlaku w borówczyskach siedzi niedźwiedzica z trójką młodych. Zachwycony obrazkiem mieszczuch czym prędzej sięgnął po aparat fotograficzny i zaczął strzelać foty. Jedna, druga, trzecia, z przodu, z tyłu, en face. […] Modelka w pewnej chwili miała tego serdecznie dosyć. Gdy turysta niebezpiecznie zbliżył się do jej młodych, matka wystrzeliła jak z procy. Wystarczyły dwa potężne susy, by dopaść zaskoczonego amatora zdjęć. Tego, co się działo w następnej godzinie, chłop podobno nie pamięta. Ocknął się na drzewie, choć potem zaklinał się na wszystkie świętości, że nie ma pojęcia, jak się tam dostał.*

Piknie potwierdzom – to zdarzenie rzecywiście miało miejsce. I rzecywiście ten bidny turysta nie bocył, jakim cudem nolozł sie na drzewie. Skąd jo to wiem? A, od Maryny Krywaniec, ftóro fruwała se nad Dolinom Strązyskom akurat wte, kie to syćko sie działo. I dzięki Marynie, ostomili, jo te opisanom przez poniom Sabałe historie moge uzupełnić o pare scegółów. Haj.

Pocątek tej całej hecy był taki, jak poni Sabała-Zielińska napisała: turysta uwidzioł piknom niedźwiedziom rodzinke i po prostu nie mógł sie powstrzymać, coby nie chycić za aparat fotograficny. Chyba licył na to, ze później bedzie mógł kwolić sie przed syćkimi znajomymi, jaki to z niego pikny Adam Wajrak.

Jako juz wom pedziołek, tak sie złozyło, ze naso Maryna Krywaniec przelatywała wte nad Strązyskom.

– Hehe, krzesno! – zawołała orlica ku niedżwiedzicy. – Co to za paparacci tak piknie wos obfotografuje? A moze to jest jakisi fotoreporter z Naszjonal Dżeografik?
– Nasz… co? – spytała niedźwiedzica. – Dżemo-gracik?
– Naszjonal Dżeografik – powtórzyła Maryna, przysiadając na gałęzi pobliskiego smreka. – Znajomy owcarek spod Turbacza pedzioł mi, ze to jest takie pismo krajoznawce, hyrne na cały świat.
– Na cały świat? To niedobrze – zafrasowała sie niedźwiedzica. – Ze ten chłop pstryko mi fotki – niekze ta. Ale co bedzie, kie odkryje, ze tutejse borówki som najlepse w całyk Tatrak? Pewnie piknie zakwyci sie nimi i napise o nik w tym swoim Dżemo-graciku. I wte ludzie z całego świata sie o nik dowiedzom. A jak sie dowiedzom, to syćka przyjadom tutok, coby ik skostować. I wte dlo niedźwiedzi nie ostonie nic.
– Tyz prowda – przyznała Maryna. – No to moze spróbujcie tego pona stela przepędzić?
– Mowy nimo! – prociwiła sie niedźwiedzica. – Ludzie zacnom godać, ze jestem barzo niebezpiecnym drapieznikiem. I zamknom mnie w zoo wroz z moimi małymi. Tak jak to kiesik z mojom bidnom śwagierkom Magdom zrobili.
– Hmm… – Orlica zacęła śpekulować, co by tutok doradzić kudłatej znajomej. – Wiem! Juz wiem! Musicie dać temu ponu cosi, co ludzie lubiom bardziej niz borówki.
– Ino co? – spytała niedźwiedzica.
– Nie turbujcie sie tym, krzesno – rzekła Maryna. – Zaroz cosi nojde. Pockojcie kwile.

Maryna Krywaniec frunęła do wierchu i pohybała w strone Zakopanego. A turysta (ftóry moze był fotografem z National Geographic, a moze nim nie był) dalej z zapałem pstrykoł zdjęcia i nawet nie zauwazył, ze opróc niedźwiedzicy mioł tyz piknom okazje uwidzieć z bliska orlice.

Marynie wystarcyło pare ino minutek, coby noleźć sie nad zakopiańskimi ulicami. Poźreła w dół. Dokładnie pod niom nojdowoł sie sklep spozywcy. Akurat była dostawa towaru. Dwók chłopów wyciągało z dostawcego auta skrzinki z wódkom, niesło je do sklepu, a potem wracało sie po następne.

– Piknie! – uciesyła sie Maryna. – To jest właśnie to, co tamten chłop powinien lubić bardziej niz borówki.

Lotem nurkującym sfrunęła ku sklepowi. Barzo sprawnie, jak na drapieznego ptoka przystało, chyciła litrowom flaske wódki ze skrzinki, ftórom niesł właśnie jeden z chłopów. I wartko nazod frunęła do wierchu.

– Psio krew!!! – dosło z dołu do Maryninyk usu. – Skaranie boskie z tymi złodziejami! Juz nawet dronami zacęli sie posługiwać, coby kraść gorzołke.
– Nie narzekojcie, panocku, nie narzekojcie – mrukła orlica. – Ta wódka piknie sie przysłuzy ochronie tatrzańskiej przirody.
A po kwili rzekła sama do siebie:
– No, usłyseć to mnie racej nie usłysoł. Ale moze telepatycnie dosło do niego, co mu fciałak przekazać?

Niebawem orlica znów nolazła sie nad miśkowom rodzinkom i fotografującym jom chłopem.
– Krzesno! – zawołała ku dołowi. – Mocie tutok pocęstunek dlo pona. Łapcie.
– Dobrze – pedziała niedźwiedzica. – Ino rzucojcie ostroznie, coby nie trafić pona w łeb. Bo jak traficie, to mogom za kare zamknąć w zoo i mnie, i wos.

Maryna wypuściła flaske ze śponów. Niedźwiedzica stanęła na tylnyk łapak, przednimi zaś piknie chyciła spadającom gorzołecke. I od rozu postanowiła obdarować niom pona turyste.
– Mocie, panocku – pedziała, wyciągając ku niemu flaske.

Turysta był zaskocony. No ale cóz… chyba mioł prawo być. W końcu kielo rozy, jak byliście w Tatrak, to widzieliście niedźwiedzia podającego cłowiekowi gorzołke? Nie barzo wiedząc, jak sie zachować, chłop kwile sie zawahoł, ba w końcu wziął podarunek.
– Czy ja mam to wypić? – spytoł niepewnie. – Teraz?
– Jak fcecie, panocku – odpowiedziała niedźwiedzica. – Mocie ochote – wypijcie teroz. Nie mocie – wypijcie później.

Ba ocywiście pedziała to w języku niedźwiedzim. W oryginale ta wypowiedź brzmiała tak: Grrrr! Grrrrrr! Grrrroooarrrrrr!

I to, co w jej mniemaniu brzmiało zupełnie niewinnie, dlo turysty było straśliwie groźnym rykiem.

– Ona chyba żąda, żebym to natychmiast wypił – pedzioł do siebie wystrasony bidok. – Nie rozumiem, dlaczego tak chce, ale takiej bestii lepiej się nie sprzeciwiać.

Rostrzęsionymi rękami odkryncił flaske i zacął pośpiesnie wlewać w siebie jej zawartość.

– Nie tak wartko, panocku. To niezdrowo! – tłumacyła niedźwiedzica. Ale ino pogorsyła sprawe. Bo po niedźwiedziemu słowa te brzmiom: „Grr-grrr-grrrroooo!” Cłowiekowi mogom sie one widzieć jako sakramancko złowrogi pomruk. Niejeden na sam ik dźwięk mógłby dostać zawału. Nas turysta na scyście nie dostoł, ale chyba niewiele brakowało. Przekonany, ze niedźwiedzica poganio go, coby sybciej pił, zaroz tak przyśpiesył, ze chyba powinien trafić do księgi rekordów pona Guinnesa jako ten, co najsybciej obalił liter wódki.

Kie flaska była juz pusto, turysta znieruchomioł. Chyba boł sie, coby nie zrobić jakiegosi niefortunnego ruchu, ftóry rozjusyłby niedźwiedzice. Niedźwiedzica zaś stała i pozirała na turyste. Była ciekawo, cy faktycnie dzięki tej wódce tutejse borówki nie bedom go juz interesowały.

W pewnym momencie zaduł lekki wiaterek i wte turysta wypuścił flaske z ręki i sie przewrócił. Z wielkim trudem wstoł nazod. Kie stanął, to poźreł przed siebie kapecke dziwnym wzrokiem, a potem zacął mamrotać:
– Heeeej! Góry, moje góry! Kocham was! I wszysztkie niedżwedżie tesz kocham. A niedżwiedżycze najbardżej. Proszem pani, czy mogem paniom proszycz do tancza?

Turysta podeseł do niedźwiedzicy i chyba fcioł jom nakłonić do stanięcia na tylnyk łapak, coby móc z niom zatańcować jakiesi tango abo inksego walca wiedeńskiego. Jednak potknął sie o kamień i upodł kufom na kudłaty niedźwiedzi grzbiet. Teroz nogami opieroł sie o ziem, a tułowiem i głowom wtulony był w futro niedźwiedzicy. I w tej pozie po kwili usnął. A skoda! Bo pewnie kieby ten taniec doseł do skutku, to poni Iwona Pavlović dałaby za niego caluśkie dziesięć punktów. Bajako.

Niedźwiedzica zrobiła mały krocek w bok i wte turysta zsunął sie na trowe. I społ dalej. W tej kwili nawet kieby przewaliła sie tuz obok wielko lawina – to i tak by sie nie obudził.

– Aleście wymyślili, krzesno – niedźwiedzica zwróciła sie ku krązącej w górze Marynie. – I co jo mom teroz z tym panockiem zrobić?

Orlica sfrunęła na ziem. Stanęła nad pogrązonym we śnie chłopem.
– Cóz – pedziała po namyśle. – Przydałoby sie połozyć pona w jakimsi wyrku. Bo spać tak na gołej ziemi – to podobno dlo ludzi nie jest dobro rzec.
– Ale kany jo wom tutok nojde ludzkie wyrko? – wypaliła niedźwiedzica. – Chyba ze go do jakiegosi schroniska zaniesiemy.
– E, myśle, ze nie potrzeba – pedziała Maryna. – Spróbujmy tutok noleźć cosi, co zastąpiłoby pikne łózko.

Niedźwiedzica uznała, ze to dobry pomysł. I zaroz we dwie piknie umieściły śpiocha na wielkik rozłozystyk gałęziak, wyrastającyk ze smrekowego pnia. Heeej! Godom wom – w zodnym schroniskowym posłaniu ten chłop nie miołby tak wygodnie jak na tym smreku właśnie. I w dodatku nocleg był zupełnie darmowy! Haj.

Co było potem? A… juz nic scególnego. Niedźwiedzica, kie najadła sie borówek, posła wroz ze swymi młodymi ku Giewontowi. Maryna odfrunęła ku Cyrwonym Wierchom. A turysta – społ, społ, jaz w końcu sie obudził. Ba teroz juz chyba wos nie dziwi, cemu ten chłop – jak to napisała poni Sabała-Zielńska – ocknął się na drzewie i zaklinał się na wszystkie świętości, że nie ma pojęcia, jak się tam dostał? Na mój dusiu! Skoro w pare kwil wypił liter wódki, a potem twardo usnął, to jak mioł to bocyć? Mozliwe ino, ze bidok jaz po dziś dzień bezskutecnie próbuje pojąć, co sie wte właściwie wydarzyło w tej Strążyskiej. Próbuje, próbuje… i nijak nie moze. Ba mom nadzieje, ze treść niniejsego wpisu prędzej cy później do niego dotrze. A wte – od rozu syćko stonie sie dlo niego piknie jasne. Hau!

P.S.1. W najblizsom niedziele, 15 listopada, świętujemy piknie, bo Mageckowe urodziny bedom. Zdrowie Magecki! 😀

P.S.2 23 listopada – tyz piknie świętujemy, bo bedom Yanockowe urodziny. Zdrowie Yanocka! 😀

P.S.3. Dwa dni później znów urodziny – tym rozem Borsuckowe. No to zdrowie Borsucka! 😀

* B. Sabała-Zielińska, Radio-aktywna Sabała, czyli jak zostałam głosem z Zakopanego. Bielsko-Biała, Pascal 2014, s. 286-287.

29.10.2015
czwartek

Oksytocyna

29 października 2015, czwartek,

No to momy juz wyniki wyborów i znomy nazwiska syćkik posłów. Jaki Sejm wy, ludzie, zeście se wybrali, taki bedziecie mieć. Jesteście zadowoleni? Ha! Pewnie zaroz mi powiecie, ze to złośliwe pytanie. Ba nie turbujcie sie, ostomili. Jo ten wpis ryktuje po to, coby wom pomóc, a nie po to, coby sie z wos śmiać. A pomoge wom piknie, bo wiem, co trza zrobić, coby nawet w takiej rzecywistości, jakom teroz momy, piknie zadowolić syćkik. Otóz wystarcy, coby ftosi hipnął na sale sejmowyk obrad i porządnie rozpylił tamok duzo oksytocyny. Wiecie, co to takiego jest ta oksytocyna? Mozliwe, ze tak, ba na wselki wypadek piknie wyjaśniom, ze to jest barzo fajno substancja, ftóro bywo nazywano hormonem miłości. Cemu właśnie tak? A bo fto mo jej w swym organizmie barzo duzo, ten cuje straśnom potrzebe bliskości z inksom osobom. Im więcej oksytocyny mo w sobie matka – tym więksom cuje więź ze swym dzieckiem. Im więcej mo jej ojciec – tym wspanialsym jest tatom, a im mo jej mniej – tym bardziej płóny z niego rodzic. Im więcej oksytocyny mo w sobie baba, tym silniej przywiązano jest do swego chłopa. A chłop? Hohohooo! Na stronak Centrumu Naukowego Kopernik mozecie se piknie pocytać, jak to Miemcy zrobili roz taki jeden eksperyment. Wzięli grupe chłopów i jednym prosto w nos popsikali oksytocynom w aerozolu, drugim zaś – psikli ino zwycajne placebo. A potem przy tyk syćkik chłopak zacęła sie krynić barzo śwarno poni. I co sie okazało? Ano to, ze najdalej od tej poni trzymały sie te chłopy, ftóre dostały oksytocyne i zarozem nie były singlami. Tak więc, dziewcyny, jeśli was chłop jedzie kasi w delegacje, a wy sie boicie, coby nie zrobił skoku w bok, to teroz juz bedziecie wiedziały, co robić. Na noc przed wyjazdem, kie on bedzie juz głośno chrapoł, wlejcie mu do ucha oksytocyne. Abo w jakisi inksy sposób wprowadźcie jom do jego organizmu. Kie wprowadzicie odpowiednio duzo – mozecie być spokojne, ze choćby podrywała go samiućko Claudia Schiffer, on nawet na niom nie poźre. Haj.

Na tej samej kopernikowej stronie przecytocie tyz, ze w Hameryce Północnej zyje tako maluśko zywina, co to nazywo sie norniki preriowe. Heeej! U nik to jest dopiero wierność! Zodnyk zdrad, zodnyk romansów na boku. U tego gatunku kie siumny nornicek zejdzie sie ze śwarnom nornickom – to oboje som sobie wierni jaz do grobowej deski. A kie jedno z nik umre – drugie reśte zywobycia spędzo samotnie. I to właśnie oksytocyna tak na nie działo. Haj.

No ale wróćmy do ludzi. I cóz… Nimo wątpliwości, ze trza te substancje piknie kwolić za to, ze dzięki niej cłowiek cuje tak piknom więź z najblizsymi. Ba co cuje do reśty ludzkości? Cy przypadkiem nimo jej w rzyci? Otóz nie! Jest dokładnie na odwyrtke. W Onecie mozno noleźć barzo ciekawy artykuł o pewnym mędrolu z dziedziny psychologii, ftóry nazywo sie Marcus Heinrichs. Ten pon Heinrichs wyryktowoł kiesik fikcyjną grę inwestycyjną. Okazało się, że ochotnicy, którym zamiast placebo wkropiono do nosa oksytocynę, powierzali nieznanym sobie współgraczom duże sumy pieniędzy. – Oksytocyna likwiduje strach i stres, wzmaga zaś zachowania prospołeczne, ponieważ kontroluje ośrodek sterowania lękiem i stymuluje tak zwany układ nagrody w naszym mózgu – wyjaśnia Heinrichs. […] Im więcej działa tu oksytocyny, tym niższy jest poziom hormonu stresu, kortyzolu we krwi i bardziej pozytywne nastawienie człowieka wobec innych.

Z kolei na stronak zwierciadlo.pl napisali o inksym eksperymencie. Polegoł on na tym, ze przebadano 100 mężczyzn i kobiet w wieku od 18 do 35 […] Uczestnicy badania wdychali oksytocynę w aerozolu do nosa lub placebo i 90 minut później wypełniali kwestionariusze. Ci, którzy zażyli oksytocynę, poczuli się bardziej otwarci na nowe doświadczenia, wzmocniły się u nich takie cechy osobowości jak: ciepło, zaufanie, altruizm, ekstrawertyzm.

No, to teroz juz piknie wiecie, cemu worce syćkik nasyk posłów pocęstować oksytycnom. Na mój dusiu! Kie dostonie sie ona do ik organizmów, to od rozu zawołajom: O, Jezusicku! Jak my straśnie lubimy syćkik obywateli tego kraju! Barzo piknie ik lubimy! Nawet tyk, ftórzy potela widzieli sie nom wrogami! No to dalejze! Bieremy sie za ryktowanie praw, ftóre dlo syćkik bedom piknie korzystne! Dlo syćkik bez wyjątku! Na pocątek – wyryktujmy ustawe o powsechnym dostępie do oksytocyny. Niek ona wse piknie wierchuje! Niek wse unosi sie w powietrzu! W kozdym domu, w kozdym parku i na kozdej ulicy! Oksytocyna dlo kozdego! Heeej!

Wyobrazocie se, co bedzie, kie te słowa przeinacom sie w cyn i syćka w całej Polsce dostanom piknom dawke oksytocyny? Na mój dusicku! Kozdy chytry producent zywności pocuje więź z konsumentami i skońcy z dodawaniem chemicnyk plugastw do swyk produktów. Kozdy bezdusny doktór pocuje więź z pacjentami i zacnie starać sie ik syćkik jak najpikniej wylecyć. Kozdy przestępca pocuje więź z kozdom ze swoik ofiar i piknie wynagrodzi im syćkie krziwdy. Inkso sprawa, ze przestępcość spodnie do zera i wte cało policja pódzie na bezrobocie. Ale nie nalezy sie tym turbować, bo przecie społeceństwo, cując więź z policjantami, do im telo dutków, coby nie pomarli z głodu. Utopia? Zodno utopia, ostomili. Oksytocyna moze to syćko piknie załatwić. Hau!

P.S. Bocujmy piknie o piknej dacie w budowym kalendorzu – o 9 listopada, ftóry to jest dniem Aneckowyk urodzin. Zdrowie Anecki! 😀

15.10.2015
czwartek

Pomagomy ponu ambasadorowi

15 października 2015, czwartek,

Heeeej! Zmiany w tej Warsiawie! Zmiany! Ba nie godom tutok o rządzie, bo ten zmieni sie dopiero po 25 października (na to jednak jo nimom wpływu – owcarki podhalańskie wciąz nie majom cynnego prawa wyborcego). Idzie mi natomiast o to, ze jesce całkiem niedowno rezydującym w nasej stolicy hamerykańskim ambasadorem był pon Stephen Mull. Teroz zaś… jest nim zupełnie inksy pon – Paul Wayne Jones. Tak w ogóle to jo sie ambasadorami niezbyt interesuje. Owsem, zyce im syćkim, coby piknie im sie ambasadorowało. Bo niby cemu miołbyk zycyć inacej? Ba coby jakosi scególnie zaprzątali oni moje owcarkowe myśli – tego pedzieć nie moge. Teroz jednak – sprawa jest inkso. A to za sprawom nazwiska. Bo jeśli jakisi obywatel USA nazywo sie Paul Wayne Jones, to – moi ostomili – on nie nazywo sie tak samo zwycajnie jak miliony inksyk Hamerykanów. Na mój dusiu! Jaki jest najsłynniejsy Paul w Hameryce? Ano… Paul Revere.* A najsłynniejsy Wayne? Wiadomo – John Wayne. A najsłynniejsy Jones? Tyz wiadomo – Indiana Jones. Jeśli więc ten pon Paul Wayne Jones jest połąceniem trzek wyzej wymienionyk, to – heeeeej! – moze być ciekawie. Barzo ciekawie. Haj.

Fcecie obacyć, jak ten pon wyglądo? Jeśli tak, to mozecie uwidzieć go tutok. Nie ino uwidzieć zreśtom, ba posłuchać tyz. A kie posłuchocie, to jakosi tak w okolicak pierwsej minuty i śtyrdziestej piątej sekundy usłysycie, jak pyto Polaków, coby pomogli mu w nauce polskiego języka. Na mój dusiu! No to trza pomóc! Skoro cłek piknie pyto – trza mu udzielić pomocy i ślus.

Ba jednej rzecy ten pon niestety nie wyjaśnił: cy on fciołby naucyć sie ino tego zwycajnego polskiego języka cy gwarowego tyz? Moim zdaniem – gwarowego tyz. Zwłasca góralskiego. Bo on w tym króciutkim filmicku zbocowoł, ze jego syn barzo fciołby hipnąć w polskie góry i pojeździć se na snołbordzie. Jeśli więc pon Jones zawiezie swego potomka pod Giewont – to z pewnościom nie zaskodzi, kie bedzie znoł choć pare góralskik słówek. Ino jakik powinien naucyć sie na pocątek? Jo byk proponowoł takie:

1) krucafuks
2) oscypek
3) o, Jezusicku!

Cemu „krucafuks”? Tego bywalcom Owcarkówki chyba wyjaśniać nie muse. Przede syćkim – to słowo samo w sobie jest barzo pikne! A poza tym – ono przydoje sie właściwie w kozdej sytuacji: i w radości, i w gniewie, i przy wyrazaniu zdziwienia, no… po prostu wse. Tak więc, ostomiły ponie ambasadorze, z całom swojom owcarkowom odpowiedzialnościom stwierdzom, ze nauke polskik słów powinien pon zacąć od krucafuksa.

Cemu „oscypek”? Nooo – to tyz chyba jasne! Kie ten pon przyjedzie na to nase pikne Podhole, to przynajmniej od casu do casu bedzie musioł cosi zjeść. Niek więc je to, co na Podholu jest najlepse. A tym samym musi wiedzieć, jak sie to cosi najlepsego nazywo. Bajako.

No i pozostoje jesce wyjaśnić, cemu worce, coby nas przybys zza oceanu naucył sie zwrotu „o, Jezusicku!” Moi ostomili, jeśli on pozno w Polsce paru ludzi, to prędzej cy później ci ludzie zacnom go witać słowami: „Dzień dobry, ponie ambasadorze. Co u pona słychać?” No i pon ambasador moze se pomyśleć, ze na takie pytanie powinien odpowiedzieć tak, jak w Hameryce odpowiado sie na „How are you?” I odpowie, ze syćko dobrze. A to bedzie błąd! Straśliwy błąd, mogący skutkować nawet tym, ze Polacy wyryktujom do pona Obamy petycje, ze nie fcom takiego ambasadora. W Polsce na pytania „Co słychać?” abo „Jak sie mocie?” odpowiedziom powinna być cała litania narzekań: ze zdrowie do rzyci, ze pogoda tyz do rzyci, praca tu juz zupełnie do rzyci i ze wsędy syćko drozeje… no, moze z wyjątkiem benzyny, ale to niemozliwe, coby furt taniała, na pewno kiesik nazod zacnie drozeć, więc tak cy siak – trza sie martwić, a nie ciesyć. Haj. Pon ambasador koniecnie musi naucyć sie narzekania. Wiadomo przecie: jeśli wejdzies między wrony – musis krakać jak i one, a kie wokół są Polanie – włąc sie w ichnie narzekanie. W narzekaniu zaś – jak myśle – zwrot „o, Jezusicku!” barzo ponu Jonesowi sie przydo. Bo zwrot ten, zwłasca wyrazony z odpowiednim jękiem, wtrącany co dwa-trzy zdania jako przerywnik, piknie ucyni kozde utyskiwanie jesce bardziej dramatycnym. Pon Paul Wayne Jones sam sie o tym piknie przekono, kie ino zacnie tego „o, Jezusicku!” uzywać.

No i to telo, co jo byk proponowoł hamerykańskiemu gościowi na pocątek. Ocywiście z casem bedzie on musioł naucyć sie wielu inksyk piknyk polskik słów. Ba na te najpierwsom lekcje – jo se myśle, ze telo wystarcy. A moze wy, ostomili, zaproponowalibyście cosi ponu ambasadorowi na kolejne lekcje? Hau?

* W Polsce ten pon Revere jest właściwie nieznany. No to kiesik muse o nim w Owcarkówce opowiedzieć. A kiebyk zabocył, to mom nadzieje, ze mi, ostomili, przybocycie.

20.09.2015
niedziela

Resocjalizacja

20 września 2015, niedziela,

Co robiliście, ostomili, w ostatni cwortek? Bo jo – przez cały prawie dzień piknie wylegiwołek sie na holi i wygrzewołek w promieniak słonka, ftóre grzało tak, jak by to był środek lata, a nie jego koniec. Owiecki nie sprawiały zodnyk kłopotów. Wilki tyz nie, bo były kasi daleko… No, po prostu piknie było! Ba kie dzień mioł sie ku końcowi, przyleciała ku mnie Maryna Krywaniec.

– Witojcie, krzesno! – zawołołek ku orlicy. – Co dobrego?
– Co dobrego? – westchnęła Maryna. – Zapytojcie racej co złego.
– O, Jezusicku! – zafrasowołek sie. – Cyzby stało sie wom cosi?
– Mnie nic – odpowiedziała Maryna. – Ba wyobroźcie se krzesny, ze kie leciałak ku wom w odwiedziny i przy okazji postanowiłak pokrązyć kapecke nad Gorcami, to nagle… usłysałak w dole jakiesi załosne kwilenie. Straśnie załosne! Co sie dzieje? – zapytałak samom siebie. Sfrunęłak w dół. I wiecie, co uwidziałak? W lesie, przy cornym ślaku z Klikuszowej na Hrube, do wielkiego smrekowego pnia przywiązano była maluśko psinka. Młodziutko! Nie więcej jak trzy miesiące musiała mieć!
– Na mój dusiu! – zawołołek. – I zodnego cłowieka przy tej psince nie było?
– Zodnego – pedziała Maryna. – W pierwsej kwili fciałak rozdziobać ten śnur, ftórym bidocek był przywiązany. Ale potem pomyślałak, ze moze wy swoimi zębami zrobicie to sybciej?
– Mozliwe, ze tak – pedziołek. – No to wartko musimy tamok pohybać. Moze ten piesek juz od paru dni jest tamok na uwięzi? Moze jest głodny? Na wselki wypadek od rozu wyryktujmy dlo niego cosi do jedzenia.

Zakrodłek sie do bacówki – tak coby ani baca, ani juhasi mnie nie uwidzieli – i wyniesłek stamtela pikny kawał kiełbasy jałowcowej. I zaroz – z tom kiełbasom w zębak – pohybołek ku Klikuszowej. A wroz ze mnom Maryna, ftóro leciała niziutko nad mojom głowom. Juz na Bukowinie Obidowskiej było słychać załosne kwilenie. Przyśpiesyli my i za niedługo dotarli do nolezionego przez orlice bidocka. Na mój dusiu! Zywinka była tak mało, ze zmieściłaby sie w kapelusu mojego bacy! Tako kudłato jasnobrązowo kulka z cornymi ockami i cornym nosem. Tak jak godała Maryna, sceniok był samiutki w lesie, przywiązany do pnia paskudnym śnurem.

– Buuuu! Buuuu! – kwilił sceniocek.
Nie tracąc casu, odłozyłek na bok wykradzionom bacy kiełbase i wartko przegryzłek ten pieroński śnur.
– Buuuuuu! – maluch, choć odzyskoł ślebode, kwilił dalej.
– Spokojnie, mały – przemówiłek najłagodniej jako umiołek. – Powiedz nom piknie, co sie stało? Fto cie tutok uwiązoł i cemu?
– Nie chcą mnie! Nie chcą! Buuuu!
– Fto cie nie fce?
– Buuuu! Buuu! Buuuuuuu…!!!

Pomyślołek, ze zanim dowiem sie od malca cegokolwiek, moze najpierw trza mu dać cosi zjeść. Pomysł okazoł sie dobry. Kie sceniok skostowoł przyniesionej przeze mnie kiełbasy, to pomału zacął sie uspokajać. Wreście uspokoił sie na telo, ze mógł opowiedzieć Marynie i mnie, jak to sie stało, ze trafił tutok, do zupełnie obcego dlań lasa. Oto co pedzioł:

– Mój pan kupił mnie mojej pani na urodziny. Takie było jej marzenie – dostać w prezencie urodzinowym małego pieska. Przez pierwszy tydzień – pani uwielbiała mnie i rozpieszczała. Myślałem, że jestem w raju! Ale w następnym tygodniu – pani rozpieszczała mnie coraz mniej. A w jeszcze następnym – zaczęła być mną znudzona. Kiedy zaś dla zabawy pogryzłem jej ulubione pantofle, to ona – zamiast się do zabawy przyłączyć, dostała szału. Nakrzyczała na mnie, a potem powiedziała panu, że jestem przebrzydłym kundlem i że dłużej nie wytrzyma ze mną ani sekundy. Wtedy pan powiedział do pani tak: „Skarbie, zastanówmy się, co możemy zrobić. Moglibyśmy oddać tego małego diabła do schroniska, ale nie chcę, żeby sąsiedzi plotkowali, że jesteśmy bez serca. Wiesz, jacy są ludzie! Moglibyśmy oddać psa jakimś znajomym, ale wtedy mogą śmiać się za naszymi plecami, że ze zwykłym szczeniakiem nie umieliśmy dać sobie rady. Ale wiesz co? Przecież wkrótce wyjeżdżamy na urlop do Austrii. Możemy więc zabrać tego kundla ze sobą i gdzieś po drodze zostawić w lesie. Na wszelki wypadek przywiążemy go do drzewa, żeby za nami nie poleciał. A po powrocie będziemy wszystkim mówić, że szczeniak nieszczęśliwie zaginął gdzieś w Austrii.” No i zrobili tak, jak mój pan wymyślił. Wzięli mnie do samochodu, przywieźli tutaj, przywiązali do drzewa i… odjechali zadowoleni! Piszczałem, błagałem, żeby nie zostawiali mnie. A oni nawet nie spojrzeli na mnie, tylko odjechaliiiii! Buuuuu…!

Maryna i jo wysłuchali opowieści w milceniu. W trakcie słuchania jaz kudły stanęły mi dęba na głowie, a Marynie pióra. Kie sceniok skońcył, my oboje nadal milceli, bo zwycajnie brakowało nom słów. Wreście pierwso odezwała sie orlica.
– Krzesny – rzekła ku mnie – naprowde ludzie som zdolni do robienia bezbronnym istotkom takik rzecy?
– Nieftórzy niestety tak – pedziołek. – Ale na scynście nie syćka.
– Cóz – rzekła Maryna. – Wozne, ze teroz ten bidocek jest juz wolny i ze cało ta historia dobrze sie skońcyła.
– O, nie! Jesce sie nie skońcyła! – odpowiedziołek. – Skońcy sie dopiero wte, kie tyk dwoje ludzi, co porzucili tutok tego malca, piknie sie zresocjalizuje.
– Zre… co? – spytała Maryna.
– Później wom wyjaśnie – pedziołek.

I zaroz zagodnąłek ku sceniokowi:
– Powiedz no, mały, wies moze, kany teroz moze być ta twojo poni i twój pon?
– Z tego, co mówili – rzekł piesecek – wiem tyle, że mieli się zatrzymać na tę noc w jakimś pensjonacie, a jutro rano ruszyć w dalszą drogę.
– Więc mom nadzieje, ze som kasi blisko – pedziołek.

I nazod obyrtłek sie ku Marynie.
– Posłuchojcie, krzesno. Przed nomi kolejne zbójnickie zadanie. Mom piknom prośbe, cobyście wzięli tego malucha w swoje śpony – ino ostroznie! – i zabrali go na mojom hole. Tamok popytojcie moik owcarkowyk kompanów, coby zaopiekowali sie nim piknie. Potem pohybojcie do mojej wsi, do kota mojej gaździny. Niek kot – najlepiej z wasom pomocom – hipnie do magazynu Felka znad młaki i wykranie stamtela kawał porządnego śnura. Musi być co najmniej tak gruby jak ten, na ftórym uwiązany był ten bidok. Kie juz ten śnur bedziecie mieli – przynieście go tutok.
– A co wy w tym casie bedziecie robili? – spytała Maryna.
– Jo spróbuje noleźć właścicieli tej bidnej zywinki. Jeśli przybędziecie tutok i mnie nie zastoniecie, to bedzie znacyło, ze sukom ik dalej. Ba piknie pytom, pockojcie, pokiela nie wróce.
– Pockomy – obiecała orlica. I zaroz – barzo, ale to barzo ostroznie – chyciła scenię w swe pazury, frunęła do wierchu i poleciała w kierunku mojej holi. Jo zaś pohybołek do Klikuszowej. Ciemno sie zrobiło, kie tamok dotorłek. Ale to lepiej – po ciemku mniej rzucołek sie w ocy, więc była więkso sansa, ze nifto nie zwróci na mnie uwagi. Pokrynciłek sie między chałupami. Ha! Miołek scynście! Przed jednym luksusowo wyglądającym pensjonatem uwidziołek pikne terenowe auto, wokół ftórego unosił sie zapach tej bidnej psinki. A więc to musioł być samochód tyk sietnioków! Scenioka sie pozbyli, ale zapachów po nim nie pozbędom sie tak wartko. Kozdy pies wom to potwierdzi. Bajako.

Skoro juz wiedziołek, kany krzywdziciele pieska sie zatrzymali, to cym prędzej wróciłek tamok, ka rozstołek sie z orlicom. Kapecke musiołek pockać, ale wkrótce Maryna wroz z kotem przybyli piknie. I tak jak ik pytołek, przynieśli ze sobom pikny śnur, wykradziony z Felkowego magazynu. Od rozu pokwoliłek im sie, ze juz wiem, kany som te sietnioki.

– I co dalej planujecie, krzesny? – spytała Maryna
– Jeśli ten mały sie nie mylił – pedziołek – te sietnioki rusom w dalsom droge, jak przyjdzie ranek. Na wselki wypadek od rozu pohybom nazod do Klikuszowej i bede cuwoł przy pensjonacie, ka sie zatrzymali. Wy zaś odpocnijcie tutok i cekojcie, jaz ik wom przyprowadze.
– A jak ik przyprowadzicie? – zaciekawił sie kot. – Popytocie coby pośli za womi?
– Jesce nie wiem – przyznołek. – Ba mom nadzieje, ze cosi wymyśle.

No i Maryna wroz z kotem siedli se wygodnie pod smrekiem. Jo zaś ponownie rusyłek do Klikuszowej, a tamok – do wiadomego pensjonatu. Przed pensjonatem rosło pare rozłozystyk krzewów tui. Schowołek sie za najwięksym z nik, tak coby nifto wyglądający z chałupy przez okno nie dojrzoł mnie przipadkiem. I tak przecekołek do samiućkiego rana. Cały cas zachowywołek cujność. Nawet kie zdarzało mi sie na kwilecke zdrzemnąć – to tyz cuwołek. Wy ludzie tak nie umiecie, ale dlo nos psów nie jest to specjalnie trudne.

Ledwo zacęło świtać, usłysołek, ze ftosi wychodzi z pensjonatu. Ostroznie wyjrzołek zza tujowego krzoka. Jakisi chłop z babom śli ku zaparkowanym przed pensjonatem autom. Wciągłek powietrze w nos. Na mój dusiu! Znów pocułek zapach tego bidnego scenioka! A więc to były te dwa ancykrysty! Chłop ciągnął za sobom wielkom walize na kółkak. Baba zaś zdawała sie być jesce niezupełnie rozbudzono. Przeciągała sie i wdychała głęboko poranne górskie powietrze, próbując wygonić z siebie reśtki snu.

– Ach! – zawołała zakwycono. – Jak to miło było obudzić się ze świadomością, że ten przebrzydły kundel już nam nie zawadza!
– O, tak, tak – pedzioł chłop, z wyraźnom ulgom w głosie. – Niech skurczybyk sczeźnie w tamtym lesie. Albo niech się z nim dzieje, co chce. Już nie nasz problem. Jedziemy do Austrii!
– Jedziemy! Jedziemy! – radowała sie baba.
– Juz jo wom dom Austrie, beskurcyje – warknąłek, ba tak cicho, coby mnie nie usłyseli. – Dom wom Austrie wroz ze Śwajcariom i Lichtenśtajnem.

Chłop z babom podeśli do swojej terenówki. Otworzyli bagaznik i schowali tamok walize. Potem baba usadowiła sie obok siedzenia dlo kierowcy. Chłop otworzył drzwi z drugiej strony i tyz wlozł do środka. Na to cekołek! Dołek piknego susa i zanim chłop zdązył zamknąć drzwi – jo nolozłek sie na jego kolanak.
– A to co? – Chłop był zupełnie zaskocony. – Co to za bydlę?
– Hau-hau-hau! – zawołołek.
Chłop próbowoł mnie wygonić.
– Precz stąd, ty bydlaku! Wynocha! – wołoł.
– Hau-hau!!! Hau-hauu-hau-hau! Wrrrrrrr! – odpowiedziołek na to, dysąc fudamentowi prosto w kufe i odsłaniając swe wielkie owcarkowe kły.
Co mu pedziołek? Ano… takie brzyćkie słowa, ze usy by wom spuchły. Jeśli nie wierzycie, to sami sprawdźcie w słowniku psio-ludzkim i piknie przekonocie sie, ze prowde godom.

Słysąc to moje ujadanie chłop jaze znieruchomioł ze strachu. struchloł i ze strachu. Nie był w stanie kiwnąć nawet palcem. Baba tak samo. I o to chodziło – nie bedom mi przeskadzali w ryktowaniu dalsej cynści mojego planu. Z prawej dłoni chłopa wyciągłek klucyki, wepchłek je do stacyjki i piknie przekrynciłek. Brrrum-brum-brum… – zacął godać silnik. Jako juz chyba kiesik godołek – umiem prowadzić auto, choć jeśli nimo ono automatycnej skrzyni, to ino na jedynce, bo zmienianie biegów podcas jazdy jest juz dlo mnie za trudne. Ale niekza ta. Wozne coby jechało. Poprowadziłek samochód ku cornemu ślakowi na Hrube i dalej jechołek drogom wiodącom tymze właśnie ślakiem.

Droga była wyboisto, ale wóz – jako juz godołek – był terenowy, więc piknie se w takik warunkak radził. Ino drzwi od strony kierowcy pozostawały niezamknięte i furt kłapały. Ba w sumie to dobrze, bo dzięki temu w samochodzie było więcej świezego powietrza.

Chłop pare rozy próbowoł chycić kierownice. Ale wte wystarcało, ze groźnie zawarcołek – i zaroz piknie cofoł swe łapska.

Wjechali my w las. W końcu dotarli my w poblize miejsca, ka ostatniego wiecora wroz z Marynom spotkołek tego bidnego piesecka. Chyciłek zębami ręcny hamulec i zatrzymołek auto.
– Uciekajmy! – zawołoł wte chłop do baby.
I w oka mgnieniu wydostoł sie spode mnie i wyskocył z auta. Baba tyz wyskocyła.
– Skarbie! – zawołoł chłop. – Uciekajmy w dwóch różnych kierunkach. Wtedy przynajmniej jedno z nas umknie tej krwiożerczej bestii i będzie mogło sprowadzić pomoc dla tego drugiego.

Zaroz chłop zacął uciekać w jednom strone, a baba w drugom. Hahaha! Nie z psami pasterskimi takie numery! Mało to rozy zaganiołek jo owce, ftóre próbowały rozbiec sie w róznyk kierunkak? Głośno ujadając i odpowiednio manewrując, piknie sprawiłek ze oba sietnioki pobiegły tamok, ka jo fciołek, cyli ku smrekowi, do ftórego wcora uwiązali swojom zywinke.

Maryna i kot piknie cekali tamok na mnie. Zagonionie pod smreka sietnioki oparły sie o niego plecami i całe trzynsły sie ze strachu.
– Wartko! – zawołołek do orlicy i kota. – Skrępujcie ik śnurem. Przywiązcie ik porządnie do pnia.
Maryna i kot wzięli sie do roboty. Wspólnymi siłami, jedno sprawnym dziobem, drugie łapami, związali ancykrystów tak piknie, jak jo nigdy w zyciu byk nie umioł. Baba z chłopem rozpacliwie próbowali wyrwać sie z więzów, ale Felkowy śnur trzymoł ik mocno.
– Dobra, krzesny – zwrócili sie do mnie Maryna i kot. – Sietnioki unieskodliwione. Ba co dalej?
– Cóz – pedziołek. – Teroz oni musom sie zresocjalizować.
– A mozecie godać jaśniej?
– No… najpierw musom zauwazyć, ze som w tym samym miejscu, we ftórym porzucili na pastwe losu swojom bidnom psinke. Kie to zauwazom, wte zrozumiom, co ik zywinka musiała tutok przezywać. I wte zawołajom: „Ach! Załujemy! Straśnie załujemy, ze nasemu ostomiłemu pieskowi zrobili my wielkom krziwde! Juz nigdy więcej nie będziemy postępować tak brzyćko. Nigdy!” Kie tak zawołajom – to bedzie właśnie znacyło, ze sie zresocjalizowali i wte bedzie mozno oswobodzić ik z więzów.

To wyjaśnienie wystarcyło moim kompanom. Pozostało nom cierpliwie cekać na postępy procesu resocjalizacji. Minęło kapecke casu, jak baba odezwała sie do chłopa:
– Kochanie.
– Słucham cię, skarbie – odpowiedzioł chłop.
– Wydaje mi się, że rozpoznaję to miejsce. Chyba właśnie tutaj zostawiliśmy wczoraj naszego psa.
– Rany! Masz rację, skarbie! To było dokładnie tutaj!
– Oho! – uciesyłek sie. – Miejsce juz rozpoznali. Piknie! Jak na rozie syćko idzie zgodnie z moim planem.
– Mało tego! – godoł dalej chłop. – My jesteśmy przywiązani do tego samego drzewa! Gdzie ten pies się w ogóle podział? Wilki go zjadły czy jak?
– Kochanie – znów odezwała sie baba. – Czy to znaczy, że uwięzienie nas właśnie w tym miejscu ma jakiś związek z tym przebrzydłym kundlem? Och! Jeśli tak – to jaka ja byłam głupia, że chciałam psa na urodziny! Jaka głupia! Gdyby nie on – jechalibyśmy sobie teraz do Austrii. Nienawidzę tego przeklętego potwora! Do tej pory tylko go nie lubiłam, a teraz po prostu nienawidzę!!!
– Ja też nienawidzę! – zawołoł chłop. Chyba zacął popadać w histerie. – Jego i wszystkich psów na świecie! Gdybym w tej chwili miał możliwość pozarzynać wszystkie psy – zrobiłbym to z prawdziwą rozkoszą! Ratunkuuu!
– Krzesny – zagodnęła do mnie Maryna – jesteście pewni, ze oni sie zresocjalizujom?

Krucafuks! Teroz juz nie byłek. Myślołek, ze inacej bedom sie zachowywali. Ba dowiedziołek sie jednej rzecy – resocjalizacja to wcale nie jest tako prosto sprawa, jako mi sie potela widziało.

– Sprawy idom chyba w złym kierunku- stwierdził kot – Jak jesce tak pobedom związani, to pewnie znienawidzom nie ino syćkie psy, ale w ogóle wselkom zywine. Od maluśkiego robacka do wieloryba. Mocie, krzesny, jakisi pomysł, co teroz z nimi zrobić?
– Na razie nimom, ale dojcie mi pomyśleć – popytołek.

I zacąłek myśleć. Ba zodne sensowne rozwiązanie nie przychodziło mi do łba. Tymcasem – po ataku histerii – chłop z babom zacęli sie kapecke uspokajać.

– Skarbie – odezwoł sie chłop. – Jedną ręką mogę trochę ruszać. Spróbuję wyciągnąć z kieszeni iPhone’a i wezwać pomoc.

No i faktycnie, udało mu sie wyciągnąć ajfona z kieseni. Ba jak tylko zacnie przez niego godać – pomyślołek – zaroz ku niemu hipne i zabiere mu to ustrojstwo. Nie było jednak mowy, coby doł on rade zblizyć ajfona do swojego łba. Manipulowoł z nim ino cosi, jaz w końcu urządzenie wypadło mu z ręki.

– O, nie! – jękła baba. – To była nasza ostatnia nadzieja na ratunek.
– Nie martw się, skarbie – odpowiedzioł chłop. – Zdążyłem wysłać sms-a do właściciela naszego pensjonatu. Na pewno przyśle pomoc.

Krucafuks! Zabocyłek, ze te sakramenckie ustrojstwa mozno wykorzystywać nie ino do godania, ale tyz do przesyłania wiadomości tekstowyk! Kiebyk sie wceśniej zorientowoł, ze ten chłop ryktuje sms-a – piknie byk mu to uniemozliwił. Ale cóz… mądry owcarek po skodzie. Haj.

– Krzesny, wymyślcie cosi wreście – ponagloł mnie kot. – Skoro on wysłoł sms-a, to w Klikuszowej juz wiedzom, ze te sietnioki som tutok.
– Wiem – odpowiedziołek. – Cierpliwości. Cały cas myśle.

Skoda ino, ze myślołek bez skutku. Ba wreście… zacął mi świtać w głowie nowy plan: zabieremy tyk sietnioków stela, ukryjemy tamok, ka zoden cłek ik nie nojdzie i bedziemy trzymali w ukryciu tak długo, jaz wynojdziemy dlo nik skutecny program resocjalizacyjny. Juz fciołek pedzieć orlicy i kotu, co wymyśliłek, kie nagle usłyseli my warkot silnika.

– Krzesny! – zawołoł kot. – Obawiom sie, ze właśnie jadom po nik.
– Moze nie? – łudziłek sie. – Moze to ino jakisi miejscowy robi se przejazdzke po lesie?

Ba na wselki wypadek wybiegłek na droge, coby obacyć, fto jedzie. O, krucafuks! Uwidziołek dwa auta naroz – policyjnom Kie Sorento i karetke pogotowia. Wyglądało niestety no to, ze kot mioł racje. Bo z jakiegoz inksego powodu mogła sie tutok noleźć policja i pogotowie?
– Schowojmy sie za jałowcami! – zawołołek do Maryny i kota. – Wartko!

Po kwili cało naso trójka była piknie ukryto. Na scynście nasi więźniowie nie zauwazyli, ka my sie schowali, bo ik uwage przykuł warkot zblizającyk sie aut.

Radiowóz i karetka dojechały do terenówki, ftórom przywiozłek tutok te pare sietnioków. I wte stanęły. Za kwile z radiowozu wysiodł pon policjant.

– Tu jesteśmy! Tutaj! Na pomoc! – zacęli wołać chłop z babom.
Pon policjant dojrzoł ik między drzewami. Wartko pohyboł w ik strone. Tymcasem z karetki wyskocyło trzek chłopów. Jak sie wkrótce miało okazać – był to pon doktór i dwók ponów sanitariusy. Sanitariuse mieli ze sobom cosi, co wyglądało jak jakosi wielko płachta. Wnet śnur krępujący dwójke sietnioków zostoł rozcięty. Oboje byli wolni.
– Krucafuks – jęknąłek cicho. – Cały mój plan resocjalizacyjny poseł precki.
– Ufff! – radowali sie tymcasem chłop i baba. – Dziękujemy za ocalenie! Nie uwierzycie panowie, cośmy tu przeżyli.

Chyba mieli wielkom ochote dokładnie opowiedzieć, co im sie tutok przydarzyło. Ale pon policjant obyrtnął sie ku ponu doktorowi i wskazując na chłopa pedzioł:
– No to teraz może się pan nim zająć.
– Ależ nie, nie trzeba – wzbranioł sie chłop. – Przyznaję, że nieźle najadłem sie strachu, ale tak poza tym nic mi nie jest. Nie potrzebuję lekarza. Naprawdę.

Ba wte… nagle zrozumiołek, co mieli ze sobom ci dwaj sanitariuse. Na mój dusiu! To nie była zodno płachta! To był kaftan bezpieceństwa! Nie minęła kwila, jak chłop piknie zostoł w ten kaftan ubrany.

– Chwileczkę! Co to wszystko ma znaczyć? – zawołoł zupełnie zaskocony takim obrotem sprawy.
Policjant połozył ręke na ramieniu chlopa.
– To pan wysłał do właściciela pensjonatu sms-a z prośbą o pomoc? – spytoł.
– Zgadza się, ja – potwierdził chłop.
– Tenże właściciel od razu zawiadomił policję – godoł dalej stróz prawa. – Przekazał też nam treść sms-a, z którego wynikało, że zostaliście porwani przez psa, a następnie przywiązani do drzewa przez kota i wielkiego ptaka. Czy tak właśnie pan napisał?
– Dokładnie tak – przyznoł chłop.
– No widzi pan! – triumfowoł policjant. – To chyba jasne, że jeśli ktoś wypisuje takie bzdury, to znaczy, że potrzebuje pomocy psychiatry. Sprowadziłem więc najlepszego psychiatrę, jakiego mamy w naszych stronach.
– Ale, panie władzo – wtrąciła baba – mój mąż mówi prawdę. Naprawdę zostaliśmy porwani przez psa, kota i wielkiego ptaka.
Pon doktór, słysąc te słowa, pedzioł ku sanitariusom:
– Tę panią też zabieramy.
– O nie! Nieee! – prociwiła sie baba, ale jeden pon sanitarius, nie zwazając na jej protesty, chycił jom mocno za ramiona, jego kolega zaś pohyboł do karetki po drugi kaftan. Baba rzucała sie, kopała i gryzła. Ale ponowie sanitariuse chyba nie pierwsy roz mieli do cynienia z agresywnym pacjentem. Bez trudu ubrali jom w taki sam kaftanicek, jaki mioł juz na sobie jej chłop.
– Proszę nam uwierzyć! – zacęła błagać. – Wcale nie zwariowaliśmy! Naprawdę trzy zwierzaki napadły na nas. Muszą być gdzieś blisko, bo były tu jeszcze przed chwilą. Może ukryły się za tamtymi jałowcami?
Pon policjant pokryncił ino głowom i machnął rękom. A pon doktór pogłaskoł babe po głowie i przemówił troskliwie:
– Tak, tak, wiem. Brzydki pies, brzydki kocur i brzydkie ptaszysko. Ale proszę się nie martwić. Wszystko będzie dobrze. Pojedziemy teraz do takiego bardzo ładnego szpitaliku. Tam traficie do bardzo ładnego pokoiku bez klamek, gdzie żaden pies, kot ani ptak was nie dopadnie.
– Do licha ciężkiego! – zezłościł sie chłop. – Przecież sami widzieliście, że jesteśmy przywiązani do drzewa! Nie sądzicie chyba, żeśmy sami się tak związali i zmyślili tę całą historię o porwaniu nas przez zwierzęta?
– Ależ nikt nie twierdzi, żeście się sami związali – odporł pon policjant. – Wszystko jednak wskazuje na to, gdy przywiązywano was do tego drzewa ,to wy przeżyliście taki szok, że ubzduraliście sobie, iż skrzywdził was nie człowiek, tylko jakieś zwierzaki.
– A wolno nam chociaż wiedzieć, kiedy zostaniemy wypuszczeni z tego szpitala? – spytała baba.
– Nieprędko – pedzioł pon doktór. – Wyglądacie mi na bardzo ciekawy przypadek, muszę więc was poddać gruntownym długotrwałym badaniom. Czuję że przydacie mi się jako temat do paru referatów na konferencje i paru artykułów naukowych w czasopismach o najwyższym wskaźniku impact factor. Nie mogę was za szybko wypuścić. Dla dobra nauki – nie mogę!

No i chłop z babom zostali zabrani do karetki, ftóro zaroz odjechała. Pon policjant natomiast zostoł, bo pedzioł, ze musi pockać na ekipe śledcom, ftóro zbado miesce zdarzenia. Maryna, kot i jo uznali, ze lepiej dłuzej tutok nie ostawać. Oddalili my sie niezauwazeni przez pona policjanta. Maryna wróciła w Tatry, kot wrócił do wsi, a jo – wróciłek na hole. Idąc zaś, tak se śpekulowołek, ze dlo tego chłopa i tej baby chyba lepiej by było, kieby postąpili zgodnie z moim planem i pozwolili sie zresocjalizować. Chociaz… z drugiej strony… kieby cało ta historia potocyła sie inacej, to wte nie mieliby co licyć na hyr w casopismak o najwyzsym impakt faktorze. Więc fto wie, ostomili, fto wie?

***********************************************

– O, jaki pikny! – usłysołek nagle okrzyk, kie juz zblizołek sie do nasej bacówki.
To wołoł Stasek Kowaniecki, jeden z juhasów mojego bacy. Krzyknął tak, bo właśnie odkrył nasego scenioka, ftóry teroz nojdowoł sie pod opiekom moik owcarkowyk kompanów.
– O, jaki pikny! – zawołoł zaroz drugi juhas, Wojtek Murzyn, ftóry kwile po Stasku dojrzoł nowom zywinke na nasej holi.
– Cym sie tak zakwycocie? – zaciekawił sie trzeci juhas, Józek Smrek. – Niby fto jest taki… Ooo! Jaki pikny!
Zaroz do juhasów dołącył mój baca. Poźreł na scenioka i zawołoł:
– O, Jezusicku! Jako pikno maluśka zywinka!

No i zostało postanowione – sceniok zostoje na holi. Chociaz niedługo, bo przecie juz za pare dni przychodzi Święty Michał. A kie przyjdzie, to my syćka wroz z owieckami schodzimy do wsi. Ba wte piesecka zabiere do siebie Stasek Kowaniecki. Kie zaś w przysłym roku, na Świętego Wojciecha, wrócimy nazod na hole – to sie obacy. Piesek abo ostonie we wsi, wroz ze Staskowom rodzinom, abo przybędzie na hole rozem ze Staskiem. Jeśli przybędzie, to Harnaś, Dunaj, Modyń i jo piknie naucymy go pilnować owiecek, odganiać wilki od stada i wykradać bacy oscypki, kiełbaski i Smadnego Mnicha. Obacycie, ostomili – choć to nie owcarek, w przysłości bedzie z niego barzo pikny pies pasterski. Hau!

P.S.1. A w najblizscy cwortek – bedziemy mogli piknie świętować. Bo urodziny Poni Dorotecki bedom. Zdrowie Poni Dorotecki! 😀

P.S.2. W kolejny cwortek, 1 października, kolejne urodziny bedziemy świętowali – Wawelokowe. Zdrowie Waweloka! 😀

P.S.3. Dzień później, 2 października, świętujemy znowu – tym rozem z okazji rocnicy ślubu Alecki i Jerzorecka. No to zdrowie Poństwa Aleckowyk! 😀

26.08.2015
środa

Wiadomość od pona Kiepury

26 sierpnia 2015, środa,

Tak jak zapowiedziołek w poprzednim wpisie, pohybołek jo do Krynicy na pikny Festiwal Kiepurowy. Heeej! To juz po roz śtyrdziesty dziewiąty taki festiwal sie tamok odbył. Ale ten mioł być inksy niz poprzednie śtyrdzieści osiem. Bo w tyk poprzednik występowali sami ino ludzie. Tym rozem po roz pierwsy mioł wystąpić tyz pies. Cyli jo. Haj.

Rusając w droge, najpierw zesłek do wsi i wyniesłek z chałupy maluśki aparacik fotograficny. Piknie wodoodporny, a zarozem ślinoodporny, co mo niemałe znacenie, kie jest sie psem i mozno nieść takie urządzenie ino w gymbie. Pomyślołek, ze przydo sie pikny fotoreportaz z mojego festiwalowego debiutu, a zarozem pikny dowód na to, ze syćko, co potem powiem na blogu o swej wyprawie, to święto prowda.

Kie byłek gotowy do drogi, zakrodłek sie do Felkowego samochodu dostawcego, ftóry jechoł z jakimsi towarem do Nowego Sącza. W Nowym Sączu hipnął jo do inksego dostawcaka. I tak piknie dojechołek do tego hyrnego uzdrowiska na pogranicu Beskidu Sądeckiego i Niskiego. Nolozłek sie na ulicy Pona Piłsudskiego, cyli jednej z głównyk krynickik ulic.

Pomyślolek, ze worce spytać kogosi miejscowego, jak trafić na ten cały festiwal. A będąc w obcym mieście, kany najlepiej zasięgnąć informacji? Zdradze wom, ostomili, prosty, a zarozem niezawodny sposób. Posukojcie korcmy, ka krynci sie zywina wyglądająco na bezpańskom i wyłudzająco pocęstunek zarówno od klientów, jak od personelu. Tako zywina to najcynściej pies abo kot, choć mogom sie trafić i inkse gatunki. Kogosi takiego mozecie śmiało pytać o cokolwiek, co dotycy danej miejscowości. Bo te włócące sie po korcmak śtyronogi to som takie istoty, ftóre w promieniu najblizsyk paru kilometrów wsędy zaglądnom, wsędy niuchnom i dzięki temu majom o swojej okolicy takie informacje, jakik nie nojdziecie w zodnym przewodniku ani nawet w Guglu. Haj.

Rozejrzołek sie dookoła. Uwidziołek niewielki mostek przerzucony nad równoległym do ulicy Piłsudskiego potokiem Kryniczanka.

DSCN4389

Mostek prowadził ku drewnianym schodkom, a schodki ku korcmie, ze ftórej do mojego owcarkowego nosa dochodziły pikne zapachy. Bez wahania pohybołek przez mostecek i wdrapołek sie po schodak. Trafiłek na taras, ka goście korcmy mogli sie stołować, jeśli woleli jeść na świezym powietrzu niz we wnętrzu. Uwidziołek z tuzin stolików, ze ftóryk cynść była zajęto przez wypocywającyk w Krynicy wcasowiców. I uwidziołek jesce kogosi – biołego kota z paroma saro-cornymi łatkami.

kot

Zwierzok ten przechodził se obok zajętyk stolików, niby tak od niefcenia. I niby o nic nikogo nie pytoł, ba zarozem ryktowoł takom mine, ze na jej widok mało fto umioł powstrzymać sie od zrzucenia ze stołu jakiegosi przysmaku.

– Piknie! – uciesyłek sie. – To jest właśnie ftosi, kogo sukom!

Podesłek do kota, przedstawiłek sie i piknie wyjaśniłek, w jakim celu przybyłek do Krynicy.

– Więc fcecie, krzesny, wziąć udział w tym festiwalu? – rzekł mój nowy znajomy, kie mnie wysłuchoł. – Hmm… Potela jesce zodno zywina w nim nie występowała.
– Wiem – odpowiedziołek. – Ba przecie zyjemy w casak, kie coroz więcej ukwalowuje sie o prawak zwierząt. A skoro tak – to zwierzęta powinny mieć prawo nie ino do dobrego traktowania, nie ino do miski z dobrym jedzeniem, ale tyz do realizowania swyk artystycnyk aspiracji.
– Tyz prowda – zgodził sie ze mnom kot. – No to jo tak se myśle, ze najlepiej bedzie, kie pohybocie do musli koncertowej przy tutejsym Deptaku. Tamok mozecie piknie zaśpiewać.
– A moglibyście, krzesny, pedzieć mi, jak do tej musli trafić? – spytołek.

Kot hipnął na ławecke stojącom przy barierce na skraju tarasa. Na ławce lezały plecaki jakisik turystów, ftórzy – zapewne wygłodniali pod jakiejsi wyciecce – byli tak pochłonięci konsumpcjom smakowitego posiłku, ze w ogóle nie zwracali na nos uwagi. Po plecakak kot wspiął sie na barierke, a potem przedniom łapom wskazoł ku ulicy Piłsudskiego.

– Poźrejcie – popytoł mnie. – Widzicie pomnik po drugiej stronie ulicy?

widok spod gospody

– Widze – pedziołek.
– To pomnik pona Kiepury – uświadomił mnie kot. – Od tego pomnika ruscie w dół. Idźcie przed siebie, jaz dojdziecie do pomnika pona Nikifora. Tamok zacyno sie hyrny krynicki Deptak. Idźcie dalej tym Deptakiem. Kie uwidzicie pomnik pona Mickiewicza, to bedzie znacyło, ze jesteście juz całkiem blisko. Musicie wte ino minąć wielkom chałupe, ftórom nazywajom Nowym Domem Zdrojowym, a kie jom miniecie to uwidzicie piknom krynickom musle koncertowom, ftóro – nie wiem, cy wiecie – licy se juz prawie półtora wieku i bocy niejeden pikny występ. Bajako.

O, krucafuks! Tradycja takiej musli zobowiązywała. Zrozumiołek, ze muse dać z siebie syćko, coby mój występ wypodł tamok jak najlepiej.

Podziękowołek kotu za cenne wskazówki. On z kolei pozycył mi powodzenia na festiwalu. No i pozegnali my sie piknie. Opuściłek korcme i rusyłek ku pomnikowi pona Kiepury. Kie uwidziołek go z bliska, zwróciłek uwage na jednom rzec – stojący na cokole posąg był rudego koloru.

DSCN4372

Ciekawe cemu? No cóz – pomyślołek – moze to od oparów krynickik wód zdrojowyk? Kie tutejse pomniki zetknom sie z tymi oparami, to moze zachodzi reakcja chemicno powodująco rudzienie? Nie byłek pewien, cy mojo teoria jest słusno, ale widziała mi sie całkiem prowdopodobnom.

No, ale musla koncertowo cekała. Rusyłek więc w dalsom droge. Stosując sie do wskazówek kota, słek w dół ulicy. Jaz dosłek do pomnika pona Nikifora. A tutok – miło niespodzianka. To był nie ino pomnik tego hyrnego malorza, ale tyz jego psa!

DSCN4390

Najwyraźniej twórca pomnika uznoł, ze ów pies musioł mieć wozny udział w powstawaniu obrazów tego nietuzinkowego artysty. Miołek niezbity dowód na to, ze tutok w Krynicy umiom docenić zdolności artystycne psów. A zatem jeśli na festiwalu wypodne wystarcająco piknie, to fto wie? Moze i jo sie kiesik piknego pomnika w tym miastecku docekom?

Zarozem jednak zauwazyłek, ze posągi pona Nikofora i jego kudłatego przyjaciela nie były rude, ino corne. A więc mojo teoria o wpływie tutejsyk wód na kolor pomników okazała sie błędno. Cemu więc kruca pomnik pona Kiepury był rudy, a pomnik pona Nikifora nie? Wiem! – zawołołek do siebie po kwili zastanowienia. – Pon Kiepura, choć piknie z Krynicom związany, pochodził nie stela, ino z Sosnowca. Natomiast pon Nikifor to tubylec. Widocnie taki jest lokalny zwycaj, ze pomniki stawiane ludziom z Krynicy som corne, a pomniki pozostałyk ludzi – rude.

Zadowolony, ze wreście rozwiązołek zagadke dotycącom kolorów tutejsyk pomników, posłek dalej Deptakiem, tak jak polecił mi kot. Po paru minutkak dosłek do kolejnego pomnika – pona Mickiewicza.

DSCN4421

I tutok zaskocenie! No bo przecie pon Mickiewicz nie pochodził z Krynicy, a zatem – wedle mojej najnowsej naukowej teorii – jego podobizna powinna być rudo. Tymcasem nic z tyk rzecy! Była corno. Tak samo corno, jak napotkany kwile wceśniej posąg pona Nikifora. No to teroz juz zupełnie nie wiedziołek, cemu tego pona Kiepure tak zarudzili. Zodne sensowne wyjaśnienie nie przychodziło mi do głowy. Ba cóz. Syćkik zagadek tego świata nie rozwiąze. I widocnie jednom z tyk nierozwiązanyk pozostonie zagadka rudości Kiepurowego pomnika.

– Ej, owcarku! – ponagliłek samego siebie. – Jak tak bedzies tracił cas na śpekulowanie, to festiwal sie skońcy i nie weźmies w nim udziału. Hybojze ku musli koncertowej.

No i pohybołek.

A był to jeden z tyk dni, kie prawie w całej Polsce dawały sie we znaki sakramenckie upały. W Krynicy było nie inacej. Dlotego wielkim powodzeniem ciesyły sie tamok wózki z lodami, porozstawione wzdłuz całego Deptaka. Obsługiwały je dziewcyny w biołyk kapelusak, biołyk bluzkak i biołyk kieckak. Były wśród nik dziewcyny jasnowłose, były ciemnowłose, zauwazyłek tyz jednom rudowłosom. No i kie te rudowłosom ujrzołek, to… na mój dusiu! Eureka! Olśniło mnie! Zrozumiołek wreście, cemu posąg pona Kiepury był rudy! Ostomili, bocycie te hyrnom piosnke?

Brunetki, blondynki –
Ja wszystkie was dziewczynki
Całooooować chcę…

Piosnka pikno, ino… kany jest w niej mowa o rudyk dziewcynak? No kany? Krucafuks! Ani słowa! Pon Kiepura najwyraźniej o nik zabocył! I przybocył se dopiero po śmierzci. A kie se przybocył, to straśnie głupio mu sie zrobiło. No ale bedąc juz po tamtej stronie, co mógł bidok zrobić? Zmartwykwstać i naprawić swój błąd? Nie za barzo. Nikomu nie wolno zmartwykwstawać przed terminem, więc ponu Kiepurze tyz. Ba wpodł na inksy pomysł. Natchnął artyste ryktującego jego pomnik w Krynicy, coby wyryktowoł go właśnie w takim, a nie inksym kolorze. W ten sposób doł znać, ze fciołby syćkie rude dziewcyny piknie za swoje gapiostwo przepytać. Ino… cy ftokolwiek poza mnom zdołoł prowidłowo odsyfrować te informacje z zaświatów? Nie miołek pewności, ale chyba nie. Postanowiłek więc, ze kie juz dotre do musli koncertowej, to zaśpiewom pieśń zawierającom owom pośmierztnom wiadomość od nasego światowej sławy tenora. Na mój dusiu! Kie wybierołek sie do tej Krynicy, to zupełnie nie spodziewołek sie, jako odpowiedzialność tutok na mnie spodnie. Ale stało sie – spadła. Wiedziołek, ze nie moge maestra zawieść. Mój owcarkowy honor na to nie pozwaloł.

Wartko minąłek Nowy Dom Zdrojowy. Tak jak kot pedzioł – musla koncertowo nojdowała sie zaroz za tym domem. Nieopodal musli stoł kolejny wózek, ze ftórego dwie śwarne dziewcyny sprzedawały lody. Nagle wpodłek na pomysł: zrobie se pamiątkowe zdjęcie, ka bede widocny jo, wózek z lodami i musla koncertowo. Ustawiłek aparat fotograficny na jednej z ławecek stojącyk wzdłuz Deptkaka. Uruchomiłek samowyzwalac. Myślołek, ze zanim aparacik zdązy pstryknąć fotke, jo piknie ustawie sie przed wózkiem. I juz miołek hipnąć ku wózkowi, kie nagle obie lodziorki zauwazyły mnie i zawołały:
– Jaki ładny biały piesek! Chodźmy go pogłaskać!
– Dziewcyny, nieee! – zawołołek. – Stójcie, ka stoicie, bo mi zdjęcie nie wyjdzie!

Niestety, nie zrozumiały psiej mowy i rusyły ku mnie. Jo zdezorientowany stołek w miejscu, zamiast podbiec ku wózkowi. I wte aparat pstryknął. No i na zrobionym zdjęciu widać ino w głębi otynkowanom na zółto musle koncertowom, a na pierwsym planie wózek z lodami. Nie widać natomiast mnie i dziewcyn sprzedającyk lody. Mozecie ino uwierzyć mi na słowo, ze obie były barzo śwarne.

DSCN4398

A te dwie lodziorki postanowiły nagle dać mi skostować tego, co sprzedawały. I zacęły mnie cęstować syćkimi smakami po kolei. O, Jezusicku! Wiecie, jak te lody smakowały? Sakramencko piknie! Niebiańsko wręc! Rózne lody zdarzało mi sie próbować, ba te były wyjątkowe! Zwłasca te jagodowe i śmietankowe! Ba malinowe i orzechowe tyz były pikne! I kawowe tyz! I syćkie pozostałe! Moi ostomili, dobrze wom radze: w jakiej cynści świata byście teroz nie byli – wsiadojcie do samolota i lećcie do Polski. Kie przylecicie, to wsiednijcie w pociąg do Nowego Sącza, potem w autobus do Krynicy, a kie juz w tej Kynicy bedziecie, to hybojcie na Deptak i skostujcie lodów z tamtejsyk wózków. Zróbcie to jak najsybciej, bo kozdo kwila nieświadomości, jak te lody smakujom, to kwila stracono. Zreśtom przyboccie se komentorz Jagusicki pod poprzednim wpisem, z 9 sierpnia, godziny 12:51. Jagusicka tamok tyz pedziała, ze krynickie lody som pikne. Haj.

Najchętniej zjodłbyk syćko, co te dziewcyny miały w swym wózku. Kiebyk jednak tak zrobił, nie miałyby bidocki zodnego utargu. Dlotego z zolem, ale postanowiłe nie naduzywać ik hojności. Piknie zamerdołek ogonem w geście podziękowania i rusyłek ku musli koncertowej. Stanąłek przed niom i poźrełek.

muszla

Więc to tutok miołek piknie zaśpiewać. Skłamołbyk, kiebyk pedzioł, ze nie pocułek tremy. Ocywiście, ze pocułek. Ba ftosi musioł przekazać ludziom wiadomość od pona Kiepury! Wdrapołek sie na wyrykotwanom pod muslom scene. Skupiłek sie. Wziąłek głęboki oddech. Otworzyłek gymbe i… O, krucafuks! Katastrofa! Klęska! Tragedia! Nie byłek w stanie wydać zodnego dźwięku! Syćko przez te lody! Były wprowdzie niezwykle smakowite, ale tak zmroziły mi gardło, ze na jakisi cas przeinacyły mnie w niemowe. Robiłek, co w mojej mocy, coby zaśpiewać, ale niestety – jedyne, co byłek w stanie z siebie wydobyć, to ciche załosne stękanie.

A niedaleko od musli stoł wielki namiot z napisem FESTIWAL im. Jana Kiepury – zapraszamy.

namiot

W pewnej kwili wysło z tego namiota paru ludzi. Poźreli oni na musle i od rozu mnie zauwazyli.

– Co tam robi ten pies? – zdziwili sie. – Trzeba go przegonić, bo narozrabia i poniszczy sprzęt!

Krucafuks! Powinienek sie obrazić. Za kogo oni mnie mieli? Jo przecie przybyłek tutok wspierać kulture, a nie ryktować wandalizm! Haj.

Dwók ponów rusyło w mojom strone. Kie byli juz całkiem blisko, jeden z nik pedzioł do drugiego:

– Bądźmy ostrożni. Ten pies może być niebezpieczny. To jakieś wielke bydlę.

Ten drugi pon podeseł do ustawionyk przed muslom ławecek i chycił stojącom przy nik metalowom rure, do ftórej przycepiono była flaga reklamująco festiwal. Górnom cynść flagi wypełniała fotografia kufy pona Kiepury. Z takom „broniom” pon rusył w mojom strone. Jego kolega seł pare kroków za nim. Zaroz obaj wleźli na scene i zawołali:
– Hej, łobuzie! Uciekaj stąd! Uciekaj, bo to nie miejsce dla ciebie.

I wymachiwali mi tom festiwalowom flagom przed nosem. Na mój dusicku! Ciekawe, cy pon Kiepura kiedykolwiek sie tego spodziewoł, ze flaga z jego podobiznom bedzie uzywano do walki z owcarkami?

Ocywiście mogłek bez trudu ten osobliwy „oręz” wyminąć i piknie ugryźć obu ponów. Ale po pierwse oni nie wyglądali mi na ancykrtystów zasługującyk na potraktowanie ik zębami, a po drugie – nie fciołek przejść do historii Krynicy jako pierwsy ucestnik Festiwalu Kiepurowego, ftóry pogryzł jego organizatorów. Dołek więc spokój i opuściłek musle.

I rusyłek w droge powrotnom. Zanim dotorłek do swojej holi pod Turbaczem, zdołołek juz na telo odzyskać głos, ze wróciwsy, mogłek piknym i radosnym scekaniem powitać znajome owiecki i moik owcarkowyk kompanów. Haj.

Tak więc nie udało mi sie wystąpić na hyrnym krynickim festiwalu. Ale niekze ta. Wielu ludzi przecie krocącyk artystycnymi ściezkami musiało ścierpieć to, ze te ściezki wcale nie były usłane rózami. Więc niby cemu w wypadku owcarków-artystów miałoby być inacej? Mom ino nadzieje, ze ta musla koncertowo, ftóro – wedle słów krynickiego kota – „bocy niejeden pikny występ”, o tym moim występie zabocy barzo sybko.

Ba skoro wiadomości od pona Kiepury nie ogłosiłek w Krynicy, ogłose jom tutok, w Owcarkówce. Muse to zrobić, coby dusa nasego wielkiego śpiewoka zaznała wreście spokoju i coby przestały jom gryźć straśliwe wyrzuty sumienia. Ostomili, pozwólcie, ze zaśpiewom na melodie tej hyrnej Kiepurowej piosnki :

Dziewcyny-wiewióry –
Jo wieści od Kiepury
Wspaniaaaaałe mom:
Z zaświatów on całusów moc śle wom,
Ten hyrny pon!

Swym wielkim głosem
Wielbi syćkie rudowłose.
I ten głos
W całym niebie
Piknie słychać, jak wykwolo wos!

Dziewcyny-wiewióry –
Przyjmijcie od Kiepury
Całuuuuusy te.
I tylko mom nadzieje piknom, ze
Sopranistka poni Eggerth nie gnieeeeewo sie.

Hau! Hauuuuuuuuu!

P.S.1. A za pare dni, juz w nablizsom sobote, piknie bedziemy mogli świętować urodziny Anecki Schroniskowej. Zdrowie Anecki! 😀

P.S.2. Świętować piknie bedziemy tyz 14 września – w dzień Mieteckowyk urodzin. Zdrowie Mietecki! 😀

P.S.3 I 16 września tyz bedziemy piknie świętowali – z okazji Dydyjeckowyk imienin. Zdrowie Dydyjecki! 😀

P.S.4. Zaś pod poprzednim wpisem dwók nowyk gości do Owcarkówki przybyło – Observerecek i Ktośtamecek. Powitać ik obu barzo piknie! 😀

css.php