24.01.2012
wtorek

Śniadanie reportera

24 stycznia 2012, wtorek,

Wyobroźcie se spacerującego ulicom reportera zatrudnionego w jakiejsi gazecie. Idzie se on tom ulicom, idzie… W jednej ręce mo telefon komórkowy, a w drugiej aparat fotograficny. Nagle poziro – i widzi, ze wydarzył sie wypadek! Krew sie leje, jakisi bidok lezy ranny i potrzebuje pomocy! Co taki reporter powinien zrobić? Rzucić precki aparat i zadzwonić po pogotowie? Cy moze racej rzucić telefon i zacąć robić zdjęcia, coby potem zanieść je do swej redakcji?

Domyślom sie, ze więksość cytającyk te słowa od rozu zawoło: Na mój dusiu! Co za głupie pytanie! Przecie wiadomo, ze nalezy zrobić to pierwse!

Bajako. Ale… som i tacy, dlo ftóryk to wcale nie jest takie ocywiste. Haj. Jest, ostomili, tako stacja telewizyjno, co to nazywo sie Superstacja. Zreśtom poni Janina Paradowska z politykowego podwórka prowadzi tamok rozmowy z róznymi znanymi ludźmi. No i jest tyz w tej Superstacji program, co to nazywo sie „Krzywe Zwierciadło”, ka na wesoło – choć casami tyz na powoznie – gwarzom o tym, co sie ostatnio wydarzyło w świecie, a w Polsce w scególności.

Przed tyźniem ponowie występujący w tym „Krzywym Zwierciadle” gwarzyli o niezwykłej wypowiedzi znanego miedioznawcy, pona Wiesław Godzica. Potem zreśtom nolozłek tyz te wypowiedź w Guglak. O, tutok ona jest. I co takiego ten pon Godzic mioł pedzieć? Ano posłuchojcie:

Reporter zawsze stoi przed dylematem – skupić się na rejestrowaniu zdarzeń czy w nich uczestniczyć? Np. podczas wypadku – powinien robić zdjęcia, czy pomóc ofierze? – Nie ma ogólnej zasady, co ma robić dziennikarz, który jest świadkiem szokującego zdarzenia.

No, krucafuks! Nimo ogólnej zasady, co trza robić, kie zdarzył sie wypadek? Na mój dusiu! Ponowie z owego „Krzywego Zwierciadła” byli tak zdumieni tom wypowiedziom, ze jaz zastanawiali sie, cy pon Godzic naprowde cosi takiego pedzioł. Bo moze jednak nie pedzioł, ino ftosi jego słowa przeinacył? Ale tak cy siak – problem istnieje. Bo som przecie tacy, co rzecywiście myślom, ze w rozie jakiegosi niescynścia reporter jest nie od ratowania, ino od zdobywania niusa.

Ino tak mi sie widzi, ze worce póść dalej tropem takiego myślenia. Jak powinien wyglądać dzień takiego reportera? Z pewnościom nalezy wymagać od niego piknej reporterskiej cujności. Cujności wse i w kozdyk okolicnościak! Bo przecie w kozdej kwili cosi niezwykłego moze sie wydarzyć. Więc takiemu reporterowi z prowdziwego zdarzenia nie wolno dać sie zaskocyć. Juz kie zasiado do śniadania, to niek nie biere sie bezmyślnie do jedzenia, ino najpierw powinien wyciągnąć aparat fotograficny i cekać. Na co? No, na cosi niezwykłego, na jakisi pikny materiał na niusa. Bo fto wie, co moze sie zdarzyć nawet przy takim zwycajnym śniadaniu? Moze pomiędzy konserwantem E-9384 w baleronie a konserwantem E-5403 w lezącym obok serze dojdzie do jakiejsi wybuchowej reakcji chemicnej? Moze nagle spodnie na to śniadanie pocisk z pistolca, wystrzelony w trakcie dokonanego nieopodal napadu na bank? A moze spod kanapki wyskocy znienacka jakosi beskurcyja przysłano na Ziemie przez kosmitów? Syćko mozliwe. Haj.

Jak długo ten nas reporter powinien tak z aparatem przy tym śniadaniu cekać? To proste – pokiela cosi sie nie wydarzy. A jeśli nic sie nie wydarzy? Prowdziwemu reporterowi nawet nie wolno o tym myśleć! Kieby syćka tak myśleli, to w ogóle zodnyk niusów by nie było! Mo cekać do skutku i ślus!

Cóż… być moze nie zadzieje sie przy tym śniadaniu nic opróc tego, ze w końcu zepsuje sie ono i ucieknie z talerza. Ino zanim ucieknie – to bidny reporter z głodu pomre. I wte co najwyzej sam stonie sie niusem, na ftórego cekoł. Ale trudno. Taki zawód. Moze ftosi pedzieć, ze reporter głupote popełnił, głodząc sie tak na śmierzć. Ba rozumny medioznawca ocywiście z takom opiniom sie nie zgodzi. Nie zgodzi sie, ino piknie wyjaśni, ze to nie była zodno głupota, ino wręc przeciwnie – to było prowdziwie rzetelne wypełnienie reporterskiego obowiązku. Hau!

18.01.2012
środa

To nie była zodno pomyłka

18 stycznia 2012, środa,

Na jednej narciarskiej stronie internetowej nolozłek takie oto zdjęcie . Kogo na nim widać? Ano górolke i górola. Poznojecie ik? Jeśli ftosi nie poznoł, to podpowiadom: w XXI wieku zoden górol nie naryktowoł nom telo radości, co tyk dwoje właśnie. Tak, tak, ostomili – to Justynka Kowalczyk i Adaś Małysz! We własnyk osobak! Telo ino, ze oni som tutok w strojak nie podobnyk do tyk, w jakik przywykli my ik widzieć.

No a kie idzie o Justynke, to barzo mozliwe, ze piknej radości naryktuje nom ona jesce niemało. Bo przecie jej narciarsko kariera jesce sie nie skońcyła. Ta naso górolka z Beskidu Wyspowego cały cas piknie na tyk swoik deskak hybo. I cały cas jest – jak zauwazyła Anecka 8 stycnia o godzinie 14:07 – prowdziwom boginiom śniegu! Bajako! Tak więc, ponie Zeusie, poni Hero, poni Ateno i inksi olimpijscy bogowie, musicie sie kapecke przesunąć i zrobić miejsce dlo nowej bogini. I nie godojcie, ze jej sie na tym Olimpie miejsce nie nalezy, bo Olimp jest greckim wiersyckiem, a ona z Grecjom nimo nic wspólnego. Zdobywo medale na olimpiadak? Zdobywo! A skąd olimpiady sie wzięły? Z Grecji właśnie! No to nimo o cym dyskutować. Haj.

A cy wiecie, ostomili, ze w ten cwortek, 19 stycnia, naso Justynka mo urodziny? Cego więc w tym dniu nalezałoby jej zycyć? Jo se myśle, ze po pierwse: nart siedmiomilowyk – w końcu jak som buty siedmiomilowe, to narty chyba tyz mogom być? Po drugie: silnyk rywalek – bo co to za przyjemność wygrywać z cherlakami? A po trzecie: telo złotyk medali, coby opróc jej rodzinnej Kasiny Wielkiej stało sie koniecne wyryktowanie Kasiny Jesce Więksej – bo Kasina Wielko bedzie za mało, by te syćkie Justynkowe medale pomieścić. Haj.

Jako ze Polacy po całym świecie som porozrzucani, to w tym dniu pewnie z całej kuli ziemskiej zycenia ku Justynce bedom sły. I pewnie straśnie duzo tyk zyceń bedzie… Na mój dusiu! A skoro bedzie ik straśnie duzo, to… cy one bidocki nie przygnietom? Wiadomo, ze to silno dziewcyna, ale cy jaz tak silno, coby zdołać takom mase zyceń unieść? Spokojnie, nic sie jej nie stonie. Skąd to wiem? Ano stąd, ze na jej stronie internetowej wycytołek cosi takiego:

Historia niezwykłej dziewczyny biegającej na nartach zaczyna się niezwykle, bo od… zmiany daty urodzenia. Faktycznie Justyna Kowalczyk przyszła na świat 19 stycznia 1983 roku w Limanowej, jednak zbieg okoliczności sprawił, że w dokumentach znalazła się data 23 stycznia. Nikt pomyłki nie sprostował i Justyna urodziny może świętować dwukrotnie.

No i wiecie, co jo se myśle? Ze to nie była zodno pomyłka. Racej ftosi w tej Limanowej piknie przewidzioł, jak wielki hyr zdobędzie Justynka w przysłości. Być moze tym kimsi była jakosi barzo doświadcono połozno, ftórej wystarcało poźreć na noworodka – i od rozu wiedziała, co z niego wyrośnie. W kozdym rozie ta przewidująco osoba musiała specjalnie przeinacyć dokumenty, coby naso mistrzyni miała jaz dwie daty urodzin. No i teroz jedni poślom jej zycenia 19 stycnia, a drudzy – 23. A kie te zycenia rozłozom sie na dwa dni – to nasej hyrnej jubilatce łatwiej je bedzie udźwignąć.

Tak więc barzo dobrze, ze nikt pomyłki nie sprostował. I niek nikomu nawet nie przyjdzie na myśl, coby prostować teroz. Niek Justynka dalej mo urodziny dwa rozy w roku. A jeśli zajdzie tako potrzeba – to nawet trzy rozy nie zaskodzom. Hau!

P.S. A w sobote, cyli pomiędzy jednym a drugimi urodzinami Justynki, momy dwa nase budowe święta w jednym dniu: imieniny Jagusicki i Kapisonecki. Zdrowie Ostomiłyk Solenizantek! :D

15.01.2012
niedziela

Cy powinienek sie obrazić?

15 stycznia 2012, niedziela,

Niedowno na stronak Gazety Wyborcej ukazoł sie artykuł pona Wajraka o myśliwyk, ftórzy zastrzelili na Pomorzu dwa wilki. A przecie w Polsce ten gatunek jest pod całkowitom ochronom! Krucafuks! Ponu Wajrakowi postępek tyk myśliwyk ocywiście sie nie spodoboł. I mi tyz sie nie podobo. Wprowdzie wilki to straśne beskurcyje, bo furt na owiecki mojego bacy polujom, ale swój honor majom – to im trza przyznać. A poza tym nie moge zaprzecyć, ze mom z tyk beskurcyjej pewien pozytek. No bo dzięki temu, ze muse bronić przed nimi owiecek, to piknie spalom ten sakramencki nadmiar kalorii, naryktowany przez wyłudzone od turystów kanapki. Kiebyk zaś nie spaloł – to zrobiłby mi sie tak wielki i cięzki brzuch, ze na Świętego Michała nie dołbyk rady wrócić z holi do wsi o własnyk siłak. I abo musiołbyk sie sturlać, abo baca z juhasami musieliby mnie znieść.

Ba nie o artykule pona Wajraka fciołek tutok gwarzyć, ino o wywiadzie, do ftórego nolozłek tamok piknego linka. Jest to, ostomili, wywiad z poniom doktór Pierużek-Nowak . Ta poni jest biologiem i naukowo zajmuje sie wilkami. No i ona piknie tamok potwierdzo, ze choć jest to zywina drapiezno, to cłowiek bać sie jej nie musi. To wilk boi sie cłowieka i jego głupik pomysłów. Poni doktór tłumacy tyz, ze wcale nie trza wilków zabijać, coby chronić przed nimi zwierzęta gospodarskie. Bo mozno zabezpiecać te zwierzęta na inkse sposoby. Jakie? Posłuchojcie:

Można chronić bydło przed wilkami za pomocą pastuchów elektrycznych, fladr i psów stróżujących, takich jak owczarek podhalański.

Bajako! Takik jak owcarek podhalański! Na mój dusiu! Od rozu pocułek sie dumny i blady, kie te słowa przecytołek! Widzicie, jak nawet naukowcy mnie doceniajom? Z zainteresowaniem zacąłek cytać ten wywiad dalej. Ba dalej… było to:

Każdy, kto ma psa, wie, że to mądre stworzenie. A pies to przecież wilk, którego mniej lub bardziej zmieniliśmy przez te kilkadziesiąt tysięcy lat udomowienia. Właściwie to dzikie wilki są jeszcze mądrzejsze. Psy przy nas trochę jednak zgłupiały.

O Jezusickuuuuu! Zgłupiały? Jak poni doktór mogła tak brzyćko wyrazić sie o psak! Pare linijek wceśniej nabrołek do niej wielkiego sacunku, bo piknie doceniła owcarki podhalańskie, a zaroz potem – pocułek, ze muse pedzieć jej to samo, co Julius Cezar pedzioł tuz przed śmierzciom pewnemu ponu z nozem.

Miołek ochote obrazić sie na poniom doktór. I być obrazonym pokiela nie opublikuje w Gazecie Wyborcej sprostowania, ka piknie przepyto syćkie psy za to, ze pedziała, ze one zgłupły. Ba kie kapecke ochłonąłek, to… przybocyłek se, ze wse worce cytać między wiersami. No i zacąłek śpekulować. Co tak naprowde poni doktór pedziała? Hmmm… Chyba to, ze… pies jest tak wielkim przyjacielem cłowieka, ze poświęcił dlo niego barzo, barzo wiele. Nawet własny rozum! A rozum to przecie barzo wozno rzec. Najsłynniejsy góralski filozof, jegomość Tischner z Łopusznej po wielekroć ten rozum piknie kwolił – a więc musi być wozny. A pies – w imie przyjaźni z cłowiekiem – z tej barzo woznej rzecy zrezygnowoł! Przynajmniej cynściowo! Moze zaś kieby nie zrezygnowoł, to dzisiok miołby niejednego Nobla z chemii, fizyki abo inksej medycyny? Na mój dusiu! To mozliwe! I to chyba właśnie poni Pierużek-Nowak postanowiła uświadomić inksym ludziom. A więc jednak muse jom kwolić, a nie obrazać sie na niom. Bajako.

Jeśli zatem moge mieć do poni doktór jakisi zol, to ino o to, ze wyraziła sie kapecke zbyt brutalnie, mówiąc, ze psy zgłupły. Mogła przecie pedzieć to samo, ino delikatniej. Na przykład: psy doznały uscerbku intelektualnego. Abo: wspólne zywobycie ludzi i psów wywarło niekorzystny wpływ na dorobek naukowy tyk drugik. No ale niekze ta.

Zastanawio mnie ino jesce jedno rzec. Skoro, jako pado poni doktór, wilki som mądrzejse od psów, to jak to sie dzieje, ze tym beskurcyjom jesce ani rozu nie udało sie przechytrzyć mnie i moik owcarkowyk kompanów? I potela nie zdołały upolować ani jednej owiecki mojego bacy? Pewnie kiebyk nie zgłupioł przy ludziak, to umiołbyk te zagadke rozwiązać. A tak – to niestety nie umiem. Hau!

P.S. Z nowym rockiem nowi goście tutok przybyli: Bycek i ZzaKałuzecek. Powitać ik piknie w Owcarkówce! :D

10.01.2012
wtorek

Felek płaci mandat

10 stycznia 2012, wtorek,

Nie wiem, cy to oglądocie, ale w nieftóryk programak telewizyjnyk idom casem takie reality szoły, ka pokazujom róznyk piratów drogowyk. Wyglądo to tak, ze ekipa telewizyjno wroz z policjom wyruso w trase, policja piknie wyłapuje tyk kierowców, co to cały Kodeks drogowy majom w rzyci, no i syćko sie filmuje, a potem w telewizji pusco.

No i wyobroźcie se, ostomili, ze niedowno tego rodzaju program ryktowano w Ostrowsku, cyli całkiem niedaleko mojej wsi. Przyjechoł tamok radiowóz, stanął koło drogi do Nowego Targu i jeden policjant, ten, co siedzioł za kierownicom, zostoł w aucie, drugi zaś wyseł do pola. Ten, co wyseł, mioł w prawej ręce lizaka (niejadalnego zreśtom), a w lewej – specjalne ustrojstwo do mierzenia prędkości pojazdów. Policyjnemu patrolowi towarzysyło dwók ponów z telewizji. Jeden z nik mioł kamere, ftórom zaroz piknie włącył.

Nagle, od strony Łopusznej, na drodze pojawił sie pikny nowiutki Jaguar XK. Za jego kierownicom siedzioł… Na mój dusiu! Felek znad młaki! Ten, co to jest najbogatsy w mojej wsi!

Na obu bokak samochodu wymalowane było logo firmy „Auto-Felek”. Ta firma, ostomili, to jest sieć sklepów i warstatów samochodowyk, ftórej Felek jest właścicielem (jeśli nie nojdziecie jej w Guglak, to bedzie znacyło, ze źle sukaliście).

Pon policjant zamachoł lizakiem, dając Felkowi znać, coby sie zatrzymoł. Felek posłusnie stanął. Opuścił sybe w drzwiak i cekoł, jaz stróz prawa drogowego podejdzie ku niemu. Ten zaroz podeseł, przedstawił sie piknie i zgodnie ze starodownym zwycajem policjantów drogowyk popytoł o prawo jazdy, dowód osobisty i dowód ubezpiecenia OC. Kie dostoł te syćkie dokumenty, pedzioł tak:
- No, panie kierowco. Mamy tutaj teren zabudowany, gdzie dozwolona prędkość wynosi 50 kilometrów na godzinę. A pan jechał… 70. Czy wie pan, że za takie wykroczenie ustawa przewiduje do 100 złotych mandatu?
- Jaz 100 złotyk? – jęknął Felek. – O Jezusickuuuu! Ponie władzo! Jo przecie bidok jestem! Głodem przymierom! Skąd jo bidny wezme telo dutków?
Policjant zrobił wielkie ocy.
- Dobrze usłyszałem? Pan jest biedny? I siedzi pan w Jaguarze XK wartym ponad pół miliona złotych???
Felek machnął rękom.
- A, trafiła sie okazja, ponie władzo. Za marne grose kupiłek se to auto na wyprzedazy.

Policjant chyba mioł ochote spytać, kany to som takie pikne wyprzedaze, na ftóryk za marne grose mozno kupić Jaguara. Ino w obecności ponów z telewizji kapecke głupio mu było zadawać takie pytania.

Tymcasem Felek właśnie zauwazył pona z kamerom.
- Ponie władzo? – spytoł. – Cy tutok ryktowany jest jakisi film?
- Tak, dokumentalny – pedzioł policjant. – Robimy program o kierowcach zagrażających bezpieczeństwu ruchu drogowego.
Policjant spodziewoł sie, ze Felkowi zaroz zrzednie mina. Tak jak potela rzedła syćkim inksym kierowcom, kie dowiadywali sie, ze trafiom do telewizji jako negatywni bohaterowie. Tymcasem Felek… rozpromienił sie!
- Na mój dusiu! – zawołoł. – O, Jezusicku, jak piknie! Z nieba zeście mi spadli! Bede mioł reklame w telewizji za jedyne sto złotyk!
Zaroz wyskocył z auta, wybośkoł oniemiałego policjanta w oba policki, następnie podbiegł do pona operatora i wyrwoł mu z rąk kamere.
- Co pan wyprawiasz! – wykrzyknął operator.
- Nie bójcie sie, panocku, zaroz wom to oddom – odpowiedzioł Felek. – Ale widze, ze wy źle filmujecie moje auto, więc lepiej, jak jo to zrobie za wos.
No i Felek podeseł do swego Jaguara, coby starannie sfilmować logo swojej firmy. Najpierw z jednego boku auta, a potem z drugiego. I zaroz potem oddoł kamere.

Policjant i operator, widząc to syćko, zbaranieli. Ten pierwsy w końcu sie odezwoł:
- Zapraszam pana do radiowozu.
- Ocywiście, juz ide – zgodził sie z ochotom Felek. – Ino niek najpierw piknie sie przebiere.
- C-c-co? – wykrztusił z siebie policjant.
- No, muse sie piknie ubrać – pedzioł Felek. – Przecie skoro mom być w telewizji, to powinienek wyglądać porządnie, a nie jak byle bejdok. Ino piknie pytom, cobyście wyłącyli na kwilecke kamere. Na kwilecke ino, zaroz włącycie jom nazod.
Operator wzrusył ramionami, nie barzo wiedząc, jak mo na tak dziwnom prośbe zareagować. Ba policjant rzekł:
- Dobra, niech pan wyłączy. Niech się przebierze i miejmy to już za sobą.

Felek otworzył bagaznik swego auta i wyciągnął zeń starannie złozony pikny garnitur i biołom kosule z krawatem. Nie przejmując sie, ze jest w środku wsi, przy dość ruchliwej drodze, rozebroł sie do gacicków i podkosulka. Całe scynście, ze zima w tym roku jest łagodno. Inacej jesce by sie przeziębił! Wartko wciągnął na siebie wyjęte z bagaznika ubranie. A potem jesce wydobył z samochodowego schowka grzebień i pozirając w bocne lusterko starannie sie ucesoł.
- Panie, nie musisz się pan tak fryzować! – zaśmioł sie operator. – Zgodnie z obowiązującym prawem pańska twarz i tak nie może być w tym programie widoczna.
- Co takiego?! – oburzył sie Felek. – Kufy inksyk kierowców mogom być niewidocne! Ba mojo – mo być widocno i ślus! Mocie zadbać o to, coby była piknie widocno! W przeciwnym rozie kupie wasom stacje telewizyjnom i od rozu zwolnie dyscyplinarnie całom redakcje tego programu!
Operator nie wiedzioł, cy Felek blefuje cy nie, więc woloł sie więcej nie odzywać. Z kolei policjant podrapoł sie po głowie i mruknął do siebie:
- Przecież on mówił, ze jest biedny. Czyżby stacje telewizyjne też już można było kupić na wyprzedażach za marne grosze?

A Felek, kie uznoł, ze wyglądo juz wystarcająco ślicnopiknie, pedzioł:
- Dobra, juz mozecie nazod te kamere włącać. Ponie władzo, niek cyni pon swom powinność.
- Yyy… yyy… – zająknął się policjant. – A, tak. No to zapraszam do radiowozu.
I zaroz policjant nolozł sie w aucie, obok swego siedzącego za kierownicom kolegi. Felek usiodł z tyłu, a miejsce obok niego zajął pon operator.
- No, tak – pedzioł pon policjant przeglądając Felkowe dokumenty. – Przekroczył pan dozwoloną prędkość o 20 kilometrów.
- Cy kamera jest juz włącono? – fcioł sie upewnić Felek.
- Jest – potwierdził operator.
- Barzo dobrze! – Felek zatorł ręce z zadowolenia. – No więc tak! To syćko prowda! Jechołek za sybko! A cemu? Bo fciołek zdązyć na umówione spotkanie z woznym klientem firmy „Auto-Felek”. Zreśtom dlo firmy „Auto-Felek” kozdy klient jest wozny! A jakie som nase ceny? Najnizse! A jako jest jakość nasyk usług? Najwyzso! Kupujcie i naprawiojcie swe samochody tylko w „Auto-Felku”! A teroz jest jesce specjalno promocja…
- Możemy kontynuować? – wtrącił pon policjant.
- No przecie kontynuuje cały cas – odporł Felek.
- Ale może jednak wróćmy do pańskiej nieprzepisowej jazdy – zaproponowoł policjant. – Za przekroczenie prędkości przyznaję panu dwa punkty karne i nakładam mandat w wysokości 100 złotych. Przysługuje panu prawo odmowy przyjęcia mandatu i wtedy sprawa trafi do sądu. Czy zatem przyjmuje pan ten mandat?
- Przyjmuje! Piknie przyjmuje! – zawołoł Felek. – Przecie porządek musi być! Porządek – to dewiza firmy „Auto-Felek”! Właśnie dzięki temu porządkowi ciesymy sie coroz więksym zaufaniem ze strony nasyk ostomiłyk klientów.

Policjant postanowił nie słuchać tego, co Felek godo, ino wziął sie za wypisywanie mandatu.
- Kwilecke! – zawołoł Felek, pochylił sie do przodu i poprawił copke na głowie pona policjanta.
- Co pan wyprawia?! – wykrzyknął zaskocony policjant.
- Przepytuje piknie, ale copka na pona głowie była kapecke przekrzywiono. A to by nie wyglądało najlepiej w reklamie „Auto-Felka”.
- Panie! To nie jest żadna reklama! – zwrócił uwage policjant. – Kręcimy tu program dokumentalny o piratach drogowych.
- No ale przecie ten program moze być jednym i drugim naroz – zauwazył Felek. – Mozemy zarówno pokazać telewidzom cięzkom prace policji drogowej, jak i poinformować ik o zaletak sieci motoryzacyjnej „Auto-Felek”.
Policjant ino głośno westchnął. A potem wrócił do wypisywania mandatu.
- Stop! – zawołoł Felek.
- Co znowu? – spytoł policjant.
- Piknie pytom, niek pon nie wypisuje mandatu tym długopisem – poprosił Felek. – Przyniese ponu inksy.

Zanim ftokolwiek zdązył zareagować na te słowa, Felek wyskocył z policyjnego auta i pohyboł do swojego. Zaroz wrócił z długopisem, na ftórym było widocne maluśkie logo „Auto-Felka”.
- Cy mógłby pon wypisać mandat tym właśnie długopisem? – popytoł Felek policjanta.
Policjant wetschnął jesce głośniej niz poprzednio. Ba dlo świętego spokoju wziął Felkowy długopis i zacął pisać dalej.
- Stop! Źle! – krzyknął Felek.
- Co źle? – spytoł policjant.
- Żle trzymo pon ten długopis – pedzioł Felek. – Powinien pon go obyrtnąć tak, coby logiem „Auto-Felka” zwrócony był w strone kamery.
Policjant był juz cały spocony. Wziął pare głębokik wdechów, a potem otorł rękawem pot z coła.
- Co pon zrobił! – zawołoł Felek. – Znów se pon copke przekrzywił! Pockojcie, ponie władzo, zaroz wom jom piknie poprawie.
- Niczego nie będzie mi pan poprawiał! – wybuchnął policjant. – Zaraz sobie odwrócę tę czapkę daszkiem do tyłu! I tak będzie najlepiej!
- No juz dobrze, dobrze, po co te nerwy? – Felek uznoł, ze lepiej dać spokój. Bo co to bedzie, kie telewidzowie zobacom, ze właściciel „Auto-Felka” zadoje sie z policjantem, ftóry mo copke załozonom na odwyrtke? To by racej nie posłuzyło zbyt dobrze wizerunkowi firmy.

Tak więc na kwile Felek zamilkł. Ale ino na kwile. Ba zaroz znów zawołoł:
- O! Widzie, ze tutok z przodu jest drugo kamera! Tako maluśko! Cy ona widzi tego drugiego pona policjanta? Tego, co to siedzi za kierownicom?
Operator pedzioł, ze tak. Wte Felek wychylił sie do przodu, coby sprawdzić, cy ten drugi pon policjant prezentuje sie wystarcająco korzystnie.
- Chyba moze być – stwierdził. – Chociaz… przydałoby sie kapecke przyciąć ponu wąsy…
- Dziękuję, ale nie potrzebuję porad takich stylistów jak pan – warknął drugi policjant, ftóry potela milcoł.
- Ale jo chyba mom w swoim aucie golarke, to zaroz ponu te wąsiki poprawie – zaproponowoł Felek. – Zobacycie, ponie władzo, bedziecie zadowoleni!

I znowu do swojego auta pohyboł. Zanim jednak zdązył dotknąć klamki – usłysoł za sobom głośny pisk opon. Poźreł za siebie – i uwidzioł, ze policyjne auto rusyło z kopyta i pognało w strone Waksmundu. A na ziemi lezały porzucone Felkowe prawo jazdy, dowód osobisty i ubezpiecenie OC.

- Stać! Stać! Mieli my przecie wyryktować pikny program! – zawołoł Felek.
Zaroz zebroł z ziemi swoje dokumenty, wskocył do swego Jaguara i rusył w pościg. Autem takiej klasy – dogonił radiowóz bez trudu. Po kwili nolozł sie z lewego boku policyjnego auta. Opuścił sybe w swyk prawyk drzwiak i zacął wołać:
- Zatrzymojcie sie! Piknie pytom! Jak sie zatrzymocie, to dom wom 50 procentów rabatu na usługi w „Auto-Felku”!
Kierujący radiowozem policjant, uwidziawsy, ze Felek cosi woło, tyz opuścił ze swej strony sybe.
- Ponowie władza! Ponowie władza! – wrzescoł Felek. – Nie skońcyli my tego filmowania!
- Nie będzie żadnego filmu! – odkrzyknął policjant-kierowca nie zwalniając przy tym ani kapecke. – Po namyśle stwierdziliśmy, że ograniczymy sie do udzielenia panu upomnienia!
- Jak to nie bedzie zodnego filmu? – Felek był rozzalony. – Moze za mało przekrocyłek dozwolonom prędkość? W takim rozie, ponie władzo, fciołek sie przyznać, ze wcora przez te samom wieś jechołek stówkom! Powinniście nałozyć na mnie mandat za to wcorajse przewinienie! I zrobić z tego film!
- Dobra! Za tamto wczorajsze przewinienie też będzie tylko upomnienie i już daj nam pan spokój! – odkrzyknął policjant i mocniej wcisnął pedał gazu. Felkowy Jaguar jednak od rozu go dogonił.
- Tylko upomnienie? – Felek nie zamierzoł ustąpić. – No to przedwcora jechołek tutok z prędkościom 150 na godzine!
- Jesteśmy wyrozumiali! – odkrzyknął policjant. – Za tamto wykroczenie też udzielamy jedynie upomnienia!
- Ale jo podcas popełniania tamtego wykrocenia przejechołek dwie staruski i trzy matki z małymi dziećmi! – Felek juz nawet nie za barzo zastanawioł sie na tym, co wykrzykuje. Fcioł ino za wselkom cene zatrzymać auto z policjantami i ponami z telewizji.
- O rany! – ryknął nagle blady jak ściana policjant. – Uważaj pan na tego tira!
- Na jakiego ti… O, Jezusicku!!!

Na mój dusiu! Felek, pędząc obok policyjnego wozu, jechoł po pasie do jazdy w przeciwnym kierunku. I oto nagle na tym pasie pojawił sie… kilkudziesięciotonowy kolos na sysnostu kołak! Jechoł prosto na Felka! Felek zdązył skryncić dosłownie w ostatniej kwili. Zjechoł z drogi i nolozł sie na polu. Fcioł zahamować, ale spanikowany przez pomyłke wcisnął pedał gazu, więc zamiast stanąć, to sie ino jesce bardziej rozpędził. Na jego drodze stoł jakisi pochylony płot. Felek najechoł na ten płot nicym na jakisi podjazd i… fruuuu! Posybowoł do wierchu jak Adaś Małysz w swoik najlepsyk casak. Lecioł, lecioł, lecioł… I nagle prask! Wylądowoł na dachu chałupy.

Z chałupy wybiegli zaroz chłop z babom.
- Co to za huk?! – wołali oboje. – To koniec świata! Zapowiadali koniec świata na rok 2012, no i stało sie!
Jako pierwso na swój dach poźreła baba.
- A to co takiego? – zdziwiła sie.
Chłop zaroz tyz ku dachowi poźreł i… zacał skakać z radości jak małe dziecko!
- A widzis, matka? A widzis? Kie jo brołek udział w tym sms-owym konkursie, ka głównom nagrodom mioł być Jaguar, to ty godałaś, ze to bździna i ze zodnego Jaguara nie bedzie! A teroz poźrej! Jest! I to z dostawom do domu!

****************************************

Felek mioł scynście. Poza paroma siniakami nic mu sie nie stało. Ba w obawie, coby nie dosło do skodliwej dlo jego reputacji afery, piknie zgodził sie wyremonotować dach, na ftórym wylądowoł, oddać właścicielowi chałupy swego Jaguara i nawet naprawić uskodzenia, jakik auto doznało po tym dosyć niezwykłym wypadku. Kostowało to Felka niemało, ale nie te straty bolały go najbardziej. Heeej! Bardziej zmartwił sie on tym, ze nie dosło do skutku sfilmowanie go, jak płaci mandat, reklamując przy okazji „Auto-Felka”. Był przekonany, ze kieby puscono to w telewizji – jego samochodowo firma miałaby zapewnione sakramencko pikne zyski! Tak, tak, ostomili. Trudno w to uwierzyć, ale Felek przeseł do historii motoryzacji jako pierwsy kierowca, ftóry był niescynśliwy z tego powodu, ze uniknął zapłacenia mandatu. Hau!

4.01.2012
środa

Sabałowe granie (ale tym rozem nie na gęślak)

4 stycznia 2012, środa,

Pomnik pona Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem na pewno zno wielu z wos: na cokole jest hyrny zakopiański doktór (ba nie cały – ino głowa i cycki), a pod cokołem siedzi se Jan Krzeptowski, bardziej znany jako Tatrzański Homer, a jesce bardziej – jako Sabała. Haj.

Sabała

Co za instrument trzymo on w lewej ręce? To tyz na pewno wielu z wos wie – gęśle. Pikne gęślicki, ze ftórymi prawie sie nie rozstawoł. Ba zdarzyło mu sie roz zagrać nie na gęślak, ino na prowdziwyk kościelnyk organak. Tak w kozdym rozie zbocowoł on sam, a jo nie widze powodu, coby mu nie wierzyć. Jak do tego dosło? Ano tak, ze spotkoł roz przyjaciela, Józka z Chochołowa. A ten Józek zaroz mioł sie zenić. I syćko byłoby piknie, kieby nie to, ze – krucafuks – cosi sie stało, ze organisty miało na ślubie zabraknąć! Co robić? Józek wpodł na pikny pomysł. I zacął pytać nasego Sabałe:

Ty grać umies – haj – toz to pilno chybaj, to mi przygros końdek.*

Co na to Sabała? Posłuchojcie.

Jo na organak nigda nie groł, ale sie tyz nigda nie doł nukać, kie mnie wto pytoł. Byłek ś nim dobry. Posełek.
Wychodzem na chór i zgłupiołek cysto piknie. Jo se hano** na moik gęślickak mom ino śtyry struny, a pięć palców, toz to jak kcem, to syćkie przyciskom. A tam było telo plugastwa, tyk biołyk i cornyk klawisów, cobyk przez cały dzień mioł co przyciskać. Tyk biołyk było więcyj, jak tyk cornyk, a syćkie trza było poprzyciskać – haj.
Słowok doł, toz to trza było dotrzymać.
Kozołek se dać dobrego duchaca,*** coby mi wse dobrze duchnon, to chociojby jo – prosem piyknie – i źle groł, to jak on wse dobrze duchnie, to ono i ta pódzie syćko ładnie, syćko piyknie – haj. [...]
Niewielo myślęcy, połozyłek na deske, ka to trza było przyciskać palcami, ciupage, a na dole na te więkse, tok se som lóg.
Przewracom sie, przewracom, coby ino syćko na jednyk nie grać – haj, a tu gróborz, co duchoł, nijakim światem ni moze pary chycić. Co jom chyci, to jo mu jom wypiskom do imentu.
Piskom, piskom, jazek ukwolił, ze i ksiądz tyz musi cosi przepedzieć, nie ino jo bedem groł. [...]
Toz to wstołek, coby ciupage sjąć, patrzem, a przy ołtarzu juz nikogo nie było. E, bo ta juz, djasków zjadło, aj zjadło, jo brzyćko groł – haj.
I sjonek ciupage i uciók potem, bo jo ta i brzyćko groł.****

No i takie było to Sabałowe granie na organak. Ino cy faktycnie ten najhyrniejsy z góralskik gawędziorzy zagroł tak marnie? Na to pytanie najlepiej umiałaby odpowiedzieć Poni Dorotecka, bo ona sie na takik rzecak piknie zno. Mi jednak, ostomili, tak sie widzi… ze to nie mogło być brzyćkie granie. Bo fto jak fto, ale cy taki siumny i hyrny górol jak Sabała, pikno legenda Tater, cłek, ftóry zaimponowoł całej polskiej elicie intelektualnej, ojciec krzesny pona Witkacego, mógłby cokolwiek nieudolnie zrobić? Choćby źle zagrać na instrumencie, na ftórym nie groł nigdy wceśniej? Jakosi nie moge uwierzyć, coby to było mozliwe. Tak więc mojo owcarkowo teoria jest tako, ze on zagroł barzo piknie. Moze kapecke awangardowo – ale piknie! Ba widocnie ani ksiądz, ani pon młody, ani nifto z obecnyk w kościele nie znoł sie na dobrej muzyce. Pewnie słuchali wyłącnie jakiegosi disko i nic poza tym. I dlotego właśnie pouciekali z tego kościoła. Tak, tak, ostomili. To nie mogła być wina Sabały. To musiała być wina niskiego poziomu edukacji muzycnej wśród słuchacy. Hau!

* końdek – trochę
** hano – tam
*** duchac – poruszający miechy w organach
**** J. Krzeptowski „Sabała”, Sabałowe opowieści. Jako w Tatrach drzewiej bywało, Firma Księgarska Podhale, Jordanów 2010, s. 18-19.

31.12.2011
sobota

Mniej wulgarnego Nowego Roku!

31 grudnia 2011, sobota,

W jednym z ostatnik numerów kwartalnika „Tatry” jest barzo ciekawy artykuł poni Marianny Patkowskiej o języku, jakim wy ludzie posługujecie sie wte, kie chodzicie po górak. Na przykład jak to jest z brzyćkimi słowami? Cynściej uzywocie ik w górak cy na nizinak? Poni Patkowska postanowiła to zbadać. Wyryktowała taki plan: wyruszyć w teren i popytać samych użytkowników języka, jakie są ich obserwacje.*

I co z jej badań wysło? Ano to, ze niezależnie od tego, czy pytane przeze mnie osoby używały wulgaryzmów sporadycznie, nigdy, czy też nagminnie, nikt nie zgodził się z odpowiedzią, że w górach wypada wulgaryzmów używać, bo przestrzeń i wolność, z którą się stykamy, przekłada się na wolność językową. Przytłaczająca większość, zanim zdążyłam zadać pytanie, podpisywała się pod stwierdzeniem, że zwłaszcza w górach nie wypada wulgaryzmów używać.**

Jo sie domyślom, ze autorka badała tutok turystów, nie góroli. Ciekawe, co by jej wysło, kieby góroli zbadała? Nawet barzo ciekawe! No ale to juz inkso para kierpców. Haj.

Cy turyści faktycnie wulgaryzmów w górak nie uzywajom? Na mój dusiu! Pewnie ze uzywajom! Basiecka nawet naukowo to udowodniła. Zreśtom poni Patkowska tyz pado: Nasz stosunek do tego zagadnienia oczywiście nie znaczy, że w górach nie klniemy.***

Skoro jednak z jej badań wysło, co wysło, a jo nimom powodu sądzić, ze te badania nie były rzetelne, to całkiem mozliwym mi sie widzi, ze wysoko w górak wulgaryzmy podlegajom tym samym prawom co powietrze – cyli som, ale mocno rozrzedzone. Haj. A jeśli tak właśnie jest to… Na mój dusiu! Oby w tym wypadku sprawdziło sie powiedzenie, ze przykład idzie z góry. Niek sprawdzi sie dosłownie! Jeśli góry łagodzom obycaje – to niek ta łagodność i na niziny piknie spłynie. Tego se właśnie zycmy na nadchodzący 2012 rocek. Niek bedzie on mniej wulgarny niz roki poprzednie – i to nie tylko w słowak, ba w inksyk rzecak tyz. Przecie wulgarnym mozno być nie ino wte, kie wzywo sie nadaremno pięcioliterowego imienia poni, ftórej jedno z rodziców nazywo sie Korynt. Mozno być takim tyz wte, kie brzyćkik słów sie nie uzywo, za to wobec bliźnik postępuje sie tak, ze skaranie boskie!

Mom zarozem nadzieje, ze nifto nie pomyśloł, ze jo od rozu fce popaść z jednej skrajności w drugom i zakazać uzywania wselkik brzyćkik słów. Wcale tego nie fce! I myśle, ze nawet to wyzej wymienione pięcioliterowe słowo tyz mo niekany racje bytu. W dodatku kieby całkowicie zakazano przeklinania, to tym zakazem objęto by tyz… krucafuksa. A wte by było skoda. Bo ten krucafuks to przecie taki pikny wulgaryzm! Tak więc on, piknie pytom, niek ostonie. Jako jeden z wyjątków od reguły. Bajako.

I telo. Pora juz chyba zacąć odmierzać cas, jaki do najblizsej północy pozostoł. Piknego Nowego Roku, ostomili! Hau!

P.S. Na mój dusicku! Jesce przed Świętami przybył nowy gość do Owcarkówki – Paulecka. A jo jej potela oficjalnie nie powitołek! No to niek zrobie to chociaz, zanim Nowy Rocek nadejdzie. Zatem – powitać piknie Paulecke! Niek se Smadnego wypije i niek kiełbasy jałowcowej se poje, kielo ino bedzie fciała :D

* M. Patkowska, Rozmowy na szczycie, czyli językowy obraz Tatr, „Tatry” 2011, nr 3 (37), s. 106.
** Ibidem, s. 107.
*** Ibidem, s. 107.

28.12.2011
środa

Westernowo święto

28 grudnia 2011, środa,

W drugi dzień Świąt, w jednym z telewizyjnyk programów informacyjnyk, uwidziołek na dolnym pasku wiadomość, ze wkrótce do grona katolickik świętyk dołący pierwso północnohamerykańsko Indianka. I telo. Nawet jej imienia nie podali. Pomyślołek, ze worce w internecie cegosi o niej posukać. A zaroz potem odkryłek, ze… wystarcy poźreć do własnego bloga! Tamok był juz komentorz Orecki, od ftórej dowiedziołek sie, ze była to Indianka z plemienia Mohawków. Nazywała sie Kateri Tekakwitha, co w tłumaceniu z indiańskiego na polski znacy: Katarzyna Ftóro-Syćko-Sprowadzo-Na-Dobrom-Droge. Tak więc kompania Świętyk Katarzyn piknie nom rośnie w siłe. Haj.

Ba Orecka zbocyła jesce jednom rzec – ta Indianka, nazywano tyz Liliom Mohawków, juz od ponad dwudziestu roków jest błogosławionom. Beatyfikowoł jom nifto inksy jak nas Jan Paweł II. A jo tego potela nie wiedziołek! Jak to mozliwe? Krucafuks! Pewnie w mediak, nawet tyk przykościelnyk, niewiele o tym godali. Ot, jedno z wielu beatyfikacji, wyryktowano przez kolejnego następce Świętego Pietra. Tymcasem – przy całym sacunku dlo inksyk błogosławionyk – to wcale nie była tako zwycajno beatyfikacja. O, nie! Bo zaroz po niej nastąpiły niezwykłe wydarzenia. Syćka dobrze o nik wiemy, ba jakosi nifto nie skojarzył ik z hyrnom Indiankom.

Poźrejmy, ostomili, na fakty. W cerwcu 1979 rocku Jan Paweł II pielgrzymuje do Polski. Na placu Zwycięstwa we Warsiawie głośno pyto Pona Bócka, coby odnowił oblice tej ziemi. Jednak przez najblizsy rok – nic sie nie dzieje.

Momy rocek 1980. I znów cerwiec. W Watykanie papiez piknie beatyfikuje Kateri Tekakwithe. I choć chyba zoden dokument tego nie potwierdzo, to cosi mi sie widzi, ze przy okazji pyto nowom błogosławionom, coby przybocyła Ponu Bóckowi pamiętnom prośbe sprzed roku. Wkrótce potem – zacyno sie dziać! W Polsce wybuchajom strajki. Dobro stoje do walki z duzo silniejsym złem – zupełnie jak w klasycnym westernie. Potem momy 13 grudnia 1981 rocku i – co tyz jest typowe dlo klasycnego westernu – stoje sie to, co od samego pocątku zdawało sie być nieuniknione, zło wierchuje. Ale dobro nie poddoje sie. Walcy dalej. Ryktuje demonstracje, podcas ftóryk dochodzi do sarpacek z zomowcami, przybocowującyk casem westernowe bitki w saloonie. Pomalućku jednak dobro słabnie. I wyglądo na to, ze w końcu przegro. Kie juz nika nie widać zodnej nadziei – oto na horyzoncie niespodziewanie pojawio sie pieriestrojka, ftóro przybywo z odsiecom nicym westernowo kawaleria. Wkrótce dobro stoje do ostatecnego pojedynku ze złem i… zwycięzo! Na mój dusiu! Piknie zwycięzo! A nas kraj, choć niby na mapie jest cały cas w tym samym miejscu, ruso ku Zachodowi – nicym kowboj ku zachodzącemu słonku w końcówce westernu. THE END.

To, co zacęło dziać sie potem, to juz jakisi inksy film. Ba to, co było u nos w rokak osiemdziesiontyk, to klasycny western, ostomili, klasycny western! I za cyjom sprawom mogło sie to syćko wydarzyć? No za cyjom, jak nie tej indiańskiej błogosławionej z hamerykańskiego Zachodu?

Na mój dusiu! Westernowo święto to idealno święto do walki z potęgom zła. Bo western to western: zło, choćby nie wiadomo jak silne, musi przegrać i ślus.

Teroz, jak wiadomo, nowe zło próbuje sie panosyć. Kryzys gospodarcy! Wyglądo groźnie. Nawet pon Obama z poniom Merkel sie go bojom. No to na co jesce syćka cekajom krucafuks? Trza hyrnom Lilie Mohawków o pomoc popytać i telo. Kie ona pomoze, to mozemy być spokojni, ze co by sie nie zadziało – to syćko skońcy sie scynśliwie. Jak w starym dobrym westernie. Howgh i hau!

22.12.2011
czwartek

Kanapka od Matki Boskiej

22 grudnia 2011, czwartek,

Kany urodził sie Poniezus – to wiecie. Ale cy wiecie, kany mioł sie urodzić? Wcale nie w Betlejem, ostomili, ino… na Podholu. Nie wierzycie? No to powiem wom, jak to było.

Jako Święty Łukas zbocowoł na samym pocątku swojej ewangelii, do starego kapłana Zachariasa przybył roz jarchanioł Gabriel. I pedzioł tak:
- Witojze, ostomiły Zachariasecku! Mom dlo ciebie wiadomość od samego Pona Bócka. Twojo zona Święto Elzbieta urodzi syna, ftóry bedzie sie nazywoł Święty Jan Krzciciel.
- Ostomiły jarchaniele – odrzekł na to Zacharias. – Skąd mom wiedzieć, cy prowde godos? Przecie jo juz jestem barzo stary, mojo zona tyz staro, a zreśtom przez całe swoje zywobycie była bezpłodno. I teroz miałaby syna urodzić?
- Wątpis w słowa, ftóre sam Pon Bócek ci przeze mnie przekazoł! – Jarchanioł straśnie sie oburzył. – W takim rozie za swe niedowiarstwo stracis mowe. I odzyskos jom dopiero wte, kie Święty Jan sie urodzi.

No i bidny Zacharias zaniemówił na najblizse dziewięć miesięcy. A zadowolony z siebie Gabriel pohyboł do nieba. Tamok juz cekoł na niego Pon Bócek. I nie wyglądoł na zakwyconego.

- Coś ty najlepsego zrobił, Gabrielecku! – zawołoł Pon Bócek. – Odebrołeś Zachariasowi głos! A przecie on zaroz po wasym spotkaniu mioł wyjść do tłumu i piknie przemówić! Wyobrazos se, kielo ten bidok musioł sie najeść wstydu, kie ani słowa nie mógł z siebie wydobyć?
- Przepytuje piknie, Ponie Bócku – odpowiedzioł Gabriel. – Ale zezłościł mnie on tym, ze nie uwierzył w twoje słowa. Dlotego postanowiłek przykładnie go ukarać.
- Gabrielecku, ty nie bądź bardziej Ponobóckowy od Pona Bócka! – skarcił jarchanioła Stwórca. – Co ty se myślis? Ze ludziom nie wolno mieć własnego zdania na temat tego, co usłysom? Udzielom ci nagany i wysyłom na obowiązkowy kurs posanowania ludzkiej ślebody. Haj.

No i Gabriel musioł pójść na ten kurs. Próbowoł sie wprowdzie wymigać zwolnieniem lekarskim, ale jako ze w niebie słuzba zdrowia jest barzo scentralizowano i zwolnienia lekarskie wydoje sam Pon Bócek – to nic z tego wymigiwania nie wysło. Jaz pół roku ten kurs trwoł. Ba w końcu Gabriel scynśliwie go zalicył.

Wkrótce potem Pon Bócek mioł dlo jarchanioła kolejne zadanie.
- Posłuchoj no, Gabrielecku – tak pedzioł. – Polecis na ziemie jesce roz. Ale tym rozem nie do Zachariasa, ino do Matki Boskiej. I powies jej, ze urodzi Poniezusa. Powiedz jej tyz, coby udała sie na Podhole, bo najlepiej, coby Syn Bozy urodził sie właśnie tamok.
- Na Podhole? – zdumioł sie Gabriel. – To dlo Matki Boskiej bedzie barzo trudno i barzo niebezpiecno podróz!
- Przy mojej pomocy – barzo łatwo i barzo bezpiecno – odpowiedzioł Pon Bócek.
- Ale cemu Podhole właśnie? – cudowoł jarchanioł.
- Bo tamok som pikne góry – pedzioł Pon Bócek. – To chyba dobrze, ze Zbawiciel urodzi sie pośród piknyk gór?
- Ocywiście ze dobrze – zgodził sie Gabriel. – Ale przecie jest telo piknyk gór duzo blizej Nazaretu!
- Ba na Podholu – odrzekł Pon Bócek – zyje wielu siumnyk i ślebodnyk zbójników. Więc jeśli Herodowi przyjdom do głowy jakiesi zbrodnice plany, to ci zbójnicy nie pozwolom zrobić małemu Poniezuskowi krziwdy! A nasłanym przez Heroda agentom wyryktujom takie lanie, ze temu ancykrystowi roz na wse odefce sie wselkik rzezi niewiniątek.
- Chyba zabocyłeś, Ponie Bócku, o jednej rzecy – stwierdził Gabriel. – Cysorz Oktawian August wkrótce bedzie ryktowoł spis ludności całego Imperium. Jeśli w tym casie Matka Bosko bedzie na Podholu – to jej nie spisom. I Rzymski Urząd Statystycny bedzie mioł błędne dane.
- Marudzis, Gabrielecku. – Pon Bócek zacął juz tracić cierpliwość. – Niek spisom jom na Podholu abo kasi w poblizu. O! Mom juz nawet pomysł! Ta kraina sąsiadująco z Podholem bedzie sie nazywała Spisz. Na pamiątke spisania tamok Matki Boskiej.
- Ale fto niby miołby jom tamok spisać? – nie ustępowoł Gabriel. – Przecie władza Rzymu tamok nie sięgo.
- Jo przemówiłek, causa finita. – Pon Bócek uznoł, ze najwyzso pora uciąć te jałowom dyskusje, bo inacej mogom tak we dwók ukwalować jaz do Bozego Narodzenia. I wte by dopiero było! Święta Bozego Narodzenia przed przyjściem Poniezusa na świat!

A potem, coby mieć juz jednom sprawe z głowy, Pon Bócek wyryktowoł nowom nazwe geograficnom: Spisz. I tak juz pozostało do dzisiok.

Jarchanioł zaś pohyboł na ziemie. Wylądowoł w Nazarecie. Zapukoł do drzwi Matki Boskiej. I po kwili usłysoł, ze ftosi ku tym drzwiom podchodzi.

- Bądź pozdrowiono, Matko Bosko! – zawołoł kie drzwi sie otworzyły i uwidzioł, fto stoi w progu.
- Wy mnie znocie, panocku? – spytała zdumiono Maryja.
- A, racja, nie przedstawiłek sie. – Gabriel, coby nie było wątpliwości, ze on to on, a nie jakisi kolejny akwizytor, wyciągnął z kieseni swojom jarchanielskom legitymacje.
- Na mój dusicku! – zawołała Matka Bosko. – Sam jarchanioł ku mnie przybywo! No to wejdźcie, ostomiły gościu, wejdźcie. Ino u mnie taki bałagan! Jaz sie boje, co Pon Bócek se pomyśli o gaździnie, ftóro przyjmuje niebiańskiego wysłannika w nieposprzątanej chałupie!
- E, nie bójce sie – pedzioł Gabriel. – Ftosi, fto tak jak ty nolozł łaske u Pona Bócka, naprowde nie musi turbować sie takimi drobiazgami jak sprzątanie.

Jarchanioł weseł do środka, rozejrzoł sie wokoło i stwierdził, ze tak w ogóle to wbrew temu, co Matka Bosko godała, w jej mieskaniu był całkiem pikny porządek. Juz więkse bałagany widywoł on u Pona Bócka za piecem!
- No, jest tutok jednak pare zakurzonyk miejsc, ftóre powinnak powycierać – stwierdziła samokrytycnie Matka Bosko.
- Naprowde nimo takiej potrzeby – pedzioł Gabriel. – Zreśtom cięzarno kobieta nie powinna sie przepracowywać.
- Ale jo przecie nie jestem cięzarno – zaśmiała sie Matka Bosko.
- Ba bedzies juz wkrótce! – oznajmił jarchanioł. – Oto pocnies syna, a kie go urodzis, to dos mu na imie Poniezus. I wiedz, ze bedzie on nazwany Synem Najwyzsego i po wse casy bedzie nad syćkimi i syćkim panowoł. To ci godom od samego Pona Bócka. Haj.
- Pockoj, ostomiły jarchaniele, pockoj, bo nie nadązom. – Bidno Matka Bosko! Mało, ze znienacka odwiedził jom niezwykły gość, to teroz jesce zacął zaskakiwać jom jakimisi niesamowitymi informacjami! – Godos, ze jo wkrótce pocne syna? Przecie jo nawet męza jesce nimom! Chociaz… niedowno zauwazyłak, ze oglądo sie za mnom taki jeden młody śwarny cieśla, co to nazywo sie Święty Józef.

Gabriel, kie usłysoł te słowa zwątpienia, juz fcioł sie oburzyć i ukarać Maryje, podobnie jak pół roku wceśniej ukaroł Zachariasa. Fcioł jej odebrać mowe jaz do momentu narodzin Poniezusa. Na scynście w ostatniej kwili przybocył se to, cego sie naucył na niedowno odbytym kursie. Uspokoił sie więc i pedzioł:
- Cóz, z punktu widzenia praw biologii to nie jest mozliwe. Ale dlo Pona Bócka – mozliwe jest syćko! Weźmy choćby twojom krewnom Świętom Elzbiete. Uchodziła za bezpłodnom. A teroz – oto jest juz w sóstym miesiącu!
- Elzbieta w sóstym miesiącu?! – zawołała Matka Bosko. – Na mój dusiu! A niedowno, kie byłak w Jerozolimie, to spotkałak jej męza Zachariasa! I on nic mi o tym nie pedzioł! Zreśtom… w ogóle nie odezwoł sie do mnie ani słowem. Obraził sie na mnie, cy jak?

Na te słowa Gabriel scyrwienił sie cały, bo nasła go obawa, ze zaroz podnie pytanie, cy nie zno on przycyny tego Zachariasowego milcenia.

- Jarchaniele ostomiły! Cemuś sie tak scyrwienił? – zatroskała sie Matka Bosko. – Moze ciśnienie ci podskocyło? Dom ci winka! Wino podobno piknie je obnizo.
- Dziękuje, ale zodnego alkoholu pić nie moge. Jestem przecie na słuzbie. – Gabriel uznoł, ze najlepiej bedzie zmienić temat. – Muse ci pedzieć, ostomiło gaździno, jesce jednom woznom rzec. Muse ci pedzieć, ze… ze… yyy… Co jo właściwie muse?

Na mój dusiu! Bidny jarchanioł tak sie zestresowoł wzmiankom Matki Boskiej o Zachariasu, ze z tego stresu zupełnie zabocył, co mioł jej jesce do przekazania! A mioł przecie pedzieć to, ze Poniezus powinien sie urodzić pośród piknyk gór na Podholu!

- Noo… yyyy… – plątoł sie bidok. – Chyba… zabocyłek… Cosi mi ino chodzi po głowie, ze to miało jakisi związek z górami…
- Z górami… – Matka Bosko zacęła sie zastanawiać. – Moze idzie właśnie o Świętom Elzbiete? Ona przecie miesko w górak! W piknym miastecku Ain Karim! Moze Pon Bócek fce, cobyk jom odwiedziła?
- No… mozliwe, ze tak – wybąkoł skołowany Gabriel, sam juz nie wiedząc, cy to rzecywiście o odwiedzenie Elzbiety sło cy jednak o cosi inksego.

Maryja na to rzekła:
- W takim rozie, jarchaniele ostomiły, powiedz Ponu Bóckowi, ze jestem jego słuzebnicom i niek syćko stonie sie wedle jego słowa. I zaroz rusom ku Świętej Elzbiecie. Niek ino wyryktuje se jakomsi kanapke na te podróz. Moze tobie, jarchaniele, tyz wyryktować? Na powrotnom droge do nieba?

Gabriel uporł sie, ze Matka Bosko nie powinna se robić kłopotu. Z kolei Matka Bosko uparła sie, ze to zoden kłopot, a jej gość nie moze wrócić do nieba głodny. I fto postawił na swoim? Matka Bosko! Ale Gabriel nie załowoł. Bo kie w połowie drogi powrotnej przysiodł se i skostowoł podarowanej mu kanapki, to – na mój dusiu! – piknie mu zasmakowała! Barzo piknie! Jaz od rozu pomyśloł, ze jeśli ostoł sie jesce na ziemi jakisi kawałecek raju, to na pewno musi sie on kryć w kanapkak ryktowanyk przez Najświętsom Gaździne.

- Smakuje kanapecka? – spytoł nagle ftosi, fto znienacka stanął za plecami Gabriela.
- Mniammm! Niebo w gymbie! Dosłownie i w przenośni! – odpowiedział jarchanioł.
- A pedziołeś Matce Boskiej syćko, co miołeś pedzieć? – pytoł dalej ten ftosi.

Teroz dopiero do Gabriela dotarło, ze chyba zno ten głos! Obyrtnął sie za siebie – a tamok stoł sam Pon Bócek.

I… w tej kwilecce Gabriel przybocył se to, co uciekło mu z głowy podcas Zwiastowania.

- Na mój dusicku! – zawołoł. – Zabocyłek pedzieć o Podholu!
- No to ładny z ciebie Janioł Pański! – zagrzmioł Pon Bócek.
- Przepytuje piknie, Ponie Bócku – jęknął Gabriel. – Ale przecie, jak to powiedzom na koniec pewnego hyrnego filmu, ftóry powstonie za prawie dwa tysionce roków – nifto nie jest doskonały.
- No dobrze, wybacom ci – westchnął Pon Bócek. – W końcu jestem miłosiernym Ponem Bóckiem, a nie jakimsi nieprzejednanym fundamentalistom. Ba roboty to mi, Gabrielecku, przysporzyłeś. Oj, przysporzyłeś! Bo skoro Matka Bosko urodzi Poniezusa nie na Podholu, ino w Betlejemie, to teroz muse załatwić jej tamok jakisi nocleg. Jeśli nie w piknej gospodzie, to przynajmniej w stajence. Muse tyz chycić te gwiazde, co to Trzek Króli miała na Podhole zaprowadzić. Trza teroz te gwiazde sformatować i zainstalować jej nowy program – coby prowadziła ku Betlejemowi. No a skoro juz wiadomo, ze podhalańscy zbójnicy nie bedom mogli bronić Poniezusa przed Herodem, to bede jo musioł całej Świętej Rodzinie wyryktować pikne pasporty, coby wpuscono jom do Egiptu, ka mogłaby sie schronić, pokiela Śmierztecka do Heroda nie przyjdzie… Na mój dusiu! Telo rzecy do zrobienia! Telo rzecy!
- To moze jo ci pomoge, Ponie Bócku? – zaproponowoł Gabriel, fcąc sie jakosi zrehabilitować za to, co namiesoł.
- Nieeee! – prociwił sie Pon Bócek. – Ostomiły, Gabrielecku, ty juz mi lepiej w nicym nie pomagoj! Zajmij sie jakimsi nieskodliwym hobby. Na przykład zbieraniem znacków. Ale piknie cie pytom, ty juz sie więcej do historii Nowego Testamentu nie miesoj.

I Pon Bócek siednął załamany koło Gabriela. Zawstydzony Gabriel nawet nie śmioł poźreć Najwyzsemu Bacy w ocy, ino smętnie gapił sie na napocętom kanapke i rozmyśloł o tym, ze taki bejdok jako on wcale nie zasługuje na taki przysmak.
- Doj gryza – popytoł zrezygnowany Pom Bócek.
Gabriel bez słowa oddoł kanapke. Pon Bócek skostowoł i – tak jak przed kwileckom jarchanioł – piknie sie zakwycił! Bo cyz ta kanapka mogła nie smakować piknie? Na mój dusiu! W końcu była ona wyryktowano przez samom Matke Boskom! Pon Bócek odgryzł jesce pare kęsów, a potem zerwoł sie na równe nogi i pocuł, ze mo w sobie telo energii, kielo mioł pare miliardów roków temu, kie ryktowoł cały wsekświat.
- Do roboty! – zawołoł. – Duzo do zrobienia – niekze ta! Dom rade! Wyryktuje barzo pikne Boze Narodzenie!

No i zaroz wziął sie raźno do ryktowania pierwsyk Bozonarodzeniowyk Świąt. Gabriel zaś – posłusnie zajął sie zbieraniem znacków. Dlotego dzisiok jest on patronem filatelistów.

Tak więc teroz juz wiecie, ze te pierwse w dziejak ludzkości Boze Narodzenie nie do końca było takie, jak Pon Bócek zaplanowoł. Ale cy mimo to nie było pikne? No przecie wiadomo, ze było! Było barzo pikne i ślus!

Wom, ostomili, tyz świątecne plany mogom sie cynściowo nie udać: jakosi bombka moze sie potłuc, jakosi potrawa świątecno moze sie źle uwarzyć, pogoda moze nie dopisać… Ale przecie mimo paru nieudanyk rzecy Święta i tak mogom być pikne! I jo ocywiście zyce wom syćkim, coby takie były. Zyce tego Abnegateckowi, Agecce, Alecce i Jerzoreckowi, Alfredzickowi, Alsecce, Amigeckowi, Anecce Chochołowskiej, Anecce Holenderskiej, Anecce Schroniskowej, Anonimowej Celebrytecce, Babecce, Badzieleckowi, Basiecce, BlejkKocickowi, Bobickowi, Borsuckowi, Córecce Komturecka, Emilecce, EMTeSiódemecce, Enzeckowi, Fomeckowi, Gosicce, Grazynecce, Grzesickowi, Helenecce, Heretickowi, Hokeckowi, Hortensjecce, Innocencickowi, Jagusicce, Janickowi, Jarutecce, Jasieckowi Juhasowi, Jerzeckowi, Jędrzejeckowi, Józefickowi, KaeSicce, Kapisonecce, Kiciafecce, Kiniecce, Maackowi, Małgosiecce, Mietecce, Misieckowi, Moguncjuseckowi, Mordechajeckowi, Motyleckowi, Mysecce, Noboru Watayecce, Okonickowi, Olecce, Orecce, Paffeckowi, PAKeckowi, Plumbumecce, Poni Agnieszce, Poni Basi i Ponu Pietrowi wroz z Rudolfem, Poni Dorotecce, Poni Justynie wroz Maćkiem i Michałem, Ponu Jakubowi, Profesoreckowi, Radwickowi, Sebastianickowi, Teodorecce, Teresecce, TesTeqeckowi, Tomeckowi, Tubyleckowi, Ubukruleckowi, Wawelokowi, Yanockowi, Zbyseckowi, Zeeneckowi, syćkim tym, co tego bloga cytajom, ba nie komentujom, syćkim blogowicom z Polityki i spoza Polityki, całej ludzkości i syćkiej zywinie!

Wesołyk Świąt!!! Hau!

17.12.2011
sobota

Jedynkowo sarpacka

17 grudnia 2011, sobota,

W poprzednim wpisie zbocowołek o listopadowym numerze „N.p.m.-u”. No to niekze zboce go jesce roz. Bo zaciekawił mnie tamok artykuł o „Jedynce”. Wiecie, co to takiego ta „Jedynka”? To tako nagroda, podobno barzo prestizowo, przyznawano corocnie przez Polski Związek Alpinizmu najlepsym polskim wspinacom.

W 2007 rocku nagroda ta trafiła do rąk poni Elizy Kubarskiej i pona Davida Kaszlikowskiego. Za co? Za to, ze wytycyli na Grenlandii barzo trudny ślak, nazwany przez nik Golden Lunacy. Jak sami zbocowali, ryktując ten ślak, przepłynęli kajakami przez zdradzieckie wody, spędzili miesiąc na bezludnej wyspie Pam i wdrapali sie po pionowej, wysokiej na półtora kilometra skalnej ścianie.

Para alpinistów pewnie barzo uciesyła sie z tej „Jedynki”, no i wyglądało na to, ze syćko jest piknie. Ba minęły dwa roki. Poni Kubarska i pon Kaszlikowski znów pojechali na Grenlandie. Towarzysyła im tym rozem dwójka przyjaciół: poni Joanna Onoszko i pon Zbigniew Krośkiewicz. Celem wyprawy było sfilmowanie paru miejsc, coby uzyskać materiał do filmu dokumentalnego o nagrodzonym tom „Jedynkom” wycynie. Ba cosi niedobrego sie tamok kruca zadziało. Co? Nie barzo wiadomo. W kozdym rozie przyjaciele zacęli sie wadzić i… przestali być przyjaciółmi.

Minęło jesce kapecke casu. I oto w ostatnie wakacje w Znaku ukazała sie ksiązka poni Onoszko pod tytułem Sekretne życie motyli. Jej bohaterowie, Liza i Stefan, to para podrózników, ftórym tak straśnie zalezy na sławie, ze bez zodnyk zahamowań wyolbrzymiajom trudności, na jakie natrafiali podcas swyk wypraw. Niewozno jest dlo nik prowda, wozne jest bycie medialnom gwiazdom. Teoretycnie ta ksiązka to zwykło powieść, a jej bohaterowie som fikcyjni. Ba w środowisku alpinistycnym od rozu syćka zawołali: O, Jezusicku! Przecie to od rozu widać, co autorka miała na myśli! Ta Liza i Stefan to tak naprowde poni Kubarska i pon Kaszlikowski! Bajako!

Dwoje wyzej wymienionyk wartko pohybało do sądu. W sierpniu sąd zakazoł rozpowsechniania ksiązecki, pokiela nie zapodnie prawomocny wyrok. Tak więc przeglądając ostatnio strony internetowe Znaku – w ogóle tej publikacji nie nolozłek. Na stronak Merlina – widnieje ona jako niedostępno. Choć mozliwe, ze majom tego w magazynak pod dostatkiem, ino z powodu sądowej decyzji ksiązka stała sie tak samo sekretno jak to zycie motyli. Haj.

A co o tej całej aferze rzekli inksi alpiniści? Pocątkowo więksość z nik stanęła po stronie laureatów „Jedynki”. Uznali ksiązke za jednom wielkom plugawom zbieranine sakramenckik oscerstw. Ba potem – coroz więcej ludzi z tego środowiska zacęło sie dokładniej tej całej historii przyglądać. No i zacęły sie rodzić wątpliwości. A do grona wątpiącyk dołącył między inksymi hyrny himalaista pon Krzysztof Wielicki i… sama kapituła „Jedynki”. 21 września, po ponownym zbadaniu sprawy i po serii przesłuchań w siedzibie Polskiego Związku Alpinizmu, kapituła odebrała parze podrózników te nagrode. Choć zastrzegła przy tym, ze nie posiada dowodów, aby autorzy Golden Lunacy dopuścili się oszustwa. Istnieją jednak rozliczne znaki zapytania. Następnie cało kapituła piknie podała sie do dymisji. Haj.

Co na to syćko poni Kubarska i pon Kaszlikowski? Oni pedzieli tak: Przyznajemy się do jednego błędu. W relacji dla magazynu „Góry” napisaliśmy, że ściana miała 1500 metrów. Rzeczywiście, przesadziliśmy i po raz kolejny za to przepraszamy. Ale reszta argumentów to bezpodstawne zarzuty wobec nas. „Jedynkę” sami oddaliśmy. A kapituła tej nagrody to grono niekompetentnych i zawistnych ludzi.*

No i sie porobiło krucafuks! Teroz jedni oskarzajom poniom Kubarskom i pona Kaszlikowskiego, drudzy – oskarzajom oskarzycieli tej pary. Słowno sarpacka w tej sprawie dzieje sie wśród alpinistycnej braci cały cas, a kie sie skońcy – nie wiadomo. Fto fce, ten jej przebieg moze śledzić choćby na tym forumie .

A jako jest prowda? „Jedynka” nalezała sie tej poni i temu ponu cy sie nie nalezała? Krucafuks – nie wiem. Wiem za to, jaki jest morał z całej tej historii: lepiej zdobywać góry po prostu dlotego, ze som piknie niz dlo jakiesik „Jedynek” i tym podobnyk bździnek. Hau!

* Afera Kubarskiej i Kaszlikowskiego, „N.p.m. – magazyn turystyki górskiej” 2011, nr 11 (128), s. 8.

13.12.2011
wtorek

Pozytki ze śpiącyk rycerzy

13 grudnia 2011, wtorek,

Fto mo ochote odwiedzić Wisłe, rodzinne miasto nasego Adasia Małysza, ten moze dojechać tamok na przykład przez Ustroń, co to od północy z tom Wisłom sąsiaduje. A kie bedziecie przez ten Ustroń przejezdali, to sami uwidzicie, jakie pikne zielone wiersycki sie nad nim wznosom. Jeden z tyk wiersycków nazywo sie Czantoria i przechodzi przezeń polsko-czesko granica. A zgadnijcie, co sie w środku tej Czantorii nojduje? Jo potela myślołek, ze to samo, co w kozdej inksej beskidzkiej górze, cyli na przykład flisz karpacki. Jaz wpodł mi w łapy listopadowy numer „N.p.m.-u”. Zacąłek go przeglądać, jaze wycytołek tamok, ze w środku Czantorii som… śpiący rycerze!* Bajako! Ino pocątkowo nawet okolicni mieskańcy o tym nie wiedzieli. W końcu jednak cało rzec wysła na jaw za sprawom pewnego kowala z Nydka (Nydek to wioska po czeskiej stronie Czantorii). Roz przybył do tego kowala tajemnicy rycerz na piknym rumaku. I pedzioł, ze potrzebuje trzystu podków, po ftóre zgłosi sie za trzy dni. Krucafuks! Trza było zatem ryktować sto podków dziennie! Nie znom sie na kowalskiej robocie, więc nie wiem, cy to jest łatwe zadanie cy nie, ale podejrzewom, ze niełatwe. Ba cóz – klient nas pon. Moze ten kowal zastosowoł TesTeqeckowom metode GTD, a moze jakomsi inksom, w kozdym rozie z realizacjom zamówienia piknie wyrobił sie na cas.

Po trzek dniak rycerz – tak jak zapowiedzioł – przyjechoł po odbiór podków. Heeej! Barzo sie uciesył, kie uwidzioł, ze som one gotowe! Załadowoł je na konia, a potem polecił kowalowi, coby wroz z nim udoł sie ku Czantorii. Jako juz godołek, klient nas pon, więc kowal rycerza posłuchoł. No i rusyli rozem w droge. Dotarli do jakiegosi otworu w skale. Wesli doń, przecisnęli sie przez skalny korytorz i… wysli na dziedziniec wielkiego zamku!

- Na mój dusiu! – zdumioł sie kowal. – Kany jo jestem?
- To tajemnica wojskowo – odpowiedzioł rycerz. – Chociaz… właściwie moge jom wom zdradzić, bo i tak zodno ciura nos tutok nie nojdzie. Jesteście, panocku, na zamku zamieskałym przez trzystu siumnyk rycerzy. Na rozie rycerze ci śpiom. Ale kie Śląsk nojdzie sie w niebezpieceństwie – to oni syćka zaroz sie pobudzom i wyrusom na pomoc. Haj. Ino tak se pomyślołek, ze coby ta pomoc była skutecniejso, to nasym koniom przydałyby sie porządne podkowy. Dlotego piknie wos, panocku, pytom, cobyście te konie podkuli.

No i kowal wziął sie do roboty. Cały rok upłynął, zanim podkuł syćkie konie. Ale wreście robote skońcył i wte dostoł od tajemnicego rycerza worek z zapłatom. Co było w worku? Tego kowal nie wiedzioł. Ale obawioł sie, ze niewiele, bo worek był straśnie lekki. Ba cóz… spróbujcie pedzieć takiemu uzbrojonemu po zęby osiłkowi, ze wos osukoł! Bidny kowal woloł nie ryzykować. Pociągnął ino smętnie nosem, wziął ten worek i opuścił zamek. Po kwilecce obyrtnął sie za siebie, a wte… okazało sie, ze zamek zniknął! Ino Czantoria piknie sie ku niebu wznosiła.

Kowal wrócił do chałupy. To, co mioł w worku, postanowił wysypać na stół. Myśloł, ze wysypywanie zajmie mu ino krótkom kwilecke. A tymcasem… o, krucafuks! Sypoł i sypoł! Złotymi i srebrnymi monetami! Godom wom – choćbyście setke bankomatów obrabowali, to i tak nie uzbierolibyście telo dutków, kielo wyleciało z tego worka. Haj.

I tak oto przygoda kowala zakońcyła sie piknym hepi-endem. A rycerze? Cóz, śpiom se dalej w środku Czantorii. Ale jak ino Śląsk nojdzie sie w niebezpieceństwie – to zaroz wstanom i na pomoc wyrusom. Bajako.

Wom, ostomili, pewnie tak jak i mi, ta cało opowieść skojarzyła sie z legendom o śpiącyk rycerzak w Tatrak? No ale to dobrze wiedzieć, ze tacy rycerze nie ino w Tatrak som, ale w Beskidzie Śląskim tyz. I fto wie? Moze takze w Wielkopolsce? I na Mazowsu? I na Pomorzu? I w róznyk inksyk regionak? Jeśli fcecie, to mozecie nawet wyjść do pola i przyłozyć ucho do ziemi, coby sprawdzić, cy ze środka jakiesi zbiorowe chrapanie nie dochodzi.

Dobrze by było, kieby sie okazało, ze tyk rycerskik podziemnyk dormitoriumów jest więcej, niz sie syćkim potela wydawało. Bo jakiesi niebezpieceństwo wse nom moze zagrozić. Jakie? Wojna – na scynście chyba nie. Smoki chyba tyz nie – zreśtom z jednym smokiem z Krakowa zyjemy przecie tutok w piknej przyjaźni. Natomiast kryzys gospodarcy – to niestety jest właśnie ante portkas.** Na rozie moze jesce rycerze-zbawcy budzić sie nie musom (mom zreśtom nadzieje, ze nie bedom musieli). Ale tak na wselki wypadek – niek bedom w pogotowiu, coby poratowali nos syćkik w rozie potrzeby. Bo jo ocywiście nie wątpie, ze oni znajom sie nie ino na wojowaniu, ale na ekonomii tyz. Hau!

P.S. Pikne podziękowania dlo Grazynecki z Ustronia! Bo w „N.p.m-ie” ta legenda o rycerzak w Czantorii była przedstawiono w barzo wielkim skrócie. Grazynecka natomiast przysłała mi dokładniejsom wersje. I jo te wersje właśnie – ocywiście po owcarkowemu – tutok wom przekazołek.

* R. Jędrzejczyk, Śpiący rycerze bronią Czantorii, „N.p.m. – magazyn turystyki górskiej” 2011, nr 11 (128), s. 51-52.
** Dobrze pedziołek: „ante portkas”, nie „ante portas”. W końcu kie pon Hannibal seł na Wiecne Miasto, to chyba zodnyk portów w tamtyk okolicak nie napotkoł? Natomiast na portki, choćby schnące po praniu na słonku, mógł sie kasi nieopodal Rzymu natknąć.