14.05.2016
sobota

Pikny powód do dumy

14 maja 2016, sobota,

Jakisi cas temu godołek tutok w Owcarkówce, ze cytom ksiązke pona Wajraka o wilkak. No i – juz przecytołek. Na mój dusiu! Fciołbyk pedzieć, ze ksiązka jest barzo pikno. Ale powiem tak: owsem, jest pikno, ba nie do końca. Jednak to „nie do końca” w zodnym wypadku nie jest winom autora! To jest, ostomili, wina ludzi, przez ftóryk wilki furt ginom od karabinowyk kul abo jesce gorzej – od wnyków. Pon Wajrak zaś… cóz… musioł o tyk niewesołyk rzecak opowiedzieć, bo inacej jego ksiązka byłaby po prostu wybrakowano.

Krucafuks! Precki z polowackami na ślebodne wilki! Wiadomo wprowdzie, ze casem som to niezłe beskurcyje, bo na owiecki mojego bacy dybiom, ale – jak wiecie choćby z mojego bloga – jest to problem, ze ftórym jo i moi owcarkowi kompani doskonale se radzimy. Ludzko „pomoc” nie jest nom tutok ani kapecke potrzebno. Zreśtom sam pon Wajrak pado, ze choć więksość psów cuje przed swoimi dzikimi krewniakami wielkiego stracha, to som wyjątki, takie jak owczarki podhalańskie, które pilnują owiec i nie boją się wilków. Pewien baca w Bieszczadach opowiadał mi, że owczarki potrafią znakomicie bronić owiec, bo wilki zwykle uciekają na widok wielkiej białej ujadającej bestii. A żeby naprawdę mieć z wilkami spokój, trzeba mieć przynajmniej kilka takich psów. Bo jeśli jest tylko jeden, to część wilczej watahy odciąga go od owiec, a druga część je porywa. Gdy zaś owczarków jest kilka i są od maleńkości zżyte z owcami, wilki nie mają szans.* Piknie napisane! Jo i moi kompani – Dunaj, Harnaś i Modyń – piknie dziękujemy ponu autorowi za te słowa uznania dlo nos! Haj.

Ba to syćko nie zmienio faktu, ze cało naso cwórka piknie wilki sanuje. Walcymy z nimi – ale je sanujemy. A co więksość Europejcyków o nik myśli? Ano to, ze som one krwiozercymi potworami, ftóre nie robiom nic inksego, jak ino furt sukajom jakiegosi Cyrwonego Kapturka i jego babci, coby je obie zjeść. Tymcasem prowda jest tako, ze jeśli jakikolwiek Cyrwony Kapturek spotko w lesie choćby i całom watahe, to zanim zdązy pomyśleć „O, Jezusicku!” – wilki ucieknom. Ucieknom wartko, bo tak straśnie bojom sie cłowieka, ze nawet w kupie nie odwazom sie go zaatakować. Zreśtom zwykły cłek nimo prawie zodnyk sans na spotkanie z tymi drapieznikami. One wolom schodzić wom, ludziom, z drogi, zanim je zauwazycie. Więkse sanse mo tutok doświadcony tropiciel – ale i on musi sie nieźle natrudzić, zanim uwidzi nie ino wilce ślady, ale tyz tyk, co te ślady ryktujom. Haj.

Od starodownyk casów wilki bezlitośnie tępiono. A skutek tego tępienia jest taki, ze na zachód od Polski prawie juz ik nimo. Bocycie pewnie jak Anecka niedowno godała, jako wielko sensacja była w całej Holandii, bo po roz pierwsy od wielu, wielu roków uwidziano w tym kraju wilka. Bajako.

Kapecke tej zywiny zyje na Półwyspie Skandynawskim. Ale w porównaniu z Polskom – naprowde ino kapecke. Mimo to – ci potomkowie walecnyk Wikingów trzynsom sie przed nimi jak jakosi galaretka. Najgorzej jest podobno w Norwegii. Gdy byłem tam w 2008 roku – zbocowuje pon Wajrak – rząd, aby uspokoić ogarniętą strachem opinię publiczną, zaplanował wielkie polowanie na wilki. A żyło ich wówczas w tym […] kraju około 30. Zapytałem norweskiego ministra środowiska Erika Solheima, czy urządzanie odstrzału przy tak niewielkiej liczbie zwierząt nie jest wielkim błędem, a wręcz absurdem. Odpalił, że my w Europie nie mamy pojęcia, co to znaczy żyć wśród dzikich zwierząt. Na moment mnie zatkało, ale po chwili złośliwie poinformowałem ministra, że owszem, wiemy, bo w promieniu 20 kilometrów od mojego domu żyje tyle wilków co w całej Norwegii.**

Haha! Pon Wajrak nie napisoł, co na te słowa pedzioł pon minister, ale podejrzewom, ze nic, bo dolno scęka opadła mu pewnie jaz do samej ziemi, przez co bidok nic juz nie mógł godać, ino wartko musioł hybać do śpitala, coby przywrócili mu kufe do stanu uzywalności. Haj.

No a jak to jest z nasymi polskimi wilkami? W sumie – całkiem nieźle. A w porównaniu z inksymi krajami – barzo piknie! Wprowdzie u nos jesce w casak PRL-u mozno było na nie bezkarnie polować. A państwo nawet wypłacało nagrody za ik zastrzelenie! Ba od casów gierkowskik – pomalućku, pomalućku prawo w tej materii zacęło sie przeinacać na korzyść wilków. Po upadku komunizmu zaś – było jesce lepiej! Jaz w rocku 1998 całkowicie zakazano polowań na te zywine. Pon Wajrak nimo wątpliwości, ze to zasługa prężnie działających organizacji chroniących przyrodę, ale też nastrojów społecznych. – Pamiętam, że w uzasadnieniu do rozporządzenia obejmującego wilki ochroną w pierwszych zdaniach było napisane, że dzieje się tak również z woli społeczeństwa, które domaga się jego ochrony – opowiadał mi niedawno miłośnik wilków prof. Andrzej Bereszyński. Coś w tym jest. Sympatia była wtedy i myślę, że wciąż jest całkowicie po stronie wilków, które są symbolem niezależności i nieokiełznanej wolności, a nie po stronie uzbrojonych w sztucery i często powiązanych z władzą panów w niby-tyrolskich kapeluszach.***

Na mój dusicku! Jeśli tak właśnie jest – to momy tutok pikny powód do dumy! Pikniejsy niz wiele inksyk. No bo z cego Polacy som dumni? Ano… jeśli wierzyć temu sondazowi , to przede syćkim z gościnności, patriotyzmu i polskiej kuchni. Ba kie idzie o gościnność, to jo wcale nie jestem taki pewien, cy wierchujemy tutok nad inksymi narodami. Z tego, co gwarzom rózni bywali w świecie ludzie, wyniko, ze… hmm… niekoniecnie. A patriotyzm? Krucafuks! Po pierwse to niestety niekany jest więcej nacjonalizmu i ksenofobii niz patriotyzmu. A po drugie, bocujmy o jednej z polskik cech narodowyk – zamiłowaniu do kombinowania. Przecie to nase polskie kombinowanie barzo cynsto dzieje sie ze skodom dlo kraju! Mniejsom lub więksom. Więc skoro wielu Polaków barzo lubi skodzić krajowi, to kany ten patriotyzm? Z kolei kuchnia polsko – owsem, bywo pikno. Ba cało bida w tym, ze coby w kuchni wyryktować jakomsi potrawe, to najpierw w jakimsi sklepie trza kupić pikne składniki (no, nieftórzy sami se je ryktujom, ale ino nieftórzy). A w sklepie spozywcym, w dzisiejsyk casak, wcale nie tak łatwo o składniki, ftóre nie miałyby w sobie ani gumy guar, ani oleju palmowego, ani antybiotyków, ani benzoesanu sodu, ani jakisik sakramenckik polepsacy, ftóre tak naprowde powinny nazywać sie pogarsacami. Straśnie duzo jest tego plugastwa w tym sklepowym jedzonku. Oj, straśnie! I dlotego właśnie choć nadal mozno o polskiej kuchni pedzieć wiele dobrego, to niestety nie to, ze jest ona tak samo pikno jak drzewiej.

Tak więc widzicie, ostomili, niby som powody do dumy, ba kie pośpekulować nad nimi kapecke – to zaroz ryktujom sie wątpliwości: cy rzecywiście jest sie cym kwolić? Kie jednak idzie o podejście Polaków do wilków – to owsem, jest! Kwolmy sie zatem piknie! Kwolmy sie, ze więksość z nos jest przeciwno wybijaniu tej dzikiej i ślebodnej zywiny. Ze w walce myśliwyk z wilkami piknie kibicujemy tym drugim! I ze jednom z najbardziej porusającyk nos piosnek jest Obława pona Kaczmarskiego. Niek zyjom sympatycy wilków! Cyli – niek zyjemy my! Hau!

P.S.1. A wiecie, co jesce w tej ksiązce wycytołek? Ze kieby ftosi spotkoł w lesie wilka i fcioł zrobić mu zdjęcie, to powinien wartko zasłonić swojom kufe aparatem fotograficnym. Cemu? Bo – jak wyjaśnio pon Wajrak – ludzka twarz to jest to, czego zwierzęta najbardziej się boją i co najlepiej widać w lesie.**** Przy okazji wyjaśnio sie, cemu wilki nie cytajom blogów Polityki – bo w kozdym z tyk blogów widać twarz autora. Mojego tez nie cytajom, bo owcarków – jako juz wiecie – tyz sie bojom. Tak więc jesce jedno dobro rada: jeśli fcecie ryktować bloga cytanego przez wilki – nie umiescojcie tamok swoik zdjęć!

P.S.2. I jesce jednom ciekawom rzec tamok wycytołek. O ponu profesorze Shipmanie z Pensylwanii. Ale… to juz jest racej temat na osobny wpis.

P.S.3. Piknie przybocowuje, ze w najblizsom środe, 18 maja, bedom urodziny PonioBlejkKocickowe, Heleneckowe i Misieckowe. No to zdrowie Poni BlejkKocikowej, Helenecki i Misiecka! :)

P.S.4. A następnego dnia, 19 maja, to na Niebieskiej Holi bedzie pewnie pikne przyjęcie, pełne piknyk smakołyków. Bo jo nie wierze, coby Pon Pieter, mający w tym dniu swoje urodziny, nie wyryktowoł na takom okazje cegosi specjalnego. Ale my, tutok na ziemi, tyz wte wypijmy piknie zdrowie Pona Pietra! :)

P.S.5. A 25 maja – kolejne pikne urodziny, Margeckowe tym rozem. No to zdrowie Margecki! :)

P.S.6. I… z urodzin przerzucomy sie na imieniny. 26 maja bedom imieniny nasej Plumbumecki. No to nie próznujemy w tym dniu, ino zdrowie Plumbumecki pijemy piknie! :)

P.S.7. 29 maja z kolei – Mageckowe imieniny obchodzimy. Piknie obchodzimy i piknie pijemy zdrowie Magecki! :)

P.S.8. A maj końcymy piknym świętowaniem Mieteckowyk imienin. Ostomili, zdrowie Mietecki! :)

* A. Wajrak, Wilki. Agora, Warszawa 2015, s. 166.
** Ibidem, s. 70.
*** Ibidem, s. 123.
**** Ibidem, s. 258.

4.05.2016
środa

Wiekomierz

4 maja 2016, środa,

Najmłodsy syn mojego bacy i mojej gaździny spędził długi weekend w mojej wsi. A w jeden z tyk długoweekendowyk dni przybył na nasom hole, coby uwidzieć sie z ojcem. Długo był tutok? Ano… pare godzin. I cały ten cas spędził na godaniu z bacom i juhasami. O cym godoł? A, na przikład o tym, ze był niedowno na takiej jednej konferencji, ka wystąpił między inksymi jakisi pon z Microsoftu. Z tego, co zrozumiołek, głównym tematem wystąpienia owego pona była pogoda. A dokładniej: chmury. A jesce dokładniej: chmury, ftóre ryktuje teroz Microsfot. Dziwi wos to, ze ta firma wzięła sie za ryktowanie takik rzecy? Mnie – ani kapecke. Bo chmury to w końcu nic inksego, jak cosi, co furt widuje sie zawiesone nad ziemiom. A produkty Microsoftu przecie słynom z tego, ze barzo lubiom sie zawiesać. Haj.

Ba opróc chmur ten pon godoł o jesce jednej rzecy – ze Microsoft wyryktowoł takom strone o adresie how-old.net. Na te strone mozno piknie wrzucić dowolne zdjęcie, a wte specjalny microsoftowy program przeanalizuje je i powie, kielo roków majom syćkie widniejące na fotce osoby. Cyli jest to taki elektronicny wiekomierz, mozno pedzieć.

Pon z Microsoftu zapewnioł, ze ten program naprowde barzo trafnie odgoduje wiek, bez względu na to, cy dostonie do analizy twarz maluśkiego dzieciacka cy ccigodnego matuzala. Na mój dusiu! Kie o tym usłysołek, to od rozu postanowiłek piknie te rzec wypróbować! Z wiecora, kie zoden juhas nie poziroł, dorwołek sie do laptopa. No i wesłek na to how-old. Na pocątek wrzuciłek zdjęcie pona Kopiczyńskiego. Bo tutok sprawa widziała mi sie najbardziej ocywistom – wiekomierz powinien ocenić sfotografowanom osobe na równo 40 roków. No i…? Na kielo ocenił? Ano… na 37. Cy mozno pedzieć, ze to pomyłka w granicak dopuscalnego błędu? Na rozie postanowiłek nie zastanawiać sie nad tym, ino próbować dalej. Wrzuciłek te oto fotke Flipa i Flapa. I wiekomierz pedzioł, ze pon Flap mo 58 roków, zaś pon Flip – o, Jezusicku – ino 5! Cyli przedskolak! No… trza jednak bocyć, ze pon Flip i pon Flap byli specjalistami od śpasowania. Moze więc ten program wcale nie jest głupi, ino wiedząc, ze to komicy, postanowił dostosować sie do okolicności i tyz zaśpasować?

Cóz, postanowiłek dokonać trzeciej próby. Wrzuciłek do wiekomierza swoje własne zdjęcie.

how old is owcarek

I co ten program zrobił? O, krucafuks! Sietniok jeden! Napisoł mi: Couldn’t detect any faces, cyli: Nie mozno tutok noleźć zodnej kufy. Na mój dusiu! Jak to nie mozno? Widzicie mojom kufe na zdjęciu powyzej? No przecie, ze widzicie. No to jak to mozliwe, ze Microsoft, ftóry podobno zatrudnio mędroli z całego świata, nie moze jej noleźć? Eh! Najwyraźniej ten wiekomierz wcale nie jest jaz tak dobry. Ba zanim powiem, ze jest zupełnie do rzyci, to dom mu jesce jednom sanse. Moi ostomili, moze wy spróbujecie wrzucić tamok swoje fotki? Jak wrzucicie, to uwidzicie, kielo według tego ustrojstwa mocie roków. Jeśli oceni wos na mniej, niz mocie w rzecywistości – to w porządku. Ba jeśli na więcej – to bedzie znacyło, ze ten program jest po prostu beznadziejny. Bo jo nimom najmniejsyk wątpliwości, ze syćka odwiedzający Owcarkówke wyglądajom barzo młodo. Syćka bez wyjątku! Hau!

16.04.2016
sobota

Puenta bedzie za trzy roki

16 kwietnia 2016, sobota,

Wcora mojo gaździna robiła zakupy w nasym wiejskim sklepiku. A ten sklepik to nalezy do Felka znad młaki, co to jest u nos najbogatsy. No i kie gaździna tamok wesła, to zastała w środku paru inksyk mieskańców wsi, zajętyk bardziej plotkowaniem niz kupowaniem (i nimo w tym nic dziwnego, ostomili, bo w wielu góralskik sklepak miejscowi sprawiajom wrazenie, jakby przysli tamok głównie po to, coby se pogodać, a nie po to, coby cosi kupić). Nagle… przed wejście zajechoł wielki pikny motocykl marki Yamaha. Siedzioł na nim chłop ubrany w corny kapelus, cornom kurtke, cornom kosule i corne portki. Jego ocy zasłaniała corno maska. Na mój dusiu! Zorro na motorze! Ba zaroz miało sie okazać, ze nie jest on tak ślachetny jak jego disnejowski pierwowzór. Bo ten – jak ino zlozł z tego motora i weseł do sklepu, to zza poły kurtki wyciągł… straśnego pistolca! Wystrzelił w sufit, a potem zawołoł:
– To jest napad! Syćka ręce do góry! I pod ściane!

Przerazeni ludziska posłusnie podnieśli ręce do wierchu. Ino mojo gaździna śmiało rusyła ku chłopu, fcąc ściągnąć mu te maske z kufy, ba po kwili machła rękom i ustawiła sie pod ścianom wroz z inksymi. Cały cas jednak dziwnie sie uśmiechała. Sklepowo tyz fciała póść pod ściane, ale zamaskowany chłop zawołoł ku niej:
– Ty stój! Otwieroj kase i wyciągoj z niej dutki. Syćkie!

I cóz bidno sklepowo miała zrobić? Wyciągła na wierch cały dzisiejsy utarg i wręcyła bandziorowi. Ten zaś poupychoł dutki w kieseniak i pedzioł:
– A teroz… syćka mocie stanąć kufami do ściany i licyć do pięciu tysięcy. Pokiela nie skońcycie licyć, nie wolno wom ani rusać sie z miejsca, ani nika dzwonić. Fto mnie nie posłucho – zginie! Zrozumiano?
– Zrozumiano – odpowiedziała mojo gaździna gaździna ze śmiechem, a cało reśta – z wielkim przejęciem.

Rabuś wybiegł ze sklepu, hipnął na swój motor, włącył silnik i z prędkościom dwukrotnie więksom, niz to jest dozwolone w terenie zabudowanym, odjechoł w strone Dunajca. Syćka ludzie w sklepie zaś, zwróceni kufami do ściany, zacęli licyć do pięciu tysięcy. Syćka – z wyjątkiem mojej gaździny, ftóro od rozu rusyła do pola.

– Ej! Krzesno! – zawołali ludzie. – Juz skońcyliście licyć?
– Jo juz sie w swoim zywobyciu nalicyłak wystarcająco – odpowiedziała gaździna.
– Lepiej uwazojcie! To moze być barzo niebezpiecny przestępca! I nawet jeśli nimo go juz w sklepie, to moze być kasi w poblizu.
– To stójcie tutok dalej i liccie se do tyk pięciu tysięcy. A nawet do dziesięciu, jak mocie ochote – oześmiała sie gaździna i se posła. Kany? Ano do Felkowej chałupy. Felek wpuścił jom do środka, przywitoł sie, a następnie spytoł:
– Co wos, krzesno, sprowadzo ku mnie?
– Ano – pedziała gaździna – fciałak sie dowiedzieć, po co napodłeś na swój własny sklep?
– Co takiego?! – Felek wyglądoł na zupełnie zaskoconego. A przynajmniej staroł sie na takiego wyglądać. – Był napad na mój sklep? O, Jezusicku! Trza zawiadomić policje!
– Hehehe! Przestoń, Feluś, udawać – zaśmiała sie gaździna. – Napastnik był twojego wzrostu, mioł twojom sylwetke, porusoł sie jak ty i godoł twoim głosem. I fces mi wmówić, ze to nie byłeś ty?
– Pewnie ze nie jo! – zapieroł sie Felek. – Niby cemu miołbyk napadać na samego siebie?
– Tego właśnie fciałak sie dowiedzieć – pedziała gaździna.
– Musiołbyk być chyba wariotem, coby robić takie rzecy – obrusył sie Felek. – A zapewniom wos, ze nie jestem.
Gaździna zachichotała.
– Cóz… – rzekła. – Skoro godos, ze to nie ty – to znacy, ze nie ty. Ale w takim razie jo juz se póde, bo muse odsukać tego rabusia. Kie wybiegoł ze sklepu, to z kieseni wypodł mu dwuzłotowy pieniązek. Fce więc chłopa odnoleźć, coby mu tego pieniązka oddać.

I gaździna rusyła ku wyjściu. Ba Felek hipnął nagle ku niej, chycił jom za ramie i zawołoł:
– Ej, krzesno! Oddawojcie mi moje dwa złote!
Gaździna znów zachichotała.
– Jak to: twoje? – spytała. – Przecie one nie som twoje, ino tego chłopa, ftóry napodł na twój sklep.
– Nooo… yyy… – Felek zacął sie jąkać. – A, niekze ta. Przyznoje. To jo napodłek. Mozecie juz mi te dwa złote oddać?

Gaździna wyciągła portmonetke, pogrzebała w niej, wyjęła dwuzłotowom monete i podała Felkowi. Felek skwapliwie te monete chycił i schowoł w kieseni.
– No to jak? – spytała. – Wytłumacys mi wreście, po coś wyryktowoł te hece z napadem?
– No bo – pedzioł Felek – teroz bedzie śledztwo. I mom nadzieje, ze ono piknie wykoze, fto tego rabunku dokonoł.
– Ze co? – zdumiała sie gaździna. – Chyba fciołeś pedzieć, ze mos nadzieje, ze śledztwo nicego nie wykoze?
– Pedziołek to, co fciołek pedzieć – upieroł sie Felek. – Fce, coby wysło na jaw, ze to byłek jo.
– O, Jezusicku! Przecie mozes póść za to do hereśtu!
– Hereśt hereśtem, ale najwozniejse, coby wybuchł skandal.
– Skandal? Na mój dusiu! A do cego potrzebny ci skandal?
– Oj, krzesno, krzesno – Felek pokiwoł głowom z politowaniem. – Godajom we wsi, zeście mądry cłek, ale na biznesie to jo widze, ze wy sie zupełnie nie znocie.

Po tyk słowak Felek wyciągł tableta, włącył internet, a potem pokazoł gaździnie artykuł opublikowany przez portal kopalniawiedzy.pl. A w tym artykule napisali tak:

Naukowcy z University of Sussex doszli do wniosku, że skandale, w które zamieszani są szefowie wielkich firm często… przynoszą firmom korzyści. Okazało się bowiem, że po pierwszym zawahaniu cen akcji firmy, dochodzi do korekty i cena często wzrasta do poziomu wyższego niż w firmach, w których nie było skandalu. […] Naukowcy z Sussex przyjrzeli się 80 skandalom w amerykańskich korporacjach z lat 1993-2011, w które zamieszani byli CEO* firm. Okazało się, że w ciągu miesiąca od ujawnienia skandalu cena akcji firmy spadała od 6,5 do 9,5 procent. Na jednym skandalu posiadacze akcji tych firm tracili średnio 1,9 miliarda dolarów. Jednak sytuacja taka nie trwała wiecznie. Trzy lata po skandalu […] papiery firmy sprawowały się na giełdzie równie dobrze jak konkurencji, w której nie wybuchł żaden skandal. Co więcej, w przypadku każdej z tych firm kilka lat po skandalu cena papierów była wyższa niż firm, których szefostwo nie dokonało żadnych bulwersujących czynów.

– Felek – rzekła gaździna, kie to przecytała – cy tobie idzie o to, ze kie ozejdzie sie hyr, ześ obrabowoł własny sklep, to najpierw bedzie on przynosił straty, ale za trzy roki te straty przeinacom sie w pikne zyski?
– No! Wreście zacynocie rozumieć – uciesył sie Felek. – Ten sklepik – to ino eksperyment. Jeśli okaze sie, ze jo za te trzy roki faktycnie bede mioł z tego sklepiku piknie zyski, to podobnie zrobie z pozostałymi swoimi firmami. W kozdej z nik wyryktuje jo jakisi pikny skandal, odcekom trzy roki i… Heeeej! Ale bedzie piknie! Dutków przybędzie mi co niemiara!
– Wies co, Felek? – pedziała gaździna. – Jo juz muse lecieć do chałupy.
– Juz idziecie? – spytoł Felek. – A jo nicym wos nie pocęstowołek. Moze chociaz socku pomarańcowego byście sie napili?
– Nie, muse juz iść – pedziała gaździna. – Przybocyłak se, ze ostawiłak na ogniu gotującom sie zupe.

I pośpiesnie wybiegła do pola. Cemu tak nagle postanowiła wyjść? Cy dlotego, ze wiedziała, ze jak Felek dobrowolnie cęstuje sockiem, to znacy, ze ten socek musi być przeterminowany? Nie, wcale nie dlatego. Ona uciekła, bo dłuzej juz nie była w stanie powstrzymać sie od sakramenckiego śmiechu. Jak ino oddaliła sie od Felkowej chałupy o pare kroków, to dostała takik chichotek, ze jaze sie od nik spłakała.
– Hahaha! Haha! Haha! – zaśmiewała sie. – To fudament jeden! Ale wymyślił! Hahahahahaha! Na mój dusiu! Worce było poświęcić te dwa złote, coby sie dowiedzieć, co temu ancymonowi strzeliło do łba! Hahaha! O, Jezusicku! Hahaha! Haha!

Felek w tym samym casie mamrotoł do siebie:
– Jedno mnie dziwi. Cemu gaździna ot tak po prostu oddała mi całe dwa złote? Przecie mogła zachować te dutki i udawać, ze w ogóle ik nie nolazła… Aaa! Juz wiem! Ona musi być bogato! Bogatso ode mnie! I dlotego jej na tyk dwók złotyk nie zalezało. No, no! Fto by sie tego spodziewoł. Niby tako zwycajno osoba, a kasi wielkie bogactwa ukrywo!

I cóz, ostomili. Pewnie na koniec spodziewocie sie, ze je te opowieść jakosi pikne spuentuje? Tak by wypadało, ale… nie zrobie tego. Cemu? No bo – krucafuks – przecie nie jestem prorokiem.** Nie wiem, cy faktycnie z powodu Felkowego napadu ten jego sklep zacnie przynosić zyski cy nie. Pockojmy więc spokojnie. Pockojmy, jaz te trzy roki upłynom. A kie upłynom – i kie juz bedzie wiadomo, jak ów napad na wpłynął Felkowe interesy – wte dopiero bedzie puenta. Hau!

P.S.1. Heeej! W tym miesiącu budowyk świąt momy niemało! Najpierw, juz w najblizsom niedziele – Gosickowe urodziny bedom. Zdrowie Gosicki! :)

P.S.2. A po niedzieli – jak zwykle poniedziałek. Ale nie taki zwycajny poniedziałek, ino nadzwycajny – bo wte z kolei bedom Aleckowe urodziny. Zdrowie Alecki! :)

P.S.3. W piątek 22 kwietnia – znów świętujemy. Bedziemy zycyć scynścia Fusillecce i Ponu Fusilleckowemu, bo to bedzie pikno rocnica ik ślubu. Zdrowie Wiecnie Młodej Pary! :)

P.S.4. W sobote 23 kwietnia – opróc tego, ze w tym dniu jo bede z bacom na hole seł – bedom Motyleckowe imieniny. Zdrowie Motylecka! :)

P.S.5. Niedziela 24 kwietnia zaś znów urodzinowo bedzie – bo w tym dniu naso Plumbumecka sie urodziła. Zdrowie Plumbumecki! :)

P.S.6. Na kolejny poniedziałek urodzin nie przewidujemy, ale na wtorek 26 kwietnia – juz tak! Urodziny Alseckowe! No to zdrowie Alsecki! :)

* Jak by sie fto pytoł, CEO to – według Wikipedii – dyrektor generalny. Skrót od: „Chief Executive Officer”, abo: „Cudowny Egzemplorz Oberprezesa”.
** TesTeqecek, Teraz!. Onepress, Gliwice 2015, s. [jak poznom strone, to jom ocywiście podom, haj].

26.03.2016
sobota

Felkowo święconka

26 marca 2016, sobota,

Na mój dusiu! Wiecie, co dzisiok zadziało sie w mojej wsi? Ano… pocątkowo wyglądało na to, ze bedzie to tako samo Wielko Sobota, jako jest u nos co roku. Jak zwykle w salce parafialnej przy nasym kościele stanął stół, na ftórym od rana do popołudnia mozno było stawiać kosyki z pokarmami, coby ksiądz piknie je poświęcił. I jak zwykle mój baca z mojom gaździnom przybyli tamok ze swoim piknym kosykiem. Kie zaś przybyli, to na miejscu zastali Janiele, starom Jaśkowom, Staska Kowanieckiego z dzieciakami i jesce pare inksyk osób. Nie było natomiast księdza. Syćka cekali na pojawienie sie abo wikarego, abo probosca. W pewnej kwili dało sie słyseć, ze ftosi weseł do sieni, przez ftórom trza było przejść, coby dostać sie do salki. Fto to był? Ksiądz cy jesce jeden parafianin ze święconkom? I nagle rozległ sie łoskot, ftóremu towarzysył okrzyk:
– O, krucafuks!!!

Syćka wartko wyjrzeli do sieni. A tamok – lezoł na podłodze Felek znad młaki, co to jest najbogatsy w mojej wsi. Kwile polezoł i pojęcoł, a potem pomalućku zacął sie podnosić i rozcierać obolałom rzyć. Co sie stało? Ano bidok nadepnął na mały samochodzik, ftóry zgubiło najmłodse dziecko Staska Kowanieckiego. Samochodzik pojechoł do przodu, więc Felkowo noga tyz pojechała i… pociągła za sobom swego właściciela. Kapecke ucierpiała przy tym Felkowo święconka – bidny kosyk lezoł teroz pod ścianom, a wokoło walało sie to, co jesce przed kwileckom było piknie poukładane w jego środku. Heeej! Cego tamok nie było! I kawałecek bułki sprowadzonej ekspresowo kurierem z Paryza, i salami z samiućkiego Mediolanu, i sól z Morza Martwego, pare inksyk rarytasów i… całkiem sporo piknyk dwustuzłotowyk banknotów.

– Felek, co ty? – zaciekawiła sie mojo gaździna. – Dutki w kosyku przyniesłeś poświęcić?
– A co, nie wolno? – Felek odpowiedzioł pytaniem na pytanie. – Od downa przynose je w kozdom Wielkom Sobote. Ino wse były one na dnie kosyka, dlotego potela zeście nic o nik nie wiedzieli.
– To ciekawe – rzekł Stasek Kowaniecki. – A cy chociaz przybywo ci tyk dutków od tego, ze je święcis?
– Cóz… – Felek podrapoł sie po głowie. – Na rozie… chyba nie za barzo. Furt bidny jestem! Ledwo wystarco mi na to, coby z głodu nie umreć. Ale nie poddoje sie i co roku próbuje. Moze kiesik ksiądz poświęci mi te dutki na telo skutecnie, ze piknie mi ik przybędzie?
– Felek, a moze ty popełnios błąd? – zacął śpekulować mój baca. – Skoro kładzies swe dutki na dnie kosyka, to woda święcono do nik nie dociero, bo ostoje na pokarmak, ftóre som na wierchu. Jeśli fces, coby ta woda skropiła twoje dutki, musis je ułozyć na wierchu, nie na spodzie.
– Baco! Racja! Jesteście genialni! – zawołoł Felek.

I wartko pozbieroł syćko, co mu sie z kosyka powysypywało. Ba tym rozem banknoty ułozył na wierchu – tak jak mój baca mu doradził. No i zaroz postawił swój kosyk na stole, tuz obok wiklinowej tacy, do ftórej wierni mogli wrzucać datki na potrzeby parafii.
– Dutki obok dutków bedom sie dobrze cuły – mruknął do siebie.

Po paru sekundak – do salki weseł kościelny.
– Za kwileckie bedzie tutok probosc – oznajmił syćkim obecnym.
I nagle… gymba mu sie syroko rozdziawiła.
– O, Jezusicku! – zawołoł. – Jesce nigdy w Wielkom Sobote ofiary na parafie nie były jaz tak hojne! Same banknoty! I to jakie! Dwustuzłotowe! E, lepiej wartko zaniese te pieniązki proboscowi, coby sie nie pogubiły.

Na mój dusiu! Kościelny był dzisiok jakosi tak straśnie roztargniony, ze Felkowy kosyk z dutkami pomylił z kościelnom tacom! Zanim ftokolwiek zdązył zareagować – kościelny chycił kosyk Felka i rusył ku wyjściu.

– Stójcie! Krzesny! Stójcie! – ryknął Felek. – To moje! Waso taca lezy obok!
– Aaa… przepytuje piknie – wybąkoł kościelny, ftóry teroz dopiero zorientowoł sie w swej pomyłce.

I juz fcioł oddać kosycek Felkowi, kie nagle… pomiędzy obu chłopów wesła Janiela. Groźnie poźreła prosto w ocy Felka i pedziała:
– Ostowcie to! Ten kosyk – z kwilom, kie wziął go kościelny – stoł sie własnościom Kościoła.
– Zwariowaliście, krzesno? – spytoł Felek. – Niby cemu cosi, cego kościelny ledwie dotknął, miałoby od rozu przechodzić na własność Kościoła?
– Bo skoro boski sługa wziął ten kosyk, to znacy, ze tak fcioł Pon Bócek – odrzekła Janiela. – I teroz jeśli spróbujecie ten kosyk zabrać- popełnicie cięzki grzych. Grzych świętokradztwa!
– No to co najwyzej sie wyspowiadom – pedzioł Felek.

I wyciągnął ręke, coby odebrać kosyk od kościelnego, ale Janiela momentalnie złapała kropidło, ftóre lezało na stole i słuzyło w tym dniu do święcenia pokarmów. Zaroz zacęła tym kropidłem tłuc Felka po głowie.

– A, mos! A, mos! – wołała. – Ty bezbozniku! Ty poganinie! Ty diasku!
– Auć! Auć! – wykrzykiwoł Felek. – Ratunku! Zabiercie ode mnie te wariotke!

I na to syćko do salki weseł ksiądz probosc.
– Co tu się dzieje? – spytoł zaskocony.
– Ostomiły jegomościu – pedziała Janiela. – Ten oto fudament fcioł okraść parafie! Bezwstydnie fcioł okraść nas Święty Kościół Powsechny! I to w Wielkom Sobote! Trza werede ekskomunikować!
– No dobrze, a tak naprawdę to co się stało? – spytoł probosc, ftóry ocywiście dobrze wiedzioł o Felkowej miłości do dutków, ale nie za barzo fciało mu sie wierzyć, coby ta miłość miała Felka pchnąć do okradania parafii.

No i wte mojo gaździna spokojnie opowiedziała, co tutok przed kwileckom zasło.
– Ot, zwycajno pomyłka kościelnego i stela ta cało sarpacka – podsumowała na koniec.
– Pomyłka, nie pomyłka – znowu odezwała sie Janiela – dutki, ftóre roz trafiły w kościelne ręce, juz na wieki wieków powinny nalezeć do Kościoła. I fto takie dutki fciołby zabrać, to tak jakby zabieroł je samemu Poniezusowi.
– Anielciu! Sancta simplicitas! – zawołoł probosc, nie mogąc powstrzymać sie od śmiechu.
– Nie rozumiem po angielsku – pedziała Janiela. – Nie wiedziałak zreśtom, ze ksiądz probosc tyz juz uległ modzie na uzywanie angielskik słów.
– Mi też nic o tym nie wiadomo. – Probosc znów sie zaśmioł. – A „sancta simplicitas” znaczy: „święta naiwności”.
– Ze jak? Święto? O, Jezusicku! Święto! Jestem święto! Sam ksiądz probosc to przyznoł! – uciesyła sie Janiela. Na słowo „naiwność” jakosi nie zwróciła uwagi.

Probosc tymcasem zwrócił sie do kościelnego:
– Proszę oddać Felkowi jego koszyk.
– Huraaa! – uciesył sie Felek, kie odzyskoł swojom właśność i prawie pod sufit podskocył. – Niek zyje nas ksiądz probosc! Najsprawiedliwsy jegomość, jakiego znom!

I rzucił sie duchownemu na syje i zacął go bośkać w policki. Na mój dusiu! Mioł Felek scynście, ze nas probosc jest taki, jaki jest, a nie taki jak… na przikład probosc z sąsiedniej parafii. Bo nas probosc i ten z sąsiedniej parafii som zgodni, ze nie mozno słuzyć Ponu Bóckowi i mamonie, ale na tym zgodność ik poglądów sie końcy. Probosc z sąsiedniej parafii uwazo, ze skoro mamone widać, a Pona Bócka nie – to lepiej słuzyć mamonie (znacy sie, chyba nigdy tak głośno nie pedzioł, ale tak sie zachowuje, jak by tak właśnie myśloł). Natomiast nas probosc godo, ze lepiej słuzyć Ponu Bóckowi, bo z mamony wse moze nos ftosi okraść, natomiast coby ftosi komusi ukrodł Pona Bócka – to sie jesce nigdy nie zdarzyło.

– Czy możemy już zacząć święcić pokarmy? – spytoł probosc, jednoceśnie próbując wyswobodzić sie z Felkowyk objęć.
– Jednom kwilecke jesce – popytała mojo gaździna. – Jo se myśle, ze Janiela miała cynściowo racje. Cynściowo. No bo skoro kościelny wziął te Felkowe dutki, to mozno pedzieć, ze je nolozł. A skoro je nolozł, to Kościołowi nalezy sie 10 procentów noleźnego.
– Eee, bez przesady – Probosc machnął rękom.
– Słyseliście, krzesno? Bez przesady! – Felek skwapliwie poporł jegomościa. – Ksiądz nie fce tyk dutków.
– A fto pedzioł, ze mos je dać księdzowi? – spytała gaździna, robiąc przy tym takom hultajskom mine, jakom musioł robić Janosik, kie zabieroł bogatym, coby oddać bidnym. – Ty mos je dać starej Jaśkowej.
– Jaśkowej? Cemu Jaśkowej? – Felek zrobił wielkie ocy. – Teroz to jo juz zupełnie nic nie rozumiem.
– No przecie to proste – rzekła gaździna. – Te dziesięć procentów nalezy sie Kościołowi. A głowom Kościoła tutok na ziemi jest papiez Francisek. A Francisek, jak ino zostoł papiezem, to od rozu pedzioł, ze fciołby Kościoła dlo ludzi bidnyk. A najbidniejso w nasej parafii jest Jaśkowo. Więc dutki nalezom sie jej.

No i syćka obecni w salce zgodzili sie z gaździnom. Nawet Felek, wprowdzie niechętnie, ale woloł nie ryzykować, ze przez całe święta syćka we wsi bedom godali, jako to z niego kutwa. Jedno ino Jaśkowo sie prociwiła, bo było jej zwycajnie głupio. Ale gaździna uparła sie, ze Jaśkowo musi te dutki przyjąć, bo jeśli nie przyjmie i jakimsi przipadkiem o jej odmowie dowie sie sam Francisek, to bedzie mu przykro, ze ftosi odrzuco pomoc Kościoła, a jak bedzie mu przykro, to bedzie mioł popsutom całom Wielkanoc. Wte Jaśkowo ustąpiła, bo nie fciała psuć papiezowi świąt. I cóz… była zakłopotano, ale tyz zadowolono, bo teroz mogła pohybać do sklepu, pokiela był jesce cynny i narobić piknyk przedświątecnyk zakupów. Gaździna tyz była zadowolono, ze udało jej sie zrobić pikny dobry ucynek. Felek… w sumie tyz był zadowolony. Bo wprowdzie odzyskoł ino 90 procentów święconkowyk dutków, ale przecie lepse 90 procentów niz nic. Zadowolono tyz była Janiela – bo sam ksiądz probosc (przynajmniej w jej mniemaniu) uznoł jom za świętom. Tak więc pare osób w mojej wsi bedzie miało w te Wielkanoc pikne powody do zadowolenia. I wom, ostomili, zyce, cobyście wy tyz je mieli. Nie ino do zadowolenia, ale tyz do wielkiej radości. Wesołyk Świąt syćkim! Hau!

P.S.1. A w pierwsy cwortek po świętak, 31 marca, Profesoreckowe urodziny bedom. No to zdrowie Profesorecka! :)

P.S.2. Dzień później zaś – bedom imieniny Wawelokowe. Zdrowie Waweloka! :)

19.03.2016
sobota

Jakie pikne urodziny!

19 marca 2016, sobota,

Już w XV w. założyciele gorczańskiej wioski Ochotnica płacili swoje należności w postaci sera „Oscypek” – cytomy na stronie 15 tego oto dokumentu . Pierwsze wzmianki o wyrobie oscypka na Podhalu pochodzą właśnie z Ochotnicy – cytomy tutok. A stela mozemy sie dowiedzieć, ze po raz pierwszy wzmianka o oscypku, jako o środku płatności, pojawiła się w pochodzącym z 1416 roku akcie założycielskim wsi Ochotnica w Gorcach.

Na mój dusiu! Koniecnie fciołek uwidzieć ten akt! Bo skoro jest w nim wzmianka o tak piknym serku – to musi być to jeden z najpikniejsyk staropolskik dokumentów! A jesce jak jest to najpierwso tako wzmianka – to kozdy sanujący sie pies pasterski powinien zrobić dwie rzecy: piknie ten dokument przecytać i – jesce pikniej – go obwąchać.

Zacąłek więc sukać. Przez rózne Gugle i inkse Bingi. Ale niestety daremnie. Abo źle sukołek, abo… mom kolejny dowód na to, ze jesce nie syćko mozno w internecie noleźć. Udało mi sie ino tutok natrafić na polski przekład. Cóz. Niekze ta. Kie nimo oryginału, przekład tyz dobry. Bajako. Przecytołek uwaznie i… powiem wom, ze pocątkowo byłek zawiedziony. Okazało sie, ze słowo „oscypek” nie pado tamok ani rozu. Jest ino mowa o tym, ze którykolwiek z kmieci czy mieszkaniec wsi wyżej wymienionej [Ochotnicy znacy sie] posiadając stada owiec czy kóz powinien uiścić około św. Marcina […] daninę trzech baranów lub kóz i trzy wielkie sery od stu owiec bądź kóz. Ba cy te „wielkie sery od stu owiec” to właśnie oscypki? W pierwsej kwili widziało mi sie, ze niekoniecnie. Bo przecie owieckowy ser to moze być tyz bundz. Abo bryndza. Abo redykołka, choć ona racej tutok w gre nie wchodzi, bo jej z całom pewnościom nie mozno zalicyć do wielkik serów. Haj. Skąd więc wiadomo, jakie dokładnie serecki zbocowane som w tym starodownym tekście? Zacąłek nad tym myśleć i… pomyślołek se tak: ten akt wyryktowoł sam król Władysław Jagiełło. A cy król Jagiełło był sietniokiem? No przecie ze nie był! Inacej nie prasnąłby krzizaków pod Grunwaldem, ino oni jego. Skoro więc nie był sietniokiem, to piknie wiedzioł, ze najhyrniejsym owieckowym serem jest właśnie oscypek.* I kieby sło mu o inksy owcy ser niz ten najhyrniejsy – piknie by to wyjaśnił. Nie wyjaśnił jednak – zatem mioł na myśli oscypka. I ślus.

Kie se to uświadomiłek, to zaroz potem, ostomili, przysło mi na myśl, ze skoro właśnie w tym ochotnickim akcie jest najpierwso wzmianka o tym najsłynniejsym wyrobie z owieckowego mleka – to dzień wydania tak piknego dokumentu nalezałoby oficjalnie uznać za dzień oscypkowyk urodzin! Kie zaś ów akt zostoł ukwalowany? Ze w 1416 rocku – to juz pedziołek. A w jaki dzień? Ano… 20 marca. Tak, tak, ostomili, oficjalne miejsce i data urodzenia oscypka to: Ochotnica, 20 marca 1416 rocku.** Cyli… O, Jezusicku! Najblizso niedziela bedzie nie ino Niedzielom Palmowom, ale tyz… dniem barzo piknyk seśćsetnyk urodzin! Heeej! No to trza wyryktować pikny tort, na ftórym bedzie równiutko 600 piknyk świecek! I trza zycenia złozyć! Syćkiego najlepsego dlo wielce dostojnego i wielce smacnego Jubilata! Niekze ten siumny seśćsetlatek dalej piknie zakwyco najwybredniejsyk smakosy! Niek dalej wierchuje swym piknym zapachem wokół bacówek i wokół straganików z regionalnym jedzonkiem! Ostomili, zdrowie oscypka po roz pierwsy! Hau!

P.S.1. Ba jesce przed niedzielnym świętem, w te sobote, momy tutok nase święto budowe. Tyz góralskie zreśtom, bo to dzień Józefickowyk imienin. Zdrowie Józeficka! :)

P.S.2. A w najblizsy wtorek tyz bedziemy świętowali, bo wte z kolei bedom imieniny Noboru-Wataya-Koteckowe. Zdrowie Noboru-Wataya-Kotecki! :)

* Inkso sprawa, ze nie wiem, cy słusnie właśnie oscypek jest wśród owieckowyk produktów najhyrniejsy. Przecie bundz tyz pikny! Niemniej jednak nawet z moik owcarkowyk badań socjologicnyk jasno wyniko, ze osób wiedzącyk, co to jest oscypek, jest duuuuzo więcej niz wiedzącyk, co to jest bundz.
** Mom jo nawet swojom teorie, we ftórej dokładnie chałupie w dzisiejsej Ochotnicy Górnej ten oscypek sie urodził. Ale kiebyk tutok pedzioł, to by była kryptoreklama. Ba pozdrawiom piknie oboje gazdów tej chałupy i ik oboje dzieciacków :)

15.03.2016
wtorek

Juzek i Józek

15 marca 2016, wtorek,

Przecytołek se jo niedowno barzo fajnom ksiązke pona Romualda Romana, zatytułowanom Zakopiański dom wariatów. Nietrudno sie domyślić, ze rzec jest o stolicy Skalnego Podhola. A o cym dokładniej? Ano głównie (choć nie tylko) o ludziak, ftórzy zyli pod Tatrami w casak PRL-u. Na mój dusiu! Mozno sie piknie uśmiać, kie cyto sie te ksiązecke. Ino z jednego rozdziału sie nie śmiołek. Ba nie dlotego, ze nie był śmiesny, ino dlotego, ze coby go zrozumieć, to trza znać zasady brydza. A jo niestety nie znom (no bo – kruca – nawet kiebyk znoł, to jaki miołbyk z tego pozytek? – i tak moje owcarkowe łapy nie som przystosowane do trzymania kart). Więc jeśli ftosi z wos, ostomili, zno sie na tej piknej grze, to jo piknie pytom, coby przecytoł ten rozdział, a potem wytłumacył mi, o co tamok idzie. Haj.

W swojej ksiązce pon Roman piknie śpasuje i z góroli, i z ceprów. Najwięcej zaś – śpasuje z samego siebie. I kapecke tyz ze swej zony Jolanty. Cóz, widocnie pozowoliła mu na to, co świadcy zreśtom o tym, ze musi to być barzo mądro osoba, mająco do siebie pikny dystans. Bajako. Jest tamok na przikład tako scenka z casów, kie poni Jola pracowała w biurze ZWW. Co to takiego to ZWW? To skrót od Zakopiańskik Warśtatów Wzorcowyk, ftóre były (i chyba nadal som) podhalańskim oddziałem hyrnej Cepelii. W tykze Warśtatak – jak zbocowuje pon Roman – po góralsku rozmawiało ze sobą osiemdziesiąt procent pracowników, a cała reszta, nawet jeśli nie mówiła tutejszą lingua franca, doskonale rozumiała, co do niej mówiono. Z jednym wyjątkiem – Joli.

Co z tego wynikło? Ano… posłuchojcie.

Wpół do siódmej rano zaspana Jola jedzie autobusem do pracy.
Obok stoi Stanisław Gąsienica z całym workiem zrobionych przez siebie kierpców.
Znają się z pracy.
– Dzień dobry, pani Jolu. […]
– Dzień dobry, panie Staszku. […] Jak pan się czuje?
– Eeee, nijako.
– Oooo… A co się stało?
– Niby nic. Ino… ino wiecie… juzek się dawno nie napił.
– Tak?
– Tak, pani Jolu, prowde godom.
– A… Jaki Józek?
– Wto?
– Pytam, bo może go znam.
– A kogo?
– Tego Józka.
– A skądże wam jakiś Józek w głowie? Swego chłopa już ni mocie?
– Ten Józek, o którym pan wspominał.
– Jo zem wom nie godoł o zodnym Józku.
– To proszę jeszcze raz powtórzyć, jak mi pan odpowiedział na pytanie, jak się pan czuje.
– Pedziołek wom, ze juzek się dawno nie napił.
– No więc jednak mówił pan o Józku.
– Nie. Jo wom godołek, ze ju-zek, czyli ja, się dawno nie napił.
– To pan, panie Staszku, jest teraz Józek czy Staszek?
– Jezu! Wy nic rozumu nie mocie! Pedziołek wom, słuchojcie uważnie: juzek się dawno… co oznacza że już od dawna nie piłem. Rozumiecie teroz?
– Oczywiście, że rozumiem. Pan, panie Staszku, od dawna nie pije. Natomiast ten, który pije, to jest jakiś pan Józek, którego ja nie znam.
– Jezusie i wszyscy świenci, trzymojcie mnie! Józka ni mo! Jestem ino jo, Staszek!
– Tak, tak, bo pan, gdy pan nie pije, nazywa się Staszek, a gdy pan pije, to wołają na pana Józek. Ależ to sprytne!
– Pani Jolu, idźcie już do tego biura i biercie sie za swoje numerki, bo jak zacniecie wiencej do ludzi godoć, to sie bendom dzioły straśne rzecy!*

Heeej! Cyz nie pikno to była rozmowa? No przecie ze pikno! Ale… sami widzicie – worce, coby kozdy godojący z górolem ceper słuchoł swego rozmówcy barzo, ale to barzo uwaznie. Bo dobrze by było, coby taki ceper wiedzioł, kie pado słowo „juzek”, a kie „Józek”. Kieby mioł wątpliwości – najlepiej, coby jak najsybciej je rozwioł. Jak to zrobić? A, mozno spytać na przikład tak:
– Panie Staszku drogi. Bardzo pięknie pan gada, ale ten autobus jest niesamowicie głośny i przez to nie za dobrze pana słyszę. Czy pan może wspomniał o jakimś Józku?

Jeśli rozmowa – w odróznieniu od tej, jakom odbyła poni Jola – nie jest prowadzono w autobusie, mozno spytać inacej:
– Panie Staszku, strasznie mocno dzisiaj wieje i wiatr zagłusza pańskie słowa. Czy dobrze mi się zdaje, że przed chwilą napomknął pan o jakimś Józku?

A jeśli akurat nie duje zoden wiater, to mozno spytać tak:
– Ponie Staszku, ale cisza! Aż w uszach dzwoni! Ale to dzwonienie niestety zakłóca mi odbiór pańskiego głosu. Pan chyba o jakimś Józku mówił – zgadza się?

No i górol abo potwierdzi, abo zaprzecy, ale stonie sie jasne, cy pedzioł „juzek” cy „Józek”. A wte nie bedzie juz groziło, ze sie bendom dzioły straśne rzecy. Hau!

P.S.1. Na mój dusiu! W poprzedni poniedziałek Profesoreckowe imieniny były! No to choć caluśki tydzień juz minął – piknie wypijmy zdrowie Profesorecka! :)

P.S.2 Z kolei w ostatniom niedziele były Hortensjeckowe imieniny i Małgosieckowe urodziny. Zdrowie Hortensjecki i Małgosiecki! :)

P.S.3. Najblizsy cwortek tyz bedzie imieninowo-urodzinowy. Bo bedom imieniny Zbyseckowe i urodziny Jędrzejeckowe. Zdrowie Zbysecka i Jędrzejecka! :)

* R. „Aldek” Roman, Zakopiański dom wariatów. Wydawnictwo Annapurna, Warszawa 2015, s. 131-132.

16.02.2016
wtorek

199 roków!

16 lutego 2016, wtorek,

W komentorzu z 6 lutego, o godzinie 15:58, Alecka piknie zauwazyła, ze poni Szaflarska mo w tym dniu pikne urodziny. Ftóre to juz? Na mój dusiu! Sto pierwse! Pikne sto pierwse! No to teroz cekomy na sto drugie. A potem na sto trzecie. I na sto cworte. I na wiele, wiele kolejnyk. Bajako.

Ba nie wiem, cy wiecie, ze kilka tyźni wceśniej urodziny obchodziła inkso poni, nie sto pierwse wprowdzie, ale tyz całkiem pikne – równo setne! Jest to poni, ftórom kiesik – wiele, wiele roków temu – miołek okazje uwidzieć na zywo. Kany? A, na tarasie takiego jednego drewnianego domku, w piknym sosnowym lesie w Serafinie (tutok wyjaśniom, ze Serafina to tako nazwa geograficno, ftórej nie nojdziecie na zodnej guglowej mapie – tak, tak, ostomili, jesce nie syćko mozno w Guglak noleźć).*

Znocie moze te piosnke, ze na lewo jest pikny most, na prawo tyz jest pikny most, a dołem płynie se Wisła? Zapewne znocie. No to poni, o ftórej tutok godom, jest autorkom słów do tego utworu. A nazywo sie ona – Helena Kołaczkowska. Haj.

Cy som jesce jakiesi inkse piosnki z jej tekstem? Hohohooo! Jest ik całe mnóstwo! W tym socrealistycno pieśń o MDM-ie. Ale som tyz inkse. Na przikład śpiewano przez poniom Jantar piosnka, ze bedzie dość, śpiewano przez poniom German piosnka o chodzącyk po ziemi rajskik ptokak, śpiewany przez poniom Kunickom przebój o wietrze, co to piknie kołyse gałązkami… Heeej! Długo by wymieniać. I pewnie nolazłoby sie przy tym wiele utworów, ftóre wielu piknie zno, ba nie wie, fto jest ik autorem. Tak jak nie wiedzioł internauta o niku Tomasz, ftóry pod umiesconym tutok wywiadem z siumnom stulatkom napisoł tak:

Jak miło Panią poznać!
W ubiegłym roku, przygotowałem na spotkanie z okazji 50-lecia ukończenia studiów, album „Piosenki z naszej młodości” i umieściłem w nim kilka Pani piosenek: „Gorącą nocą”, „We mgle porannej”, „Piosenka o Sekwanie”, „Głęboka studzienka”, nie wiedząc wtedy, kto jest autorem tych tekstów a kierując się nazwiskami ich wykonawców.
Życzę Pani wielu, wielu jeszcze lat w takiej formie jak dzisiaj.

Na mój dusiu! Cego jesce mozno zycyć niedownej jubilatce, opróc tego, co pozycył juz pon Tomasz? Przezycia kolejnyk stu roków? Racej nie. We wspomnianym wywiadzie ona sama pedziała, ze na kolejnom stówke nimo ochoty. Ba w takim rozie zycmy jej nie 200 roków, ino… 199. To tyz byłby całkiem pikny wiek. Bajako. No to, ostomili, choć w tym wypadku język moze nom sie kapecke poplątać, spróbujmy jednak zaśpiewać piknie:

Sto dziewięćdziesiąt dziewięć lat,
Sto dziewięćdziesiąt dziewięć lat
Niek zyje, zyje nom!
Sto dziewięćdziesiąt dziewięć lat,
Sto dziewięćdziesiąt dziewięć lat
Niek zyje, zyje nom!
Jesce roz! Jesce roz!
Niek zyje, zyje nom!
Niek zyje nooooooooom!

A tak w ogóle to cy znocie jesce jakiegosi hyrnego cłeka, ftóry właśnie skońcył sto roków? Jeśli tak – to worce by było i o nim tutok zbocyć. Bo kozdy kolejny stulatek, to kolejny niezbity dowód na to, ze przezycie całego wieku jest jak najbardziej mozliwe. A skoro jest to mozliwe, to jo nie widze powodu, dlo ftórego wom, bywalcom Owcarkówki, tako rzec miałaby sie nie udać. Tak więc jo juz zacynom myśleć o tym, kielo becek Smadnego Mnicha powinienek zgromadzić, coby nalezycie uccić setne urodziny kogosi z nasego grona Budowiców. I mom nadzieje, ze nie roz bedzie mozno takie urodziny świętować, ino wiele rozy. Hau!

P.S.1. Pozirom w budowy kalendorz, coby sprawdzić, cy jakiesi imprezowe zaległości sie nie porobiły. No i… som dwie. Trza więc piknie zaległe zdrowia powypijać. Na pocątek – za Anecke i Pona Aneckowego. 29 stycnia obchodzili oni piknom rocnice ślubu. No to zdrowie Poństwa Aneckowyk! :)

P.S.2. Drugo zaległość to tako, ze 4 lutego były Motyleckowe urodziny. No to, ostomili, zdrowie Motylecka! Gdziekolwiek jest!!! :)

P.S.3. Za to za pare dni, w najblizsy piątek, Wawrzeckowe urodziny bedom. A więc zdrowie nasego Wawrzecka! :)

P.S.4. Dwa dni później, cyli w niedziele, bedom kolejne pikne urodziny – Jagusickowe. Więc za zdrowie Jagusicki tyz wypijmy piknie! :)

P.S.5. I kolejne pikne urodziny, Fusilleckowe, ftóre 3 marca wypadajom. No to zdrowie Fusillecki :)

* Kie na https://www.google.pl/maps wpisecie te nazwe, to moze sie wom wyświetlić ulica Serafina w Niedoradzu, w województwie lubuskiem. Ba ta Serafina, ftórom jo tutok zbocowuje, nimo nic wspólnego ani z tom ulicom, ani z Niedoradzem, ani z województwem lubuskiem. Haj.

17.01.2016
niedziela

Niedźwiedzie na Paśportak

17 stycznia 2016, niedziela,

Na krótko przed niedownym rozdaniem Paśportów Polityki zapowiedziołek, ze na imprezie tej bedom obecne tatrzańskie misie. I co? Były? Ano były. Jak do tego dosło? Zaroz wom, ostomili, piknie opowiem.

Heeej! Od bozonarodzeniowyk świąt minęły juz trzy tyźnie. Ale chyba bocycie jesce, jako wte była pogoda? Płóno. Straśnie płóno. Bardziej przybocowała Wielkanoc niz Boze Narodzenie. Nie wiedziołek, kruca, co sie z tom aurom dzieje! Ba na krótko przed Sylwestrem przyleciała ku mnie Maryna Krywaniec. Przywitała sie piknie ze mnom i spytała:
– No i co, krzesny, myślicie o tym, ze niedźwiedzie nom takom ciepłom zime załatwiły?
– Niedźwiedzie? – zdziwiłek sie. – Jakim cudem?
– To wy nic nie wiecie? – teroz z kolei zdziwiła sie Maryna. – Od jesieni syćkie tatrzańskie niedźwiedzie zanosiły modły do Pona Bócka, coby ta zima była ciepło.
– Na mój dusiu! – zawołołek. – A cemu zalezało im na ciepłej zimie?
– Bo majom nadzieje, ze dzięki temu udo im sie nie zapaść w sen zimowy – wyjaśniła orlica.
– A co jest złego we śnie zimowym? – pytołek dalej. – Znom wielu ludzi, ftórzy zazdroscom niedźwiedziom takiego snu!
– Krzesny. Wy powinniście to wiedzieć najlepiej!- stwierdziła Maryna. – One nie fcom spać, bo straśnie im zalezy, coby w stycniu pojechać do Warsiawy na Paśporty Polityki.

O, krucafuks! Faktycnie! Teroz juz syćko stało sie jasne! Jako godołek wom we wpisie wyryktowanym rok temu, po moim powrocie z poprzedniej paśportowej gali, cało tatrzańsko i gorcańsko zywina zapragnęła pojechać ze mnom na następnom takom impreze. Ba jak jo miołek zabrać do stolicy te syćkie niedźwiedzie, owce, kozice i inkse śtyronogi? Warsiawski Teatr Wielki nie jest jaz tak wielki, coby takie towarzystwo pomieścić. Ba miołek nadzieje, ze moze z casem syćkie zwierzoki o tyk Paśportak zabocom? No i… zabocyły prawie syćkie. Prawie… Opróc niedźwiedzi.

Cóz było robić? Miołek trzy wyjścia: abo zabrać niedźwiedzie do Warsiawy, abo przekonać je, coby zrezygnowały z wyjazdu, abo… przekonać Pona Bócka, coby nakłonił te beskurcyje do zaśnięcia. To ostatnie wydawało mi sie najłatwiejse. Zadorłek do wierchu swój owcarkowy łeb, poźrełek w niebo i pedziołek:
– Ponie Bócku ostomiły. Jak jo mom zabrać całom armie miśków do warsiawskiego teatru? Jednego abo dwa – moze jakosi byk przemycił. Ale syćkie? Przecie ludzie mogom je w drodze wyłapać i zamknąć w zoo! I wte nie bedzie w Tatrak ani jednego niedźwiedzia! Dlatego najlepiej by było, kieby zima przestała być tak ciepło, a zacęła być piknie mroźno. Wte niedźwiedzie pódom spać i problem sam sie rozwiąze. Mógłbyś sprawić, Ponie Bócku, coby tak właśnie sie stało? Piknie pytom.

Cy mojo prośba została wysłuchano? Na mój dusiu! Wyglądo na to, ze tak! Bo bocycie chyba, ze na Sylwestra w całej Polsce chycił mróz. Pare dni później – było juz minus kilkanoście stopni. A niekany nawet minus dwajścia! Uciesyłek sie piknie. Ino… nie zwróciłek uwagi na to, ze po paru dniak nazod zacęło sie ocieplać.

W ostatniom niedziele przed piknomm paśportowom galom wybrołek sie na przechadzke po pobliskim lesie. Nagle pozirom i – o, kruca! Cały tłum niedźwiedzi wyseł mi na spotkanie! Ponad śtyrdzieści ik było! Telo właśnie ik zyje po polskiej i po słowackiej stronie Tater. A więc przysły syćkie! Beskurcyje jedne krucafuks!

– Witojcie, krzesny! – zawołały radośnie niedźwiedzie. – No to jesteśmy.
– Wi… wi… witojcie – odpowiedziołek zaskocony. – Co wy tutok robicie?
– Jak to co? – odparły niedźwiedzie. – Przed rokiem obiecoliście nom, ze zabierecie nos na Paśporty Polityki.
– Ale… – zapytołek – cy wy, krześni, nie powinniście być teroz pogrązeni w piknym zimowym śnie?
– Teoretycnie tak – odrzekły niedźwiedzie. – Ale zrobili my syćko, co w nasej niedźwiedziej mocy, coby nie zasnąć. Chociaz… kie po ciepłym grudniu chycił nagle mróz, to juz my sie bali, ze prawa natury zawierchujom i dopodnie nos straśliwo chęć spania jaz do wiosny. Ale popytali my piknie Pona Bócka, coby ta zimnica ustąpiła. No i… ustąpiła! Dzięki temu udało nom sie nie zasnąć!

Na mój dusiu! Wyglądało na to, że ostanio Pon Bócek był naprowde bidny! Roz musioł wysłuchiwać niedźwiedzik modlitw, a roz moik. Modlitwy te wzajemnie sie wyklucały i dlotego właśnie ta zima była najpierw barzo ciepło, potem mroźno, a potem – na krótko przed Paśportami – nazod zrobiła sie cieplejso. Haj.

I cóz. Jo przed rokiem faktycnie obiecołek niedźwiedziom, ze jak bedom fciały, to zabiere je na te Paśporty. Pochopnie to obiecołek. Barzo pochopnie! I teroz nie było rady. Musiołek dotrzymać słowa.

Pomyślołek ino, ze wyrusając w podróz, worce zaopatrzyć sie w jakisi suchy prowiant. Akurat w magazynie Felka znad młaki przechowywany był spory zapas oscypków. Felek nazamawioł ik u mojego bacy, coby potem sprzedawać je ceprom na Krupówkak i w inksyk chętnie odwiedzanyk przez turystów miejscak. No to wroz z niedźwiedziami zakrodłek sie do Felkowego magazynu. Wynieśli my stamtela pare worków wypełnionyk piknymi owieckowymi serkami.

A potem poprowadziłek te śtyry tuziny futrzastyk ancykrystów do Nowego Targu. Tamok udali my sie na dworzec kolejowy. Po cichutku wdrapali my sie na dachy jednego pociągu towarowego. No i we wtorek – po paru przesiadkak – dojechaliśmy do stolicy. Dzięki ubiegłorocnej wyprawie na Paśporty wiedziołek juz piknie, kany mom iść. Starając nie zwracać za barzo na siebie uwagi, powędrowali my na Plac Teatralny. Przed teatrem było kapecke zamiesania, bo właśnie przyjechało pare wozów TVP2, coby wyryktować piknom retransmisje z planowanej na dzisiok gali. Dzięki temu zamiesaniu łatwiej nom było przemknąć sie do teatru.

– No dobra, krześni – zwróciłek sie do niedźwiedzi, kie juz byli my we wnętrzu budynku. – Oto jesteśmy w hyrnym Teatrze Wielkim. Ale jeśli fcecie wejść na Sale Pona Moniuszki, ka ta cało impreza sie odbędzie, to nie mozecie wyglądać tak jak teroz. Kie ludzie uwidzom takie stado niedźwiedzi, to zaroz pouciekajom i do rozdania Paśportów w ogóle nie dojdzie.
– No to co momy robić, coby nikogo nie wystrasyć? – spytały niedźwiedzie.
– Musicie załozyć ludzkie ubrania. – odpowiedziołek. – Wte bedziecie wyglądać jak ludzie. Moze tacy dosyć potęzni, kapecke zarośnięci – ale jak ludzie.
– Ba skąd my takie ubrania weźmiemy? – zafrasowały sie niedźwiedzie.
– Tym sie nie turbujcie – pedziołek.

I zaprowadziłek moik kudłatyk kompanów do magazynu kostiumów teatralnyk.

– Rozejrzyjcie sie – pedziołek. – Niek kozdy wybiere se jakisi kostium i piknie go na siebie załozy. Jo tymcasem hipne cosi załatwić. Ba zaroz wracom.

Co takiego fciołek załatwić? Jeśli cytoliście komentorze pod moim poprzednim wpisem, to wiecie, ze 10 stycnia, o godzinie 23:02 zapowiedziołek swój przyjazd do Warsiawy wroz z niedźwiedziami. Następnego dnia, o godzinie 15:24, Magecka napisała, ze barzo fciałaby te niedźwiedzie spotkać i uścisnąć im łapy. Postanowiłek więc hipnąć na plac Teatralny i sprawdzić, cy nimo tamok rozglądającej sie za nomi Magecki. Wydostołek sie na plac. Obesłek go pare rozy. Ale niestety nie uwidziołek nikogo, fto mógłby być Mageckom. Cóz. Trudno. Moze przy inksej okacji udo sie załatwić, coby mogła osobiście uścisnąć łapy syćkik tatrzańskik niedźwiedzi?

Wróciłek do teatru. Miśki krynciły sie po kuluarak, zaglądały z ciekawości tu i ówdzie. Były juz poubierane w tetralne kostiumy – tak jak im kazołek. Ino – na mój dusiu! – co one pozakładały! Jeden wyglądoł jak wielki kudłaty cyrulik sewilski, drugi – jak wielki kudłaty król Roger, trzeci – jak wielko kudłato Carmen… W dodatku te stroje były na nik kapecke przyciasne. Ale to juz wina teatralnego krawca, ftóry nie przewidzioł, ze dany ubiór moze fcieć załozyć ftosi potęznej postury i mający ponad dwa metry wzrostu.

– No i jak? – spytały niedźwiedzie. – Wyglądomy jak ludzie?
– Jak by to pedzieć… – rzekłek. – W zasadzie wyglądocie, ino… nie mogliście noleźć cegosi bardziej współcesnego?
Juz fciołek polecić im, coby wartko posukały se inksyk ciuchów, ba nagle… przyjrzołek sie uwazniej ik kufom.
– Ejze, krześni! – zawarcołek. – Mozecie mi wytłumacyć, cemu wase gymby wysmarowane som jakimisi sosami, majonezami i inksymi cekoladami?
– Cóz… – rzekły niedźwiedzie. – Kie juz my syćka poubierali sie w ludzkie stroje, to wysli z magazynu i nagle… poculi jakiesi zapachy. Pikne zapachy piknego jedzonka! No to pośli my kapecke se pojeść.
– Kapecke? – spytołek. Cosi mi mówiło, ze pod owym „kapecke” nalezało rozumieć: „syćko, co ino nadawało sie do zjedzenia”. – Kany zeście noleźli to jedzonko?

No i niedźwiedzie pokazały mi kany. Było to pomiescenie, ka ryktowano pocęstunek dla zaprosonyk na Paśporty gości. Ale jak to pomiescenie wyglądało! Skaranie boskie! Stoły były powywracane, nacynia potłucone, wokoło walały sie reśtki jedzenia. Jakby tornado tamok przesło! Nad tym całym pobojowiskiem stały ponie i ponowie od kateringu. Syćka mieli zrozpacone kufy, biadolili i wyrywali se włosy z głów.

– To waso robota? – spytołek karcąco niedźwiedzi. Nie musiały odpowiadać. Odpowiedź doskonale znołek.
– No… – zacęli tłumacyć sie winowajcy. – To syćko tak piknie pachniało. Tak apetycnie wyglądało. Nie mogli my sie powstrzymać.
– Krucafuks!!! – zezłościłek sie. – To był pocęstunek dlo oficjalnie zaprosonyk na gale, a nie dlo wos! Nie wystarcyły wom wykradzione z Felkowego magazynu oscypki?

No właśnie – oscypki! Cynść z nik niedźwiedzie zjadły w podrózy. Ale sporo jesce ostało. Nie było sensu utyskiwać nad rozlanym mlekiem, ino nalezało jakosi ratować sytuacje. Syćkie oscypki, jakie my jesce mieli, poznosiliśmy pod próg pomiescenia, ka działali kateringowcy. Potem poradziłek niedźwiedziom, coby posły pochować sie po kątak, coby za barzo nie rzucać sie ludziom w ocy. Jo zaś ostołek, coby sprawdzić, cy te nase oscypki bedom w stanie zastąpić ten pikny pocęstunek, ftóry niestety zniknął w brzuchak najwięksyk tatrzańskik zarłoków.

Nagle… tuz koło mnie przesły jakiesi dwie ponie i dwók ponów. Fto to był? Na mój dusiu! Zaroz se przybocyłek – to był ten kwartet, ftóry rok temu zdobył Paśport Polityki w kategorii muzyka powozno! To oni! We własnyk osobak! Cało cwórka zajrzała do pomiescenia z biadolącymi kateringowcami.

– Dzień dobry – przywitali sie.
– Kim jesteście? – spytali kateringowcy.
– Zespół Kwadrofonik – przedstawili sie artyści. – Mamy zapewnić oprawę muzyczną na gali Paszportów Polityki. Ale zajrzeliśmy tutaj, bo usłyszeliśmy, że śpiewa tu jakiś bardzo osobliwy chór, chyba awangardowy. Chcieliśmy się więc dowiedzieć, czy ten chór ma może dziś razem z nami wystąpić?
– To nie chór, tylko nasze lamenty – wyjaśnili kateringowcy. – Lamentujemy, bo przed chwilą wpadła tu jakaś banda nieokrzesańców. Prawdopodobnie był to jakiś goszczący w tym teatrze zespół śpiewaków, bo wszyscy byli poubierani w operowe stroje. Ale jacyś niekulturalni! Rzucili się na poczęstunek, który tak pieczołowicie szykowaliśmy na dzisiejszą imprezę. Tłumaczyliśmy, że nie dla nich to jedzenie, ale oni tylko mruczeli coś niezrozumiale i nie wyszli, dopóki nie zjedli wszystkiego!
I syćka kateringowcy rozpłakali sie.
– Nie mogliście państwo wezwać pomocy? – spytali Kwadrofonicy.
– Prawdę mówiąc, sparaliżował nas strach – odpowiedzieli kateringowcy. – Nie wiemy, skąd ci śpiewacy przyjechali, ale to były jakieś potężne draby. Wszyscy bez wyjątku!
– Niech się państwo nie martwią. – Kwadrofonicy próbowali bidoków pociesyć. – Zauważyliśmy przed progiem jakieś oscypki. Może z nich da się przyrządzić jakiś poczęstunek?
– Z samych tylko oscypków? – spytali kateringowcy. – Wyśmieją nas, to był najbardziej monotematyczny catering w historii tego teatru!
– Może nie będzie tak źle? Te oscypki bardzo ładzie pachną – pedzieli Kwadrofonicy. A po kwili namysłu spytali – Czy możemy wziąć sobie jednego?
– A, bierzcie, ile chcecie. I tak nie wiemy, skąd one są. Pewnie ktoś z organizatorów je zamówił, tylko zapomniał nas o tym poinformować.
– Jeden nam wystarczy. I naprawdę prosimy, żebyście się państwo nie martwili. Postaramy się pomóc. Będzie dobrze!

Na mój dusiu! Niby w jaki sposób mogliby oni pomóc tym bidokom? Nie miołek pojęcia. W kozdym rozie faktycnie wzięli se jednego oscypka, a potem pośli ryktować sie do występu.

Kie teatr był juz pełen zaprosonyk gości, pedziołek miśkom, ze chyba juz mogom udać sie na widownie. Kie uwidzom jakiesi wolne miejsce siedzące – mogom je zająć. Kie nie uwidzom, niek stanom kasi z bocku, coby nie przeskadzać przybyłym na urocystość ludziom. Obawiołek sie, cy niedźwiedzie – w tyk kolorowyk operowyk strojak – nie wzbudzom zbytniej sensacji. Ale nie! Nieftórzy ludzie owsem, kapecke sie zdziwili. Ba ftosi zwrócił uwage, ze w tym roku momy okrągłom, osiemdziesiontom rocnice urodzin pona Jima Hensona, hyrnego cłowieka telewizji, ale tyz – na swój sposób – cłowieka teatru.
– Tutejsza dyrekcja – pedzioł ten ftosi – najwyraźniej wpadła na pomysł, żeby uczcić tę rocznicę, przebierając wynajętych statystów za postacie z „Muppet Show”.

No i syćka uznali, ze to wyjaśnienie brzmi całkiem sensownie. Całe scynście! Ufff!

Nolozłek se miejsce na widowni i usadowiłek sie piknie. Obejrzołek całom gale, ftórom, tradycyjnie juz, poprowdziła poni Torbicka wroz z nacelnym Polityki, ponem Baczyńskim. Naso Poni Dorotecka tyz tamok była! Była i jak zwykle wzięła udział w nagradzaniu zwycięzcy w kategorii muzyka powozno. Kilku inksyk piknyk twórców tyz swe nagrody odebrało. A Kwadrofonicy piknie do tego syćkiego przygrywali. Casem z pomocom pona Rojka, a casem bez. Tutok zreśtom mozecie uwidzieć telewizyjnom relacje z tego wydarzenia. Haj. Ale… nie syćko telewizja pokazała. Nie pokazała na przikład tego, ze na koniec Kwadrofonik wykonoł utwór… pedziołbyk: barzo hipnotyzujący. W pewnej kwili jedno poni z tego zespołu nagle przerwała gre (to była ta sama poni, ftóro rok temu – w imieniu całej grupy – dziękowała za przyznanie Paśportu). Tak więc teroz grała ino trójka muzyków. Owa poni zaś wyciągła… na mój dusiu! Wiecie co? Śnurek, na ftórym wisioł… plasterek oscypka! Pikny, smakowity plasterecek oscypka, wykrojony z tego, co Kwadrofinikowcy wzięli od ryktującyk pocęstunek kateringowców.

– Drodzy państwo – rzekła artystka łagodnym, barzo spokojnym głosem, wprawiając zarozem oscypka w ruch wahadłowy. – Proszę wszystkich o wpatrzenie się w ten plasterek sera. Proszę patrzeć tylko na niego. Wyciszcie się państwo, odprężcie, zrelaksujcie. Wasze powieki stają się coraz cięższe, cięższe, cięższe… Oczy wam się zamykają. Zasypiacie.

Krucafuks! Rozglądom sie jo po widowni i widze, ze – syćka ludzie zrobili sie jacysi tacy… ni to śpiący, ni to nieprzytomni. Wyglądali tak, jakby duch kozdego z nik opuścił ciało i pohyboł nie wiadomo kany. Dlocego jo zachowołek przytomność? I niedźwiedzie tyz? Cóz, widocnie zywiny zahipnotyzować sie nie do. Abo do sie, ale w jakisi inksy sposób.

– Czujecie się państwo bezpiecznie, błogo – godała dalej poni z Kwadrofonika. – Jesteście zupełnie spokojni. Za chwilę udacie się na poczęstunek. Dostaniecie tam tylko i wyłącznie oscypki. Ale nie zauważycie tego. Będzie przekonani, że zajadacie najrozmaitsze frykasy… najrozmaitsze frykasy… najrozmaitsze frykasy… A teraz – policzę do trzech. Na słowo „trzy” obudzicie, się i będziecie myśleli, że nic nie mówiłam, tylko cały czas grałam wraz z resztą zespołu. Raz… dwa… trzy!!!

I syćka nagle sie ocknęli. W tej samej sekundzie artystka nazod zacęła grać. Na mój dusiu! Cy faktycnie ci syćka ludzie nie bocyli wysłuchanego przed kwileckom monologu? Ino mieli go kasi w podświadomości? Wkrótce miołek sie o tym przekonać.

Oficjalno cynść gali dobiegła końca. Syćka rusyli ku wyjściu. Wnet podesli do stołów, na ftóryk – jako juz wiecie – nie było nic opróc oscypków. Ludzie zacęli je jeść. A jo, kryncąc sie między nimi, słysołek takie rozmowy:
– Bardzo dobre pierogi!
– Owszem! A ten kotlet też świetny!
– A ta sałatka! Mniam! Palce lizać!
– Wszystko przepyszne! Czy nie macie państwo wrażenia, że w tym roku menu przyszykowane na Paszporty Polityki jest wyjątkowo urozmaicone?
– Owszem, też tak uważam.
– Ja też!
– Ja też!
– Ja też!

Na mój dusicku! Cy, ostomili, dosło do wos cosi – choćby w formie zwykłej plotki – ze na tyk Paśportak nie było do jedzenia nic opróc oscypka? Jeśli nie – to znacy, ze wyryktowano przez Kwadrofoników hipnoza była piknie skutecno! Haj.

*******************************************

Jesce jednej rzecy nie pokazali w telewizji. Na koniec cynści oficjalnej pon redaktor nacelny Polityki pedzioł, ze trudno teroz pedzieć, kany odbędzie sie następne rozdanie Paśportów, ale odbędzie sie na pewno – choćby w katakumbak. No i potem niedźwiedzie pytały mnie, co to som te katakumby. Kie im wyjaśniłek, to zawołały:
– O, Jezusicku! To my momy lepsy pomysł! Znomy w Tatrak takie jaskinie, jakik nie odkrył jesce zoden ludzki speleolog. Nieftóre z nik majom komnaty tak wielkie, ze piknie pomieściłyby wielki tłum ludzi. To cyz nie lepiej byłoby takom paśportowom impreze wyryktować w piknej tatrzańskiej jaskini, zamiast w katakumbie?

Cóz. Ostomiło Redakcjo Polityki. Poddoje powyzsy pomysł pod rozwage. Ocywiście mom nadzieje, ze następne Paśporty bedzie mozno wyryktować tak jak zwykle – w piknym Teatrze Wielkim. Kieby sie jednak nie udało – prose sie nie krępować, ino śmiało zwrócić do tatrzańskik niedżwiedzi o pomoc w zorganizowaniu piknej gali. Hau!

P.S.. A w najblizsy cwortek piknie będziemy w Owcarkówce świętować. Bo Jagusickowe i Kapisoneckowe imieniny bedom. Zdrowie Jagusicki i Kapisonecki! 😀

6.01.2016
środa

Ruchomo kolumna króla Zygmunta

6 stycznia 2016, środa,

Jest tako telewizja, co sie nazywo Superstacja. A w tej Superstacji pare rozy w ciągu tyźnia idzie taki program „Nie ma żartów”, co to poni redaktor Eliza Michalik go prowadzi. Program wyglądo tak, ze poni Eliza zapraso kogosi do studia – polityka abo publicyste abo jakiegosi jesce inksego cłeka – i godo z nim o róznyk rzecak. W niedowny sylwestrowy wiecór zaprosiła hyrnego profesora Zbigniewa Mikołejke. O cym oboje godali? Ano o polskik królak, panującyk nom w starodownyk casak. Tak godali se i godali… jaz dosli do króla Zygmunta III Wazy. Jeśli fcece, to mozecie poźreć tutok, jak ta rozmowa wyglądała. A kie poźrecie, to usłysycie, jak w okolicak 10. minuty i 5. sekundy pon profesor pado tak:
– Heeej! Wiecie co, ostomiło poni redaktor? Kieby ta kolumna króla Zygmunta we Warsiawie nie była zabytkiem, to worce by było jom zburzyć.
– Na mój dusiu! – zawołała poni redaktor. – Cyzby ten król nie zasługiwoł na takom piknom wysokom kolumne?
– Nie ino na piknom wysokom kolumne – odrzekł pon profesor – ale nawet na maluśki pomnicek. Nawet na tak maluśki jako śkiełko w moik profesorskik okularak.
– Jako śkiełko w okularak… – powtórzyła poni redaktor. – To juz byłby chyba nie pomnik, ale mikro-pomnicek! I zdaniem pona profesora ten bidok Zygmunt nie zasługuje nawe na to?
– Nie i ślus – upieroł sie pon profesor. – I to jaz z trzek powodów. A nawet śtyrek. Haj.

I zacął te śtyry powody wymieniać. Jeśli fcecie je poznać, to mozecie odsłuchać nagrania, do ftórego dołek wom wyzej linka. Jo zaś tutok ino w skrócie je stresce. No więc pierwsy powód jest taki, ze ten Zygmunt III to był sietniokiem. Drugi – taki, ze on był beskurcyjom. Trzeci – ze był fudamentem. A cworty – ze król był z niego do rzyci. Bajako.

Z tego, co jo wiem, syćko, co wte pon profesor pedzioł, to prowda. Ba zarozem myśle se tak, ze… som tyz śtyry powody, dlo ftóryk ta kolumna powinna sie jednak ostać. Jakie? Ano pierwsy to taki, o ftórym sam pon profesor zbocył – co by nie godać, jest to zabytek. Po drugie – ta kolumna tak juz wrosła w krajobraz Warsiawy, ze jej usunięcie byłoby nicym usunięcie wiezy pona Eiffla z Paryza abo Statuy Wolności z Nowego Jorku (krucafuks! – jak lepiej napisać: „statuy” cy „statui”?; według pwn-owskiego słownika mozno i tak, i tak; ale jedno i drugie jakosi głupio wyglądo; a moze najlepiej: „statuły”?). Po trzecie – według legendy to był jednak barzo pikny i siumny król, a jak godoł jeden dziennikorz w jednym z najhyrniejsyk westernów: kie legenda stoje sie faktem, drukujcie legende. No i po cworte – nazwisko tego władcy przyjemnie kojarzy sie z rosołkiem, zupom pomidorowom i róznymi inksymi piknymi zupkami.

I cóz. Dlo jednyk wozniejse bedom argumenty za pozostawieniem kolumny, dlo drugik – przeciwnie. Do sie rozwiązać ten problem tak, coby zadowolić jednyk i drugik? No ba! Pewnie ze sie do! Nawet jedno z firm Felka znad młaki mogłaby to załatwić (mom nadzieje, ze nifto nie posądzi mnie tutok o kryptoreklame). Otóz, ostomili, wystarcy, coby pod owom kolumnom wyryktować barzo głęboki dół. Tak głęboki, coby ona cało mogła sie w nim schować. W dole nalezałoby zainstalować winde, ale nie osobowom, ino kolumnowom, bo kolumna króla Zygmunta byłaby jej jedynym pasazerem. No i po wykonaniu odpowiednik robót syćko bedzie wyglądało tak, ze – powiedzmy – przyjedzie do Warsiawy turysta piknie interesujący sie XVII-wiecnom historiom Polski. Pódzie se na plac Zamkowy, poźre i zawoło:
– Na mój dusicku! Pikny ten Zamek Królewski! Pikno ta warsiawsko starówka! Ino – krucafuks – co robi tutok ta sakramencko kolumna Zygmunta! Jo wiem, ze zabytek zabytkiem, ale fto to słysoł, coby tak uhonorowywać ancykrysta, ftóry downej Rzecpospolitej naryktowoł skód co niemiara!

Nagle poziro – i widzi tablicke z napisem: Jeśli fces, coby kolumna Zygmunta stela znikła – wyślij sms-a pod numer 1632 o treści: PRECKI.

– Ha! – woło turysta i zaroz biere telefon abo inksego smartfona, śle stosownego sms-a i po kwilecce… włącajom sie odpowiednie urządzenia, kolumna zjezdzo w dół, ponizej powierzchni placu, a na koniec – piknie zamyko sie nad niom specjalno klapa. A turysta jest piknie zakwycony, ze teroz wreście ten plac Zamkowy wyglądo tak, jak jego zdaniem wyglądać powinien.

Ba za jakisi cas – na ten sam plac moze przyjść inksy turysta. I ten inksy turysta poźre i zawoło:
– O, Jezusicku! Przecie tutok pikno kolumna stała! Kany ona? Warsiawa bez kolumny Zygmunta to jak Kraków bez Kościoła Mariackiego!

Po kwilecce jednak zauwazo napis: Jeśli fces, coby kolumna Zygmunta nazod tutok stanęła – wyślij sms-a pod numer 1587 o treści: NAZOD.

No i ten inksy turysta wartko wysyło sms-a, klapa piknie sie otwiero, kolumna wyjezdzo do wierchu i wnet plac Zamkowy znów wyglądo tak, jak go mistrz Canaletto namalowoł.

Tym oto sposobem kozdy przychodzący w to miejsce bedzie mógł dostosować jego wygląd do swoik potrzeb. Proste? Proste! Technicnie mozliwe? W dzisiejsyk casak – jak najbardziej!

Tak w ogóle to słysołek, ze przy tym placu som straśnie długie ruchome schody. No to nie zaskodzi, kie bedzie tyz tamok ruchomo kolumna.

Kie zaś idzie o dochody z tyk syćkik sms-ów, to mozno je przeznacyć na ratowanie stołecnyk zabytków. I wte syćka bedom piknie zadowoleni: i przeciwnicy kolumny Zygmunta, i jej zwolennicy, i warsiawskie zabytki tyz. Hau!

31.12.2015
czwartek

Jo tyz zyce syćkim hepiniujera

31 grudnia 2015, czwartek,

Życzę ci hepiniujera! – usłysołek roz, jak jeden cłek pedzioł drugiemu cłekowi w pewnom piknom sylestrowom noc. Hepiniujera? Na mój dusiu! Jak wiadomo, więksość z nos, bywalców Owcarkówki, staro sie pielęgnować nasom polskom mowe i nie pokwolo zbytniego miesania jej z obcymi słówkami. No ale te akurat zycenia – nic na to nie poradze – uwidziały mi sie sakramencko piknie. Tak piknie, ze nie moge sie powstrzymać od zrobienia tutok wyjątku. Niniejsym jo tyz hepiniujera syćkim zyce!

Kie zaś idzie o scegółowe zycenia, to… do kogo skierować by je najpierw? Moze do polskiej demokracji? Ona tako bidno teroz jest. Syćka wiemy, ze do ideału brakuje jej tego i owego. W sumie jednak – jest całkiem śwarno. A na pewno milion rozy śwarniejso od najśwarniejsej dyktatury! Cemu więc nieftórzy próbujom zrobić jej krziwde? Cóz. Tak to juz niestety jest: som tacy, co lubiom krzywdzić ludzi, som tacy, co lubiom krzywdzić zywine i som tacy, co lubiom krzywdzić ślebode i jej ostomiłom siostre demokracje. Więc jo tej bidocce – niedoskonałej ba mimo syćko śwarnej – piknie zyce, coby rocek 2017 mogła witać w duzo lepsym nastroju niz 2016. I coby za rok cuła sie duzo bezpiecniej niz dzisiok. Bajako.

A cego zycyć wom, ludziom? No… kie widze, ze wase prognozy na Nowy Rok som rózne, jedne pesymistycne, drugie optymistycne, to zyce wom, coby te pesymistycne okazały sie całkowicie chybione, a te optymistycne – coby okazały sie… kapecke zbyt pesymistycne 😀 I ślus.

Dlo zywiny tyz mom pikne zycenia. Choć tutok jest pewien problem. No bo kie zywinie drapieznej bede zycył spełnienia marzeń – to jo wiem, o cym ona marzy i wiem, ze spełnienie jej najwięksego marzenia byłoby barzo niebezpiecne dlo zywiny roślinozernej. Z kolei kie bede zycył tego samego zywinie roślinozernej – to spełnienie jej marzeń bedzie oznacało śmierzć głodowom dlo zywiny drapieznej. W takim rozie… syćkim śtyronoznym istotom zyce, coby właśnie w tym nadchodzącym rocku nolozł sie taki mędrol, ftóry dlo tego odwiecnego problemu pod tytułem „wilk syty i owca cała” odkryje wreście pikne i trwałe rozwiązanie.

Mom tyz specjalne zycenia dlo psów. Otóz psom zyce, coby syćka ludzie, ftórzy na te sylwestrowom nocke nakupowali se fajerwerków, nagle zabocyli, kany je schowali. Coby sukali ik i sukali, ba nijak nie mogli noleźć. A kie wreście nojdom – to niek juz bedzie za poźno, coby odpalać je na witacke Nowego Roku. Kozdy pies piknie wom to potwierdzi, ze barzo mu zalezy na spełnieniu takiego właśnie zycenia. Bo nawet jeśli nielicne z nik (jako jo na przikład) nie bojom sie tego wielkiego sylwestrowego ŁUBUDUM! – to barzo współcujom tym pobratymcom, ftórzy sie bojom. Haj.

No to jesce roz: hepiniujera, ostomili! Piknego, spokojnego, pełnego miłyk zdarzeń hepiniujera 2016! Hau!

P.S. Pod poprzednim wpisem nowy gość ku Owcarkówce przybył – Fluxicek. Powitać barzo piknie! 😀

css.php