Pomidor!

20/11/2009, piątek

Addio pomidory,
Addio ulubione,
Słoneczka zachodzące za mój zimowy stół.
Nadchodzą znów wieczory sałatki niejedzonej,
Tęsknoty dojmującej i łzy przełkniętej wpół.

Pikno piosnka! Jak kozdo piosnka Starsyk Ponów zreśtom. Ino jo se myśle, ze smutku jest w niej więcej niz potrzeba. Jo wiem, ze pomidory przemijajom wroz z jesiennym wiatrem. I potem w sklepak mozno uwidzieć co najwyzej jakiesi cyrwone cudoki, co to ino udajom, ze som pomidorami. Ba przecie wystarcy pockać, jaze letni wiater zawieje. I z tym letnim wiatrem nowe pomidory przyjdom! A wte pon Michnikowski bedzie mógł zaśpiewać tak:

Buongiorno pomidory,
Buongiorno odrodzone,
Słoneczka me wschodzące nad mój lipcowy stół.
Wracają cudne pory sałatki wymarzonej,
Rozkoszy siegającej aż po żołądka dół.

Ale jest tyz, ostomili, tako jedno pomidorowo rzec, co odesła i nie wiem, cy jesce kiesik wróci. Wiecie o cym godom? O zabawie w pomidora. Bocycie te zabawe? Wyglądała ona tak, ze kie ftosi pytoł wos, jaki momy dzisiok dzień, to wy odpowiadaliście: “Pomidor!” Kie ftosi spytoł, jako jest stolica Urugwaju, odpowiadaliście: “Pomidor!” A spytani o imie ulubionego wodza Indian tyz odpowiadaliście: “Pomidor!” Nie wolno było odpowiedzieć inacej, bo wte byście przegrali i musieli wręcyć pytającemu jakiegosi piknego fanta.

Choć kieby tak siąść i pomyśleć, to przychodzi do głowy tako myśl, ze w sumie ta gra była straśnie monotonno. Nie powinna sie więc nikomu podobać. A jednak w starodownyk PRL-owskik casak - a moze w jesce downiejsyk tyz? - ludzie barzo jom lubili, zwłasca dzieci. Na mój dusiu! Jakiz to urok sie w niej krył? Cy to hodujący pomidory badylorze zręcnie manipulowali społeceństwem, coby nigdy nie zabocyło o tym warzywku? Cy downiej pomidor ryktowoł jakiesi feromony, ftóre nakazywały ludziom cały cas o nim myśleć? A moze popularność tej zabawy podtrzymywały sprytne dzieciaki, wymigujące sie od odpowiedzi na kłopotliwe pytania? Wracoł taki mały spryciorz ze skoły, rodzic pytoł go: “No i co dostołeś z klasówki z matematyki?”, a mały spryciorz odpowiadoł: “Pomidor!” I wte była jakosi sansa - przynajmniej maluśko - na odwrócenie uwagi rodzica od niestety niezbyt piknego stopnia z klasówki. Godom tutok ocywiście o stopniu, co to za PRL-u w gwarze ucniowskiej nazywoł sie lufom abo laskom. Właśnie tak! Laska to była kiesik dwója, a nie śwarno dziewcyna. Kie zaś w drugiej połowie roków osiemdziesiątyk znacenie laski sie zmieniło, to był znak, ze ustrój politycny tyz sie wkrótce zmieni.

No ale wracając ku tej storodownej zabawie, to jo wos fce, ostomili, piknie uprzedzić: pod niniejsym wpisem na syćkie, absolutnie na syćkie komentorze bede udzieloł jednej i tej samej odpowiedzi: Pomidor :D . W ten sposób zafunduje syćkim takom małom podróz w casy, kie ta zabawa była barzo popularno. A młodsi internauci lepiej uwidzom, na cym ona polegała.

No to… pomidor! :D

P.S.1. I jesce jedno. Jak juz wielu zauwazyło, w Owcarkówce nowy gość sie pojawił - Danusiecka. No to powitać piknie! :D

P.S.2. A komu marzy sie święty spokój, ten w najblizsy weekend musi go mieć. Musi i ślus! Bo przybocuje, ze to Weekend Świętego Spokoju bedzie :D

P.S.3. Pomidor :D

Cy istniejom janielice?

15/11/2009, niedziela

7 listopada o godzinie 20.18 Józeficek popytoł mnie, cobyk spytoł gaździne, cy opróc janiołów istniejom tyz janielice? No to kie gaździna wysła z chałupy i posła krowy doić, jo zastąpiłek jej droge i spytołek. Ocywiście po psiemu, bo po ludzku nie umiem.
- Hauuhau? - tak dokładnie spytołek.
- Co? Znowu fces kiełbasy?! - spytała gaździna. - Mowy nimo! Nie dom ci ani kawałecka, rozbójniku jeden!
Krucafuks! Nie zrozumiała mnie! Casem ona piknie mnie rozumie, ale niestety nie wse. Obyrtłek sie zasmucony i ze zwiesonym łbem rusyłek ku swej budzie.
- No juz dobrze, dobrze - pedziała gaździna, kie uwidziała mnie zmartwionego. - Pockoj kwilecke.
Wróciła sie nazod do chałupy, ba zaroz znowu z niej wysła. Wroz z piknym kawałkiem jałowcowej!
- Mos, beskurcyjo - pedziała. - Choć prowda jest tako, ze zasłuzyłeś na praśnięcie ścierom, a nie na kiełbase.
I posła do krów.

W tym miejscu mógłbyk zakońcyć wpis piknym morałem, ze worce zadawać pytania, bo nawet kie nie dostonies odpowiedzi, to mozes piknom kiełbaske dostać. No ale wte dalej nie byłoby wiadomo, co z tymi janielicami. Skoda więc, ze gaździna nie odpowiedziała na moje pytanie, ale niekze ta. Posukom odpowiedzi sam. Najpierw pomyślołek, coby przejrzeć Pismo Święte. I kie ino natrafiła sie okazja, to przejrzołek. A właściwie obwąchołek, bo dokładne przeglądanie to by mi za duzo casu zajęło. Niestety - ani jednej, nawet najmniejsej janielicki nie udało mi sie wywąchać. Ale to ocywiście zoden dowód! W końcu o oscypkak tyz w Piśmie Świętym nimo ani słowa - a istniejom! Poza tym pisanie Nowego Testamentu skońcono jakosi tak koło setnego rocku nasej ery. A moze Pon Bócek stworzył janielice w roku 101? Jeśli tak było - to ocywiście Pismo nie mogło o nik zbocyć.

Postanowiłek sukać dalej. Zacąłek przeglądać “janielskie” filmy na di-wi-di, ftóryk baca z gaździnom kapecke majom: Miasto Aniołów z ponem Nicolasem Cagem i poniom Meg Ryan, Anioła w Krakowie z ponem Globiszem, Autostrade do nieba z bonanzowym Małym Joem… Jaze zacąłek oglądać To wspaniałe życie z ponem Jamesem Stewartem. Znocie ten film? Nieftóryk moze on kapecke draźnić swojom naiwnościom, takom typowom dlo filmów sprzed pół wieku. Ba w sumie to barzo sympatycno naiwność! Dlo mnie w kozdym rozie film jest pikny. Ino dopiero teroz zwróciłek tamok uwage na jednom rzec. Bo była tam, ostomili, mowa, ze kie na ziemi zadzwoni dzwonenecek, to w niebie jakisi janiołek dostoje skrzydła. O skrzydełkotwórcym działaniu dzwonków słysołek juz wceśniej. Ale jakosi dopiero teroz głębiej sie nad tym zastanowiłek. Pomyślołek nawet, ze kie wiosnom znów póde z moim bacom na hole, to muse pedzieć owieckom, coby dzwoniły więcej niz zwykle. W końcu co bedziemy komusi skrzydełek załować? Niek majom! Ale tak poza tym to przybocyło mi sie, ze opróc dzwonecków, dzwonków i dzwonów som jesce na tym świecie - dzwonnice. Co z tego wyniko? Ano pikno odpowiedź na Józefickowe pytanie! Na mój dusiu! Skoro istnieje pikny związek między ziemskimi dzwonami a niebiańskimi janiołami, a zarozem tutok na ziemi som dzwony i dzwonnice, to w niebie musom być… janioły i janielice! Dzwonnice som dowodem na istnienie janielic! Bajako! I pewnie kie zabije taki dzwon, co to w dzwonnicy sie nojduje - to uskrzydlo janielice, nie janioła. Bo dzwonnica jest więkso, więc wozniejso niz dzwon.

Ciekawe ino, cym sie te janielice zajmujom? Cy tym samym co janioły? Jo tego nie wiem. Ale juz wiem, ze som! Naukowo to udowodniłek! Hau!

Siumny starusek

11/11/2009, środa

Jakosi nie było wceśniej okazji, coby zbocyć tutok o pewnyk piknyk urodzinak pod Tatrami. Bo najpierw wypadało wyryktować nagrody ostomiłym zwycięzcyniom krzyzówkowego konkursu. Trafił sie tyz wpis z okazj okazji Dnia Zadusnego. No ale co sie odwlekło, to nie uciekło i powiem wom o tyk urodzinak teroz. Moi ostomili, w Tatrak zyje se pewien siumny, dziarski starusek, o ftórym na pewno słyseliście, ale nie wiem, cy wiecie, ze niecałe dwa tyźnie temu skońcył on… równo sto roków! Dokładnie 29 października je skońcył. Przyznocie chyba, ze to barzo pikny wiek? Jo nawet fciołek zadzwonić do jubilata i złozyć mu zycenia. Tak sie bowiem składo, ze znom jego numer telefonu. W końcu nie zadzwoniłek, ale to ino dlotego, ze kiebyk zacął scekać do słuchawki, to nie wiem, cy byłbyk dobrze zrozumiany.

Cy kie byliście w Tatrak, to udało wom sie zetknąć z tym staruskiem? Na mój dusiu! Barzo mozliwe, ze tak! Bo na tatrzańskik ślakak i inksyk perciak barzo cęsto on bywoł. I bywo nadal! A co on w ogóle w tyk Tatrak porabio? Ano… ratuje turystów i taterników. Cy słonko przypieko, cy dysc pado, cy holny duje, cy kurniawa saleje - on na wieść, ze ftosi w górak pomocy potrzebuje, o kozdej porze dnia i nocy, w kozdom pogode bez wahania na ratunek ruso. Nie wse udawało mu sie zdązyć na cas, nie kozdego bidoka zdołoł uratować. Zdarzało sie, ze śmierztecka była sybso od niego. Wielu ludzi jednak piknie ocalił. Jak wielu - tego dokładnie nie wiem. Ba pewne jest to, ze kieby ftosi fcioł wyryktować liste syćkik uratowanyk przez nasego stulatka niescynśników, to najpierw powinien zadać se pytanie: “Cy jo mom benedyktyńskom cierpliwość?” Jeśli odpowie se: “Nie”, to lepiej niek do ryktowania takiej listy sie nie biere. Bo nawet do połowy jej nie wyryktuje.

Jak sie ten starusek nazywo? Juz godom: Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Tak, tak, ostomili. To właśnie dzieje tego Pogotowia zacęły sie równo sto roków temu. A to głównie dzięki ponu Mariuszowi Zaruskiemu, ftóry piknie sie w Tatrak rozmiłowoł, a w 1904 rocku zamieskoł w Zakopanem. Tamok jego zona, poni Izabela, wyryktowała pikny pensjonat “Krywań”, co to stoł przy ulicy Ogrodowej 5. Teroz ten adres jest inksy - Zaruskiego 6. Przyznoje, ze jakosi nigdy nie sprawdziłek, co sie obecnie pod tym adresem nojduje. Przy najblizsej okazji muse tamok zajrzeć. Chyba, ze ftosi zajrzy przede mnom, to wte mi powie, co uwidzioł.

W pocątkak XX wieku te nase Tatry nie były jesce tak straśnie zatłocone jako dzisiok. Ale jednak juz wte piknie kusiły licnyk turystów. A ci turyści - tak jak ci dzisiejsi - od casu do casu abo w przepaść spadali, abo gubili droge, abo jakiesi inkse niescynścia im sie przytrafiały. No i kie długo nie wracali z gór, to ik krewni sli do “Krywania” i błagali: “Ostomiły ponie Zaruski! Ratujcie nasego bidnego kuzyna, co to w góry poseł i słuch po nim zaginął! Pewnie lezy kasi bidocek ranny, głodny i wystrasony. O, Jezusicku! Po co on tam seł? Ponie Zaruski! Pon zno te góry tak dobrze jako mało fto! Pytomy więc piknie, posukojcie i uratujcie tego bidocka!” No i zacny pon Zaruski nie mioł sumienia takim prośbom odmawiać. Zbieroł ochotników, pakowoł zapas zywności - i rusoł na ratunek. Ale w końcu pomyśloł se, ze skoro tak wiele wypadków w Tatrak sie zdarzo, to moze przydałoby sie jakiesi pikne górskie pogotowie ratunkowe wyryktować? Pedzioł o tym swojemu przyjacielowi, ponu Mieczysławowi Karłowiczowi, co to był hyrnym kompozytorem i tyz pod Tatrami mieskoł. No a ten pon Karłowicz od rozu zawołoł, ze pomysł pona Zaruskiego jest pikny! I wzięli sie we dwók za organizowanie tego pogotowia. Ba potem przyseł dzień 8 lutego 1909 rocku. I stała sie straśno rzec: kie pon Karłowicz seł z Holi Gąsienicowej ku Małemu Kościelcowi - spadła na niego lawina. Następnego dnia do pona Zaruskiego przysła matka kompozytora, zaniepokojono, ze jej syn straśnie długo do chałupy nie wraco. Pon Zaruski, kie to usłysoł, zaroz popytoł o pomoc tatrzańskiego przewodnika Staska Gąsienice-Byrcyna. I wartko wroz z nim wyrusył na posukiwania. Sli obaj śladami nart, pozostawionymi - jak słusnie sie domyślali - przez pona Karłowicza. Pod Kościelcem natrafili na świezy ślad po lawinie. Wte od rozu odgadli, co sie stało. Jaz do wiecora przesukiwali to sakramenckie lawinisko - ale bez skutku. Wreście pon Zaruski posłoł Staska w dół, coby sprowadził dodatkowom pomoc. Sam zaś postanowił spędzić noc w schronisku na Gąsienicowej. Ba nijak nie mógł usnąć. W końcu wziął latarke, wrócił pod Kościelec i znów zacął sukać. Sukoł całom noc, zywiąc reśtecki nadziei, ze moze nojdzie przyjaciela zywego? Nad ranem przysła więkso grupa ratowników. Wśród nik hyrny Klimek Bachleda. No i wreście pona Karłowicza noleziono. Ale niestety… on juz nie zył.

Na wieść o nagłej śmierzci wielkiego artysty całe Zakopane pogrązyło sie w załobie. I cały polski świat kultury. Zarozem wypadek ten był dowodem, ze góry mogom być niebezpiecne nie ino dlo lekkomyślnyk turystów, ba dlo tyk doświadconyk tyz. Sam pon Zaruski zaś umocnił sie w przekonaniu, ze górskie pogotowie jest barzo potrzebne. Podwoił więc wysiłki w celu jego utworzenia. Opracowoł jego statut, ftóry potem specjalno komisja kapecke poprawiła. Zacął tyz zbierać środki na sprzęt ratownicy. Na scynście nie zabrakło ludzi, co chętnie oddawali swe dutki na wsparcie tak ślachetnego przedsięwzięcia. Swojom drogom ciekawe, cy w dzisiejsyk casak tyz by takik ludzi nie zabrakło?

29 października 1909 rocku statut Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego zostoł zatwierdzony przez cysorsko-królewskie namiestnictwo galicyjskie. I w ten oto sposób Pogotowie piknie zostało powołane do zycia.* Od rozu sie okazało, ze jest ono jesce pikniejse niz jego alpejski odpowiednik. Bo kie w Alpak rodzina zaginionego turysty pytała ratowników o pomoc, to od cego zacynała sie tamok akcja ratownico? Ano od ustalania zapłaty za te całom akcje. Kie rodzina zaginionego była bogato - wte w miare łatwo dobijano targu. Ale kie była bidno i nie miała telo dutków, kielo ratownicy ządali… Na mój dusiu! Wte dochodziło do długik, trudnyk negocjacji! A cenny cas uciekoł! Natomiast ratownicy od pona Zaruskiego robili inacej: najpierw rusali na pomoc. I dopiero po powrocie z ratownicej wyprawy wystawiali rachunek. A bywało i tak, ze kie okazywało sie, ze uratowany turysta jest bidokiem, to w ogóle dutków nie brali. Bo Pogotowie pona Zaruskiego było nie ino OCHOTNICZE, ale tyz HONORNE. Bajako.

Heeej! Roki mijały. Ci najpierwsi toprowcy pomalućku przenosili sie na Niebieskie Wierchy: w 1910 rocku przeniesł sie Klimek Bachleda, w 1941 - pon Zaruski, w 1967 - Stasek Gąsienica-Byrcyn… Ale sam TOPR zyje dalej! I chyba śmiało mozemy pedzieć, ze to jego dotykcasowe zycie było barzo pikne. Cego zatem dzisiok zycyć zasłuzonemu stulatkowi? Dalsego piknego zycia - to na pewno. I na pewno tyz tego, coby jak najrzadziej musioł rusać na ratunek w góry. A kie juz bedzie rusoł - to niek wse wraco bez gałązek kosodrzewiny.** Tego nasemu siumnemu tatrzańskiemu staruskowi piknie zycmy. Zdrowie tego staruska! Hau!

* H. Stępień, Mariusz Zaruski, Warszawa 1997, s. 68-73. A wspomniena pona Zaruskiego z posukiwań pona Karłowicza mozno pocytać se tutok.
** U tatrzańskik ratowników jest taki zwycaj, ze kie nojdom martwego turyste, narciorza cy taternika, to odłamujom od najlbizsej napotkanej kosówki gałązke i przycepiajom jom do nosy, ftórymi transportujom bidoka w dół. W ten sposób bidok ten zabiero kawałecek gór ze sobom.

Cud w Pieninak

7/11/2009, sobota

Emilecka nagrode za odgadnięcie krzyzówkowego hasła juz dostała. Teroz pora na nagrode dlo Gosicki. A co Gosicka fciała dostać? Niek przyboce. Fciała, cobyk wyjaśnił, cemu mój śwagier i mój kolega ze studiów nie zesli z holi w dniu świętego Michała, ino dalej na tej holi siedzieli. Ze tak właśnie było - som na to fotograficne dowody. No to teroz jo to syćko piknie wyjaśnie. Ino niek zacne od pocątku.

Był, ostomili, dzień 15 października. Barzo brzyćki dzień! Jak on w górak wyglądoł, to Poni Dorotecka zbocowała. Śnieg wte straśny sypoł, zimnica chyciła, duło sakramencko… Krucafuks! Dobrze ze nimo mnie juz na holi - pomyślołek se pozirając na takom pogode. Siedziołek wte w chałupie przed komputrem i drukowołek z Wikipedii wiadomości o Księzycu. No bo dosłek do wniosku, ze dobrze by było wiedzieć, do cego jo se od casu do casu wyje. Jaz tu nagle ftosi w okienko zapukoł. Kiebyk był panienkom, to byk pomyśloł, ze to ułani. Ale przecie nie jestem. Fto to zatem był? Ano dwa znajome owcarki z pobliskik Pienin! Cyli właśnie ten mój śwagier i kolega ze studiów! Pewnie fcielibyście wiedzieć, z jakik studiów? Ano tyk na Wydziale Cłowiekologii na Uniwersytecie Turbaczowskim. Od rozu godom, ze wy, ludzie nie mozecie sie na ten uniwersytet dostać. Ba nie narzekojcie! A kie spróbujecie narzekać, to powiedzcie: kielo psów dopuściliście na studia na Uniwersytecie Jagiellońskim abo Warsiawskim?

No więc przyseł ku mnie ten śwagier wroz z moim kolegom, a jo wte wykrodłek sie z chałupy i wysłek do pola.
- O, Jezusicku! - zawołołek, kie dokładniej przyjrzołek sie moim niespodziewanym gościom. - Jak wy wyglądocie! Mokrzy, brudni, strudzeni! Zupełnie jakbyście w te kurniawe siedzieli na holi, a nie we wsi!
- Bo my ciągle siedzimy na holi - odpowiedzioł śwagier.
- Cooo?! - zdziwiłek sie. - Jesce na holi siedzicie? W połowie października? Dwa tyźnie po świętym Michale?
- No… tak jakosi wysło - pedzioł mój kolega.
- Krucafuks! - zawołołek. - No to przecie owiecki wom w takom pogode pomarznom! Temu wasemu bacy chyba sie cosi pokiełbasiło!
- Jakby to pedzieć… - znów zabroł głos śwagier. - Pokiełbasiło mu sie, ba my mu w tym kapecke pomogli.

I śwagier zacął opowiadać:
- Na pewno bocycie, krzesny, jakom pogode pod koniec września my mieli? Ciepło było, pogodnie, słonko piknie przygrzewało… Nie fciało sie z tej holi na dół schodzić. Oj, nie fciało! Nie ino nom zreśtom, ba nasemu bacy tyz. No i na dzień przed świętym Michałem baca wyseł z bacówki, poźreł ku pobliskim wiersyckom, poźreł ku kapecke dalsym Tatrom i zawołoł: “Na mój dusiu! Ale tutok piknie! Jaze skoda hole opuscać! Eh, Ponie Bócku, piknie pytom, spraw, coby święty Michał jesce nie przychodził. Cofnij cas o miesiąc.” No i kie my tak słuchali, jak baca gorliwie modli sie o cofnięcie casu, to wpadli my na pewien pomysł. Postanowili my zrobić tak, coby był sierpień, a nie wrzesień.
- Ale przecie casu nie cofliście? - wtrąciłek - Bo niby jak?
- W nasej bacówce na ścianie wisi kalendorz - pedzioł mój kolega. - No i kie baca tak stoł na holi i sie głośno modlił, my zakrodli sie do bacówki i przestawili w tym kalendorzu kartki z września na sierpień. Pomyśleli my, ze pogoda pikno, więc nic sie nie stonie, jak se jesce z miesiąc na tej holi posiedzimy.
- A potem baca weseł nazod do bacówki - kontynuowoł śwagier. - Rozejrzoł sie i… cosi mu tutok nie pasowało. Rozejrzoł sie jesce roz. Wreście uwidzioł kalendorz i zacął wołać: “Cud! Cud! Najprowdziwsy cud sie wydarzył! Pon Bócek wysłuchoł moik modlitw! Cofnął cas o miesiąc!”
- No dobrze - pedziołek - ale cy nifto nie wytłumacył temu wasemu bacy, ze cas wcale sie nie cofnął?
- Nifto, krzesny! - pedzioł śwagier. - Juhasi próbowali - i nic. Godali, ze to pewnie jakisi turysta dlo śpasu poprzestawioł kartki w kalendorzu. Ale baca na to pedzioł, ze tego ranka zoden turysta sie tutok nie kryncił, więc z pewnościom ino jakosi siła naprzyrodzono mogła to zrobić. Wte jeden z juhasów hipnął do Czorsztyna po świeze gazety, inksy włącył radio, ka w wiadomościak wyraźnie mówili, jaki jest dzień. Ale baca nie doł sie przekonać. Godoł, ze te gazety i to radio to jakiesi satańskie śtucki, a on swoje wie i na pewno teroz jest sierpień. No i święty Michał minął, wkrótce przyseł październik, a nas baca myśloł, ze to dopiero wrzesień. Więc dalej juhasów i owiecki na holi trzymoł. Dopóki pogoda była pikno - nifto właściwie nie narzekoł. Ale teroz - sami, krzesny, widzicie, co sie na polu dzieje. A baca sie uporł! Pedzioł, ze syćka bedom sie z niego śmiali, kie on za wceśnie w dół zejdzie, więc trza wytrzymać do świętego Michała, ftóry w jego mniemaniu mo przyjść dopiero za dwa tyźnie. No i teroz owiecki marznom, juhasi marzonom, my marzniemy… I co momy zrobić?!
- Krucafuks! - zakląłek. - No toście naryktowali bidy!
- Ano…. naryktowali - przyznoł kolega. - Ale jak teroz to naprawić? Jak nakłonić bace, coby wreście zgodził sie na opuscenie holi?
- Moze powinniście znów kartki w kalendorzu zmienić? Ino teroz w drugom strone? - zaproponowołek.
- Nic z tego - pedzioł kolega. - Baca uznoł, ze to cudowny kalendorz, ftóry nie moze se ot tak wisieć na okopconej bacówkowym dymem ścianie. Zamknął go w skrzyni na kluc. A kluc ten teroz cały cas przy sobie nosi.
- Cóz - pedziołek. - Was baca myśli, ze to Pon Bócek cofnął cas, więc ino Pon Bócek moze go przekonać. Abo przynajmniej jakisi święty. Najlepiej święty Michał!
- Ba jak z tym świętym Michałem pogodać, coby zefcioł póść do nasego bacy i wyprowadzić go z błędu? - spytoł kolega.
- Widze dwie mozliwości - pedziołek.

A potem poźrełek ku niebu i głośno spytołek:
- Ponie Bócku, ześles ku nom na pomoc świętego Michała cy wolis, cobyk jo go zastąpił?
Nie padła z wierchu zodno odpowiedź, więc jasne juz było, ze Pon Bócek wybroł te drugom mozliwość.
- No to teroz posłuchojcie - zwróciłek sie ku tym dwóm bidnym owcarkom. - Kim jest święty Michał, to wiecie - jednym z najwozniejsyk janiołów, cyli jarchaniołem. A u nos na strychu lezy strój janiołka. Wnucka mojego bacy i mojej gaździny występowała w nim podcas jasełek. No to wykrodniemy ten strój i pohybomy na wasom hole w Pieninak. Tamok jo załoze to przebranie, coby was baca myśloł, ze jestem jarchanioł Michał.
- No dobrze, krzesny - pedzioł śwagier. - Ale jak wytłumacycie mu, ze jest juz połowa października? Przecie nie umiecie godać ludzkim głosem.
- To prowda - zgodziłek sie. - Dlotego zaroz wydrukuje na nasej komputrowej drukarce pikny tekst, ftóry dom wasemu bacy do przecytania. Moze być tamok napisane cosi takiego: Ostomiły baco. Jo, święty Michał, doje ci to do przecytania, bo nie bede ku tobie godoł. A nie bede godoł, bo nie jesteś godzien słuchać janielskiego głosu. Zabier wartko owiecki w dół, bo moje swięto juz downo minęło! A kartki w kalendorzu to ci po prostu wiater zmienił, bo miołeś przeciąg w bacówce.
- To sie moze udać! - zawołoł zakwycony kolega.
- To sie nimo prawa nie udać - poprawiłek go. - Bo kieby sie nie udało, to jo juz nie wiem, co zrobić.

No i pockali my, jaz mój baca z mojom gaździnom pódom spać. Kie posli, to my sie zakradli do chałupy, noleźli na strychu jasełkowy strój janiołka, a potem wydrukowali na komputrze co trza. Kartecke z wydrukowanym tekścikiem wsadzili my do piknej koperty. Z pewnym trudem my sie po chałupie porusali, bo ciemno kruca było, ale udało sie nie obudzić ani bacy, ani gaździny.

No i pohybali my ku Pieninom. Śwagier z kolegom powiedli mnie ku swej holi. Pockali my w lesie do rana. A kie ranek przyseł, śwagier z kolegom pomogli mi załozyć strój janiołka. Pikny był to strój! Składoł sie nie ino z biołej janiołkowej kiecki, ale tyz ze skrzydełek, peruki z jasnymi śnurkami udającymi włosy i piknej aureoli, co to jom sie za pomocom drucika do głowy przycepiało. Mojo gaździna jest tako zdolno, ze sama to syćko swojej wnucce wyryktowała. Kie juz sie w ten strój ubrołek, to godom wom - wyglądołek jako prowdziwy janioł! Taki kapecke kudłaty, ale janioł!

Podesłek ku bacówce. W samom pore, bo zaroz otworzyły sie drzwi i ze środka wyseł baca. Na wselki wypadek - choć nie jest to dlo mnie łatwe - stanąłek na dwók tylnyk łapak, coby baca nie pomyśloł, ze to przynapity janiołek przycołgoł sie ku niemu na cworakak.
- A to co? - zawołoł baca zdziwiony. - To juz ci dyktatorzy mody nawet owcarki zacęli w jakiesi dziwne ciuchy ubierać?
O, krucafuks! Od rozu na śtyry łapy opodłek! Mój plan sie nie udoł! Tako pikno charakteryzacja - a ten baca i tak owcarka rozpoznoł! Chociaz… moze kie mu wręce te koperte z wydrukowanom przeze mnie “janielskom mowom”, to jednak weźmie mnie za świętego Michała? Miołek te koperte w zębak. Podołek jom bacy. Kapecke to go zaskocyło. Ale wziął jom, otworzył, wyciągnał ze środka kartke i zacął cytać na głos:
- Księżyc, łac. Luna, jedyny naturalny satelita Ziemi, nie licząc tzw. księżyców Kordylewskiego, które są obiektami pyłowymi i przez niektórych badaczy uważane za obiekty przejściowe. Jest piątym co do wielkości księżycem…
Na mój dusiu! Co ten baca cytoł? O, Jezusicku! Juz wiem! Jak juz wom godołek, zanim śwagier z kolegom przysli ku mnie, to jo se wydrukowołek z Wikipedii informacje o Księzycu. I widocnie pomyliłek kartki! Zreśtom o pomyłke - przy zgasonym świetle w chałupie - wcale nie było trudno. No, krucafuks!

Ale swojom drogom, to jo ten tekst o Księzycu fciołek zachować dlo siebie. Niby mogłek wrócić do chałupy i druknąć se to jesce roz, ba po co marnować toner i papier? Zwinnym ruchem chyciłek kartecke w zęby i wyrwołek jom z rąk bacy. A potem uciekaca ku lasowi! Cóz… normalnie to jo byk przed kozdym cłowiekiem uciekł bez trudu. Ale w kiecce jasełkowego janiołka wcale nie było to takie proste. Zaplątołek sie w te kiecke i poturlołek przed siebie, jaz prasłek łbem w pień smreka. Nie uderzyłek sie na scynście zbyt mocno, ba na kilka sekund mnie ogłusyło. To bacy wystarcyło, coby mnie dogonić i odebrać mi mojom kartke. A potem wiecie, co zrobił? Wspiął sie na tego smreka, cobyk mu więcej nie przeskadzoł i spokojnie przecytoł se reśte tekstu. Barzo załowoł, ze brakowało dalsego ciągu. Jaz mi sie go nawet kapecke zol zrobiło. Kiebyk to przewidzioł, to byk mu reśte wydruku przeniesł.

Kie baca skońcył cytać, to zeseł ze smreka i poseł ku bacówce. Nie próbowołek juz mu tej kartki odebrać. Po tak sakramenckim niepowodzeniu mojego planu było mi juz syćko jedno.

Na przeciw bacy wysli jego juhasi.
- Ka zeście, baco, byli? - spytali.
- A, na tamtym smrecku. Cytołek se - odpowiedzioł baca.
- Cytaliście? - zdziwili sie juhasi. - A o cym?
- O Księzycu - pedzioł baca. - Cy wy wiedzieliście, ze przeciętno odległość od środka Ziemi do środka Księzyca wynosi 384403 kilometry?
- No, nie wiedzieli my - przyznali juhasi.
- Ha! - zawołoł baca. - A wiedzieliście, ze księzycowo średnica jest długo na 3474 kilometry?
- Tyz nie - pedzieli juhasi. - A po co nom to wiedzieć?
- A cy wiedzieliście - baca pytoł dalej - ze w 1959 roku ruski sputnik Łuna 3 zrobił pierwse zdjęcia niewidocnej cynści Księzyca?
Kie juhasi pokryncili głowami, baca sie roześmioł:
- Hahaha! Ale z wos sietnioki! W ogóle nie znocie sie na astronomii!
- A wy sie, baco, znocie? - spytali juhasi.
- Jesce nie - pedzioł baca. - Ale zamierzom sie poznać. Bo kie tak cytołek o tym Księzycu, to pomyślołek, ze astronomia to jest barzo ciekawo dziedzina nauki.
- Moze i ciekawo, ba co z tego? - próbowali dociec juhasi.
- Ano to z tego, ze uświadomiłek se, ze jo całe swoje zywobycie to sie ino owieckami zajmowołek. Nie powiem, ze to nie było pikne. Bo było! Ale przecie jest tyz wiele inksyk piknyk rzecy! Na przykład tako astronomia! Dlotego postanowiłek, ze teroz bede sie zajmowoł nie bacowaniem, ino obserwacjom ciał niebieskik.
- A co z owieckami? - spytali juhasi.
- Wy sie zajmijcie nimi - pedzioł baca. - To juz nie mojo sprawa, ino waso.
- W takim rozie wartko sprowadzomy je na dół! - od rozu zadecydowali juhasi.
- Róbcie, jak fcecie - odrzekł baca.
Ba kie kwilecke sie zastanowił, to dodoł:
- Cóz. Jo tutok te owce przyprowadziłek, to pomoge wom je sprowadzić. Ale potem zaroz jade do Krakowa kupić se pikny teleskop.

I tak oto owiecki, ftóryk mój śwagier i mój kolega pilnowali, mogły wreście wrócić do swyk wsi. Była po temu najwyzso pora, bo w końcu te bidocki zacęłyby zamarzać. A tak, wprowdzie nieco zziębnięte, ale całe i zdrowe syćkie nolazły sie nazod u swoik właścicieli.

Tak w ogóle to chyba dobrze, ze ten baca akurat astronomiom sie zajął. Dzięki temu odkryje kiesik aktualne połozenie Ziemi względem słonka. I wte uświadomi se, jako jest prowdziwo data.

****************************************

Jo tej historii nie miołek na swoim blogu opowiadać. Śwagier z kolegom mnie o to pytali, bo im wstyd było, ze z ik winy narobiło sie telo zamiesania. No to obiecołek im, ze nie opowiem. Ale potem Gosicka i tak odkryła cynść prowdy. A poza tym nalezała jej sie nagroda. No to pohybołek ku moim znajomym owcarkom z Pienin. Pedziołek im, jako jest sytuacja.
- Ale zrozumcie, krzesny - tłumacył śwagier, kie mnie wysłuchoł. - Syćka ludzie bedom sie z nos śmiali, kie przecytajom, jakie my zrobili głupstwo!
- E, nie bedom - pedziołek. - Racej bedom wos podziwiać. Bo skoro umieliście zamienić w kalendorzu wrzesień na sierpień, to syćka sie dowiedzom, ze pienińskie owcarki piknie znajom sie na kalendorzu!
- W takim rozie niekze ta. Publikujcie - zgodził sie wreście śwagier.
- Niekze ta - kolega ze studiów tyz sie zgodził.
Tak więc jo ten wpis wyryktowołek za zgodom ik obu. Ino piknie pytom: nie śmiejcie sie z nik, bo kie bedziecie sie śmiali, to oni sie na mnie obrazom i powiedzom, ze to oni mieli racje, a nie jo. Natomiast kwolić ik za to, ze znajom sie na kalendorzu - to mozecie. Nie musicie ocywiście, ale mozecie. Hau!

P.S. Zanosi sie nom, ostomili, na pikny poniedziałek. Bo urodziny nasej Anecki w tym dniu bedom. Zdrowie Anecki! :D

Na Dzień Zadusny

1/11/2009, niedziela

“Odeseł wspaniały cłek” - pisom w nekrologak. O kim? Ano właściwie o kozdym, fto pomorł. Jaze nieftórzy sie śmiejom i godajom: “Ciekawe! Z lektury tyk nekrologów wyniko, ze sami wspaniali ludzie umierajom!” No faktycnie - wyniko.

Heeej! Tak to juz jest, ostomili. Tak to juz jest… Za swego zywobycia moze cłek uchodzić za złośnika, moze być straśnom zrzędom, moze mieć paskudny zwycaj mlaskania przy jedzeniu i moze mieć jesce pare inksyk brzyćkik wad. A kie umre - to i tak o nim napisom, ze był wspaniały. Cemu tak sie dzieje? Cóz… Godajom, ze to dlotego, ze starodowni Rzymianie ukwalowali: de mortuis aut bene aut nihil. No i kie ftosi ryktuje komusi nekrolog, to racej nie moze napisać nihil, bo dziwnie by taki pusty nekrolog wyglądoł. Nimo zatem inksego wyjścia, jak napisać bene.

Ale tak mi sie widzi, ze jest tyz inkso mozliwość. Moze po prostu wady tego cłeka nie były znowu jaz tak straśne? Moze to prowda, ze łatwo wpadoł w złość, ba jesce łatwiej mu ta złość przechodziła i przemieniała sie w dobry humor? Moze to prowda, ze straśnie casami zrzędził, ba w tym jego zrzędzeniu było nie mniej uroku niz w zrzędzeniu pona Waltera Brennana w łesternie Rio Bravo? I moze faktycnie mlaskoł przy jedzeniu, ba zarozem wiele tego jedzenia odejmowoł se od ust, coby podzielić sie z bidniejsymi od siebie? No i moze w ogóle mioł wiele piknyk zalet? Tak wiele, ze wierchowały one nad jego wadami jako Turbacz wierchuje nad maluśkim krecim kopcykiem? Mogło tak właśnie być. A jeśli tak było, to znacy, ze nie ino przez wzgląd na dobre obycaje napisano o takim cłeku, ze był wspaniały.

No to w końcu jak to jest z tymi “wspaniałymi” umarłymi? Ftóre z tyk dwók wyjaśnień jest prowdziwe? Na mój dusiu! Pewnie casem jedno, a casem drugie. A skoro casem jest tak, ze to drugie, to znacyłoby, ze po tym świecie chodzi duzo więcej wspaniałyk ludzi niz to sie nom na ogół wydoje. Ino tak sie jakosi dziwnie dzieje, ze wspaniałość wielu osób dostrzegomy dopiero wte, kie ik zabroknie. Tak to sie jakosi dziwne dzieje krucafuks… Hau!

Air Zakopane

28/10/2009, środa

Jako juz piknie wiecie, ostomili, krzyzówkowy konkurs spod poprzedniego wpisu wygrały Gosicka i Emilecka. Obie odgadły tajemne hasło, a ze nimo pewności, ftóro pierwso, to trza uznać, ze były egzekwo. Jakom nagrode wybrała se Gosicka - od niedowna juz to wiemy i nagroda ta ocywiście bedzie wyryktowano. A jakom Emilecka wybrała? Ano takom, coby sie dowiedzieć, jakim cudem Maryna Krywaniec trafiła na ten obrazek pona Grzegorza Sobczaka. Na mój dusiu! Sam tego byłek ciekaw! A poza tym downo sie z Marynom nie widziołek, bo byłek barzo robotom na holi zajęty. No to - pomyślołek se - worce hipnąć w Tatry i z siumnom orlicom pogodać. Rusyłek więc w droge i odsukołek nasom Maryne.
- Witojcie, krzesno! - zawołołek, kie jom uwidziołek. - Co to? Znudziło sie wom zywobycie w dzikości i postanowiliście zająć sie biznesem lotnicym?
- Biznesem? Jo? - zdziwiła sie Maryna.
- No przecie, ze nie jo! - odpowiedziołek. - To wos, a nie mnie, cały świat moze uwidzieć w internecie, jak latocie z jakimsi chłopem nad wiersyckami i mocie napis: AIR ZAKOPANE.
- Aaa! To wy o tym godocie! - zawołała Maryna. - Fcecie wiedzieć, jak to było?
- Nie ino jo, ba syćka bywalcy Owcarkówki by fcieli!
No i wte Maryna zaproponowała, coby my hipnęli do mojej chałupy, ona mi o syćkim opowie, a jo wkleje jej opowieść do nowego wpisu. Tak więc to, co teroz bedziecie cytali, to jest tekst napisany przeze mnie pod dyktando Maryny.

Ostomili Budowice! Barzo piknie wom dziękuje, ze bocycie o mnie. Od rozu robi mi sie cieplej, kie mom tego świadomość. A w takom pogode, jako teroz jest w górak, to kozdo dodatkowo kapecka ciepełka piknie sie przydoje. Co u mnie? Ano to co zwykle. Latom se nad Tatrami, roz po słowackiej, a roz po polskiej stronie, pozirom na obłocki nade mnom i na turystów pode mnom… Na mój dusiu! Turystów! Ale oni som casem nieostrozni! W ostatnie wakacje uwidziałak jednego, jak lozł Orlom Perciom, choć widać było, ze przy jego umiejętnościak wspinackowyk, to on co najwyzej po Drodze Nad Reglami chodzić powinien!
- Zaroz spodnie w przepaść - pomyślałak.
No i - na mój dusiu - spodł!
- O, Jezusicku! - przeraziłak sie. - Ten bidok zginie!
Co sił w skrzydłak pofrunęłak ku pędzacemu na spotkanie ze śmierzteckom turyście. Mocno wbiłak swe pazury w jego rzyć. Musiało go zaboleć, ale był zbyt przerazony, coby krzyknąć. Na mój dusiu! Ale on był cięzki! Chyba ino dzięki sile woli byłak w stanie go unieść. No i jakosi udało sie nom bezpiecnie wylądować na Holi Gąsienicowej. I tak oto uratowałak chłopu rzyć, choć zarozem poraniłak jom straśnie tymi swoimi orlimi pazurami. Nawet nie cekałak, jaz turysta mi podziękuje. Od rozu pofrunęłak do wierchu. Ale… nie poleciałak daleko. Byłak tak straśnie strudzono dźwiganiem tego cepra, ze zaroz wylądowałak na skałce i pocułak, ze bede musiała co najmniej pół dnia odpocąć, zanim znowu frune. No i kie tak se odpocywałak, to nagle… dwók osiłków nolazło sie przy mnie. Zupełnie nie zauwazyłak, kie sie do mnie zblizali. To moje sakramenckie zmęcenie musiało osłabić mojom cujność. Zanim zdązyłak kiwnąć skrzydłem, osiłki zarzuciły na mnie sieć. Próbowałak sie uwolnić, ale im bardziej próbowałak, tym bardziej byłak w te sieć zaplątano. W końcu dałak za wygranom. Jako godałak - i tak juz nie miałak sił. Osiłki zabrały mnie w dół. Dosły do Kuźnic i tamok wrzuciły mnie do wielkiego auta z ciemnymi sybami. Potem zawiozły do jakiejsi willi pod Zakopanem. Wzięli mnie do tej willi. Tamok cekoł juz na nos straśnie niemiły chłop z cygarem w zębak.
- Dobra robota! - uciesył sie ten chłop.
- Zrobiliśmy, co kazałeś, szefie - odezwoł sie jeden z osiłków. - A czy możesz nam zdradzić, do czego ten ptak jest ci potrzebny?
- Do rozkręcenia niesamowitego interesu - pedzioł chłop z cygarem. - Byłem akurat na Kasprowym, gdy przypadkowo zobaczyłem przez lornetkę, że ten orzeł niesie w swoich szponach jakiegoś faceta. I wtedy wpadł mi do głowy genialny pomysł! Bo jaki interes mógłbym tu w Tatrach zrobić? Myślałem o wybudowaniu płatnych autostrad w największych tatrzańskich dolinach. Myślałem o postawieniu nowoczesnych supermarketów na największych tatrzańskich halach. Ale żadne z tych przedsięwzięć nie opłaciłoby mi się tak, jak zainwestowanie w orła transportującego ludzi!
- Chcesz, szefie, zrobić z tego orła samolot? A raczej orłolot? - spytoł osiłek.
- Coś w tym rodzaju - odpowiedzioł chłop z cygarem. - Założę firmę o nazwie Air Zakopane, która najbogatszym turystom będzie fundowała loty widokowe pod skrzydłami orła. Nie samolotem! Nie jakąś tam paralotnią! Ale pod skrzydłami orła! To dopiero będzie atrakcja! Atrakcja, dla której największe snoby będą zaciągać kredyty, żeby tylko móc ją przeżyć! A ja stanę się jeszcze obrzydliwiej bogaty niz teraz jestem! Ha!
O, Jezusicku! A więc wpadłak w łapska bezwzględnego biznesmena! Jo, ślebodno orlica, bede teroz niewolnicom zachłannego na dutki fudamenta! W dodatku to jakisi sietniok, ftóry nie umie odróznić orła-chłopa od orła-baby. Bo jo przecie jestem orlica, a nie orzeł. Choć to akurat było w tej kwilecce moim najmniejsym zmartwieniem…
Wkrótce biznesmen sprowadził do swej willi pewnego naukowca. No i ten naukowiec zacął ryktować mnie tak, cobyk piknie zadowoliła jego pracodawce. Przycepił mi do głowy taki maluśki aparacik. Kie byłak nieposłusno, naukowiec za pomocom specjalnego nadajnika włącoł w tym aparaciku tak nieznośne ultradźwięki, ze dlo mnie było to gorse od najgorsej tortury! A do jedzenia zacęłak dostawać jakiesi paskudne odzywki dlo sportowców, cobyk miała siłe unieść do wierchu nawet najcięzsyk klientów firmy Air Zakopane. Wkrótce zacęła sie tresura. Naukowiec ucył mnie, jak mom ryktować turystom pikne loty widokowe. Roz podcas takiej tresury próbowałak uciec, ale wte naukowiec zaroz chycił nadajnik, włącył ultradźwięki w aparaciku i… nie mogłak na to nic poradzić. Wolałak wrócić do niewoli niz słuchać tyk okropnyk ultradźwięków choćby sekunde dłuzej. Zrozumiałak, ze uciecka jest niemozliwo.
Po dwók tyźniak tresury naukowiec pedzioł biznesmenowi, ze jestem juz wystarcajaco wyskolono i mozno zacąć sprzedawać bilety na pikne orle loty nad Podholem. Biznesmen uciesył sie straśnie. Pedzioł, ze wyryktuje urocyste otwarcie firmy Air Zakopane. Pozaprasoł na to otwarcie róznyk VIP-ów i postanowił zorganizować przed swojom willom wielki bankiet. Kie nadesła ostatnio noc przed tom całom imprezom, nie mogłak zmruzyć oka. Od jutra przecie miały sie zacąć najgorse dni w całym moim zywobyciu!
Cosik tak koło w trzeciej w nocy usłysałak wołanie:
- Krzesno! Krzesno! Maryna, słysys mnie?
Poznałak ten głos! To jeden z zaprzyjaźnionyk niedźwiedzi wołoł!
- Słyse wos, krzesny! - zawołałak z izby, we ftórej mnie więziono. - Kany jesteście!
- Stoje pod chałupom, we ftórej wos trzymajom - odpowiedzioł niedźwiedź. - Pewnie nie wiecie, ze od pewnego casu jedno wiewiórka bacnie obserwowała, co sie tutok dzieje? Od tej wiewiórki dowiedziołek sie o syćkim. Wiem, ze jakisi ancykryst fce wos zmusić do ryktowania lotów widokowyk. Wiem tyz, ze aparacik wydający straśliwe ultradźwięki nie pozwalo wom uciec.
- Ratujcie mnie krzesny! - zawołałak. - Jeśli bede musiała dźwigać klientów tego ancykrysta, to wartko pomre z wycerpania! A jak nie z wycerpania, to z tęsknicy za ślebodom!
- Teroz nie dom rady wos stąd wyciągnąć - odrzekł niedźwiedź. - Cała kupa ochroniorzy sie tutok krynci. I syćka majom broń!
- Więc nimo juz dlo mnie nadziei! - załamałak sie.
- Spokojnie, krzesno - odpowiedzioł niedźwiedź. - Właśnie poznołek niedźwiedzia, co to uciekł z jednego zagranicnego cyrku i postanowił reśte zywobycia spędzić w Tatrak. Posłuchojcie, co zrobimy. Jutro wykrodniemy TOPR-owi helikopter. Wsiądziemy do niego, a ten cyrkowy niedźwiedź nim pokieruje. Kie bedziecie ryktować te loty widokowe, to my podlecimy ku wom, jo sie wychyle z helikoptera i swojom potęznom niedźwiedziom łapom rozwale ten aparacik przy wasej głowie. I wte juz zodne ultradźwięki nie przeskodzom wom w uciecce.
- Pikny plan! - uciesyłak sie. - Ale cy to dobry pomysł wykradać TOPR-owi helikopter? A jeśli ftosi w górak bedzie akurat potrzebowoł pomocy?
- Wykrodniemy ino na kwile, a potem od rozu oddomy - zapewnił niedźwiedź. - Zreśtom, co by nie godać, uzyjemy tego helikoptera w celak ratunkowyk, cyli zgodnie z przeznaceniem.
- No dobrze - pedziałak. - Ale cy ten cyrkowy niedźwiedź na pewno umie prowadzić helikopter?
- Godoł, ze pare rozy zabierano go helikopterami na rózne imprezy. I wte, kie se tak latoł, to uwaznie przyglądoł sie syćkiemu, co robili piloci.
- I myślicie, krzesny, ze to wystarcy, coby umieć taki helikopter obsługiwać?
Zanim niedźwiedź zdązył odpowiedzieć, usłysałak krzyk jednego z pilnującyk willi ochroniorzy:
- Słuchajcie! Słyszę coś jakby mruczenie niedźwiedzia!
- Ja chyba też - odezwoł sie inksy ochroniorz. - Chodźmy sprawdzić, co tam pod willą się dzieje!
No i mój znajomy niedźwiedź nie mógł juz dłuzej ze mnom godać, ino musioł wartko uciekać, coby goryle biznesmena go nie dopadły.
Następnego dnia przed willom był pikny bankiet. Nazjezdzały sie rózne VIP-y. Cynść z nik przybyła piknymi autami, a cynść - prywatnym śmigłowcem biznesmena. VIP-y jadły, piły i cekały na głównom atrakcje, ftórom miałak być jo. A jo na rozie siedziałak w przykrytej wielkim płótnem klatce. Jaz w pewnej kwili biznesmen weseł na stojącom przy mojej klatce mównice i popytoł syćkik o uwage. Zaproseni goście ucisyli sie i obyrtli ku biznesmenowi.
- Szanowni państwo! - zacął biznesmen. - Przede wszystkim serdecznie dziękuję wszystkim za przybycie. Zaprosiłem państwa tutaj, żeby wraz z wami wspólnie zainaugurować działalność firmy Air Zakopane. Wiem, że wszyscy jesteście ciekawi, czym ta firma będzie się zajmować. No to proszę popatrzeć!
Biznesmen chycił za płótno i odsłonił mojom klatke.
- Ooo! - rozeseł sie wśród zebranyk okrzyk zdumienia. I syćka niecierpliwie cekali na ciąg dalsy.
- Oto specjalnie wyszkolony orzeł wycieczkowy - pedzioł biznesmen. - Któż z nas nie marzył o podziwianiu krajobrazów z lotu ptaka? Owszem, można je podziwiać z samolotu, z szybowca, z paralotni… Ale zostać zabranym w przestworza przez prawdziwego orła - to jest dopiero coś! Panie i panowie! Od dziś dzięki firmie Air Zakopane jest to możliwe! Za chwilę osobiście przyczepię się do tego orła specjalnym pasem i wraz z nim odbędę kilkuminutowy lot. A potem każdy chętny też będzie mógł się razem z tym ptakiem przelecieć. Korzystajcie z okazji, bo tylko dziś ten lot będzie za darmo. Od jutra będzie trzeba kupić bilet. A jeszcze powiem państwu w tajemnicy, że ten ptak już teraz chciał zacząć na siebie zarabiać, ale po długich i żmudnych negocjacjach jakoś nakłoniłem go, żeby dziś zrobił dla moich gości wyjątek.
Zebrani zaśmiali sie z “błyskotliwego dowcipu” biznesmena i zacęli bić brawo. Zaroz podeseł ku mnie naukowiec i wypuścił z klatki. Biznesmen przycepił sie do mnie specjalnym pasem. I jesce zawiesił se na cyckak aparat fotograficny, coby podcas lotu naryktować zdjęć.
- Leć! - rozkazoł mi naukowiec. Przez ostatnie dwa tyźnie ucył mnie, cobyk na to słowo zrywała sie do lotu. Posłusnie wykonałak to polecenie. Zaproseni przez biznesmena goście rozdziawili gymby w zakwycie i znów zacęli klaskać. A jo krązyłak w powietrzu i cekałak na obiecany przez niedźwiedzia helikopter. Wreście usłysałak dobrze mi znane bucenie. TOPR-owski śmigłowiec ku mnie lecioł! A w środku - niedźwiedź cyrkowy i mój znajomy niedźwiedź tatrzański! Helikopter był coroz blizej, coroz blizej i… Na mój dusiu! Minął nos o kilkanaście metrów! To ocywiście była zbyt duzo odległość, coby niedźwiedź tatrzański mógł mnie dosięgnąć. Helikopter zawrócił i znów pomknął ku nom. Niestety - za drugim rozem minął nos jesce dalej niz za pierwsym. Pomyślałak, ze skoro helikopter nie doje rady podlecieć ku mnie, to moze jo powinnak podlecieć ku helikopterowi? Ale to tyz okazało sie niełatwe. Cyrkowy niedźwieź niezbyt dobrze panowoł nad sterami. Masyna rzucała sie to w jednom, to w drugom strone, nicym kolejka linowo podcas holnego. Tak więc jedno juz wiedziałak - samo obserwowanie pilotów helikoptera to za mało, coby naucyć sie samemu takom masyne obsługiwać. Wygladało na to, ze moi ratownicy prędzej zuzyjom całe paliwo niz wreście zdołajom sie ku mnie zblizyć.
Tymcasem przycepiony do mnie biznesmen chycił komórke i zadzwonił do naukowca na dole.
- Halo! - zawołoł, kie naukowiec odebroł telefon. - Nie uwierzy pan, co właśnie zobaczyłem!
- E, dlaczego miałbym nie uwierzyć? - Głos naukowca w słuchawce był tak donośny i wyraźny, ze nawet jo słysałak kozde jego słowo.
- Ten helikopter, co tutaj się kręci, jest prowadzony przez niedźwiedzia! - krzycoł podniecony biznesmen.
- Niemożliwe! - zawołoł naukowiec.
- Wiedziałem, że pan nie uwierzy! - triumfowoł biznesmen. - Ale taka jest prawda! Muszę czym prędzej kupić ten helikopter razem z tym niedźwiedziem! To będzie jeszcze większa atrakcja niż ten orzeł! Proszę szybko sprowadzić mnie na ziemię!
Naukowiec wartko chycił megafon i zawołoł w mojom strone:
- Wracaj!
Piknie wytresowoł mnie, cobyk na dźwięk tego polecenia wracała z wierchu na ziem. Normalnie zaroz byk to polecenie wykonała. Ale teroz, zmartwiono niepowodzeniem niedźwiedziej akcji ratunkowej, tkwiłak wciąz w powietrzu nie barzo wiedząc, co robić. Naukowiec powtórzył polecenie, ale jo i tym rozem go nie posłuchałak. Wte uwidziałak, jak naukowiec sięgnął po nadajnik. Ale o dziwo! Nieznośne ultradźwięki wcale sie nie włącyły! Aparacik sie zepsuł cy jak? Niewozne! Skoro jest okazja, to uciekaca! Pofrunęłak wroz z biznesmenem w strone Tater.
- Co się dzieje? - dorł sie biznesmen do komórki. - Niech pan natychmiast włączy ten ultradźwiękowy aparacik!
- Włączyłem! - odezwoł sie w komórce głos naukowca. - Nie rozumiem, dlaczego nie działa!
- To radzę panu czym prędzej zrozumieć! - wściekoł sie biznesmen. - Bo inaczej osobiście wepchnę panu ten nadajnik do gardła!
Przez kwile naukowiec sie nie odzywoł, ba w końcu w słuchawce znów doł sie słyseć jego głos:
- Proszę pana! Niech pan wyłączy komórkę!
- Co takiego? - zdziwił sie biznesmen. - Czego ty chcesz od mojej komórki, bałwanie!
- Niech pan ją natychmiast wyłączy! - nalegoł naukowiec. - Ona zakłóca fale mojego nadajnika i dlatego nie mogę włączyć tych ultradźwięków!
- Aaa! - zrozumioł wreście biznesmen i wartko wykonoł polecenie naukowca.
- No to juz koniec uciecki - zmartwiłak sie.
I cekałak, jaz aparacik znów zacnie te straśliwe ultradźwięki wydawać. Ale… nie wydoł! Cemu? To sie wyjaśniło po kwili, kie biznesmen znów zdecydowoł sie włącyć komórke.
- I co? - spytoł, kie ponownie sie do naukowca dodzwonił. - Mój telefon był wyłączony, a ten głupi orzeł ani myśli zawracać!
- Niestety - westchnął naukowiec. - Zanim pan tę swoją komórkę wyłączył, wylecieliście już poza zasięg nadajnika.
- Psia krew! - ryknął biznesmen. - No to wsiadaj pan szybko w mój helikopter, zabierz ten swój zakichany nadajnik i lećcie szybko za mną!
- Nic z tego - odrzekł naukowiec. - Gdy nie mogłem włączyć tych ultradźwięków, to jeden z pańskich GENIALNYCH ochroniarzy tak się wściekł, że rzucił nadajnik na ziemię i rozdeptał go swym buciorem.
Biznesmen, kie to usłysoł, zacął straśnie brzyćko kląć. Potem nieco sie uspokoił, znów przyłozył komórke do ucha i zacął dawać naukowcowi nowe instrukcje.
- Słuchaj pan dokładnie, co teraz powiem. Proszę powiedzieć pilotowi mojego helikoptera, żeby szybko poleciał za mną i zabrał ze sobą Rambo. To ksywa mojego najlepszego ochroniarza. Niech Rambo weźmie ze sobą największą strzelbę, jaką ma i załatwi tego przeklętego orła!
- Niedobrze - pomyślałak.
I pofrunęłak ku Morskiemu Oku. Moze tamok udo mi sie kasi ukryć? Dotarłak nad to najhyrniejse tatrzańskie jezioro, rozejrzałak sie wokół i… za sobom usłysałak ryk helikoptera biznesmena! Ta masyna dotarła tutok duzo sybciej niz sie spodziewałak! Poźrełak za siebie. Z helikoptera wychylił sie ubrony na corno chłop z wielkim i cięzkim karabinem. A więc to musioł być ten Rambo! Ochroniorz biznesmena uśmiechnął sie brzyćko i wystrzelił. Chybił ino kapecke. Całe scynście, ze helikopterem nieco trzęsło. Kieby nie to - strzał pewnie byłby celny. Rambo strzelił po roz drugi - i znów minimalnie chybił. Na mój dusiu! W końcu ten ancykryst mnie trafi!
Ba nagle znad Szpiglasowej Przełęcy wylecioł drugi helikopter. TOPR-owski! To były moje niedźwiedzie! Kie zblizyły sie ku nom, uwidziałak, ze majom ze sobom jakisi worek wypełniony śmieciami. Nietrudno było sie domyślić, skąd ten worek miały. Musiały wykraść go spod jakiego schroniska. Ino po co go wykradły? Zaroz to zrozumiałak. Niedźwiedź cyrkowy podlecioł ku helikopterowi biznesmena najblizej jako umioł. I wte niedźwiedź tatrzański zacął wyciągać z worka te śmieci i ciskać nimi w strone Rambo. A właściwie serwowoł nimi nicym siatkorz - to znacy jednom łapom podrzucoł śmieci do góry, a drugom uderzoł je z całej siły. Cego w tyk śmieciak nie było! I puski po piwie, i plastikowe flaski po napojak i kartonowe pudełecka… Niestety śmieci ubywało, a syćkie rzuty były niecelne. W końcu z dna worka niedźwiedź wydobył pudełecko z ledwo napocętym jogurtem. Cisnął tym pudełeckiem i - tym rozem trafił Rambo w nos! Jogurt rozbryzgoł sie ochroniorzowi po całej kufie. W tej samej kwilecce jego karabin wystrzelił i trafił w śmigło własnego helikoptera. Helikopter zacął sie straśnie bujać. Masyna musiała przystąpić do awaryjnego lądowania. A Rambo, choć ocy mioł zaklejone jogurtem, spróbowoł strzelić jesce roz. Tym rozem trafił w pasek łącący biznesmena ze mnom. No i biznesmen polecioł w dół. Lecioł, lecioł, jaz wpodł w samiućki środek Morskiego Oka. Na swoje scynście umioł pływać. Dopłynął do brzegu i wylozł z jeziora cały mokrzuteńki. A tamok juz cekoł na niego straznik Tatrzańskiego Parku Narodowego.
- Co to? Pływanie sobie urządzamy? - spytoł straznik. - Nie wie pan, że tutaj kąpiel jest surowo wzbroniona? Będę musiał ukarać pana mandatem.
- Akurat! - warknął biznesmen. - Na pewno żadnego manadatu nie będę płacił!
- Nie to nie - pedzioł straznik. - W takim razie od razu kierujemy sprawę do sądu.
- Ty będziesz mnie sądem straszył?! - wściekł sie biznesmen. - Będziesz mnie straszył sądem, gamoniu jeden?!
- Ooo! Znieważył pan strażnika parku narodowego, który jest urzędnikiem państwowym! - zauwazył straznik. - Wobec tego będzie pan miał dwie sprawy w sądzie!
Biznesmen zrozumioł, ze sie kapecke zagalopowoł. Uspokoił sie i próbowoł straznika jakosi udobruchać.
- Po co od razu zawracać głowę sądom? - pedzioł. - Dam panu tysiąc złotych, albo nawet dwa tysiące, jak pan chce i zapomnijmy o całym zajściu.
- To próba korupcji! - oburzył sie straznik. - Będzie pan miał trzy sprawy w sądzie!
- Hahahahaha! - zaśmioł sie nagle biznesmen.
- No co? - spytoł zdziwiony straznik. - Czy ja powiedziałem coś śmiesznego?
- Nie! Tylko… Hahaha! - biznesmen śmioł sie dalej. - Coś chyba dostało mi się za koszulę! Hahahaha!
Biznesmen skryncając sie ze śmiechu rozpiął wartko swom kosule i wte z jej środka wyskocył nagle… pikny pstrąg! Widocnie niefcący dostoł sie biznesmenowi pod ubranie, kie ten zazywoł mimowolnej kąpieli w Morskim Oku.
- Ach, tak! - zawołoł straznik. - I do tego jeszcze nielegalnie łowimy ryby na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego! Będzie pan miał cztery sprawy w sądzie!
Zanim biznesmen zdązył sie odezwać, podbiegł ku niemu Rambo, ftóry po awaryjnym lądowaniu zdązył sie juz wydostać z helikoptera.
- Cały jesteś, szefie? - spytoł. - Nic ci się nie stało?
- Nic - burknął biznesmen. - Ale jedno już wiem na pewno. Nie będę robił w górach żadnych interesów. Żadnych! Trudno, niech góry na tym stracą.
No, cy góry stracom cy zyskajom - tutok pon biznesmen mioł swoje zdanie, a jo swoje…
A! Zabocyłak jesce pedzieć, ze kie tak leciałak z tym biznesmenem nad Morskie Oko, to koło Świstowej Czuby uwidziałak takiego pona, co to siedzioł se z blokiem rysunkowym, ołówkiem i cosi se tamok śkicowoł. To musioł być pon Grzegorz Sobczak, o ftórym owcarek mi godoł i nawet pokazoł mi na komputrze jego internetowom galerie! Widocnie ten pon Sobczak tyz mnie uwidzioł. I stąd właśnie ten obrazek.
Tak to było, ostomili Budowice. Tak to właśnie było. A na koniec nieustająco piknie Wos syćkik pozdrawiom. I nieustająco w Tatry zaprasom! Haj.

Maryna Krywaniec

P.S. A niek jesce jo na koniec dodom, ze trza w Owcarkówce nowego gościa powitać - Yanocka. Niekze sie piknie tutok rozgości! :D

Owcarkowo krzyzówka

21/10/2009, środa

Postanowiłek wyryktować krzyzówke. I wyryktowołek. Kłopot moze być ino z rozwiązywaniem. No bo jak takom krzyzówke na blogu rozwiązywać? Mazać flamastrem po monitorze? Chyba nie byłby to najlepsy pomysł. Moze lepiej druknąć i rozwiązywać na papierze. Coby było jasne - podpowiedzi som wyryktowane w owcarkowym góralskim, ale odgadnięte hasła wpisujemy tylko i wyłącnie po ceprowsku. Litery z pól oznaconyk cyrwonymi numerkami, od 1 do 9, utworzom główne hasło krzyzówki. Fto pierwsy to hasło odgodnie, ten w nagrode dostonie… hmm… w nagrode dostonie… No, nie wiem. To moze najlepiej niek sam powie, co fce w nagrode? A jo juz postarom sie jom wyryktować. Nie godom, ze wyryktuje, ale przynajmniej sie postarom.
Kieby ftosi pytoł, cy wolno udzielać jawnyk podpowiedzi, abo wręc odpowiedzi, to od rozu godom, ze jo sie nie bede prociwoł. Syćko wedle uznania ostomiłyk gości Owcarkówki. A! Jesce jedno. Nieftórym krzyzówka moze zdać sie za maluśko. Niestety ona musi być maluśko, coby nie rozepchała za barzo blogowyk marginesów. Ale kieby ftosi fcioł, to na Aleckowyk stronak nojdzie jej więksom wersje. Haj.

POZIOMO
5) miasto, ftóre nie od rozu zbudowano, ale kie juz zbudowano, to piknie studiowała w nim Gosicka
6) kiebyk był kłamcom, to byk pedzioł, ze Alecki i Jerzorecka nigdy w tym kraju nie było
7) tytuł piosnki Davida Balla; fto nie wie, o jakom piosnke idzie, niek se przybocy imie pieska Małgosiecki
8) jednostka podziału administracyjnego w kraju Bobicka
9) wroz z mamom - w pamiętnym napoju Motylecka
13) Misieckowym zdjęciom mozemy śmiało wystawić wysokom
15) kraina Indian, kowbojów, i… Orecki
18) bez stresu u TesTeqecka
19) podłuzne ciasto drozdzowe, moze być nadziewane makiem, marmoladom abo cym inksym tyz piknym; Pon Pieter zbocowoł kiesik, ze sprowadzili je do Polski włoscy i śwajcarscy cukiernicy
21) to jedzom Anecka Schroniskowo z Paffeckiem, kie w Europie je sie śniadanie
23) pikno wieś letniskowo niedaleko Mieteckowej Rabki
25) bywo trudny do zgryzienia, ale za to Hortensjecka skutecnie odstraso nim mrówki
27) pseudonim hyrnego satyryka, zyjącego w rokak 1896-1979, związanego z miastem EMTeSiódemecki
28) miemiecki kompozytor, autor kantaty “Carmina Burana”; Poni Dorotecka jesce o nim nie zbocowała, ba nie mozno wyklucyć, ze kiesik zbocy
30) “… Marzycieli” w jednej z ulubionyk ksiązek Emilecki; dlo ułatwienia dodom, ze autorem tej ksiązki jest pon Robert McLiam Wilson
32) skrótowo o kraju Badzielecka
33) hyrny angielski zamek, całkiem niedaleko Helenecki
34) w polskiej turystyce kraina Kapisonecki odgrywo jom duzom.

PIONOWO
1) słynie z nik kraj Anecki
2) słuzy do łapania krów abo koni i mozno je uwidzieć w ulubionyk filmak Jędrzejecka
3) Józeficek piknie sie niom posługuje
4) mieskanie dobrego znajomego Profesorecka
5) lider zespołu Kult i zarozem jeden z ulubionyk piosenkorzy Grzesicka
6) rzeka przepływająco przez miasto Alsecki
8) europejsko stolica, we ftórej wiele casu spędziła Basiecka
10) hyrny bajkopisorz z kraju Plumbumecki
11) z tego kraju Babecka właśnie przenosi sie do Poznania
12) z niego sie ryktuje na przykład Smadnego Mnicha
14) Fomecek, jako wzorowy komisorz, przejawio jom względem syćkik obywateli
16) jest nim imiennik Moguncjusecka wśród inksyk policjantów
17) dźwięk wydawany przez BlejkKocicka
20) hyrne wzgórze w stolicy Grecji, ftórom to w ostanie wakacje odwiedził Zbysecek
22) zawód Jasiecka
24) gatunek ulubionego trunku Jagusicki
26) bajkowy stworek - z pewnościom dobry znajomy Poni Justyny i Maćka
29) mo to na sobie Alfredzicek
31) imie zeńskie, ka podobnie jak u Zeenecka, drugo litera jest tako samo jak trzecio
32) mysy barzo to lubiom; naso Mysecka być moze tyz.

No to przyjemnego rozwiązywania, ostomili. Hau!

Bagheera kiplingowo

17/10/2009, sobota

Dwa wpisy temu, ostomili, gwarzyliście se o pająkak. No to teroz niek jo se tyz o nik pogwarze. Z tego, co jo wiem, to wy ludzie racej za tymi drapieznikami nie przepadocie. Wprowdzie my, psy, tyz do drapiezników nalezymy, ale mimo to jest wśród wos wielu takik, co to barzo lubiom nos głaskać. A kielo jest takik ludzi, co lubiom głaskać pająki? Racej mało. A juz najmniejsom ochote to mocie na głaskanie cornej wdowy. Tej straśliwej cornej wdowy, co to jeśli godo o jakim chłopie, ze by go schrupała, to mo na myśli schrupanie dosłowne, a nie w przenośni. Bo ona to najpierw sie z chłopem miłuje, a potem - krucafuks - robi se z niego kanapke! Tak sie te jej amory końcom! Bajako! Ale wiecie co? Jo roz na Discovery abo inksym Animal Planecie uwidziołek cosi jesce ciekawsego. Widziołek film dokumentalny o takim gatunku pająków, co to juz nie boce, jak sie nazywo, ale robiom one tak: najpierw pająk miłuje sie z pajęcycom, a kie juz to miłowanie zakońcom, to pająk… dobrowolnie wchodzi pajęcycy do gymby! Sam prosi sie o to, coby go zjadła! Tak więc nifto lepiej od niego nie umie dowieść, ze kocho swom wybranke nad zycie! Nalezy sie przy tym domyślać, ze u tego gatunku podrywanie wyglądo inacej niz w hamerykańskik filmak. W hamerykańskik filmak, kie chłopu spodobo sie baba, to godo ku niej tak: “Moze zjemy rozem kolacje?” A ten pająk to pewnie podrywo takimi słowami: “Moze zjes mnie na kolacje?” A kie pajęcyca mo kilku zalotników, to pewnie kozdy z nik za wselkom cene staro sie udowodnić, ze jest smacniejsy niz pozostali. Ba jo se myśle, ze dlo tej pajęcycy takie zachowanie chłopa nie jest zodnym usprawiedliwieniem. Co z tego, ze on zupełnie dobrowolnie do jej gymby sie pcho? Cy pajęcyca musi go od rozu zjadać? Nie musi! Moze przecie wartko tego swojego Romea wypluć i zawołać: “Ty głuptoku! Co jo kanibal? Jak bede głodno, to póde se do fast-fooda za rogiem. Przecie wiadomo, jak to jest! Roz ze zwykłego łakomstwa zjem jakiegosi chłopecka z mojego gatunku, a potem juz do końca mojego zywobycia bedom godali, ze jo Hannibal Lecter jestem!”

Tak, tak, pająki to straśne weredy. Ale cy syćkie? Otóz nie! Od niedowna wiadomo, ze przynajmniej jeden gatunek z całom pewnościom weredom nie jest. Jak donosi portal kopalniawiedzy.pl, w Hameryce Środkowej odkryto… pająka-wegetarianina! Cyli kiebyk jo go spotkoł, to nimo sensu, cobyk zaprasoł go na kiełbase jałowcowom. Co najwyzej moge na oscypka abo Smadnego Mnicha. Na portalu tym pisom, ze ów pająk jako jedyny gatunek tego 50-tysięcznego rzędu zarzucił życie drapieżnika i gustuje w pokarmie roślinnym. Środkowoamerykański Bagheera kiplingi żywi się głównie pąkami liści dzikiej akacji i w związku z tym nie sporządza sieci do chwytania ofiary. Samice zrezygnowały też ze zwyczaju pożerania partnera po kopulacji.
Bagheera kiplingi? Na mój dusiu! No to przynajmniej wiadomo, fto temu gatunkowi nadoł nazwe - jakisi miłośnik Księgi dżungli! Ba mniejso o to, jak sie ten pająk nazywo. Wozniejse jest, ze to prowdziwo pocciwina. Choć kufe mo brzyćkom. I to jak brzyćkom! Na mój dusiu! Fto nie wierzy, niek poźre tutok (ba jeśli ftosi jest wrazliwy - to moze niek lepiej nie poziro). No ale właśnie okazuje sie, ze nawet z tak brzyćkom kufom mozno być owadem o barzo łagodnym usposobieniu. Kie pająk ten uwidzi piknego kolorowego motylka, to w zodnom zdradzieckom pajęcyne go nie chyci. Co najwyzej pokoze mu, we ftórym kwiatku jest najsmakowitsy nektar. Kie uwidzi biedronke, to nie bedzie jej zodnego śmierztelnego jadu wstrzykiwoł. Co najwyzej jom pokwoli, ze do twarzy jej w tej cyrwieni w corne kropki. Tako Bagheera kiplingowo to nawet muchy nie skrzywdzi! Jo - przyznom - skrzywdziłbyk chętnie, bo te beskurcyje casem draźniom mnie straśnie. A Bagheera nie zrobi im nic. Woli sie tymi pąkami akacji objadać. Tutok trza dodać, ze ona tyk pąków nie kupuje w sklepie. Ani nimo ik z własnyk upraw. Ona wykrado je zyjącym na akacji mrówkom. Cyli jednak ideałem nie jest - jest złodziejem. No ale dobrze przecie wiemy, ze kozdy mo jakiesi wady. Bagheera kiplingowo mo akurat takom, ze krodnie.

Jako pedziołek, pająk ten zyje w dalekiej Hameryce Środkowej. Ale fto wie? Moze kiesik zawierusy sie w jakim produkcie, ftóry Meksyk eksportuje do Polski i za jakisi cas zamiesko nad Wisłom, abo nad Odrom, abo nad Dunajcem? Trza o tym bocyć, ostomili, coby ustrzec sie przed pochopnymi sądami i niesłusnymi uprzedzeniami. Bo moze za pare roków, na polanie, cy w lesie, cy nawet we własniej chałupie, uwidzicie pająka i od rozu pocujecie do niego straśliwy wstręt. A tymcasem moze sie okazać, ze to nie jest zoden drapiezny ancykryst, ino pocciwo Bagheera, co to - nicym Paweł znad Gawła - jest spokojno i nie wadzi nikomu. No, moze niezupełnie nikomu, skoro okrado mrówki. Ba nawet takie mrówki to wolom chyba, coby pająk je okradoł niz zjadoł? Hau!

Jesce jeden pikny river

14/10/2009, środa

Takeście, ostomili, zakwolali jakisi cas temu poniom Fannie Flagg, ze postanowiłek przecytać jesce jednom jej ksiązke. No i zaroz po powrocie z moim bacom z holi tak właśnie zrobiłek. Ale znowu nie były to Smażone zielone pomidory. Cosi mi sie widzi, ze jo przecytom syćkie ksiązki tej siumnej pisarki, ba te pomidorowom - dopiero na końcu. Cemu? A bo skoro widziołek film, to mniej więcej wiem, o cym jest ksiązka. A o cym som pozostałe - tego nie wiem, a fciołbyk sie dowiedzieć.

Jaki jest tytuł tego, co przecytołek? Juz godom: Boże Narodzenie w Lost River. Hamerykanie to majom chyba scynście do utworów z riverami w tytule. No bo był taki pikny western River of No Return z poniom Marilyn Monroe. Był inksy pikny western Red River z ponem Johnem Waynem. Była pikno ksiązka zbocowanego tyz w poprzednim wpisie pona Marka Twaina Life on the Mississippi, ka słówko “river” wprowdzie nie pado, ale wiadomo przecie, ze Missisipi tyz jest riverem. I to jakim wielkim! No a teroz juz wiem, ze powieść Boże Narodzenie w Lost River tyz jest pikno. A najpikniejso to ona chyba bedzie dlo Pona Pietra i jego blogowiców, bo na samiućkim końcu jest tamok taki dodatek, ftóry powinien ik zainteresować. Tak więc tym, co te powieść bedom cytali, mozno zycyć nie ino miłej lektury, ale tyz smacnego.

Ksiązka zacyno sie tak, ze jest se taki pon, co to nazywo sie Oswald T. Campbell. Zyje w Chicago, mo 52 roki, a kozdy z tyk 52 roków jego zywobycia był do rzyci. I nagle w pewien ponury listopadowy dzień słysy on od pona doktora wiadomość, ftóro jest juz do rzyci zupełnie: bidny pon Campbell mo rozedme płuc! I to juz tak straśnie zaawansowanom, ze bidok racej nie dozyje najblizsej Gwiazdki! No chyba ze wyprowadzi sie kasik na południe, w jakisi ciepły klimat. Wte pozyje kapecke dłuzej. Ale tylko kapecke. Cóz… Pon Campbell uznoje, ze lepso kapecka niz nic. Przenosi sie na południe Stanów, ale nie na zodnom Floryde - bo tamok jest dlo niego za drogo. Przenosi sie do miastecka Lost River, co to lezy se w mało znanym, ale barzo piknym zakątku stanu Alabama. I kogo w tym miastecku spotyko? Na mój dusiu! Samyk dziwaków! Normalnego cłeka nimo tamok chyba ani jednego! Ba od rozu dodać trza, ze to som takie dziwaki, ftóryk nie sposób nie lubić: sympatycni, ucynni, pracowici, a ze ciągle ryktujom cosi salonego, to ino przydoje im uroku. Co wyniknie ze spotkania pona Campbella z takimi ludźmi? I jak w ogóle zakońcy sie opowiedziano przez poniom Flagg historia? Fto cytoł, ten wie, fto nie cytoł, ten sie dowie, kie przecyto. Ba zanim przecyto, to w trakcie lektury bedzie musioł co kwila sięgać po jakiesi środki na obolałe mięśnie brzucha. Bo niestety ksiązki poni Flagg som dlo brzuchów barzo bolesne - z powodu śmiechu, jaki wywołujom. No ale obyśmy syćka ino na takie bóle cierpieli.

Lost River i Chicago to nie jedyne nazwy geograficne, na jakie mozno w tej powieści natrafić. Som i inkse: Chattanooga,* Mobile,** Atlanta***… I dlo mnie to barzo dobrze, ze som! Bo jak do tej pory to one kojarzyły mi sie głównie ze smutnymi wydarzeniami krwawej wojny secesyjnej. Pod Chattanoogom w 1863 rocku była straśliwo bitwa, ka zginęło ponad 1000 żołnirzy unijnyk i konfederackik. W Mobile wydarzyło sie inkse niescynście - wybuchł tamok magazyn prochu. Zginęło 300 osób i spłonęło wiele okolicnyk domów. Było to wprowdzie juz kilka tyźni po zakońceniu wojny, ale co by nie godać - to właśnie na jej potrzeby telo prochu tamok trzymano. No a jako bida spotkała w casie wojny secesyjnej Atlante, to juz kozdy miłośnik Przeminęło z wiatrem doskonale wie. Ale teroz to te trzy miasta nie bedom mi sie kojarzyly ino z niescynśliwymi wydarzeniami. Teroz na dźwięk ik nazw bede zbocowoł wesołom ksiązke poni Flagg.

Tak w ogóle, ostomili, to nie wiem jak wy, ale mi ta sympatycnie zwariowano społecność Lost River tak barzo sie podobo, ze nie miołbyk nic przeciwko temu, coby cały świat sie tym wariactwem zaraził. Godajom, ze dobrze by było, kieby syćka ludzie byli dlo siebie mili. To prowda. Dobrze by było. Ale cy nie byłoby zarozem nudno? Jaz za cukierkowo? Natomiast kieby syćka ludzie byli jednoceśnie mili i tak zwariowani jako lostrivercycy - oooo! - to wte na pewno na nude nie sposób by było narzekać! Tak ze kie słyse, jak tym i owym - na przykład kandydatkom do tytułu miss świata - marzy sie, coby na świecie zapanowoł pokój, to jo nie godom: nie. Ba dlo mnie istnieje mozliwość jesce pikniejso - coby na świecie zapanowało jedno wielkie Lost River. Lost River dlo kozdego! Hau!

P.S. Nowy gość do Owcarkówki zajrzoł - Tsubakecka. A ze na polu straśnie teroz zimno, to niek posiedzi se między nomi i piknie ogrzeje. Powitać nowego gościa! :D

* F. Flagg, Boże Narodzenie w Lost River, przeł. M. Hesko-Kołodzińska, Kraków 2008, s. 44, 119, 183.
** Ibidem, s. 23, 44, 47, 59, 73-74, 87, 113, 127.
*** Ibidem, s. 153, 155, 165, 177, 180, 182, 183, 185, 187, 189, 208.

Być jak Tomek Sawyer

11/10/2009, niedziela

- Cóż to, stary, pracuje się, co?
Tomek odwrócił się na pięcie i zawołał:
- Ach!, to ty, Ben! Wcale cię nie zauważyłem!
- Słuchaj, idę się kąpać, wiesz. Może byś poszedł ze mną? Ale, prawda, ty wolisz pracować, no nie?
Tomek obejrzał kolegę od stóp do głowy i zapytał:
- Co nazywasz pracą?
- Jak to, czyż to nie jest praca?
Tomek znów zabrał się do malowania i powiedział z niedbałą miną:
- Może to jest praca, a może nie. Wiem tylko, że tak się podoba Tomkowi Sawyerowi.
- Nie bujaj, że lubisz malować parkany.
Pędzel nie ustawał w pracy.
- Że lubię? Dobryś sobie. Czemu miałbym nie lubić? Nie co dzień zdarza się człowiekowi sposobność malowania parkanu.
To zupełnie zmieniało postać rzeczy. Ben przestał jeść jabłko. Tomek delikatnie głaskał parkan pędzlem, raz po raz cofał się, by zobaczyć, jak to wypadło, tu lub ówdzie poprawił i znów sprawdzał, czy wynik go zadowoli. Ben śledził każdy jego ruch. Coraz bardziej go to interesowało. Nagle powiedział:
- Słuchaj, Tomek, daj mi trochę pomalować!*

Bocycie ten pikny kawałek z Przygód Tomka Sawyera? To było wte, kie ten cały Tomek zostoł srogo ukarany, a kara polegała na tym, ze musioł pomalować caluśki parkan. I co wte zrobił? Ano to, ze zacął wmawiać syćkim przechodzącym kumplom, ze takie malowanie to nie jest zodno praca, ino pikno przyjemność. Pierwsom ofiarom Tomkowego podstępu stoł sie wyzej wymieniony Ben. A potem przychodziły kolejne chłopaki. I syćkie dały sie nabrać! Syćkie uwierzyły, ze Tomek maluje dlo przyjemności, a nie z musu! No i zaroz zacęły go pytać, coby im tyz pozwolił malować. Wte Tomek “łaskawie” zgadzoł sie odstąpić kolegom pędzel. W dodatku nie za darmo! Musieli mu jakosi za te “przyjemność” zapłacić! I tym oto sposobem siumny Tomek Sawyer nie tylko wykpił sie od kary, ale jesce całom kupe piknyk fantów nazbieroł.

Tak to sie działo ponad sto roków temu. Za to niedowno, jakosi przed trzema abo śtyrema tyźniami, Felek znad młaki, co to jest najbogasty w mojej wsi, postanowił odnowić płot wokół swojej chałupy. Ino samemu to mu sie malować nie fciało. Na wynajęcie robotnika z kolei zol mu było dutków. Ba przybocył se ten hyrny socjotechnicny zabieg Tomka Sawyera. No i postanowił zrobić podobnie. Postanowił, ze bedzie tak samo sprytny. Wziął wiaderko zielonej farby, wziął pędzel, wyseł przed chałupe i beztrosko pogwizdując zacął malowanie. Niedługo potem przechodziła tamok mojo gaździna.
- Witojcie! - pedziała. - A co to? Widze, Feluś, ze pracujecie piknie?
- A! To wy krzesno! - zawołoł Felek uśmiechając sie chytrze do siebie. - Jakosi wcale wos nie zauwazyłek.
- Bo cały cas ino na płot poziros, to nic dziwnego, ze nie zauwazyłeś - odrzekła gaździna, a jej słowa kapecke zbiły Felka z tropu, bo bocując ksiązke pona Twaina, spodziewoł sie on usłyseć inksom odpowiedź.
- A… a nie powinniście, krzesno - zacął niepewnie Felek - pedzieć mi, ze idziecie sie teroz kąpać?
- Kąpać? O cym ty godos, Felek? - zdziwiła sie gaździna.
- No bo tak Ben pedzioł Tomkowo Saw… E, niewozne! - Felek w ostatniej kwili ugryzł sie w język. Pomyśloł, ze najlepiej bedzie, kie od rozu przejdzie do rzecy, bo inacej rozmowa pódzie nie wiadomo w jakim kierunku. - Jo tam lubie malować płoty! Barzo lubie! Heeej! Nie co dzień zdarzo sie cłekowi sposobność malowania płota!
- Ano nie co dzień - przyznała gaździna. - To wies, co Felek? Kie juz skońcys malować ten płot, to potem mój pomaluj.
- C-c-cooo? - Ku zaskoceniu Felka bieg wydarzeń stawoł sie coroz bardziej niepodobny do historyjki opisanej przez pona Twaina.
- No przecie pedziołeś, ze lubis płoty malować. - Gaździna przybocyła Felkowi jego własne słowa. - A mój płot tyz odnowić by sie przydało. Tymcasem chłop mój siedzi jesce na holi, więc nie moge teroz na niego licyć.
- N-n-no d-d-dobrze - zgodził sie Felek, bo po tym, co przed kwileckom nagodoł, głupio mu było sie nie zgodzić.
Gaździna uciesyła sie piknie. I posła ku swej chałupie. A Felek wrócił do malowania. Ale juz nie pogwizdywoł. Jaz tu nagle przysła Janiela.
- Witojcie! - zawołała.
- A, witojcie - burknął Felek.
- Nie pomalowalibyście mojego płota? - spytała Janiela.
- Eee… a cemu jo? - Felka chyciło jakiesi takie dziwne przecucie, ze to chyba nie bedzie najpikniejsy dzień w jego zywobyciu.
- No bo właśnie dowiedziałak sie, ze wy barzo lubicie płoty malować - wyjaśniła Janiela. - A skoro tak lubicie, to pomalujcie tyz mój.
- I mój! - doł sie znienacka słyseć głos Wincentego.
Felek obyrtnął sie do zadka. Za nim stoł Wincenty we własnej osobie. Jakosi zblizył sie do Felka tak, ze Felek w ogóle tego nie zauwazył.
- Noo… nooo… wiecie… -zacął sie plątać. - Jo byk barzo chętnie wom te syćkie pikne płoty pomalowoł, ale… ale… nie bede mioł casu. Mom spotkanie z pewnym miemieckim biznesmenem.
- A to nic nie skodzi! - pedziała Janiela. - Jo moge pockać. Wincenty na pewno tyz. Spotkocie sie z tym Miemcem. Pogodocie se. A kie to wase spotkanie sie skońcy, to pódziecie pomalować nase płoty. Zgoda?
- Zgo… zgo.. zgo-da - pedzioł Felek, bo co inksego mógł pedzieć? Mioł sie przyznać, ze to co godoł o swoim zamiłowaniu do malowania, to były ino bździny?

No i zadowoleni Janiela i Wincenty posli do swyk chałup. Kie sie oddalili, Felek z wściekłościom prasnął pędzel na ziem i kopnął stojące na ziemi wiaderko z farbom. Farba sie wylała, a Felek nie zauwazył, ze wdepnął w niom, kie rusył do chałupy. Weseł do domu i dopiero kie przeseł całom sień, to zauwazył, ze zostawio za sobom zielone ślady. Zanim zdązył brzyćko zakląć, zadzwonił telefon.
- Halo? - spytoł Felek.
- A, witojcie! - w słuchawce odezwoł sie głos sołtysa. - Cało wieś godo o tym, zeście straśnie polubilił malowanie płotów. Cy to prowda?
- Yyy… - odpowiedzioł Felek.
- Głupie pytanie! - zaśmioł sie sołtys. - Niby cemu miałaby nie być to prowda! No to posłuchojcie, Felek, kie ino bedziecie mieli wolnom kwilecke, to wpadnijcie do mnie. Mój płot downo nie był odnawiany i juz nawet sam fciołek go pomalować, ale skoro wy tak barzo lubicie to robić…
- Ale moze wy tyz lubicie, krzesny? - Felek próbowoł jakosi wymigać sie od kolejnego malowania. - Nie bede wom odbieroł tej przyjemności.
- O to właśnie idzie, ze dlo mnie to nie jest zodno przyjemność - odrzekł sołtys. - Całe scynście, ze dlo wos jest. I wy bedziecie zadowoleni, i jo.

Felek był załamany. Niestety na telefonie od sołtysa sie nie skońcyło. Kie hyr o rzekomym nowym zamiłowaniu Felka rozeseł sie po wsi, to kozdy, fto mioł choćby ino najmarniejsy połamany płotek, seł ku nasemu wiejskiemu bogacowi i pytoł o to samo, o co wceśniej popytali mojo gaździna, Janiela, Wincenty i sołtys. Kie Felkowi zdało sie, ze nimo juz we wsi nawet jednej śtachety, o ftórej pomalowanie nie zostołby poprosony - znów mojo gaździna ku niemu przysła.
- Witoj, Feluś! - pedziała. - Wies co? Storo Jaśkowo, co to jest najbidniejso we wsi, nimo śmiałości, coby kogokolwiek o cokolwiek popytać. Ale jo se tak pomyślałak, ze moze i jej byś płot pomalowoł?
- Storej Jaśkowej? - zdziwił sie Felek. - Przecie ona nimo płota!
- Ano nimo - zgodziła sie gaździna. - Ale mógłbyś jakisi płot jej kupić, ogrodzić nim jej chałupe, a potem bedzies mógł go piknie pomalować.

To powiedziawsy, gaździna obyrtła sie i posła do domu. Zanim jednak odesła, przez uchylone Felkowe okno dosły do jej usu straśliwe krzyki: Nienawidze Tomka Sawyera! Nienawidze Tomka Sawyera! Krucafuks! Jak jo nienawidze Tomka Sawyera!!!

Gaździna przystanęła i zacęła sie głośno zastanawiać:
- Cemu on tak nienawidzi sympatycnego Tomka Sawyera?
Nagle jom oślniło. Zrozumiała syćko!
- O, Jezusicku! - zawołała.

I całom droge do nasej chałupy nie telo przesła, co przeturlała sie ze śmiechu. Ale postanowiła oscędzić bidokowi wstydu. Nikomu o swym odkryciu nie pedziała. Ba jo piknie o nim wiem, bo dowiedziołek sie o syćkim od mysy, co to w Felkowej chałupie se miesko.

A Felek? No cóz. Nie mioł wyjścia. Musioł zrobić to, do cego sie przed syćkimi zobowiązoł. Ale piknie skońcył całom robote, zanim jo z moim bacom z holi wróciłek. Tak więc teroz, ostomili, juz bez trudu traficie w moje strony. Kie przyjedziecie pod Turbacz, to pytojcie o wieś, we ftórej syćkie płoty som piknie świezo pomalowane. Kie takom wieś nojdziecie, to bedzie właśnie ta, we ftórej jo mieskom. Hau!

* M. Twain, Przygody Tomka Sawyera, przeł. K. Piotrowski, Warszawa 1973, s. 22.

Na mój dusiu! W cym problem?

6/10/2009, wtorek

Gazetaprawna.pl ogłosiła nom nowine, jej zdaniem chyba hiobowom:

Wszystkie polskie miasta - gospodarze piłkarskich mistrzostw Europy w 2012 roku - są narażone na przerwy w dostawach prądu. W najgorszej sytuacji jest Poznań, a inwestycje mające ochronić Wrocław są na początkowym etapie.

Skąd tako ponuro wizja sie biere? Ano stąd, ze podobno nase systemy przesyłania energii elektrycnej som za słabo rozbudowane, coby tak wielkie mistrzostwa obsłuzyć. Cyli moze zdarzyć sie tak, ze jakisi mec, co to bedzie rozgrywany juz po zapadnięciu zmroku, rozpocnie sie piknie w świetle jupiterów, na boisku pikno gra, na trybunak pikny doping, najpierw podnie jeden gol, potem drugi, potem trzeci, a potem nagle… pyk! Syćkie światła zgasnom! Ciemno wsędzie, głucho wsędzie i co dalej z mecem będzie? Nieftórzy obawiajom sie, ze bedzie tako kompromitacja, ze juz do końca tysiąclecia nifto nie powierzy nom nawet organizacji mistrzostw w dłubaniu w nosie. Ale wiecie co, ostomili? Jo tam nie rozumiem, w cym problem. Bo w mojej wsi to kozde dziecko wie, co trza zrobić, kie zgaśnie światło. Wystarcy wyciągnąć świece abo inksom latarke - i po kłopocie! No to organizatorów Euro 2012 chyba stać na to, coby syćkik występującyk tamok piłkorzy zaopatrzyć w pikne latarki? A jeśli nie stać - to niek dadzom mi znać. Wte jo wroz z kotem mojej gaździny zakrodne sie do hurtowni Felka znad młaki i zdobędziemy latarek telo, kielo bedzie potrzeba. Wroz z kompletem zapasowyk baterii.

Ocywiście bedzie trza na takom okoliność dopracować reguły futbolowej gry. Rozstrzygnąć na przykład, cy zaświecenie przeciwnikowi latarkom w ocy bedzie uznane za faul? Abo cy uderzenie piłki latarkom bedzie traktowane jako dotknięcie rękom? Nalezałoby tyz rozwazyć, cy nie przydałoby sie poprzycepiać piłkorzom do rzyci cyrwonyk światełek odblaskowyk. No ale do tyk mistrzostw zostały nom jesce prawie trzy roki. Telo to chyba powinno tej całej Fifie wystarcyć, coby odpowiednie przepisy wyryktować.

Tak w ogóle jo se myśle, ze to bedzie nawet fajnie wyglądało, kie po ciemnym boisku bedzie biegało dwudziestu dwók chłopów z latarkami. A nawet dwudziestu pięciu - bo przecie sędzia główny i dwaj bocni tyz bedom potrzebowali światełek. A moze nie latarkami, ino lampami naftowymi powinni sie piłkorze posługiwać? To by sprzyjało wyryktowaniu na stadionie scególnego nastroju. Trza nad tym pomyśleć. Pomyśleć spokojnie, a nie wpadać w panike, ze prądu moze zabraknąć. Bo - na mój dusiu! - nie zamartwiojmy sie problemami, ftóre mozno przecie barzo łatwo rozwiązać! Hau!

P.S.1. W te środe bedziemy piknie świętować. Bo imieniny EMTeSiódemecki bedom. No to zdrowie Solenizantki! :D

P.S.2. Ale jeśli ftosi myśli, ze imieninowe zdrowie EMTeSiódemecki wystarcy wypić, ten sie grubo myli. Bo w tym dniu EMTeSiódemecka mo tyz urodziny. No to zdrowie EMTeSiódemecki roz jesce! Urodzinowe tym rozem! :D

Witacka z gaździnom

30/09/2009, środa

No i wcora wróciłek z wysokik hol, wroz z bacom, juhasami i owieckami. Wróciłek do mojej wsi, do mojej chałupy, do budy… i do gaździny ocywiście! Cy wieś uciesyła sie z mojego powrotu - tego nie wiem. Cy chałupa i buda sie uciesyły - tyz nie wiem. Ba gaździna uciesyła sie straśnie! Takom witacke mi wyryktowała, ze krucafuks!
- Ty fudamencie! - zawołała na mój widok. - Ty ancykryście! Ty zbóju! Ty łotrze! Ty hultaju! Ty beskurcyjo!

Sami widzicie - skoro tak wołała, to musiała straśnie za mnom tęsknić! Mnie ocywiście tyz koniec nasego rozstania uciesył. Tyz wyryktowołek piknom witacke: zacąłek radośnie scekać, stanąłek na tylnyk łapak i wylizołek kufe gaździny tak piknie, ze tego wiecora chyba juz nie musiała jej myć. Ba uciesyło mnie jesce cosi - zza gaździny dochodził pikny, barzo pikny zapach! Zaroz gaździna wyciągła ręke, ftórom wceśniej za plecami trzymała. A co tam miała? Na mój dusicku! Piknom kiełbase z piknym przymiotnikiem na litere “j”! Zjodłek te kiełbaske wartko. A potem merdając ogonem poźrełek gaździnie prosto w ocy.
- Fces jesce? - spytała.
Widzicie? Ona mnie świetnie rozumie, choć nie zno psiego języka! Zaroz pohybała do chałupy, posła do kuchni i po kwilecce wysła z nowym kawałkiem kiełbasy. Więksym od tego poprzedniego! Zjodłek wartko ten drugi kawałek i popytołek o kolejny.
- Ty bidoku! - zawołała gaździna. - Ten chłop to cie chyba cały cas na tej holi głodził, ze teroz mos taki apetyt!

No, coby baca mnie głodził, tego nie moge pedzieć. Nie godając juz o tym, ze przecie cały cas dokarmiali mnie turyści. Ale co jo sie tam bede pchoł w stosunki małzeńskie między moim bacom a mojom gaździnom.

Dostołek trzeci kawałek i popytołek o cworty. Dostołek cworty i popytołek o piąty. Ale okazało sie, ze piątego juz w chałupie nimo. Zjodłek syćkom kiełbase, jako miała być wcora na kolacje i dzisiok na śniadanie. Ba dzisiok z samiućkiego ranka gaździna kazała bacy, coby zawiózł jom autem do Nowego Targu. A tamok telo kiełbasy nakupowała, ze kieby jom ułozyć w stos, to ten stos wierchowołby nad Turbaczem. I to syćko było dlo mnie!

Pewnie zastanawiocie sie, ostomili, cy zaroz nie powiem: I nagle sie obudziłek? Nie powiem! Bo to syćko wydarzyło sie naprowde! Było pikne jako najpikniejsy sen, ale naprowde sie wydarzyło! Powiem wom za to, ze tak normalnie to nimo sans, cobyk telo kiełbasy od gaździny wyłudził. Prędzej prasłaby mnie ścierom juz przy prośbie o trzeci, a najpóźniej o cworty kawałek. Ale teroz to było inacej. Po półrocnym pobycie na holi, kie gaździna widywała mnie ino z rzadka, to tako tęsknica jom chyciła, ze teroz, kieby dowiedziała sie, ze na całym świecie nimo jałowcowej kiełbasy, ino jeden, jedyny plasterek na środku pustyni Gobi, to nie wahałaby sie ani kwilecki, ino w najblizsy samolot do Ułana Batora by wsiadła, na te Gobi pohybała i nolazłaby ten plasterek specjalnie dlo mnie. Takie to casem bywo działanie ludzkiej tęsknicy: ze kie cłek na kogosi ceko, ceko i ceko, to kie sie wreście doceko, wte z radości cały świat rozniesie - i jesce pare inksyk planet przy okazji - byle tylko piknie dogodzić temu, za kim tęsknił.

No i, ostomili, tak jo sie tom kiełbasom objodłek, ze teroz mój brzuch ciągnie kapecke ku ziemi. To miłość mojej gaździny ku mnie tak mi w tym brzuchu ciązy! Ale jo tam nie narzekom! Wręc przeciwnie! Co se pojodłek - to moje! I oby gaździna jak najsybciej znów takom piknom kiełbaskowom witacke mi wyryktowała! Cy ftosi wie, jak to zrobić, coby codziennie był pierwsy dzień po moim powrocie z holi? No, moze codziennie tak być nie musi. Ale zeby to sie tak jesce ze dwajścia abo trzydzieści rozy powtórzyło… Widziołek film Dzień Świstaka z ponem Billem Murrayem i śwarnom poniom Andie MacDowell, więc wiem, ze jest to mozliwe. Ino jak to sie robi? Hau?

P.S.1. Najblizy cwortek bedzie temu słuzył, cobyśmy sie piknie weselili. Bo w tym dniu urodziny Waweloka bedom. Zdrowie Jubilata! :D

P.S.2. A najblizsy piatek tyz bedzie słuzył temu, cobyśmy sie piknie weselili. Bo w tym dniu bedzie rocnica ślubu Alecki i Jerzorecka. No to zdrowie Młodej Pary! :D

P.S.3. I niedziela tyz bedzie słuzyła nicemu inksemu jako temu, cobyśmy weselili sie piknie. A to dlotego, ze wte bedom imieniny Bobicka. No to zdrowie solenizanta! :D

I znów przyjdzie święty Michał

28/09/2009, poniedziałek

Teroz mojo hola wyglądo tak:

A jak bedzie wyglądała od najblizsego wtorku? Ano tak samo, ino juz bez owiecek. Bo to juz w najblizsy wtorek wypado nom dzień świętego Michała. I wte bedzie jako na tym Jędrzejeckowym obrazku. Wroz z bacom i juhasami sprowadzimy owiecki na dół, pooddajemy je właścicielom, a potem… Ano potem bedziemy cekali na dzień świętego Wojciecha 2010 rocku, kie znowu na hole pódziemy. Bajako.

Tak oto w zywobyciu mojego bacy i moim kolejny sezon owieckowy sie końcy. Siedze se jo na tej jesiennej gorcańskiej holi. Siedze i pozirom na ściezki, po ftóryk jesce niedowno telo turystów chodziło, a wielu z nik zatrzymywało sie przy mnie, głaskało po łbie i cęstowało piknymi kanapkami. Teroz turystów pod Turbaczem jest tak niewielu, ze wedle moik owcarkowyk obliceń cekając na ik kanapki straciłbyk więcej kalorii niz byk zyskoł, kiebyk sie wreście jakiejsi kanapecki docekoł. Tak więc teroz to lepiej dlo mnie skupić sie na tym, co baca doje mi jeść…

Siedze se i wsłuchuje sie w koncert, ftóry owiecki swoimi dzwoneckami ryktujom. To jest tako muzyka, co to nimo kompozytora. Ona komponuje sie sama. Ba trza przyznać, ze piknie jej to wychodzi! Zol ino, ze teroz to juz jest samiućko koncówka tego koncertu. Wkrótce jeśli tutok bedzie jesce cosi dzwonić, to ino cisa w usak. Ino cisa…

Wciągom w swój owcarkowy nos dochodzący z bacówki zapach oscypka. Ten zapach bedzie tutok obecny jesce przez kilka dni po nasym odejściu. Ale w końcu uzno, ze wzorem niedźwiedzi powinien pogrązyć sie w zimowym śnie. I wróci tutok dopiero na wiosne, kie jo wroz z moim bacom wróce…
Pozirając na otacające mnie wiersycki i smreki zbocowuje swoje syćkie przygody, jakie w tym roku tutok przezyłek. A kapecke tyk przygód było. Znocie je piknie, bo przecie opowiedziołek wom o nik, nicego nie zmyślając ani nicego nie ubarwiając. Opowiedziołek wom ino samiućkom prowde. Heeej! Fajnie było te syćkie przygody przezywać! Barzo fajnie…

No i kie se tak myśle o tym końcącym sie juz zywobyciu na holi, to z jednej strony raduje sie, ze wracom do swej wsi, ka ceko na mnie mojo gaździna, wroz z piknym kawałkiem kiełbasy jałowcowej. A z drugiej strony biere mnie tęsknica za tym, co przeminęło. I robi mi sie cosi smutno… Cy to źle? E, jo se myśle, ze niekoniecnie. Wiem, ze som tacy, co to cały cas kazom ryktować ino keep smiling i keep smiling. Krucafuks! Na pewno dobrze być cęsto uśmiechniętym. Ale zeby bez przerwy? To by była jakosi sakramencko monotonia! Nie wiem jak wom, ale mi wcale nie jest do śmiechu na myśl o wiecnym uśmiechaniu sie! Piknie jest duzo sie śmiać, ale casem tyz fciałoby sie choćby na pare kwil spowaznieć, zamyślić sie, zadumać, zatęsknić za cym, popaść w jakisi nostalgicny nastrój, a nawet smutek. Bo smutek tyz moze być pikny! Nie kozdy, ale co nieftóry moze. Jak to godoł jegomość Twardowski: W życiu najlepiej, kiedy jest nam dobrze i źle. Kiedy jest nam tylko dobrze - to niedobrze.*

Tak więc, ostomili, chociaz przed tym świętym Michałem jestem w takim nastroju, w jakim jestem, to nie musicie mnie pociesać. Nimo takiej potrzeby. Bo właściwie to jest mi całkiem przyjemnie z tego powodu, ze jest mi smutno. Hau!

* J. Twardowski, Nie tylko o jeżach, Warszawa 2000, s. 56.

Cas

24/09/2009, czwartek

Samochód to jest barzo pikny wynalazek. Na mój dusiu! Kie nie było samochodów, to kielo casu cłek tracił fcąc sie wybrać kasi daleko! Musioł iść, iść, iść, iść i… nawet połowy drogi nie mioł jesce za sobom. Więc seł dalej, bo nie mioł inksego wyjścia. Kie ftosi mioł konia, wte do celu docieroł sybciej. Ale tyz nie tak sybko, jak by samochodem mógł dotrzeć. O, nie! Tak więc dzięki autu to naprowde teroz wiele casu mozno zaoscędzić. Bajako.

Ale telefon komórkowy to tyz pikny wynalazek. Tyz dzięki niemu mozno piknie zaoscędzić cas. Bocycie, jak było, kie komórek nie było? Na wsi to juz w ogóle bida! A w mieście - niewiele lepiej. Kie było sie na ulicy, a zachodziła potrzeba, coby kasi zadzwonić, to trza było jakiejsi budki telefonicnej posukać. Kie sie jom w końcu nolazło, to okazywało sie, ze na automacie wisi kartecka z napisem: APARAT NIECZYNNY. I trza było posukać inksej budki. A w tej inksej - okazywało sie, ze jakosi beskurcyja wyrwała kabel od słuchawki. No i trza było sukać trzeciej. Casem miało sie to scynście, ze w tej trzeciej syćko działało, jak trza. A casem sie tego scynścia nie miało… No a teroz? Teroz to nifto nie musi zodnyk sakramenckik budek sukać. Wystarcy ino sięgnąć do kieseni, wyciągnąć komórke i juz mozno dzwonić choćby na drugi koniec świata, do ujka w Hameryce na przykład. A automaty w budkak telefonicnyk niek se tam śpiom spokojnie pod coroz grubsom pierzynkom kurzu.

A komputer to nie jest pikny wynalazek? No przecie ze jest! A cy on tyz pomago zaoscędzić cas? Na mój dusiu! Przykładów na to, ze pomago, jest telo, ze nie bede ik tutok wymienioł, coby nie zabierać wom wyzej wymienionego (nizej zreśtom tyz) casu.

Dzięki kalkulatorowi tyz mozno cas zaoscędzić - bo na nim mnozymy i dzielimy wielkie licby duzo sybciej niz na kartce papieru abo inksym suwaku matematycnym. Skoro juz o suwaku mowa, to trza zbocyć, ze suwak - ino nie matematycny, ba kurtkowy - tyz piknie pozwalo zaoscędzić cas. Wiadomo, ze sybciej zapino sie kurtke na suwak niz na guziki. A kielo jest wynalazków, dzięki ftórym mozno sybciej wyryktować obiad abo upiec ciasto! A kielo jest wynalazków, dzięki ftórym mozno sybciej wyremontować chałupe!

Heeej! Co jo bede dalej godoł… Kany by nie poźreć, wse nojdzie sie jakisi wynalazek pozwalający zaoscędzić cas. I telo juz takik wynalazków jest, ze kieby tak siąść i pomyśleć, to dochodzi sie do wniosku, ze dzisiok to cłek powinien mieć duzo więcej casu na spanie niz kiesik. Powinien móc sie wysypiać o jakiesi trzy godziny na dobe dłuzej niz sto roków temu. A tymcasem, według Światowej Organizacji Zdrowia… śpi o trzy godziny krócej! Ciekawe cemu? Hau?

P.S.1. No ale dzisiok, ostomili, to nie bedziemy sie wysypiali, ino bedziemy balowali! Bo urodziny Poni Dorotecki dzisok momy! Zdrowie nasej ostomiłej Jubilatki! :D

P.S.2. Poni Justynecce wyryktowołek juz witacke na jej własnym blogu. Ba jako ze zajrzała do Owcarkówki, to trza tyz tutok wyryktować, jako nowemu gościowi. No to powitać piknie! :D

Owcarkowo witacka

20/09/2009, niedziela

Sam sobie sie dziwie, cemu dopiero teroz wpodłek na ten pomysł. A zaledwie pare dni temu śmiołek sie z powolności ślimacego myślenia! Przyganioł kociołek gorckowi krucafuks! No bo co by nie godać, to od casu zaistnienia w Polityce mojego owcarkowego bloga pojawiło sie tutok niemało nowyk. Barzo piknie znany nom blog Poni Dorotecki sie pojawił, dwa blogi ekonomicne, jeden śląski… I jesce pare inksyk. A co powinien zrobić kozdy sanujący sie pies, kie jakisi nowy cłek pojawi sie w obejściu? Ano - powitać go piknie! Merdać ogonem, scekać radośnie, stawać na dwók tylnyk łapak i tak dalej, i tak dalej. Ocywiście robi to wte, kie do obejścia przyjdzie swój, a nie wróg. Ale tutok przecie som sami swoi!

A jo co? Ano nic! Zupełnie nic! Zodnej witacki autorom nowyk blogów nie ryktuje! Cemu? A bo jakosi, jak do tej pory, nie przysło mi to do łba. A cemu nie przysło? Tego jo sam - krucafuks - nie moge zgadnąć. No ale niedowno poźrełek na głównom strone internetowom Polityki i uwidziołek, ze oto kolejny blog sie pojawił. Poni Justyna Sobolewska go ryktuje. I wte… nagle dotarło ku mnie to, co juz downo dotrzeć powinno! Witacka! Moim psim obowiązkem jest ryktować witacke kozdej nowej blogowej gaździnie i kozdemu nowemu blogowemu gaździe! No to teroz muse sie wreście poprawić i zacąć syćkik piknie witać I tak bede robił. A kie sie zagapie i nie zauwaze, ze znowu jakisi nowy blog w Polityce powstoł, to wse jest sansa, ze ftosi z bywalców budy zauwazy i piknie do mi znać.

Swojom drogom to w tej blogowej gazdówce poni Justyny chyba fajnie bedzie. Bo poni Justyna bedzie tamok gwarzyła o ksiązkak dlo dzieci. Cyli dlo kozdego! Bo przecie kozdy z nos był kiesik dzieckiem. A jeśli nie dzieckiem, to sceniakiem. A jeśli nie sceniakiem, to kociakiem. Abo źrebakiem, abo pisklakiem, abo jagnięciem, abo cielęciem - nie mylić z cielęcinom - abo jakomsi inksom maluśkom zywinom.

Tak więc niek jo ino wkleje tutok niniejsy wpis. Niek jo go ino wkleje. I zaroz chybom ku temu nowemu blogowi, coby wyryktować swój pierwsy owcarkowy komentorz o charakterze witackowym. A jeśli ftosi mo ochote sie do mojej witacki przyłącyć - nawet jeśli nie jest psem - to ocywiście piknie zaprasom. Hau!