Artykuł 34

8/02/2010, poniedziałek

Lubicie literature podróznicom? Ostatnio wpadła mi w łapy tako jedno ksiązka z tej dziedziny właśnie. Najwięcej było tamok o podrózowaniu autem. Ale nie tylko. O inksyk pojazdak tyz mozecie se w tej ksiązecce pocytać. I jesce o podrózowaniu na piechote. I konno. Nie wiem, cy wom te lekture do poduski polecać, bo nie do sie ukryć, ze dłuzyzn tamok nie brakuje. Poza tym “smrodku dydaktycnego” ksiązka ta ryktuje więcej niz te syćkie landrynkowe powieści dlo dzieci z casów przedwojennyk. Ale z drugiej strony - fto lubi mocne wrazenia, ten tyz tamok cosi dlo siebie nojdzie. Bo som tyz pełne napięcia wątki o jezdzeniu z sakramencko nadmiernom prędkościom abo o stawaniu kierowcy oko w oko ze śmierzciom. Jaki jest tytuł tej ksiązki? Ano… Kodeks drogowy, ostomili.

Tak w ogóle to ta ksiązecka dzieli sie nie na rozdziały, ino na artykuły. Mnie najbardziej zaciekawił artykuł 34. To jest taki artykuł, co gwarzy o pojazdak zaprzęgowyk. Mozno sie z niego dowiedzieć na przykład tego, ze zabranio sie jazdy pojazdem na płozach bez dzwonków lub grzechotek. Na mój dusicku! Ciekawe cemu sie tego zabranio? Cy to dlotego, ze takie sanie musom być słysone juz z oddali? Tak w pierwsej kwilecce pomyślołek. Ale potem dosłek do wniosku, ze nie. No bo przecie kieby sło ino o uprzedzenie kogosi, ze sanie sie zblizajom, to Kodeks drogowy dopuściłby tyz uzycie syreny. Abo nakazywołby woźnicy wydawać jakiesi okrzyki ostrzegawce. Na przykład takie: Uwaga, jade! Uwaga, jade! Gapy rozjade na marmolade!

O zodnyk syrenak jednak ani o okrzykak ten artykuł nie zbocowuje. O co więc idzie z tymi dzwonkami i grzechotkami? Pomyślołek, pomyślołek, jaze wymyśliłek. Wyobraziłek se, jak autorzy nasego Kodeksu siedzom zmęceni i znudzeni w jakimsi ponurym betonowym bloku, w dusnej izbie, ka syćko ledwo widać, jakby przez mgłe, ale to nie jest zodno mgła, ino dym papierosowy. Siedzom i ukwalowujom nad prawidłami ruchu drogowego dlo aut i dlo syćkik inksyk wehikułów, co to po piknej ziemi między Bałtykiem a Tatrami bedom jeździły. Kie zacynajom ryktować artykuł 34, ka mo być właśnie o sankak mowa, to nagle… ozywiajom sie, rozluźniajom i popadajom w jakisi taki marzycielski nastrój. - Heeej! Sanki, sanki… - zacynajom głośno wzdychać. - Sanki, kulig, śnieg bieluśki, wcasy FWP w Zakopanem, poni Hanka z domu wcasowego obok, śmiech, wesoło kompania, śpiewy, beztroska… Jechało sie kiesik tymi saneckami… Ale sie piknie jechało! No i te dzwonecki, co to przez caluśkom droge ryktowały: dzyń-dzyń, dzyń-dzyń, dzyń-dzyń! Niby ta dzwoneckowo muzycka zodnego kompozytora nie miała, ryktowała sie sama - a jako była pikno! Kieby nie te dzwonki, to przyjemność z jazdy sankami byłaby dwa rozy mniejso! A moze nawet i trzy rozy! A zatem - krucafuks - nie wolno inksyk tej przyjemności pozbawiać! Niek syćkie sanie obowiązkowo z dzwoneckami jezdzom! Abo przynajmniej z kołatkami! Jazda bez dzwonecków i bez kołatek musi być surowo zabroniono! I ślus!

Jakosi tak właśnie te narodziny artykułu 34 Kodeksu drogowego musiały wyglądać. Jakosi właśnie tak…

Teroz momy piknom śnieznom zime. Nieftórzy z wos być moze w najblizsym casie w góry sie wybierom. Abo juz sie wybrali. Nieftórzy w tyk górak pewnie przejadom sie ciągnionymi przez konie saniami. A kie sie przejadom - to bedom mogli nie ino na pikne bieluśkie wiersycki popozirać, ale tyz cudnej dzwoneckowej muzycki posłuchać. Zreśtom ci, co do sań nie wsiednom, tyz posłuchajom, bo przecie bedom nie roz przez takie sanki mijani. Nie zabocowujcie więc, ze to autorzy Kodeksu drogowego zapewnili wasym usom takom przyjemność. Trza ik za to piknie pokwolić. Bo jak widać, kie ryktowali oni ten cały Kodeks, to zadbali nie ino o to, coby na nasyk polskik drogak było bezpiecnie, ba tyz o to, coby było wesoło. Hau!

P.S. A w Owcarkówce momy nowego gościa - Joasieckie. Powitać piknie! Niek sie kiełbasom i Smadnym Mnichem tutok pocęstuje! Najlepiej, coby jedno i drugie było na gorąco, bo na polu teroz mróz przecie :D

Fto moze być harnasiem?

6/02/2010, sobota

To było ponad dwa tyźnie temu, ba jakosi jak do tej pory nie miołek okazji o tym zbocyć. 20 stycnia, ostomili, o godzinie 8.40 Hortensjecka piknie zapewniła mnie: Ciebie i Twojego towarzysza, Kota, nie można traktować jako gangsterów. Wy kierujecie się zawsze szlachetnymi pobudkami, czego o gangsterach powiedzieć nie można!!!

Barzo mnie to uciesyło! Bo nie wiem jak wom, ale mi to zupełnie sie nie widzi bycie gangsterem. Natomiast bycie zbójnikiem - to cosi zupełnie inksego! No i zaroz postanowiłek Hortensjecce odpisać, ze do gangsterowania to my sie z kotem rzecywiście nie przyznojemy, ba do zbójowania - jak najbardziej.

- Co robicie, krzesny? - spytoł kot, ftóry weseł do izby akurat wte, kie te odpowiedź ryktowołek.
- A, pise Hortensjecce, ze jesteśmy zbójnikami.
- My, cyli fto? - zaciekawił sie kot. - Jo i ty?
- Bajako - odpowiedziołek.
- No ale skoro jesteśmy zbójnikami - gwarzył dalej kot - to fto jest harnasiem?
- Chyba jo - odpowiedziołek po kwilecce zastanowienia.
- Wy?! - zawołoł kot z nieukrywanom drwinom.
- Pewnie ze jo! Jestem przecie więksy i silniejsy - zauwazyłek.
- Ale za to jo lepiej sie wspinom po drzewak - zawuwazył kot.
- Ba jo pikniej umiem rozprawić sie z kozdom weredom za pomocom swoik zębów - pedziołek.
- A jo za pomocom pazurów - pedzioł kot.
- Ba jo mom lepsy węch - pedziołek.
- A jo lepsy wzrok, śleptoku jeden - pedzioł kot.
- Pockojcie, krzesny. - Postanowiłek przerwać wreście te licytacje. - Samym godaniem, to my nie dojdziemy do nicego. Najlepiej stońmy do pojedynku - fto wygro, ten bedzie siumnym harnasiem.
- Nie wiem, cy siumnym, ale na pewno głodnym - poprawił mnie kot. - Bo kie zacniemy sie pojedynkować, to gaździna nos usłysy, zezłości sie i nie do nom kolacji.
- Tyz prowda - przyznołek. - No to pozostoje ino jedno wyjście - wybory demokratycne.
- Co takiego? - zdziwił sie kot. - Słyseliście, coby choć w jednej zbójnickiej kompanii odbyły sie demokratycne wybory na harnasia?
- Drzewiej to było inacej, bo była monarchia - odpowiedziołek. - Ale teroz jest Unia Europejsko, jest demokracja, to zbójnicy tyz powinni iść z duchem casu i demokratycnie wybierać swego przywódce.
- Niekze ta - zgodził sie wreście kot.

No i powołali my Zbójnickom Komisje Wyborcom. Zrobili my tajne głosowanie. Fcecie poznać wyniki? No to mocie. Frekwencja była sto procentów, a dokładnie - głosującyk było dwók. Głosów na mnie - jeden. Głosów na kota - tyz jeden… Krucafuks! Do rzyci z takimi wyborami!

- Syćko przez twoje samolubstwo! - oburzyłek sie na kota. - Kieby nie to, ześ zagłosowoł na samego siebie…
- Ejze, krzesny! - przerwoł mi kot. - A skąd wiecie, na kogo jo głosowołek? Przecie głosowanie było tajne!
O, kruca! I co jo miołek teroz pedzieć? Ze dosłek do tego metodom dedukcyjnom pona Szerloka Holmsa? To wte musiołbyk przyznać ze jo tyz samolubnie zagłosowołek!

Z kłopotu wybawiło mnie nagle jakiesi stukanie w okno. Podniesłek głowe. To Maryna Krywaniec! Przyfrunęła ku nom w odwiedziny! Otworzyli my okno i wyskocyli do pola, coby sie z orlicom powitać.

- Co u wos słychać, chłopy? - spytała Maryna.
- U nos? Syćko dobrze - pedziołek, bo jakosi głupio mi było przyznawać sie przed gościem, ześmy sie tutok z kotem kapecke powadzili.
- Tak, tak, syćko dobrze - potwierdził kot, bo widocnie jemu tyz było wstyd.
- A, to dobrze, ze dobrze - pedziała Maryna. - Nie wiem cemu, widziało mi sie, ze wy sie o cosi tam sarpiecie.
- My? Nigdy w zyciu! - zawołołek.
- Nigdy w zyciu! - powtórzył za mnom kot.
- My ino - pedziołek - ukwalowujemy, ftóry z nos powinien być harnasiem. No bo my dwaj zbójnikami jesteśmy. A zbójnicy bez harnasia to jak Gorce bez Turbacza.
- Święto prowda - pedziała Maryna. - Ba współcuje temu, fto tym harnasiem zostonie.
- Współcujecie? Cemu współcujecie? - spytali my z kotem obaj naroz.
- A bo bycie harnasiem to wprowdzie wielki honor, ale tyz wielko odpowiedzialność - pedziała orlica. - Przecie taki harnaś wiadomo, co musi robić - oddawać swe łupy bidnym. Ale jak te łupy rozdzielać? Ftóremu bidokowi dać więcej, a ftóremu mniej? Jak to zrobić, coby było sprawiedliwie? A harnaś musi być sprawiedliwy! Bo inacej to on jest ciura, nie harnaś!

Krucafuks! Maryna miała racje! No bo weźmy choćby nasom wieś. Wiadomo, ze u nos najbidniejso jest storo Jaśkowo. Więc jej wse trza dawać najwięcej. Ale najwięcej to znacy kielo? Pięćdziesiąt procentów łupów? Osiemdziesiąt? Dziewięćdziesiąt? Trudno pedzieć. A potem sumienie gryzie, ze sie niesprawiedliwie te łupy rozdzieliło.

- A nie moze taki harnaś zatrudnić jakiejsi dobrej księgowej? Wte ona licyłaby, jak sprawiedliwie syćko dzielić - wymyślił kot.
- Chyba śpasujecie, krzesny! - zawołała Maryna. - Takiej naprowde dobrej księgowej trza barzo duzo płacić. A kieby jej sie duzo płaciło, to byłaby ona bogato. A kieby była bogato, to harnaś musiołby na niom napaść. I woybrazocie se, jak wte syćko byłoby pokiełbasone? Harnaś napadający na własnom księgowom?
- Eee… - wydusiłek z siebie. - Na scynście w nasej kompanii momy juz chętnego na harnasia. Kot fcioł nim być, no to niek nim zostonie.
- O, nie! - prociwił sie kot. - Wyście pierwsi, krzesny, fcieli być harnasiem! Zatem bedziecie nim wy!
- Mowy nimo! Wy bedziecie harnasiem!
- Wy bedziecie!
- Wy!
- Wy!
- Wy!
- Wy!

No i zacęli my sie z kotem gryźć i drapać. Jo warcołek, on głośno miaucoł. W tej sarpacce poturlali my sie jaze pod wejście do obory. Wpadli my na stadko kur, ftóre z głośnym gdakaniem robiegły sie na syćkie strony. Maryna siadła na dachu obory i pozirała na nos zdziwiono.

Ocywiście my sie umiemy tak sarpać, coby nawet w gniewie nie zrobić se za duzej krziwdy. Ino - kruca - gaździna usłysała ten cały harmider i z chałupy wybiegła.
- Co wy tu wyprawiacie, beskurcyje! - zawołała tak groźnie, ze jaz Maryna sie wystrasyła i frunęła do wierchu.
- No to juz po kolacji - pomyślołek ze smutkiem. - Chyba ze pódziemy zakraść sie do masarni Felka znad młaki. Ale to nie to samo, co jedzonko od gaździny! Hauuuu…!
- A to co? - zdumiała sie tymcasem gaździna na widok odfruwającej ku niebu Maryny Krywaniec. - O, Jezusicku! Jakiesi wielki drapiezne ptasysko! Pewnie fciało mi moje kurki porwać! A więc to stąd był ten cały hałas! Pies z kotem pohybali w obronie moik kur i przegonili te werede precki! Moi bohaterowie!

Na mój dusiu! Zaroz kot dostoł od gaździny wielkom miche mleka, a jo - pikny kawał kiełbasy jałowcowej. Ino musiołek podzielić sie tom kiełbaskom z Marynom - to w końcu dzięki tej orlicy gaździna dała nom takie pikne nagrody.

Ino harnasia dalej nie momy. Cy jest moze ftosi chętny, coby nim zostać? Jeśli jest, piknie pytomy, coby wysłoł swoje si-wi i list motywacyjny na adres jofcenaharnasia@gmail.com. Wiek obojętny, wykstałcenie tyz, a i doświadcenia zawodowego racej nie bedziemy sie cepiać. Nawet mozemy darować kandydatowi te syćkie próby jak przeskakiwanie Dunajca i tym podobne. Ale trza jedno umieć - sprawiedliwie łupy między bidnyk rozdzielać. Kozdy prowdziwy harnaś to umioł, więc ten nas tyz musi. Hau!

Profesor Baltic

2/02/2010, wtorek

Moze być tak, ze jesce nie syćka znocie te historie. Zwłasca kie nie mocie mozliwości oglądania polskik programów telewizyjnyk. Moi ostomili, nieco ponad tydzień temu, kasi pod Grudziądzem, ludzie uwidzieli bidnego kundla, ftóry płynął z nurtem Wisły na lodowej krze. Jak on sie tamok nolozł? Tego nie wiedzioł nifto. Niestety wyglądało na to, ze bidok nimo zodnyk sans, coby samodzielnie na brzeg sie dostać. Jakiesi strazaki fciały nawet pośpiesyć z pomocom, ale nie barzo wiedziały, jak to zrobić. Rusyć łodziom? Popłynąć pomiędzy zdradzieckimi krami? To byłoby barzo niebezpiecne. Dlotego choć strazaki bojąckami nie som i choć straśnie zol im było zywiny, zoden nie odwazył sie na takie ryzyko. W końcu stracili tego kundla z ocu. Bidok popłynął dalej. Płyną, płynął… jaze po kilku dniak nolozł sie na wodak Zatoki Gdańskiej, piętnoście mil od lądu. I to mil morskik, nie angielskik! A więc tyk dłuzsyk! Heeej! Bezlitosno śmierztecka pewnie juz kose ryktowała na swojom kolejnom ofiare, ba nagle… psa zauwazyła załoga statku badawcego “Baltica”. Ludzie z tego statku pomyśleli najpierw, ze to musi być foka - ot, pewnie zjadła wielki obiad, a potem miała straśnie cięzki brzuch, nika rusać jej sie nie fciało, więc postanowiła potraktować kre jako wyrko i zdrzemnąć sie tamok na kwilecke. Ale potem ci ludzie uwidzieli, ze ta “foka” mo… nogi i usy! Na mój dusiu! Wsród cłonków załogi “Baltiki” nifto nie mioł wątpliwości - kimkolwiek ten bidok jest, trza go ocalić! Trza spuścić na wode ponton i popłynąć na ratunek! Nie było to bezpiecne, ale na scynście był tamok jeden cłek z WOPR-u. Taki to mioł więkse sanse przemknąć sie między tymi sakramenckimi krami, dotrzeć do bidnego kundla i bezpiecnie zabrać go na statek. No i woprowski ratownik piknie do psa dopłynął, a pies - jak sie okazało - nie mioł zodnyk wątpliwości, ze ten cłek mo ślachente zamiary. Kundelek bez oporów doł sie wciągnąć na ponton. I juz po kwilecce nolozł sie na pokładzie “Baltiki”. Umęcony straśnie, ale cały i zdrowy. Wkrótce odzyskoł siły i barzo przywiązoł sie do swyk wybawców. Z wzajemnościom! A ze nifto nie wiedzioł, jak sie piesek nazywo, tymcasowo nadano mu imie Baltic. No chyba ze prowdziwe imie pozostonie tajemnicom - to wte nie tymcasowo, ino juz na wse.

Pewnie zastanawiocie sie, ostomili, cemu ten pies w ogóle na te kre hipnął? Po co on to zrobił? Głuptok cy jak? Nic z tyk rzecy, ostomili! Baltic to nie zoden głuptok! To wielki psi mędrol! Profesor cłowiekologii i jesce paru inksyk naukowyk dyscyplin! Kiesik broł udział w jednej konferencji naukowej na Uniwersytecie Turbaczowskim i wte miołek pikny zascyt go poznać.

Po tej całej przygodzie w Zatoce Gdańskiej profesor Baltic przysłoł mi meila, ka opisoł swe niezwykłe przezycia. No i okazuje sie, ze on ostatnio badoł ludzkie dzienniki telewizyjne. A w tyk dziennikak, sami wiecie - skaranie boskie! Ciągle jakiesi ociekające krwiom wiadomości! Na napisak, co to na pasku w dole ekranu sie pojawiajom, wcale nie lepiej: w jednej miejscowości ftosi kogosi zamordowoł, w drugiej - ftosi zginął w wypadku samochodowym, w trzeciej ftosi zginął od wybuchu gazu, w cwortej ftosi zginął od…

- Na mój dusicku! - pomyśloł w końcu profesor Baltic. - Naprowde juz nic dobrego sie w tym kraju nie dzieje? Same tragedie ino? A moze ci ludzie dobryk wiadomości po prostu nie umiom przekazywać? Moze te bidne ludzkie redaktory majom w tyk swoik organizmak jakisi taki gen, co to nie pozwalo im ciesyć sie dobrymi wiadomościami? Ciekawe, cy kieby wydarzyła sie jakosi barzo, barzo pikno historia, na przykład tako, ze komusi w jakisi niecodzienny sposób zycie uratowono, to gwarzyliby o tym w dziennikak cy nie?

Coby noleźć odpowiedź na te pytania, profesor Baltic zdecydowoł sie na barzo śmiały eksperyment naukowy: postanowił póść ku Wiśle, hipnąć na lodowom kre, a potem pozwolić sie uratować. No i wte okazałoby sie, cy telewizyjne dzienniki zbocyłyby o tym wydarzeniu cy racej uznałyby, ze jak nimo tragedii, to nimo niusa i ślus.

Profesor barzo starannie przygotowoł sie do tego eskperymentu. Wyryktowoł se mały pakunek z zapasem kiełbas i wędlin, coby podcas swej wodnej wędrówki za barzo nie głodować. Dokładnie sprawdził, z jakom prędkościom bedzie płynął na tej krze i kie wypłynie na morze. Porobił jakiesi straśnie skomplikowane oblicenia i dzięki temu, pikne ustalił, jakie statki bedom kursowały po Zatoce wte, kie on na jej wody wypłynie. Upewnił sie tyz, ftóro załoga z tyk statków najchętniej wyrusy bidnemu psu na ratunek. Ocywiście mimo tyk syćkik drobiazgowyk wyliceń pewne ryzyko istniało. Ale cóz, z naukowcami tak casem bywo, ze własnym zyciem ryzykujom. Naukowiec Indiana Jones jest na to piknym przykładem. Na scynście syćko posło zgodnie z planem: załoga “Baltiki” zauwazyła psiego profesora dokładnie o tej godzinie, ftóro wysła mu z jego obliceń. No… prawie dokładnie. Profesor pomylił sie o pół minuty. Ba w meilu do mnie piknie pytoł syćkik cytelników mojego bloga, coby o tym za barzo nie rozpowiadali, bo on sie straśnie wstydzi tego swojego błędu w obliceniak. Ale najwozniejsce jest to, ze syćko sie dobrze skońcyło!

Co zrobiły stacje telewizyjne na wieść o uratowaniu psa w takim niezwykłym miejscu? Na mój dusiu! Cosi niesamowitego! To znacy tragicnyk wiadomości ocywiście nie mogły se one darować, ale pomiędzy jednom tragediom a drugom piknie opowiadano o tej całej akcji ratunkowej! I wypowiedzi cłonków załogi nadawano, i godano o stanie zdrowia uratowanego Baltica, no i puscano film, na ftórym mozno było piknie uwidzieć, jak zacny ratownik płynie przez mroźne morze pontonem, coby zywinie na pomoc pośpiesyć. Tak więc nagle okazało sie, ze w tyk dziennikak telewizyjnyk dobre wiadomości tyz mozno ludziom przekazywać! To dobrze! Barzo dobrze! Dziękujemy i pytomy o więcej. Piknie pytomy syćkie telewizyjne stacje o więcej dobryk wiadomości. Teroz stacje te nie mogom sie usprawiedliwiać, ze dobryk wiadomosci podawać nie umiom, bo juz wiemy, ze jak fcom, to umiom. Profesor Baltic naukowo to udowodnił. Hau!

P.S.1. Profesor piknie mnie pytoł, cobyk nie ujawnioł jego prowdziwego imienia, więc nie ujawniom. A pytoł dlotego, ze on barzo sie uciesył, ze załoga statku zgodziła sie go przygarnąć. W końcu jest to statek badawcy! Jest tamok telo piknej aparatury, ze na pewno cosi z tego przydo sie Balticowi do kolejnyk naukowyk badań. Ba kieby jego prowdziwe imie wysło na jaw, to bedzie więkse ryzyko, ze nojdom sie legalni właściciele profesora. A kie sie nojdom, to nie wiadomo, cy nie zabierom go z tego z statku. A to by była wielko strata dlo polskiej nauki. I dlo światowej tyz.

P.S.2. Najblizsy cwortek jesce nie bedzie tłusty, ba i tak bedzie pikny. Bo w tym dniu Motyleckowe urodziny bedom. Zdrowie Motylecka! :D

Minusdwunastostopniowe ciepełko

27/01/2010, środa

Na mój dusiu! Tako zima chyciła, ze to było nieuniknione, ze prędzej cy później zacniemy w Owcarkówce o sytuacji atmosferycnej gwarzyć. Nimo sie co dziwić. To przecie najsurowso zima w całym XXI wieku i całym trzecim tysiącleciu! Dosło juz do tego, ze zaokienne rtęciowyk termometry trza brać pod mikroskopy! Jeśli weźmies, to mozes w ogóle nie uwidzieć rtęci - tak sie bidocka od tyk mrozów skurcyła. No i co z tym zimnem zrobić? Co zrobić, coby wom, ludziom, było choć kapecke cieplej? Cóz, w łoński wtorek na przykład to najlepiej było pojechać do Zakopanego. Bo wte właśnie, z samiućkiego ranka, usłysołek w radiu prognoze pogody. No i w tej prognozie godali, ze tego dnia najcieplejsym miastem Polski bedzie… Zakopane właśnie. Ino minus dwanoście stopni. Minus dwanoście ino! Haj.

Tak w ogóle to nie po roz pierwsy sie zdarzo, ze pod Giewontem jest w Polsce najcieplej. Dziwi wos to? Mnie ani kapecke. W końcu Zakopane lezy blizej Afryki niz Kraków, Warsiawa abo Trójmiasto. No to dlo mnie nienormalnie jest racej wte, kie w Zakopanem jest zimniej niz na Mazowsu cy na Pomorzu. Wte rzecywiście jest - jak to meteorologicne mędrole godajom - anomalia pogodowo.

Heeej! Minus dwanoście stopni… Wy, ludzie, jesce kilka tyźni temu, kiebyście usłyseli o takiej temperaturze, to na samom myśl o niej dostolibyście gęsiej skórki, kataru, bólu gardła i anginy. Od rozu pomyślelibyście: O, Jezusicku! Minus dwanoście! To jakiesi skramenckie pomiesanie Syberii z obydwoma biegunami naroz! W takiej zimnicy to nawet pon Amundsen by nie wytrzymoł! Nawet kieby poseł do sklepu sportowego na Krupówkak i kupił se tamok najcieplejsom puchowom kurtke - i tak by nie wytrzymoł!

No, moze nie syćka tak byście pomyśleli, ale przyznojcie, ze wielu z wos. A teroz? Teroz nasym rodakom minus dwanoście stopni moze sie jawić jako… tako całkiem letnio temperaturecka. Bo co to jest te minus dwanoście, kie tutok momy minus dwajścia, tamok - minus trzydzieści, a więksość Polski wyglądo jak jedno wielko powieść pona Jacka Londona?

Jesce na kilka dni przed Nowym Rokiem pon w telewizji stoł przed mapom pogodowom i godoł: “Mili poństwo, ceko nos siarcysty mróz - w nieftóryk miejscak temperatura spodnie nawet do minus pięciu!” Siarcysty mróz? Hehehehehe! Niek by teroz spróbowoł tak pedzieć! Syćka widzowie by go wyśmiali! Abo pomyśleliby, ze pozirajom na kabaret, a nie na prognoze pogody! Na mój dusiu! Jak to niewiele wystarcyło, coby wyrazenie “siarcysty mróz” zmieniło swe znacenie o co najmniej dziesięć stopni w skali pona Celsjusa! Ale jak widać - wystarcyło. I dlotego właśnie niejeden taki, co był w ten wtorek w Zakopanem, to mógł uznać, ze wcale nie morzł, ino wręc przeciwnie - piknie sie wygrzoł w minusdwunastostopniowym ciepełku.

Jakie som prognozy na najblizse dni? Z tego co jo widze w prognozak - idzie ku nom fala upałów! Prowdziwo fala upałów, moi ostmili! Cekajom nos temperatury w okolicak minus śtyrek cy nawet minus trzek stopni! A podobno niekany bedzie - na mój dusicku! - zero stopni pona Celsjusa! No krucafuks! To chyba zapas chłodnyk napojów trza zgromadzić! I zapas lodów! Inacej to jo se nie wyobrazom, jak ci, co juz od takik temperatur odwykli, wytrzymajom w takim zerostopniowym skwarze! Hau!

P.S. Pogoda pogodom, mróz mrozem, ba w najblizsy piątek na pewno bedzie barzo ciepło. A to od gorącyk zyceń, jakie z okazji rocnicy ślubu bedziemy Anecce i Ponu Aneckowemu składali. Zdrowie Ostomiłyk Nowozeńców! :D

Wiedzieliście, ostomili, ze wyryktowano film o blogak Polityki?

23/01/2010, sobota

- Ujek! - zagodoły ku mnie dwa barzo młode, trzymiesięcne owcarki.
- Cego fcecie, maluchy? - spytołek.
- Zabier nos, ujek, do kina!
- Do kina? A na co?
- Na Księznicke i zabe. W Nowym Targu w kinie “Tatry” to grajom. A syćkie psy we wsi godajom, ze ty, ujek, umies zakraść sie do kina tak, coby ludzie nie zauwazyli. Ujek, zabier nos. Barzo piknie pytomy.

Ach, ta dzisiejso młodziez! Zamiast od małego ucyć sie zaradności i samodzielnie próbować zakraść sie do ludzkiego kina, to storego ujka męcom! No, ale niekze ta. Zabrołek.

Obejrzeli my te Księżniczke i żabe. Heeej! To juz śtyrdziesty dziewiąty pełnometrazowy film animowany z wytwórni pona Disneya. Nie wiem, cy go wom polecać, ale im bardziej lubicie store disneyowskie kreskówki i im bardziej sie juz wom znudziły te syćkie komputrowe animacje, tym więkso sansa, ze ten film sie wom spodobo. Chociaz… wątpie, coby świętej pamięci Walt Disney zakwycił sie widokiem świetlika wysmarowanego smarkami takiego jednego fudamenta. Ba w tym filmie tako scenka to na scynście wyjątek. Regułom zaś jest klimacik podobny do tego, jaki sie cuje w hyrnej Królewnie Śnieżce abo inksym Zakochanym kundlu.

Rzec dzieje sie w Nowym Orleanie i jego bagnistyk okolicak. W casak jakosi tak między jednom a drugom wojnom światowom. A jak Nowy Orlean, to Nowy Orlean! Cego jak cego, ale jazzu to tamok zabraknąć nie moze! I nie braknie! Cały cas piknie tamok śpiewajom i grajom te jednom z ulubionyk muzycek Poni Dorotecki.

Główno bohaterka to młodo, śwarno Tiana, ftóro zarabio na zywobcie jako kelnerka. Marzy jej sie załozenie własnej korcmy. I uparcie dązy do tego, coby to marzenie spełnić. Skrzętnie zbiero cięzko zarobione dutki, zupełnie jakby wzięła se do serca tytuł bloga Pona Pawła: “Łap się za kieszeń”. Choć przyjdzie i tako kwila, kie zrozumie, ze “Pieniądze to nie wszystko” - jak głosi z kolei tytuł bloga Pona Pietra. Ocywiście nie Pona Pietra od Jedzenia, ino od Ekonomii. Ba skojarzeń z blogiem Pona Pietra od Jedzenia tyz podcas oglądania filmu bedziecie mieli mnóstwo. A to dlotego, ze ta Tiana jest świetnom kucharkom i umie ryktować rózne pikne potrawy. Barzo pikne! Jeśli syćka w Nowym Orleanie tak gotujom, to jo nie wiem, cy miejscem następnego zjazdu blogowiców od “Gotuj się” nie powinno być właśnie to miasto. W rozie potrzeby wroz z kotem mozemy sie zorientować, cy dojazdu dlo całej tej kompanii nie dałoby sie sfinansować dutkami Felka znad młaki.

W prowdziwym disneyowskim filmie musi być ocywiście jakisi straśnie corny charakter. Tutok jest nim pon doktor Facilier, co to uzywo magii po to, coby ryktować zło. Ba jest tyz tako barzo fajno Mama Odie - ona tyz uzywo magii, ale dlo odmiany po to, coby ryktować dobro. Tak więc jedno z przesłań filmu jest takie: specjaliści od kontaktów z siłami nadprzyrodzonymi (cyli rózni działace religijni, jak sie mozno domyślać) mogom równie dobrze słuzyć ślachetnym celom, jak i brzyćkim. Cyli momy tutok to, o cym gwarzy na swoim blogu Pon Adam.

Fto jesce w tym filmie występuje? Cało chmara robacków świętojańskik. Kie lecom one cornom nockom, to ryktujom smuge składającom sie z takik małyk świetlistyk punkcików. A te punkciki to wyglądajom jak dziurki na taśmie perforowanej, jakom downo temu uzywano do komputrów. I jo, kie cosi takiego uwidziołek, to od rozu informatycny blog Pona Edwina mi sie przybocył.

Nie pedziołek jesce, jaki jest pocątek filmu. A jest on jak blog Poni Justyny. Bo w tym pocątku momy z literaturom dziecięcom do cynienia: oto mało jesce Tiana i jej przyjaciółka Charlotta wysłuchujom hyrnej bajki o księcu przeinaconym w zabe. Jak wiadomo, zaklęcie zdjęła w końcu z bidoka pikno księznicka, ftóro go pocałowała.

A potem juz widzimy dorosłom Tiane. Marzy ona o tej swojej korcmie i o nicym więcej. Jaz tu nagle… krucafuks! Naprowde spotyko księcia, co zostoł w zabe zamieniony! Zacarowony ksiąze zaroz piknie pyto dziewcyne, coby go wybośkała i w ten sposób cofła to sakramenckie zaklęcie. No i Tiana go bośko. Ale to był błąd! Na mój dusiu! Błąd sakramencki! Bo ino pocałunek księznicki mógł odwrocić to zaklęcie - a Tiana przecie zodnom księznickom nie jest! No i po tym pocałunku jest gorzej niz było! Mało ze ksiąze nadal jest zabom, to w dodatku… Tiana tyz w zielonego płaza sie przeinaco! Krucafuks! Cy mozno teroz cosi zrobić, coby te dwa bidoki nazod ludźmi sie stały? A jeśli mozno, to co? Powiem tak: nolezienie odpowiedzi na te pytonia, to łamigłówka, ftórom bystrzejsy widz rozwiąze juz w pierwsej połowie filmu. Jo nie rozwiązołek, ale bystrzejsy widz rozwiąze. A skoro momy łamigłówke to momy tyz związek Księcia i żaby z “Łamiblogiem” Pona Marka.

Bycie zabom moze jednak mieć swoje dobre strony. Dwójka nasyk bohaterów pod postaciami takik zab naucy sie paru piknyk rzecy, jakik w ludzkik ciałak jakosi naucyć sie nie mogli.Tak, tak… Takie to casem som pokryncone te ściezki edukacji. Tako myśl nasuwo sie i przy oglądaniu disneyowskiego filmu, i przy lekturze “Belferbloga” Pona Dariusa.

Cy dałoby sie noleźć związki Księżniczki i żaby z inksymi politykowymi blogami? Kieby sie dobrze zastanowić, to mozliwe, ze tak. No i pora w końcu spytać, cy z moim owcarkowym blogiem mo ten film cosi wspólnego? Hmmm… Pewności nimom. Niby jest tamok taki aligator, co to zaprzyjaźnił sie z nasymi przeinaconymi w zaby bidokami. Jest on kapecke zwariowany i kapecke gapowaty. Mo wielkie, groźnie wyglądające zęby, ale w rzecywistości nifto tyk zębów bać sie nie musi. W dodatku nie godo on zwycajnie, ino tak jakby gwarom. Ba jedno rzec mi sie tutok nie zgadzo - ten aligator umie piknie grać na trąbce. A jo nie umiem. Cy ftosi zatem jest w stanie noleźć jakisi związek między trąbkom a Owcarkówkom? Jeśli tak - to faktycnie i mnie cosi łący z tym filmem. Jeśli nie - to znacy, ze posłek zupełnie złym tropem.

No w kozdym rozie związków Księżniczki i żaby z politykowymi blogami jest chyba za duzo, coby uznać to za przypadek. Cyli wychodzi na to, ze… filmowcy z wytwórni Disneya cytajom blogi w Polityce! Moze ino casami i moze nie syćkie wpisy - ale cytajom! Na mój dusiu! Spodziewolibyście sie cegosi takiego? Bo jo nigdy w zyciu!

Cego zatem poradzić tym, co sie do kina na ten film wybierajom? Jeśli nie znajom politykowyk blogów, to najpierw powinni se je pocytać. A przynajmniej pobieznie przejrzeć. Bo jeśli tego nie zrobiom - to nie zrozumiom, o cym tak naprowde jest ten film. Hau!

Monsieur Feléc

19/01/2010, wtorek

Niedowno godali my w Owcarkówce o straśnym zmartwieniu rządu francuskiego, miemieckiego i paru inksyk: co zrobić z nadmiarem scepionek na świńskom grype? Scepionek, ftóre rządy najpierw kupowały bez opamiętania, a teroz lezom one w magazynak i ino sie marnujom? No i Basiecka pedziała, cobyk to jo wroz z kotem mojej gaździny cosi wymyślił. EMTeSiódemecka od rozu uznała, ze to barzo dobry pomysł. Cóz, mozemy we dwók spróbować - pomyślołek. Mozemy postarać sie sprowadzić te scepionki do nasej wsi, a potem pogłówkować na tym, do cego mozno by ik uzyć. Ino jak je sprowadzić? Ha! Jako juz godołek, najlepiej było skorzystać z pomocy Felka. Jak myślicie? Pomógł? Ano pomógł! Pomógł barzo piknie! A w jaki sposób? Ano w taki, ze nieświadomie wyryktowoł nom piknom okazje. Bo tak sie złozyło, ze właśnie postanowił wysłać do jednej hyrnej francuskiej winnicy zamówienie na dwajścia kartonów wina. Fcioł je sprowadzić do jednego ze swoik sklepów. No i wysłoł zamówienie listem zwykłym, bo na polecony zol mu było dutków. Wystarcyło mu juz to, ze musioł tłumaca opłacić, coby przetłumacył treść zamówienia z polskiego na francuski. Z wiecora poseł ku poccie i koperte z zamówieniem wrzucił do wisącej przed wejściem skrzynki. Całe scynście, ze ta skrzynka była juz straśnie przerdzewiało. Wystarcyło ino wziąć pikny kij, pomóc jej rozlecieć sie do reśty, a potem chycić ten Felkowy list.

List zabrołek do chałupy. Otworzyłek koperte. No i wroz z kotem kapecke my to zamówienie Felka przerobili: pare słów zamazali korektorem (wykradzionym z Felkowej hurtowni), potem starannie ułozyli kartke w drukarce komputrowej i… po kwilecce słowa “dwajścia kartonów wina” zostały zastąpione słowami: “dwajścia ton scepionek na świńskom grype”. Kapecke ino trza było ccionke zmniejsyć, bo inacej litery by sie nom nie pomieściły. Ale tak w sumie, to Felkowe zamówienie po nasej przeróbce wyglądało całkiem piknie.

Zamówienie wsadzili my do nolezionej w biurku koperty. A na kopercie napisali ino: RZĄD FRANCJI. No i zanieśli to ku poccie i dorzucili do lezącej pod rozwalonom skrzynkom sterty listów. Rano pon listonos przyseł do pracy. Kie rozsypone na ziemi listy zauwazył, zaroz starannie je pozbieroł.

Heeej! Nawet nie myślołek, ze kie pracownicy Pocty Polskiej uwidzom, ze list zaadresowany jest do francuskiego rządu, to piknie sie pośpiesom z jego dostarceniem. Dostarcyli go barzo sybko. A kilka dni później pod Felkowom chałupe zajechały trzy pikne corne auta. W mojej wsi jesce nigdy nifto takik aut nie widzioł. A tutok - na mój dusicku - od rozu trzy naroz! Z aut najpierw powysiadały barcyste chłopy w ciemnyk garniturak i cornyk okularak. Potem wysiodł pon w jasnym garniturze. A potem jesce jeden pon, taki niewysoki, scupły. Na koniec wysiadła poni, ftóro - trza to ucciwie przyznać - była barzo śwarno. Śwarno i elegencko.

Felek zaroz wyskocył z chałupy, coby sprawdzić, fto to taki tak niespodziewanie ku niemu przyjechoł?
- Monsieur Feléc? - spytoł niewysoki pon.
- Ku mnie godocie? - fcioł sie upewnić Felek. - Jo owsem, na imie mom Felek. Ale na nazwisko wcale nimom Mesje.
Pon w jasnym garniturze cosi sepnął niewysokiemu ponu do ucha.
- Oh! Bonjour, monsieur Feléc! - zawołoł niewysoki pon. - Vous avez rendu un grand service a la République française! Veuillez agréer ici, au nom de notre gouvernement, l’expression de notre profonde gratitude!
- To zapewne po francusku - mruknął do siebie Felek ryktując w ten sposób plagiat z koziołka Matołka.
A potem pedzioł:
- Panocku. Jo przepytuje wos piknie, ale niestety znom ino dwa francuskie słowa: “l’argent” i “la richesse”.
- Nic nie szkodzi, monsieur Feléc, jestem tłumaczem - odezwoł sie pon w jasnym garniturze. - Pozwoli pan, monsieur, że przedstawię panu prezydenta Republiki Francuskiej, pana Nicolasa Sarkozy’ego oraz jego małżonkę, panią Carlę Bruni.
- O, Jezusicku! - zawołoł oniemioły Felek. - Poni Carla Bruni ku mnie przyjechała! Samo poni Carla Bruni!
A kie juz kapecke ochłonął, to dodoł juz spokojniej:
- No ale to, ze pon prezydent Francji tyz ku mnie przybył, to tyz piknie.
Następnie podeseł do poni Bruni, wziął jom pod ramie i pedzioł uprzejmie:
- Ostomiło poni, zaprasom do mojej skromnej chałupy.
I poprowadził śwarnego gościa ku drzwiom. Przechodząc przez próg, obyrtnął sie do tyłu i pedzioł do pona Sarkozy’ego:
- Pon, ponie prezydencie, ocywiście tyz moze wejść.
Tłumac przetłumacył prezydentowi, co Felek pedzioł. No i zaroz za Felkiem i poniom Bruni poseł najpierw pon Sarkozy, a potem tłumac i ci syćka ponowie w ciemnyk garniturak. Felek zaprowadził gości do salonu. Odsunął od stołu jedno krzesło i barzo uprzejmie popytoł poniom Bruni, coby siadła. Wyciągnął z safy kielisek i flaske jakiegosi straśnie drogiego zagranicnego trunku. Postawił kielisek przed poniom Bruni i napełnił go. A potem pedzioł do pona Sarkozy’ego:
- Jeśli pon fce, ponie prezydencie, to ocywiście pon tyz moze se wyciągnąć kielisek z safy i sie napić.
Tłumac przetłumacył Felkowe słowa na francuski.
- Dziękuje wom, monsieur Feléc, barzo piknie wom dziękuje - pedzioł pon Sarkozy.
- Ba najpierw - godoł dalej, a tłumac ocywiście cały cas syćko tłumacył - winien jestem wyjaśnienie, po co ku wom przyjechołek? Otóz, monsieur Feléc, za te ogromnom przysługe, jakom oddaliście rządowi Francji, postanowili my odznacyć wos Legiom Honorowom pierwsej klasy! A ze ta waso zasługa jest przeogromno, postanowiłek osobiście ku wom przyjechać i w wasej własnej chałupie nadać wom to pikne odznacenie.
Pon Sarkozy wyciągnął z kieseni legio-honorowy order. Ponowie w ciemnyk garniturak zacęli nucić Marsylianke. Francuski prezydent urocystym krokiem podeseł do Felka i przypiął mu order do kosuli. A zaroz potem hipła ku Felkowi poni Bruni, pogratulowała mu i wybośkała w oba policki. Na mój dusiu! Felek był wniebowzięty!
- Co za pikny dzień! Co za pikny dzień! - wołoł. - Poni Carla Bruni mnie pocałowała!!!
Po kwili dopiero dodoł:
- Ocywiście to, ze dostołek te Legie Homarowom, to tyz piknie. Ciekawe ino, co jo takiego zrobiłek, ze taki zascyt mnie spotkoł?
- Jak to co! - zawołoł pon Sarkozy. - Monsieur Feléc! To wyraz nasej wdzięcności za to zamówienie, jakie pon ostatnio do Francji wysłoł!
- Zamówienie do Francji? - Felek sie zamyślił. W końcu przybocył se o tym zamówieniu na dwajścia kartonów wina.
- To w tej wasej Francji wystarcy złozyć jedno zwycajne zamówienie i juz sie dostoje Legie Homarowom? - spytoł.
- Zwycajne zamówienie! - Pon Sarkozy sie roześmioł. - Monsieur Feléc! Pon musi być barzo skromnym cłowiekiem, skoro to, coście zrobili, nazywocie zwycajnym zamówieniem!
- O, tak! O, tak! - Poni Bruni zgodziła sie z małzonkiem. - Mało, ze jest pon prowdziwym bohaterem, to jesce w dodatku jesteście barzo skromni!
Felek scyrwienił sie na kufie.
- Cóz… - pedzioł. - Skoro za cosi takiego mozno dostać całusa od śwarnej francuskiej prezydentowej i jesce do tego Legie Homarowom, to jo gotów jestem jesce roz takie zamówienie złozyć.
- Naprowde, monsieur Feléc? Naprowde? - zakwyciła sie poni Bruni.
- Jasne, ze tak, ostomiło poni prezydentowo! - odrzekł Felek. - Gotów nawet jestem zakupić dwa rozy więcej tego towaru! Co jo godom! Trzy rozy więcej! Śtyry rozy więcej! Dziesięć rozy!
- Pon jest naprowde niezwykły, monsieur Feléc - stwierdził z uznaniem pon Sarkozy. - Zaroz zadzwonie do poni Merkel i pona Gordona Browna i powiem im, coby przestali sie zamartwiać tymi scepionkami, bo pon syćko od nik kupi!
Pon Sarkozy wyciągnął z kieseni telefon komórkowy.
- Eee… Kwilecke… - Felek zmarscył brwi. - Właściwie to o jakik scepionkak wy godocie?
- Jak to o jakik? O tyk na świńskom grype, coście je u nasego rządu zamówili - odpowiedzioł pon Sarkozy.
- Jo? - zdziwił sie Felek. - Jo zamówiłek ino dwajścia kartonów wina!
- O zodnym winie nic nie wiem - pedzioł pon Sarkozy. - Wiem ino, ze do nasego rządu przysło od wos zamówienie na dwajścia ton scepionek przeciw świńskiej grypie. Tak straśnie my sie uciesyli, ze wreście ftosi fce nos uwolnić od tego nadmiaru scepionek, ze zaroz zapakowali my do tira te dwajścia ton i wysłali ku wom. Nie przyjechoł jesce tutok ten tir?
- Nic nie przyjechało - pedzioł Felek.
- Dziwne - zamyślił sie pon Sarkozy. - Wyrusył przed nomi, juz downo powinien tutok być.
- Monsieur le président! Monsieur le président! - zawołoł nagle wyglądający przez okno jeden z tyk ponów w ciemnyk garniturak. - Jakiesi auto pod chałupe zajechało!
- No i co z tego? - spytoł pon Sarkozy.
- Z auta wysiado Jean-Jacques!
- Jean-Jacques? - Pon Sarkozy wyraźnie sie zaniepokoił.
- Fto to jest ten cały Jean-Jacques? - spytoł Felek.
- To kierowca tego tira ze scepionkami - wyjaśnił pon Sarkozy. - Ale nie rozumiem, cemu on przybył tutok zwykłym autem, a nie tirem?
Po kwili Jean-Jacques weseł do Felkowej chałupy. Mine mioł takom, jakom musioł mieć pon Napoleon, kie spod Moskwy uciekoł. Na jego kufie widać było pare zadrapań, jakby go jakisi galijski kogut podzioboł. A jego kurtka i portki racej nie wyglądały na ostatni krzyk paryskiej mody. Jakiesi takie pomięte były i kapecke posarpane.
- Jean-Jacques! - zawołoł pon Sarkozy. - Co sie stało? Ka twój tir? Ka scepionki?
- Nimo tira! Nimo scepionek! Syćko stracone, monsieur le président! - jęknął Jean-Jacques.
- O, Jezusicku! Godojze, co sie stało? - nalegoł pon Sarkozy.
- Tak jak mi poleciliście, monsieur le président, rusyłek ze scepionkami do Polski - pedzioł Jean-Jacques. - A coby jak najsybciej trafić do celu, zdołek sie na GPS-a. Pocątkowo syćko sło piknie. Jaz dojechołek do miasta Kraków. Tamok zaś, monsieur le président, ten sakramencki GPS kazoł mi okrązyć to miasto trzy rozy! Potem kazoł mi jechać do miasta Katowice i okrązyć je śtyry rozy. Potem poprowadził mnie do Czech, potem na Słowacje, potem na Węgry, a potem znowu do Czech…
- O, bidny Jean-Jacques! - rozculiła sie poni Bruni. - Moze trza było wyłącyć tego GPS-a i zdać sie na zwykłom mape?
- Tak w końcu zrobiłek - pedzioł Jean-Jacques. - Wróciłek nazod do Polski i nolozłek sie w polskik górak. Jechołek takom drogom, co to zacęła sie piąć coroz wyzej i wyzej. Nie była jaz tak stromo jako nase alpejskie drogi, ale jednak stromo. A pogoda była brzyćko, więc tym trudniej mi sie jechało. No i w dodatku byłek juz sakramencko zmęcony tym ciągłym błądzeniem. Jaz nagle… na drodze przede mnom pojawił sie niedźwiedź! Prowdziwy bioły niedźwiedź! Na mój dusicku! Bez namysłu obyrtłek kierownice. I wte mój tir wpodł w poślizg i… oh, mon Dieu! Zacąłek zjezdzać stromym zbocem w dół! Byłek pewien, ze juz po mnie! Ale wte stała sie rzec niezwykło! Ten bioły niedźwiedź pohyboł za moim autem, otworzył drzwi do mojej kabiny i wyciągł mnie do pola!
- No to miołeś scynście, Jean-Jacques - pedzioł pon Sarkozy kapecke wstrząśnięty tom całom historiom.
- Ogromne! - zawołoł Jean-Jacques. - Bo ten tir w końcu zatrzymoł sie kasi w dole i zaroz potem… cały stanął w płomieniak! I spalił sie wroz z tymi syćkimi scepionkami! A kieby nie ten niedźwiedź, to i jo byk sie spalił!
- Niek pon mi powie, monsieur Feléc - pon Sarkozy zwrócił sie do Felka. - Cyzby w wasym kraju zyły biołe niedźwiedzie?
- I tak, i nie - pedzioł Felek. - To znacy nie tak downo temu zyły u nos chłopy, co to sie za biołe niedźwiedzie przebierały i za pare dutków pozowały turystom do zdjęć. Sam kiesik zatrudniłek takiego jednego na niedalekiej Gubałówce. Ale nie miołek z tego przedsięwzięcia zbyt duzego dochodu, więc je zarzuciłek. Myślołek, ze inksi tyz zarzucili, ale jak widać nie syćka.

****************************

Hehehe! Bioły niedźwiedź! Wiecie, fto to był tak naprowde? E, chyba nie muse wom godać, bo pewnie juz sami sie domyślocie. Ale za to pewnie ciekawi jesteście, jak dosło do mojego spotkania z tym tirem? No to powiem wom. Jo tego dnia właśnie wybrołek se z wizytom do śwagra w Kluszkowcak. No i kie nolozłek sie na drodze biegnącej ku Przełęcy Snozka, uwidziołek nagle tira. Mioł on przycepionom literke F, więc od rozu wiedziołek, ze to z Francji. A kie przybocyło mi sie to zamówienie, co to my je wroz z kotem w imieniu Felka wysłali, to zaroz se pomyślołek ze to pewnie te nase scepionki jadom! Z radości jaze na środek drogi wybiegłek. Przyznoje - było to lekkomyślne. A ten bidny Jean-Jacques widocnie ze zmęcenia wziął mnie za biołego niedźwiedzia. No i - jako juz wiecie - stracił panowanie nad autem i zacął sie stacać po zbocu w dół doliny Dunajca. Krucafuks! Nie mogłek pozwolić, coby ten bidok z mojej winy zginął! Pohybołek za tirem co sił w nogak. Dogoniłek to wielke auto, chyciłek zębami klamke, a potem wartko wskocyłek do kabiny kierowcy, złapołek za kołnirz ledwo zywego ze strachu Jean-Jacquesa i wyciągłek go z samochodu. Całe scynście, ze tamok, ka go wyciągłek, lezoł wysoki śnieg. Dzięki temu bidnemu Francuzowi poza paroma zadrapaniami nic sie nie stało. A tir - jako tyz juz wiecie - nagle sie zapalił. No i te nase syćkie scepionki posły precki niestety.

Jean-Jacques zaś przez ładnyk pare minut lezoł w śniegu. Pomalućku dochodził do siebie. Wreście wstoł. Najpierw poźreł na lezącego w dole płonącego tira, potem sie obyrtnął, wrócił na droge i zacął machać ku przejezdzającym autom. No i traf fcioł, ze zatrzymoł auto, ftórym mój baca ze Szczawnicy wracoł. Baca francuskiego wprowdzie nie zno, ale kie Jean-Jacques wyciągnął z kieseni kartecke, ka była napisana nazwa nasej wsi i nazwisko Felka, to od rozu sie domyślił, ka mo tego bidoka podwieźć. I podwiezł. I tak właśnie Jean-Jacques trafił w końcu do Felkowej chałupy.

****************************

- Na mój dusiu! - zawołoł Felek, kie kierowca tira skońcył opowiadać o swojej przygodzie, a tłumac te opowieść na polski przetłumacył. - Niezwykło historia! Nadal jednak nie rozumiem, o co idzie z tymi scepionkami? Jo nic takiego nie zamawiołek!
- Jesteście tego pewni, monsieur Feléc? - spytoł pon Sarkozy.
- Na tysiąc procentów! - odrzekł z przekonaniem Felek.
- Cóz… - westchnął pon Sarkozy. - Wyglądo na to, ze i wom, i nom ftosi zrobił jakisi głupi śpas. I co teroz bedzie? Jak by mało było tego, ze nas rząd skompromitowoł sie kupnem zbyt duzej ilości scepionek! Kie wyjdzie na jaw, ze my wysłali te scepionki na zamówienie, ftórego nie było, to kompromitacja bedzie jesce więkso!
- I co teroz, ostomiły Nicolasecku? - spytała poni Bruni.
- Nie wiem, ostomiło Carlecko, nie wiem - odrzekł pon Sarkozy. - Obawiom sie, ze to juz koniec mojej kariery politycnej. Mogom oskarzyć mnie, ze próbowołek w jakisi nielegalny sposób pozbyć sie nadmiaru scepionek. Mogom pozbawić mnie stanowiska prezydenta, a nawet wsadzić do hereśtu.
- Do hereśtu! O, Jezusickuuu! Mój mały, bidny Nicolasecek miołby do hereśtu póść? Jo tego nie przezyjeeee!
Poni Bruni wybuchła płacem. A Felkowi głupio sie zrobiło. Kie tak poziroł na zalewającom sie łzami pierwsom dame Republiki Francuskiej, pocuł, ze cosi chyto go za gardło. Wyciągnął chustecke i łagodnie przemówił:
- No, nie płakojcie juz, nie płakojcie. Tako śwarno prezydentowo nie moze przecie płakać. Syćko bedzie dobrze. Niekze ta. Jo zapłace za te syćkie scepionki, coby sie nifto wasego rządu nie cepioł, ze marnujecie publicne dutki. A do wraka tego spalonego tira to jo zaroz wyśle jednom ze moik firm z odpowiednim sprzętem, coby wartko to zelastwo uprzątli.
- A docie rade zrobić to tak, coby sprawa nie nabrała rozgłosu? - spytoł pon Sarkozy.
- Juz mojo w tym głowa, coby nie nabrała - pedzioł Felek.
- Oh! Merci, monsieur Feléc! Merci beaucoup!- zawołała poni Bruni ocierając łzy. - Pon to chyba musi być w swojej wsi znony z wielkiej hojności?
- Eee… jooo… - zacął sie jąkać Felek, nie wiedząc, cy tak piknej poni lepiej skłamać cy pedzieć prowde.
- Ocywiście, ze jest! - Pon Sarkozy wybawił Felka z kłopotu. - Przecie to widać! Ino ten nas zacny monsieur Feléc jest tak skromny, ze niezręcnie mu sie tom hojnościom kwolić!
Poni Bruni chyciła Felka za ramiona i wybośkała w policki chyba ze sto rozy. Pon Sarkozy tyz fcioł go wybośkać, ale Felek pedzioł, ze nimo takiej potrzeby, wystarcom zwykłe słowa podziękowania. Tymcasem tłumac i syćka ponowie w ciemnyk garniturak bili brawo i wołali:
- Vive la France! Vive la Pologne! Vive monsieur Feléc!

W końcu nadeseł cas pozegnania. Prezydencko para, tłumac i ponowie w ciemnyk garniturak posli do swyk aut i rusyli w droge. Kie odjezdzali, to poni Bruni pozirała przez tylnom sybe i machała Felkowi. Pon Sarkozy tyz machoł, ale Felek nawet tego nie zauwazył. Tęsknym wzrokiem ino odprowadzoł poniom Bruni do najblizsego zakrętu i septoł przy tym:
- Je t’aime, madame, je t’aime… Adieu…
Bo tak jakosi nagle przybocyło mu sie, ze opróc “l’argent” i “la richesse” zno jesce pare inksyk słów po francusku.

No i sami widzicie. Mimo starannie opracowanego planu nie udało sie mi i kotu sprowadzić tyk przeciwgrypowyk scepionek pod Turbacz. Chociaz jednak… dzięki nom wiadomo juz, do cego między inksymi mozno wykorzystać nadmiar tyk scepionek: do umacniania przyjaźni polsko-francuskiej! Ino cy w związku z tym, nie uwazocie, ostomili, ze kot i jo zasłuzyli na te Legie Honorowom nie mniej niz monsieur Feléc? Ale niekze ta. Ona i tak jest niejadalno. Hau!

P.S.1. Pikne podziękowania dlo Poni Eli za odtworzenie pierwsyk słów prezydenta Sarkozy’ego do Felka. Bo jo sam jakosi nie umiołek ik odtworzyć :D

P.S.2 Downo nie było w Owcarkówce okazji do picia zdrowia. Ale oto w najblizsy cwortek Jagusickowe i Kapisoneckowe imieniny bedom. No to zdrowie Jagusicki i Kapisonecki! :D

Elektrownie piwne

12/01/2010, wtorek

Jest w internecie cosi takiego, co to nazywo sie University World of News. Na mój dusiu! Kie to nolozłek, to od rozu pomyślołek, ze jak university to university - tamtejse newsy musom być barzo mądrymi, naukowymi newsami, a nie jakimsi bździnami wymyślonymi przez jakiegosi sietnioka.

Na pocątek postanowiłek sprawdzić, cy cegosi o piwie tamok nie napisali. I wiecie co? Napisali! I to cosi, cego jo wceśniej nie wiedziołek! Jest tamok taki artykuł pod tytułem Pikno energia z brzyćkik odpadków po piwie. Poni Leah Germain jest autorkom. I napisała tamok to (jak zwykle bede tłumacył słowo w słowo):

Przy ryktowaniu piwa niestety straśny smród sie robi. Oj, straśny! Fto nie wierzy, niek spyto tyk, co to w swoik chałupak ryktujom se piwo sami. No i co kruca zrobić z tymi sakramenckimi ziorkami, co po takiej robocie zostajom, a ze ftóryk jaze sie kurzy? Jak to co! - wołajom miemieccy i słowaccy badace. - Na energie i biogazy trza to przeinacyć! Na eneregie i biogazy! Hej!
Bo jest taki pikny unijny program, co to sie EUREKA nazywo. W ramak tego programu rózni mędrole myśleli, myśleli, myśleli, jaze wymyślili sposób na uzyskiwanie energii z ziorek pozostałyk po produkcji piwa. Dzięki temu browary całego świata bedom mogły niemałe dutki zaoscędzić. Zarówno Miemcy, jak i rodacy Smadnego Mnicha juz zgromadzili tysiące ton odpadków, co to sie przy ryktowaniu piwa porobiły i wykorzystali je jako piknie odnawialne źródła energii - pare i biogaz, ftóre mogom prąd dlo browarów dostarcać. Bajako.

Barzo piknie, ze ta poni Germain o tym syćkim napisała. Na mój dusicku! Wiadomo, ze z picia piwa wyniko wiele korzyści towarzyskik. I medycnyk tyz. A teroz okazuje sie, ze moze ono zapewnić nom tyz korzyści energetycne. Jo se myśle, ze tako piwno energia nie ino browarom moze sie przydać. Co myślicie o piwnyk elektrowniak dlo całyk wsi i miast? One byłyby chyba lepse niz węglowe? Bo węgla kapecke jesce zostało, ale przyjdzie taki cas, ze górnicy syćko na powierzchnie ziemi wydobędom. A kie wydobędom, to - opróc tego, ze pon Kutz nie bedzie mioł o cym filmów kryncić - elektrownie węglowe na nic sie juz nie zdadzom. Atomowe elektrownie majom lepiej, bo zasobów uranu podobno na ładnyk pare tysięcy roków jesce wystarcy. Ino ten uran - kruca - to jednak straśne promienotwórce plugastwo. Cyli elektrownia atomowo jest tak naprowde elektrowniom plugastwowom - a to niestety nie brzmi najpikniej. Som jesce elektrownie wodne, wiatrowe, słonecne… Ale wiadomo, ze nie wse mozno je stawiać. Ino tamok kie płynie bystro woda, abo wieje silny wiater, abo słonko świeci. Słysołek wprowdzie, ze baterie słonecne działajom nawet w pochmurnom pogode, ale wte pewnie ryktujom prądu tak mało, ze nawet na obejrzenie jednego westernu w telewizorze nie wystarcy.

Za to elektrownie piwne - to mogłoby być cosi piknego. Jedyne, cego by one potrzebowały, to tego, coby ludzie i wselko zywina piła odpowiednio duzo piwa. No bo przecie nie moze być tak, ze wyryktuje sie ten napój w celu uzyskania energetycnyk odpadków, ba potem pozostonie on nie wypity. To by było straśliwe marnotrawstwo! Marnotrawstwo, na ftóre nifto sie nie zgodzi! Sprawa jest jasno: kie nie bedzie spozywania piwa, nie bedzie tyz jego ryktowania. Dlatego musom być tacy, co bedom je pić. Co dadzom powód do jego zwięksonej produkcji.

I tak oto, ostomili, kie teroz siedze nad kolejnom wykradzionom bacy flaskom Smadnego Mnicha, to cuje sie jakisi lepsy, ślachetniejsy, zacniejsy. Bo jak niby mom sie cuć? Od kwili przecytania artykułu poni Germain jo przecie nie pije Mnicha ino dlo zaspokojenia swoik własnyk owcarkowyk zafcianek. Jo pije go tyz w trosce o światowe zasoby energetycne. Hau!

Grypa, grypa i po grypie

7/01/2010, czwartek

Na mój dusiu! Cytaliście najnowse wiadomości grypowe? Posłuchojcie ino:

Na jesieni, gdy polskie władze postanowiły nie kupować szczepionek, w mediach w Europie Zachodniej liczono chorych, przewidywano ogromną liczbę zachorowań, zalecano, by się nie całować. Władze - nie tylko na skutek presji publicznej, ale i pod wpływem zaleceń WHO - zamówiły bardzo duże ilości szczepionek. Ustawiały się po nie kolejki, lecz gdy epidemia okazała się słabsza niż się spodziewano, Francuzi, Niemcy, Brytyjczycy przestali zgłaszać się po szczepionki. Okazało się też, że wystarczy jedna, a nie - jak początkowo sądzono - dwie dawki szczepionki. Rządy pozostały z dużą ilością niewykorzystanych dawek. Władze Holandii, Niemiec i Szwajcarii już na jesieni zapowiadały, że będą chciały sprzedać część szczepionek. Rozważają to także Brytyjczycy i Włosi. Po Nowym Roku okazało się, że dużą ilość szczepionek ma też do odsprzedania Francja, która wydała na nie 870 mln euro. [...] We Francji na świńską grypę zmarło 200 osób, wielokrotnie mniej niż co roku umiera na zwykłą grypę.

No to sie porobiło krucafuks! Oj, porobiło! Najpierw było wołanie: O, Jezusickuuu! Świńsko grypa ante portas! To gorse niz dzuma pona Camusa! Gorse niz cholera jasno! Gorse niz ta zaraza, co to jom pon Almanzor na Hispanów sprowadził! Scepcie sie ludzie! Scepcie sie, bo ino scepionka moze wos przed straśliwom grypowom śmierzciom uchronić!

No i zaroz rządy najbogatsyk krajów rzuciły sie do kupowania tyk scepionek. Kupiły jednom dawke, drugom, trzeciom… milionowom… dziesięciomilionowom. Kupowały, kupowały, kupowały… Jaze nagle okazało sie, ze ani ta świńsko grypa nie jest jaz tak barzo groźno, ani scepionki nie som stuprocentowo skutecne, a w dodatku ludzie przybocyli se, ze scepionka jak to scepionka - moze chronić, ale moze tyz skutki ubocne ryktować. I w takiej Francji na przykład okazało sie, ze ino dwajścia procentów obywateli fciałoby sie zascepić. A więksość bardziej bała sie owyk ubocnyk skutków niz tej całej świńskiej zarazy.

No i tak jak przedtem było: “O, Jezusicku! Kupujmy scepionki!”, to teroz jest: “O, Jezusicku! I co my teroz z tymi syćkimi scepionkami zrobimy?” Ha! Mądry Francuz, Miemiec, Brytyjcyk, Holender, Śwajcar i Włoch po skodzie! No to my, Polacy, witomy w klubie!

A z tego syćkiego płynie pikny morał, ze kie za rok abo dwa zacnom dlo odmiany strasyć ludzkość jakomsi końskom grypom, abo królicom febrom, abo inksom gęsiom ospom, to bedzie duzo sanso, ze znów pandemia okaze sie nie tako straśno jako media malujom.

Ale jo, ostomili, nie po to ryktuje ten wpis, coby prawić tutok morały. Jo fciołek racej z odruchu serca popytać o pomoc dlo tyk rządów, co to telo tyk sakramenckik scepionek nakupowały. Moze ftosi mo pomysł, co teroz z tym całym towarem zrobić? Jo kilka mom. Telo ino, ze roz cytom, ze te scepionki zawierajom wirusy martwe, a roz - ze zywe, ino osłabione. No to tak se myśle, ze jeśli te wirusy so martwe, to moze na nawóz by sie nadały? Co by nie godać, byłby to nawóz organicny, a zatem lepsy niz te syćkie śtucne plugastwa. I fto wie? Moze sie okaze, ze nieftóre roślinki bedom barzo piknie rosły, kie ukatrupionym wirusem zostanom nakarmione?

Jeśli natomiast te wirusy som zywe, to mozno na przykład zapakować je do sondy kosmicnej i wysłać na Marsa. To by było barzo cenne doświadcenie naukowe: jeśli osłabione scepionkowe zarazki przezyjom takom podróz, to bedzie znacyło, ze zdrowy kosmonauta tym bardziej powinien przezyć.

A moze worce oddać te wirusy do zoo? W końcu som tamok słonie, zyrafy, hipopotamy, to cemu wirusów miałoby nie być? To przecie tyz zywina. Beskurcyja, ale zywina. Co najwyzej taki francuski cy miemiecki pon Gucwiński bedzie musioł do swojego ogrodu zoologicnego jakisi pikny mikroskop sprowadzić, coby zwiedzający mogli te stworzenia oglądać. Ino na wselki wypadek nie terraria z tymi weredami bedom scelnie zamknięte. Abo niek przynajmniej wisi przy nik napis: NIE KARMIĆ ZWIERZĄT.

A słyseliście, ostomili, o barzo modnyk w XIX wieku cyrkak pcheł? Na pewno słyseliście. No to moze teroz dałoby sie z tyk maluśkik beskurcyjej wyryktować cyrk wirusów? Bo przecie cego jak cego, ale rozrywki to wy, ludzie wse potrzebowaliście i bedziecie potrzebowali. Bajako.

Co poza tym mozno z tymi niewykorzystonymi scepionkami zrobić? Trza pomysleć. Więc jo jesce roz piknie pytom: jeśli ftosi mo jakisi pomysł, to niek podzieli sie nim z tymi rządami, co to sie z nadmiarem tyk scepionek borykajom. Bo jak im nifto nie pomoze, to bidoki sie po prostu załamiom! Załamiom i telo! Hau!

Samosprzątałek

3/01/2010, niedziela

To było jakisi cas temu. Dokładnie 3 października łońskiego roku o godzinie 18.08, kie EMTeSiódemecka napisała, ze pódzie se do kina, a chałupa się może sama sprzątnie. Jo wte odpowiedziołek EMTeSiódemecce, ze przydałoby sie wynoleźć jakiesi urządzenie, co to by piknie wyręcało cłeka w sprzątaniu chałupy. No i zaroz Alecka uświadomiła mi, ze nic takiego wynojdować nie trza, bo… juz wynoleziono! I nawet zdjęcie takiego piknego samosprzątałka przysłała. Wyglądo on tak:

 

I co? Widać tutok na podłodze choćby jednego najmniejsego śmiecia? Ano - nie widać. Bo niek jakisi okrusek abo inksy paproch spróbuje tylko spaść - samosprzątałek zaroz pohybo ku beskurcyjej i piknie jom do swego wnętrza wessie. Ciekawe ino, cy kie chłop wróci przynapity do chałupy i praśnie na ziem, to cy taki samosprzątałek tyz uzno go za obiekt do sprzątnięcia i wchłonie go? Moze kiesik Alecka sprawdzi to w instrukcji osługi.

Jo w kozdym rozie zdązyłek juz o tym urządzeniu zabocyć. Ba kie przed Bozym Narodzeniem bidno gaździna musiała sie męcyć z ryktowaniem porządków, to jo od rozu pomyślołek se: Na mój dusicku! A kieby gaździna takiego samosprzątałka miała! Ale to by było piknie! Moze przydałoby sie, coby cosi takiego w prezencie od Świętego Mikołaja dostała? Ino jak to zrobić? List napisać? Niby mozno spróbować. Ale jo, być moze bocycie, w łońskim roku pisołek juz do Mikołaja w sprawie Felka. I co? Napisać znowu? To zacny Święty powie, ze jestem najbardziej marudnym owcarkiem w całej historii karpackiego pasterstwa! I co gorso - chyba bedzie mioł racje.

No to wpodłek na inksy pomysł. Postanowiłek wyryktować tego samosprzątałka wroz z kotem mojej gaździny.
- A wiecie chociaz, krzesny, jak sie cosi takiego konstruuje? - spytoł kot, kie mu o swoim pomyśle pedziołek.
- Pewnie ze wiem! - odpowiedziołek. - Co byk mioł nie wiedzieć! Potrzebny bedzie ino jakisi gorcek, worecek na śmieci i dobry klej, coby ten worecek do środka gorcka przykleić.
- I to wystarcy, coby powstoł pikny samosprzątałek? - nie dowierzoł kot.
- No, prawie - pedziołek. - Ino jesce wy, krzesny, bedziecie potrzebni. Bo gorcek bedzie stoł na podłodze obrócony dnem do wierchu. A w środku tego gorcka bedziecie siedzieć wy. Kie jakisi śmieć na podłoge spodnie, wy przesuniecie sie ku niemu, chycicie i wrzucicie do worecka. Kie bedziecie sie uwijali wystarcająco zwinnie, to ani gaździna, ani baca wos nie zauwazom, ino bedom myśleli, ze to syćko robi pikny automat.
- Do rzyci pomysł! - stwierdził kot. - Niby cemu to jo mom siedzieć w środku gorcka, a nie wy?
- Bo po pierwse niewiele jest takik gorcków, do ftóryk zmieściłby sie owcarek. A takik, do ftóryk zmieści sie kot, jest duzo więcej - uzmysłowiłek głuptokowi. - A po drugie wy i tak ciągle sie na piecu wylegujecie. Więc co za róznica, cy bedzie sie wylegiwali na piecu cy w samosprzątałku?
- Róznica jest wielko! - zawołoł kot. - Z pieca som pikne widoki na pikne przysmaki!
- Ftóryk nie wolno wom tknąć - zauwazyłek. - Ale kie bedziecie schowoni w samosprzątałku, to niek ino jakisi przysmak gaździnie na podłoge spodnie - zaroz ku niemu pohybocie i se zjecie. W końcu nie syćkie śmieci musicie chować do samosprzątałkowego worecka. Wystarcy ino te niejadalne. Za to kie spodnie śmieć jadalny, na przykład kiełbaska, abo synka, abo baleron, abo serdelek…
Kotu pociekła ślinka.
- … abo kiska, abo pastet, abo salceson - godołek dalej - abo bocek, abo słoninka, abo salami, abo kurcak, abo schab, abo ogonówka, abo polędwica…
Kotu ślinka z gymby juz nie ciekła, ba tryskała nicym ze strazackiej sikawki.
- …abo tatar, abo kotlet, abo wątróbka, abo parówka, abo rybka…
- Rybka!!! - przerwoł mi kot, a kufa uśmiechnęła mu sie pikniej niz u jego hyrnego kuzyna z Cheshire. - Krucafuks! Krzesny! Nie traćmy casu, ino biermy sie do ryktowania tego samosprzątałka! Biermy sie, bo przecie Wigilia juz wkrótce!

No i wzięli my sie do roboty. Posli my do sklepu Felka znad młaki i cichcem wynieśli stamtąd pikny gorcek i pikny klej. I jesce mały worecek, we ftórym Felek trzymoł cynść sklepowego utargu. Dutki z tego worecka podrzucili my starej Jaśkowej, co to jest najbidniejso we wsi. Więc w sumie Felek powinien być nom wdzięcny, ze nie musioł osobiście spełniać dobrego ucynku, ino my z kotem go w tym wyręcyli.

I wrócili my do chałupy. Przykleili worecek do wnętrza gorcka. Na komputrowej drukarce wyryktowołek instrukcje obsługi. W kilku językak - bo tak przecie prowdziwo instrukcja powinna wyglądać. Guglowy tłumac piknie mi w tym pomógł. Noleźli my w jednej skrzyni jakisi story świątecny papier prezentowy i zawinęli my w niego nas prezent. W kilku miejscak nom sie ten papier naddorł, ale niekze ta. Jesce ino musiołek chycić w zęby mazak, napisać, ze to dlo gaździny - i prezent był juz gotów.

Przysła Wigilia. Syćkie dzieci i wnuki bacy i gaździny zjechały sie do nasej chałupy wroz z rodzinami. Gwarno było i wesoło. Wigilijne przysmaki jedzono, kolędy śpiewano, a potem zacęto prezenty spod choinki wyciągać. Swojom drogom to jo nie rozumiem, cemu wy, ludzie, wyciągocie te prezenty po objedzeniu sie wigilijnymi potrawami, a nie przed? Przecie z pustym brzuchem łatwiej schylać sie pod choinke niz z pełnym. Ale niekze ta. To was problem, nie mój.

No i gaździna dostała ten pikny prezent, co to my go wroz z kotem wyryktowali. Najpierw zdziwiła sie, co ta za dziwadło - gorcek z przyklejonym w środku woreckiem? Ale potem przecytała instrukcje i zrozumiała, ze to jest nie zoden gorcek, ino pikny samosprzątałek made in Japan, wyryktowany przez koncern Haumiau z samiućkiego Tokio. Kie przecytała, to pedziała, ze to barzo ładny prezent i ze jutro go wypróbuje. Zaniesła nasego samosprzątałka do kuchni i tamok zostawiła w kącie. Kie przed północom syćka posli na pasterke, kot weseł pod samosprzątałkowy gorcek. Nase urządzenie było gotowe do pracy.

A rano - heeej! - ale sie gaździna uciesyła, kie uwidziała, jak piknie to cudeńko działo! Kie ryktowała śniadanie, sięgła po chleb. No i ten chleb kapecke pokrusył sie przy krojeniu. Pare okrusków pospadało na podłoge. A wte - zaroz samosprzątałek pohyboł pod stół, piknie okruchy pozbieroł, a potem wrócił nazod w kąt kuchni. Potem gaździna zacęła przesypywać cukier do cukiernicy. Niefcący kapecke cukru wysypała na podłoge - samosprzątałek zaroz znów rusył i po kwili podłoga była cyściutko. A kie gaździnie spadł plasterek kiełbasy, to samosprzątałek wyskocył jak z procy i sprzątnął ten plasterek w mgnieniu oka. Troche ino gaździna sie zdziwiła, bo miała wrazenie, ze po tej kiełbasce ten jej nowy automatycny prezent zacął jakby mruceć z zadowolenia.
- A, to pewnie w brzuchu mi burcy - stwierdziła w końcu i posła do izby zanieść wygłodniałej rodzinie śniadanie.

Przez cały tydzień nas samosprzątałek sprawowoł sie piknie. Co nadawało sie do jedzenia - to schowany w nim kot zjadoł z apetytem. Co sie nie nadawało - to chowoł do worecka, a nocom my ten worecek oprózniali przesypując jego zawartość do śmietnika.

Jaze skońcył sie rok 2009, a zacął 2010. No i na samiućkim pocątku tego 2010 rocku, cyli dokładnie w łoński piątek, przyseł ku nom śwagier mojego bacy. Przyniesł ze sobom piknom flaske Łąckiej Śliwowicy. Gaździna i baca zaprosili śwagra do kuchni. Śwagier siodł przy stole i otworzył flaske. Baca sięgnął po kieliski. Ino kie fcioł je postawić na stole, to niefcący rękom o flaske zawadził i ta sie - kruca - przewróciła! Przytomno gaździna chyciła jom wartko i postawiła nazod. Ale zanim chyciła, to niestety nieco śliwowicki zdązyło sie na podłoge wylać. No to zaroz samosprzątałek ku mokrej plamie rusył. Schowony w urządzeniu kot zacął zlizywać śliwowice z podłogi. Kie zlizoł syćko, to zamiast wrócić do kąta - zacął chodzić zygzakiem to w jednom strone, to w drugom, pomiaukując przy tym.

- Cy mi sie wydoje - odezwała sie gaździna - cy ten samosprzątałek wymiaukuje “Pójdźmy wszyscy do stajenki”?
Śwagier wychylił sie zza stołu i poźreł na gaździniny prezent.
- Ejze! - zawołoł. - Spod tego wasego urządzenia wystoje cosi, co przybocowuje koci ogon!
Krucafuks! Co za sietniok z tego kota! Przez jego nieostrozność syćko mogło sie wydać!
- To pewnie pecyna kurzu - pedzioł baca. - Widocnie pojemnik w tej masynie juz sie zapchoł i trza go opróznić.
Baca podeseł do samosprzątałka, coby go podnieść. Na scynście kot pojął zamiar bacy i w jednej kwilecce wytrzeźwioł. Ku osłupieniu bacy, gaździny i śwagra samosprzątałek pohyboł przed siebie, z prowdziwie kociom zwinnościom wdrapoł sie na kuchenny blat, a potem na wisącom nad blatem safke.
- Krucafuks! - zaklął baca. - Cosi sie musiało tamok zepsuć!
- Ale chyba to urządzenie jest jesce na gwarancji? - odezwoł sie śwagier.
- Nie boce, cy była tamok jakosi gwarancja. Muse posukać - pedziała gaździna. - Ba coby móc to oddać do serwisu, to trza najpierw beskurcyje złapać.
- Tyz prowda - pedzioł baca.

Po cym wziął stołek, postawił przy safce i wlozł na niego. Juz, juz mioł uciekiniera chycić, kie samosprzątałek prychnął i hipnął ku oknu. Kot fcioł wylądować na parapecie, ale wykonując skok kapecke za mocno sie odbił i prasnął w sybe. Syba sie rozbiła i samosprzątałek wroz ze schowonym w nim kotem wypodł przez okno do pola.
- Łapmy werede! - zawołoł baca.
I wartko wroz z gaździnom i śwagrem wybiegł z chałupy. Zanim jednak zdązyli oni chałupe okrązyć i noleźć sie pod kuchennym oknem, samosprzątałek juz hyboł ku lasowi. Cało trójka puściła sie w pogoń, ale na polu lezoł spory śnieg, więc pościg wcale nie był łatwy. W końcu baca, gaździna i śwagier dali za wygranom. Bezradnie pozirali, jak samosprzątałek zniko między smrekami.

- Moze jesce ku nom wróci? - wyraził nadzieje baca.
- Wątpie - pedziała gaździna. - Wies przecie, ojciec, kielo śmieci w tyk nasyk lasak lezy. Takie urządzenie to na pewno nie wróci, dopóki tyk syćkik śmieci nie pozbiero. A zanim pozbiero, minie co najmniej sto roków.
- Jak to godajom za Wielkom Wodom: izi kam, izi goł - pedzioł śwagier. - Lepiej pódźmy juz ku chałupie. Co sie stało, to sie nie odstonie, ale to nie powód, coby pikno śliwowicka sie marnowała.
Baca i gaździna przyznali śwagrowi racje. I syćka posli nazod ku chałupie.

Po godzinie kot wrócił z lasa. Juz bez gorcka, co to za obudowe nasego samosprzątałka słuzył. Kie spytołek kota, co sie z gorckiem stało, ten burknął ino, cobyk go nie denerwowoł. Na scynście potem sie udobruchoł. No i my obaj dosli do wniosku, ze skoro gaździna telo roków obywała sie bez samosprzątałka, to właściwie takie urządzenie nie jest jej potrzebne. Ale kieby okazało sie, ze jest - to przed następnom Gwiazdkom popytomy jednak Mikołaja, coby takom masynke gaździnie w prezencie sprawił. Bo jako sami widzicie, ten nas egzemplorz nie nadawoł sie do Łąckiej Śliwowicy. A ten Mikołajowy moze bedzie? Hau!

Jak smreki na Wołoszynie

31/12/2009, czwartek

Kapecke rocku 2009 jesce nom zostało. Ale juz ino kapecke. No to wypado chyba zrobić w budzie jakiesi porządki, coby Nowego Roku bałaganem nie wystrasyć. Wy, ludzie, to dokładniej porządkujecie chałupy wte, kie idom Święta. Jo niestety nimom takiej mozliwości. Bo przed takim Bozym Narodzeniem to jo muse dobrze gaździny pilnować, uwaznie pozirać przez okno, jakie świątecne przysmaki ona ryktuje i kany je chowo, coby potem wiedzieć ka ik sukać. No ale Święta minęły, przysmaki pozjadone, w kozdym rozie więksość z nik, mozno więc zająć sie budom. No i sie zająłek. Poprzeglądołek rozmaite poupychane w róznyk kątak skarby. O! Na przykład taki pikny kwartalnik “Tatry”. A dokładnie - jego trzeci numer, o ftórym zbocowołek wom we wpisie z 1 września. Zacąłek przeglądąć ten numer na nowo. I zaciekawił mnie artykuł, na ftóry wceśniej jakosi nie zwróciłek uwagi. Pon Andrzej Śliwiński go napisoł. I poświęcił go tatrzańskim smrekom. Fcecie wiedzieć, co tamok wycytołek? No to posłuchojcie:

W rejonie górnej granicy lasu, na wysokości około 1500 m n.p.m., bór świerkowy stopniowo karleje, pojedyncze drzewa widoczne są jeszcze w kosówce, aż w końcu ta ostatnia, lepiej przystosowana do panujących na tej wysokości warunków klimatycznych, zwycięża i tworzy piętro zwartych zarośli. [...] Są jednak świerki, które rosną od wielu lat znacznie wyżej. Ciekawym przypadkiem jest grań Wołoszyna - tu, na wysokości 1980 m n.p.m., w rejonie Karbiku rośnie jeden egzemplarz świerka, który najwyraźniej za nic ma ustalone przez botaników reguły. Kilkuletnia obserwacja potwierdziła, że kolejne zimy nie są w stanie przeszkodzić mu w normalnym, jak na ekstremalne warunki, funkcjonowaniu. Świerk jest zdrowy, gęsty, z wyraźnym pędem wierzchołkowym i ma wysokość około 35 cm. W trakcie kolejnych “odwiedzin” wspomnianego świerka udało się znaleźć następny egzemplarz, który rośnie na Wyżniej Wołoszyńskiej Przełęczy. Mapa topograficzna nie pozostawia złudzeń - mamy do czynienia ze zdrowym, prawie trzydziestocentymetrowym drzewkiem rosnącym na wysokości około 2050 m n.p.m.*

Na mój dusiu! Jo te dwa smrecki podziwiom! Maluśkie one wprowdzie, bo ino 30-centymetrowe, ale co tam! Nie w tym rzec, coby urosnąć na wysokość kilkupiętrowej chałupy. W sprzyjającyk warunkak nawet najgłupsy smrek potrafi to zrobić. Ale być drzewkiem tego gatunku i przetrwać 500 metrów wyzej niz to prawa przyrody przewidujom - to jest dopiero wycyn! Na mój dusiu! Te dwa wołoszyńskie siuhaje, ftóre tego dokonały, to som prowdziwie MAŁE WIELKIE SMREKI! Bajako.

I dobrze, ze jo ten artykuł przecytołek właśnie teroz. Bo dzięki niemu juz wiem, cego syćkim zycyć na Nowy 2010 Rocek. Zyce wom, ostomili, cobyście byli właśnie jako te smreki na Wołoszynie: cobyście za nic mając ustalone przez botaników reguły - przez nie-botaników zreśtom tyz - zdołali urosnąć duzo wyzej i osiągnąć duzo więcej niz ftokolwiek by sie tego po wos spodziewoł. Tego wom piknie na ten Nowy Rocek zyce. I na syćkie Jesce Nowse tyz. Hau!

* A. Śliwiński, Świerki na najwyższym poziomie, “Tatry” 2009, nr 3 (29), s. 65.

Bacowe marzenie na święta

24/12/2009, czwartek

Wiedzieliście, ostomili, ze Felek znad młaki, co to jest najbogatsy w mojej wsi, otworzył Salon Piękności w Nowym Targu? Jeśli nie wiedzieliście - to teroz juz wiecie. Na drzwiak jest tamok wymalowany napis: KTO PRZEZ TEN PRÓG PRZECHODZI - TEGO NASZ SALON ODMŁODZI!

No a w łoński poniedziałek przysła do mojej gaździny Józka spod grapy i pedziała:
- Słysałak, ze jutro twój chłop fce sie do Felkowego Salonu Piękności wybrać.
- Mój chłop? - zdziwiła sie gaździna. - Skąd to wiecie?
- Po prostu wiem - pedziała Józka.

Tako juz ona jest. Wie o syćkim, co sie w nasej wsi dzieje. Wprowdzie u nos to syćka o syćkik syćko wiedzom, ale Józka - wie jesce więcej niz syćko. Nie wiadomo skąd, ale wie. No i jak zwykle okazała sie piknie wiarygodnym źródłem informacji. Bo we wtorek, z samiućkiego ranka, baca pedzioł do gaździny:
- Matka, muse jechać do Nowego Targu jednom sprawe urzędowom załatwić.
- Jedź, ojciec, jedź - pedziała gaździna udając, ze niewiele jom to interesuje. - W Nowym Targu som tak pikne urzędy, ze jaz skoda by było do nik nie pojechać.

Bace kapecke zdziwiło, co ta gaździna godo, ale najwozniejse dlo niego było to, ze nie prociwiała sie jego wyjazdowi. Wyseł z chałupy, wsiodł do auta i pojechoł. A gaździna zaroz chyciła za telefon i zadzwoniła do Staska Kowanieckiego.
- Stasiu! - rzekła. - Mógłbyś mnie swym autem do Nowego Targu podwieźć? Mój chłop kasi pojechoł, a mi sie właśnie przybocyło, ze muse jednom woznom sprawe w urzędzie załatwić.
- Akurat dzisiok? - zdziwił sie Stasek. - Tuz przed świętami fce sie wom, krzesno, jechać do urzędu?
- No, niestety muse - odpowiedziała gaździna. - Mój chłop nie daruje mi, jeśli przed świętami tej sprawy nie załatwie.

Cóz. Stasek to dobry chłop. Rozumioł, ze kie sprawa jest pilno i wozno - to trza pomóc i ślus. Wartko więc hipnął do swego auta, podjechoł pod nasom chałupe i zaroz wroz z gaździnom w strone Nowego Targu rusył. W Nowym Targu gaździna zacęła tłumacyć Staskowi, kany mo jechać, jaze pod Felkowy Salon Piękności zajechali. Wte gaździna pedziała:
- Dziękuje ci, Stasiu. Tutok wysiadom, a ty juz mozes jechać do wsi. Wróce autobusem.
- Krzesno, ale tutok jest Salon Pięknosci, a nie zoden urząd! - zauwazył Stasek.
- Ano jest - zgodziła sie gaździna. - Ale sprawa, ftórom muse załatwić, jest tak trudno, ze lepiej, cobyk wyglądała jak najpikniej. Wte przed urzędnikami bede miała więkse sanse.
- Jako fcecie, krzesno - pedzioł Stasek.

Wypuścił gaździne z auta i pojechoł do wsi. A gaździna wesła do Salonu. Było tamok wielkie pikne biurko, za ftórym jakosi młodo dziewcyna siedziała.
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc? - spytała dziewcyna.
- W nicym, dziecko - pedziała gaździna. - Jo se sama pomoge. Muse ino chłopa noleźć.
- Chłopa? - zdziwiła sie dziewcyna. - Obawiam się, że zaszła jakaś pomyłka. My nie świadczymy usług matrymonialnych.
- Nimo zodnej pomyłki - odrzekła pewno siebie gaździna i nacisła na klamke drzwi do kolejnego pomiescenia.
- Tam nie wolno wchodzić bez uzgodnienia terminu wizyty! - prociwiła sie dziewcyna uprzejmie, ba stanowco.
- No to zapis mnie na wizyte, dziecko - popytała gaździna.
Dziewcyna wyciągła terminorz, przewróciła pare kartek i pedziała:
- Może być czwarty stycznia przyszłego roku?
- Pewnie ze moze! - zgodziła sie bez zastanowienia gaździna.
A kie dziewcyna zapisała wizyte w terminorzu, gaździna pedziała:
- No to termin uzgodniłak. Więc teroz juz moge wejść.
- Ale dopiero czwartego stycznia! - zauwazyła dziewcyna.
- Przecie pedziałaś, dziecinko, ze nie wolno tamok wchodzić bez wceśniejsego uzgodnienia terminu wizyty. Ale nic nie godałaś, ze tylko w tym terminie - odparła gaździna i nie tracąc więcej casu, otwarła drzwi.

A za drzwiami była pikno barzo nowocesno izba z dwiema lezankami. Na jednej z nik lezała jakosi poni, a na drugiej - ftosi, fto mioł buty takie, jakie nosi mój baca, portki takie, jakie tyz nosi mój baca i jesce kosulke dokładnie takom, jakom mój baca. Nie widać było ino, jakom mo kufe, bo przykrywało jom cosi takiego zielonego, co to fachowo nazywo sie chyba maseckom regenerującom.
- Matka? Co ty tutok robis? - odezwoł sie spod tej masecki głos bacy.
Gaździna nic nie pedziała, ino chyciła chłopa za kołnirz i wyciągła z izby.
- Odwołuje te wizyte 4 stycnia! - zawołała w przelocie do oniemiałej dziewcyny za biurkiem.
I wyprowadziła bace na ulice. Dopiero tamok go puściła.
- Mom cie, weredo! - zawołała. - Mozes pedzieć, co ty tutok robis?
- No… jo… nie wiedziołek, matka, cy ci sie ten pomysł spodobo - zacął tłumacyć baca - ale fciołek sie odmłodzić.
- Odmłodzić?! - Gaździna wzięła sie pod boki. - Cosi mi sie widzi, ojciec, ze ty barzo dobrze wiedziołeś, ze mi sie ten pomysł wcale nie spodobo!
- Jo ci zaroz, matka, syćko wyjaśnie… - wystękoł baca.
- Nicego wyjaśniać nie musis! - przerwała gaździna - Sama sie syćkiego domyślom! Zgłupło ci sie na starość! Jakosi baba wpadła ci w oko i postanowiłeś sie dlo niej wypięknić!
- Matka… - próbowoł wtrącić baca, ale gaździna nie dała se przerwać.
- Na kielo roków fciołeś sie odmłodzić, beskurcyjo? Na kielo? Na trzydzieści? Na dwajścia? Na osiemnoście?
- Na pięć - odpowiedzioł baca.
- Cooo? - Gaździna nie była pewno, cy sie nie przesłysała. - Na pięć? Fciołeś wyglądać na pięć roków? To kogo ty, ojciec, fciołeś poderwać? Jakomsi poniom przedskolanke?
- Doj mi wreście, matka, dojść do słowa - popytoł baca. - Jo nikogo nie fciołek poderwać. Sło mi ino o to, ze święta Bozego Narodzenia som barzo pikne…
- No, som - zgodziła sie gaździna. - Ale co z tego?
- I choinka jest barzo pikno.
- No, jest.
- I prezenty pod choinkom tyz som pikne.
- Som, som. Ba mozes wreście pedzieć, ojciec, ku cemu ty zmierzos?
- Ano ku temu, ze święta wprowdzie som pikne, ale jednak nie tak jako wte, kie było sie dzieckiem. Bo kie było sie dzieckiem, to cłek był bardziej beztroski, nie zamartwioł sie róznymi bździnami i wte inacej na choinke poziroł, na prezenty pod tom choinkom…
- Cóz, ojciec… - westchnęła gaździna, ftórej gniew juz na scynście przeseł. - Było, minęło. To juz nie wróci.
- Ba jo właśnie fce, coby wróciło! - zawołoł baca. - I kie dowiedziołek sie, ze ten Felkowy Salon obiecuje swym klientom odmłodzenie, to jo postanowiłek tak sie odmłodzić, coby być pięciolatkiem i znów cuć te dziecięcom radość ze świąt Bozego Narodzenia!
Gaździna poźreła na wymazanom zielonym mazidłem kufe bacy.
- Nie fce cie martwić, ojciec - pedziała - ale ty wcale na pięciolatka nie wyglądos.
- A na kogo? - spytoł baca.

W witrynie Felkowego Salonu stało wielkie lustro. Gaździna wymownie wskazała na nie palcem. Baca podeseł do witryny i przejrzoł sie w lustrze. Przejrzoł sie, uwidzioł te swojom zielonom kufe i zawołoł:
- O, Jezusicku!
I… podł nieprzytomny na chodnik.
- Na mój dusiu! - przeraziła sie gaździna. - Co jo narobiłak! Bidok zawału dostoł! Doktora! Doktora! Jest tutok jakisi doktór?!

Tak głośno krzycała, ze nawet w środku Salonu Piękności jom usłyseli. Na ulice wybiegła ta poni, co to w Salonie na lezance obok bacy lezała. Widać było, ze wybiegła nagle, bo miała na twarzy takom samom masecke, jako pokrywała kufe bacy.
- Jestem lekarzem. Co się stało? - spytała.
- Mój chłop uwidzioł swe odbicie w lustrze i podł na zawał! - biadoliła gaździna. - Myślałak, ze takie rzecy ino w legendzie o Bazylisku som mozliwe!
Poni doktór pochyliła sie nad nieprzytomnym bacom. Obejrzała go i wreście pedziała:
- Spokojnie. Pani mąż tylko zemdlał.
Gaździna odetchła z ulgom. A poni doktór zacęła klepać bace po polickak. Zaroz baca otworzył ocy. Poźreł na te poniom doktór z maseckom na twarzy i… zacał krzyceć:
- Nieeee! Jo juz nie fce w to lustro pozirać!
- Niech pan się uspokoi - przemówiła łagodnie poni doktór. - Jestem lekarzem. A dokładnie - lekarzem pediatrą.
Baca zerwoł sie na równa nogi.
- Poni jest pediatrom? - fcioł sie upewnić.
- Jestem - potwierdziła poni doktór. - Ale to w tej chwili nie ma żadnego znaczenia.
- Na mój dusiu! To mo ogromne znacenie! - zawołoł baca. - Pediatra sie mnom zajmuje! Prowdziwy pediatra! A więc udało sie! Jestem znów dzieckiem! Jestem pięciolatkiem! Na mój dusicku! Muse obsłudze tego Salonu piknie podziękować!
Baca wybośkoł poniom pediatre w oba policki i nazod ku Salonowi pohyboł.
- Ojej! - zmartwiła sie poni doktór. - Pani mąż kiedy padł zemdlony, chyba musiał uderzyć w coś głową.
- Nawet jeśli - to nic mu nie bedzie - odrzekła gaździna teroz juz zupełnie spokojno. - On telo rozy dostoł w łeb na róznyk weselak, ze z pewnościom na takie uderzenia jest nie mniej odporny niz sam pon Śwarceneger.
- Ale dlaczego myśli, że jest pięciolatkiem? - dopytywała sie poni doktór. - To albo wynik urazu, albo jakaś choroba psychiczna!
- Moze i choroba - odrzekła gaździna. - Ale na takom chorobe to jo mom w chałupie barzo pikne lekarstwo.

Poni doktór poźreła dziwnie na gaździnie, poradziła jej, coby jednak skontaktowała sie ze specjalistom od zdrowia psychicnego, a potem wróciła do Salonu.
Gaździna zaś mrukła pod nosem:
- Niekze ta. Ten jeden roz pozwole chłopu ciesyć sie ze świąt jak dziecko. Ale po świętak - zaroz przyboce mu, ze nieletnim nie wolno pić Smadnego Mnicha. I wte od rozu wydorośleje! Hehe!

To powiedziawsy, gaździna zatarła ręce z zadowolenia. Heeej! Co prowda, to prowda. Kie gaździna wyciągnie flaske Smadnego, to Piotruś Pan długo w moim bacy nie posiedzi. Ale póki co - niek raduje sie on tymi świętami tak, jako sie radowoł drzewiej, kie nie był jesce starym górolem, ino małym górolickiem. Skoro mojo gaździna wytrzymo przez te pare dni ze zdziecinniałym bacom, to chyba i jo jakosi wytrzymom. Hau!

P.S. I wom, ostomili, tej dziecięcej radości w nadchodzące święta zyce. Ale nie ino takiej. Bo przecie som i inkse rodzaje radości z Bozym Narodzeniem związane. Tyk inksyk rodzajów tyz zyce wom piknie! Zyce tego Alecce, Alsecce, Amigeckowi, Anecce Chochołowskiej, Anecce Holenderskiej, Anecce Schroniskowej, Alfredzickowi, Babecce, Badzieleckowi, Basiecce, BlejkKocickowi, Danusiecce, Emilecce, EMTeSiódemecce, Enzeckowi, Fomeckowi, Gosicce, Grazynecce, Grzesickowi, Helenecce, Heretickowi, Hokeckowi, Hortensjecce, Inecce, Innocencickowi, Jagusicce, Janickowi, Jarutecce, Jasieckowi, Jerzeckowi, Jędrzejeckowi, Józefickowi, KaeSicce, Kapisonecce, Kiciafecce, Kiniecce, Maackowi, Małgosiecce, Mietecce, Misieckowi, Moguncjuseckowi, Mordechajeckowi, Motyleckowi, Mysecce, Okonickowi, Olecce, Orecce, Paffeckowi, PAKeckowi, Poni Agnieszce, Poni Basi i Ponu Pietrowi (i Rudolfowi!), Poni Dorotecce, Poni Justynie i Maćkowi, Plumbumecce, Profesoreckowi, Rysberlineckowi, Sebastianickowi, Teresecce, TesTeqeckowi, Tsubakecce, Tubyleckowi, Ubukruleckowi, Waniliowej Mysecce, Wawelokowi, Yanockowi, Zbyseckowi, Zeeneckowi, Zimbabwecce, syćkim politykowym blogowym gazdom, redaktorom i cytelnikom, całej ludzkości i całej zywine na całej kuli ziemskiej. A jeśli poza tom kulom kryncom sie jesce jakiesi ufoludy, to im ocywiscie tyz piknyk świąt zyce. Bajako! :D

Owcarkowy plan dlo rządu hamerykańskiego i Indian

18/12/2009, piątek

Huraaa!!! Indianie zwycięzyli! Ba tym rozem nie w bitwie z niebieskimi kurtkami. Ani w zodnej inksej sarpacce. Zwycięzyli w sądzie. Jako napisała hyrno agencja pona Reutera, rząd hamerykański bedzie musioł wypłacić Indianom odskodowanie za ziemie, co to im w downyk casak blade kufy pozabierały. Kielo tego odskodowania bedzie? Ano 3,4 miliarda dolarów. Słyseliście?! 3,4 MILIARDA! Jo wprowdzie nie jestem do końca pewien, ale w mojej wsi to chyba nawet Felek znad młaki takik dutków nimo! Heeeej! Skoda, ze hyrny wódz Geronimo tego nie dozył. I skoda, ze nie dozył inksy hyrny wódz - Siedzący Byk. Ani nas budowy ulubieniec - wódz Dysc Na Kufie.

Ba tak w ogóle to jo se myśle, ze nalezne Indianom dutki trza przekazać w jakisi pikny sposób, a nie zwycajny. Nie moze być tak, ze kasi w banku cy syćko jedno kany te 3,4 miliarda ot tak po prostu przejdzie z kieseni bladyk kuf do miesków cyrwonoskóryk. To by było nieciekawie i - co jesce gorse - nie westernowo! A westernowo musi być! Przecie to o sprawy indiańskie idzie! Jak zatem tej zapłaty nalezy dokonać? Jo chyba wiem jak. Posłuchojcie.

Na pocątek niek ftosi hyrny z gabinetu pona Obamy pojedzie dylizansem na Dziki Zachód. Im bedzie to hyrniejso osoba - tym lepiej. Najlepiej więc, coby to była poni Clinton. I niek bedzie jedynym pasazerem. Ino ona i pon woźnica - nikogo więcej tamok nie trza. No i na samiućkim środku prerii niek na ten dylizans napadnom Indianie. Niek zasypiom wóz gradem kul i strzał. Ocywiście niek te kule i strzały bedom ślepe. Tak na wselki wypadek, coby nie zrobić nikomu krzywdy. Ino jakie som ślepe strzały? Cy jo wiem? Moze takie z przyssawkami zamiast grotów?

W kozdym rozie Indianie musom dopaść ten dylizans i woźnice wroz z poniom Clinton wziąć do niewoli. Ba woźnica niek zaroz zacnie zachowywać sie jak kacor Donald abo inksy królik Bugs. Wte Indianie niek powiedzom:
- To jakisi głuptok! Puśćmy go wolno. Przecie z głuptoka nie bedziemy mieli zodnego pozytku.

I niek tego woźnice puscom. Natomiast poniom Clinton niek zabierom do swej wioski. Tamok - niek jom oskalpujom. Ba przybocowuje, ze nie u syćkik Indian skalpowanie polegało na pozbawianiu wroga syćkik włosów. Nieftórym wystarcało obcięcie ino małego kosmyka - i to tyz był pikny pełnowartościowy skalp. Poniom Clinton więc niek oskalpujom ino w wersji “soft” - niek tylko mały kosmyk włosów jej obetnom. I to jakisi mało widocny - bo przecie skoda byłoby zniwecyć robote jakiegosi nie taniego z pewnościom fryzjera.

A potem niek przywiązom jom do wbitego w ziem pala i zacnom torturować. Jakie to powinny być tortury? Ocywiście najstraśliwse - niek wymachując tomahawkami tańcujom wokół jeńca i śpiewajom tak:

Pow-wow! Pow-wow! Monica Lewinsky!
Pow-wow! Pow-wow! Monica Lewinsky!
Pow-wow!

Tymcasem wypuscony na ślebode woźnica dylizansa niek pohybo ku najblizsej stacji kolejowej. Tamok niek zaroz kaze telegrafować do samiućkiego prezydenta, coby powiadomić go o smutnym losie poni Clinton. Nimo juz połącenia telegraficnego między Dzikim Zachodem a Wasyngtonem? No to trza wartko wyryktować je na nowo. Kie straśliwo wiadomość dojdzie do pona Obamy, to niek wartko wyrusy on z odsiecom. I niek wojsko ze sobom zabiere. Ale ocywiście nie marines cy inkse Delta Force. Niek jedzie na cele ubranej w granatowe mundury kawalerii.

Kie dotrze do wioski, ka Indianie poniom Clinton bedom trzymali, niek zawoło najgroźniej jako umie:
- Krucafuks! Nimom nic przeciwko moim cyrwonym braciom! Ale teroz toście przesadzili! Porwaliście mi poniom sekretorz stanu! I co teroz bedzie z nasom politykom zagranicnom?
- Nie wiemy, co teroz bedzie z wasom politykom zagranicnom - niek odpowiedzom bezcelnie Indianie. - My tutok momy więkse zmartwienie. Nie mozemy docekać sie zapłaty za ziemie, co to blade kufy zabrały je nasym przodkom.
- Jesce wom nie zapłacili? - niek spyto zdziwionym głosem pon Obama. - Nawet jednej raty?
- Jak dotąd nie dostali my od bladyk kuf nawet centa! - niek odpowiedzom gniewnie Indianie.

Pon Obama niek podrapie sie po głowie, niek zrobi zamyślonom mine, a potem niek powie tak:
- Cóz… Jo sam jestem bladom kufom po kądzieli. Moge więc wom zapłacić. Cy wte wypuścicie poniom sekretorz?
- Ano kie zapłacicie, to wypuścimy - niek powiedzom Indianie.
- Niekze ta - niek powie pon Obama. - Kielo fcecie?
- 3,4 miliarda dolarów - niek odpowiedzom Indianie.
- Na mój dusicku! - niek zawoło pon Obama. - 3,4 miliarda? To przecie nawet ten nowy samolot Dreamliner telo nie kostuje!
- Abo płacicie, abo bioło squaw zostoje u nos - niek odpowiedzom Indianie.
- A jesteście pewni, ze właśnie telo wom sie nalezy? - niek spyto pon Obama.
- Całkowicie - niek powiedzom Indianie. - Najwięksy z nasyk carowników mioł wizje, we ftórej uwidzioł Wielkiego Ducha. No i ten Wielki Duch licył, licył, licył… jaz wylicył, ze właśnie 3,4 miliarda sie nalezy.
- Ale moze Wielki Duch popełnił jakisi błąd w obliceniak? - niek próbuje sie upewnić pon Obama.
Wte Indianie niek tak powiedzom:
- Wiecie co, krzesny? Nas carownik w swojej wizji widzioł, jak Wielki Duch policył roz - i wysły mu 1,2 miliarda. Policył drugi roz - wysło mu 2,3 miliarda. Policył po roz trzeci - wysło mu 3,4 miliarda. Nom sie nie śpiesy. Jeśli fcecie, krzesny, nas carownik moze w swej wizji jesce roz przywołać Wielkiego Ducha i popytać go, coby policył po roz cworty…
- Nie, nie! - niek przerwie pon Obama. - Nimo potrzeby nadmiernie zawracać głowe Wielkiemu Duchowi. Juz wom piknie płace.

No i niek pon Obama sięgnie po portfel i wypłaci Indianom nie mniej, nie więcej, ino dokładnie 3,4 miliarda dolarów. A wte Indianie bedom juz mogli poniom Clinton uwolnić. I w ten oto sposób cało sprawa zostonie załatwiono tak jak trza - piknie i po westernowemu zarozem. Bajako.

A na koniec bedzie juz mozno urocyście i radośnie uccić dobicie targu. Indianie, żołnirze, pon Obama i poni Clinton bedom mogli zebrać sie wokół wielkiej watry, rozem tańcować i rozem śpiewać roz indiańskie piosnki, a roz country. Nie zaskodzi tyz wspólnie fajecke pokoju zakurzyć. I niek nifto tutok nie godo, ze kurzenie tytoniu jest skodliwe! Bo kurzenie papierosów owsem jest. Kurzenie cygar - tyz jest. Ba kurzenie wroz z Indianami fajki pokoju - to ino syćkim na zdrowie wychodzi. Hau!

Łowca kiełbas

15/12/2009, wtorek

Kie wcora włącyłek se internet, to z komputra cosi mi nagle piknie kiełbasom zapachniało. Skąd ten zapach krucafuks? Zacąłek węsyć. Węsyłek, węsyłek, jaz natrafiłek na strone internetowom nasej Policji. Zapach kiełbasy stoł sie jesce mocniejsy. Węsyłek dalej i… wreście nozlołek źródło tego zapachu:

Na długo przygotowania do tegorocznych świąt zapamięta 31-letni mieszkaniec Warszawy. Ten nieuczciwy klient pojawił się w sklepie z zamiarem naruszenia zasad prawa. Pod kurtką zdołał ukryć ponad 30 opakowań kiełbasy. Mężczyzna był tak zaaferowany ukryciem łupu, że nie zauważył przyglądającego mu się ochroniarza. Przedświąteczny złodziej usłyszał już zarzut od policjantów z Mokotowa. Może mu grozić do 5 lat pozbawienia wolności.

Na mój dusicku! Ponad 30 opakowań kiełbasy! A dokładnie - 32, co mozno w dalsej cynści tej policyjnej wiadmości wycytać. Ale ten chłop musioł mieć apetyt!

Być moze powinienek jo sie oburzyć na złodzieja za to, ze pojawił się w sklepie z zamiarem naruszenia zasad prawa. Być moze powinienek… Ale przecie jo sam ciągle do kuchni wpadom tyz z zamiarem narusenia zasad prawa, bo fce wykraść kiełbase mojej gaździnie. I do hurtowni Felka znad młaki zakradom sie z zamiarem narusenia zasad prawa, bo stamtąd tyz kiełbase wynose. I jesce wiele inksyk związanyk z kiełbasom naruseń zasad prawa wydarzyło sie w moim owcarkowym zywobyciu. Tak wiele, ze jo sam juz ik syćkik nie boce. Więc co? Miołbyk potępić kogosi, fto roz zrobił to, co jo ciągle robie? Toz byk swej własnej owcarkowatości zaprzecył!

Przez kwile nawet sie zastanawiołek, cy ten złodziej nie jest przypadkiem jakimsi moim krewnym? Ale w tej policyjnej wiadomości nic nie napisali, coby mioł on śtyry nogi i ogon. Poza tym… kieby to był jakisi mój owcarkowy kuzyn, to kieby zostoł przyłapany na kradziezy, wte pewnie umiołby tak błagalnie na obsługe sklepu poźreć, tak załośnie zaskowyceć, ze nie tylko darowaliby mu te 32 packi, ale jesce drugie telo podarowali!

A tak w ogóle to cemu on akurat 32 packi próbowoł ukraść? Cy jo wiem? Napisano, ze mo on 31 roków. No to kiesik zacnie mieć 32. I to być moze juz wkrótce? Moze więc fcioł mieć na swoje najblizse urodziny telo pacek kiełbasy, kielo roków skońcy? Inkso rzec, ze nawet kieby udało mu sie wynieść skradziony towar ze sklepu, to jo nimom pewności, co dołby rade dojść z niom do chałupy. Cy wyobrazocie se, co to by było, kieby okolicne psy sie dowiedziały, co on pod kurtkom niesie? I w jakik ilościak? Zaroz syćkie pohybały by za nim! On - na widok tak wielkiej zgrai psów - wpodłby w straśnom panike i zacąłby uciekać. Tak by uciekoł, ze syćkom kiełbase by pogubił. A wte… O, Jezusicku! Ale te psy miałyby piknie! Telo kiełbasy dlo nikogo inksego, ino dlo nik! No to mozno pedzieć, ze ten złodziej, kieby nie doł sie złapać, to spełniłby wobec tyk psów dobry ucynek. Mimowolnie - ale by spełnił. Byłaby to tako pikno błogosławiono wina, jak by to poni Zofia Kossak pedziała. A w takik okolicnościak jo nie widze inksego wyjścia, jak wziąć złodzieja w obrone. Piknie zatem pytom pona prokuratora, coby całom te sprawe umorzył ze względu na znikomom skodliwość społecnom. Jeśli nie umorzy - to piknie pytom sąd, coby tego łowce kiełbas uniewinnił. Jeśli nie uniewinni, to piknie pytom Europejski Trybunał Praw Cłowieka w Śtrasburgu, coby sie za tym cłekiem wstawił. A jeśli i ten Trybunał okaze sie niewystarcająco wyrozumiały, to pozostonie mi zwrócić sie do całego społeceństwa, coby przez syćkie roki pobytu tego bidoka w hereście wysyłało mu packi. Packi z kiełbasom. Hau!

Komfort ekonomicny

11/12/2009, piątek

Kanadyjskie Centrum badań nad poziomem życia obywateli opublikowało w czwartek raport, z którego wynika, że według nowego wskaźnika, mierzącego “komfort ekonomiczny”, najlepiej żyje się Norwegom, którzy znacznie wyprzedzili Amerykanów. [...] Centrum w Ottawie zaproponowało “wskaźnik komfortu ekonomicznego”, jako metodę pomiaru koniunktury gospodarczej i postępu społecznego w poszczególnych krajach. Daje to możliwość oceny sytuacji gospodarczej i poziomu życia nie tylko na podstawie PKB danego kraju, ale również w oparciu o inne czynniki, takie jak konsumpcja, poziom bezpieczeństwa finansowego, nierówności dochodów oraz akumulacja kapitałów.

Kany jo to wycytołek? A w Gazecie Wyborcej. I od rozu zacąłek se myśleć o tyk syćkik cynnikak komfortu ekonomicnego. Weźmy pierwsy z nik - konsumpcje. Na mój dusiu! Jeśli to mo być cynnik komfortu, to jo mom komfortowo jako mało fto! Poźre błagalnie na gaździne - i juz mom do konsumpcji piknom jałowcowom. Poźre na bace - juz mom bundza abo inksego oscypka. Poźre na turystów - juz syćkie ik kanapki piknie przenosom sie z ik plecaków do mojego brzucha. No to jo ciekaw jestem, jak to jest w tej Norwegii, co to podobno w tym komforcie ekonomicnym pierwse miejsce zajmuje? Kielo kanapek dziennie statystycny Norweg wyłudzić umie od turystów? Jeśli mniej niz dwajścia, to niestety daleko mu do ligi owcarkowej. Heeej! Barzo daleko!

Co tam było opróc tej konsumpcji? A! Poziom bezpieceństwa finansowego, nierówności dochodów i akumulacja kapitałów. Krucafuks! Po co telo słów ftosi narykotwoł? Przecie to syćko do sie jednym słowem wyrazić: dutki. Dutki, cyli to, cego w mojej wsi najwięcej mo Felek znad młaki. No ale przez to, ze mo ik najwięcej, to godom wom - on jest barzo, ale to barzo bidny. Bo cały cas frasuje sie tym, ka je trzymać? W chałupie sie boi - bo mogom przyjść złodzieje i ukraść. Wpłacić na konto tyz sie boi - bo komputrowi hakerzy mogom sie na to konto włamać i nie tylko syćko pozabierać, ale jesce wyryktować Felkowi straśny debet. Schować te dutki w skrzynce depozytowej w banku tyz sie boi - bo niek przytrafi sie tamok jakisi pikny napad stulecia, to… Felkowy dorobek całego zycia w jednom maluśkom kwile pódzie precki! Heeej! Dutki, dutki… Kie ik duzo - to moze i jest komfort. Ba kie jest ik straśnie duzo - to ten komfort moze sie na dyskomfort obyrtnąć. I dlotego jo bez dutków mom więksy komfort niz Felek z dutkami. A ze Norwegowie - jako podejrzewom - tyz majom ik niemało, to pewnie i nad ik komfortem ekonomicnym mój owcarkowy wierchuje.

Jakie jesce wskaźniki tego komfortu mogom być? Tego juz w Gazecie nie nolozłek. Ale pewnie idzie o to, coby mieć dach nad głowom, no i coby mieć sie w co ubrać. No to jo dach nad głowom mom - takom piknom bude. Norwegowie tyz pewnie pikne chałupy majom, ale… z ik chałupami to jest tak jak z tym polem u Józka Bryjki, o ftórym zbocowoł kiesik najsłynniejsy góralski filozof, jegomość Tischner z Łopusznej: Mos pole, juz-eś przywiązany do pola. A to dlotego, ze to, co mos, mo i ciebie.* No i Norwegowie majom chałupy - ale tyz te chałupy majom Norwegów. Bo trza dbać o nie, od casu do casu wymalować, wyremontować, dach naprawić… A jo w swojej budzie nic z tyk rzecy robić nie muse. Nie muse, bo mój baca sie o to syćko martwi. Bajako. No to fto mo tutok lepiej? Jo cy Norwegowie? Na mój dusiu! Znowu jo!

A kie idzie o ubranie, to Norwegowie tyz - jako syćka ludzie opróc nudystów i amazońskik Indian - nie majom za dobrze. Kupiom se portki abo kiecke, kupiom se kosulke - prędzej cy później to syćko im sie przetrze, popruje abo w jakisi inksy sposób zniscy. I zaroz trza hybać do sklepu po nowy strój. A moje ubranie jest lepse. Takie pikne, biołe i cały cas samo na mnie rośnie. Nie muse sie więc o kupno nowego zamartwiać. Tak więc i tutok zoden Norweg nimo takiego piknego komfortu jako jo!

No i teroz poźrejcie, ostomili: jakiego wskaźnika komfortu ekonomicnego by nie wziąć, to wse wychodzi na to, ze barzo dobrze mi sie wiedzie. Skoda więc, ze to Kanadyjskie Centrum nie zbadało mojej budy. Bo kieby zbadało, to okazałoby sie, ze w tym komforcie ekonomicnym właśnie mojo buda jest na pierwsym miejscu. A Norwegia dopiero na drugim. Hau!

* J. Tischner, Historia filozofii po góralsku, Kraków 1997, s. 23.

Ci straśliwi Słowacy

8/12/2009, wtorek

Kapecke skoda, ze nom owcarkom nifto nie fce dać prawa jazdy. Pojeździłoby sie casem tu i tam. A tak - mozemy co najwyzej hipnąć do auta prowadzonego przez cłowieka. Abo pocytać, jak inksi jezdzom. Jakisi cas temu o tym jezdzeniu cytołek se na stronak motoryzacyjnyk Interii. A tamok - redaktory tego portalu zbocowujom, jak to pojechali autem do ojcyzny Janosika i Smadnego Mnicha:

Wybraliśmy się naszym testowym mitsubishi lancerem na Słowację, by sprawdzić, jak spisze się to auto na podgórskich drogach naszych południowych sąsiadów, a przy okazji zobaczyć, ile jest prawdy w mrożących krew w żyłach opowieściach o organizowanych przez tamtejszych policjantów obławach na Polaków.

Mrozące krew w zyłak opowieści? To brzmi ciekawie. Z rosnącym zainteresowaniem cytołek dalej:

Prawdę mówiąc wyruszaliśmy na tę wyprawę z duszą na ramieniu, bowiem z opowieści rodaków wynika, że prześladowanie zmotoryzowanych Polaków to główne zadanie całego aparatu bezpieczeństwa Słowacji.

No, no… Robi sie coroz ciekawiej! Choć zarozem coroz straśniej. Cyzby dlo Polaka wejście do jaskini wygłodzonyk lwów było bezpiecniejse niz wyjazd autem na Słowacje? Odpowiedzi na to pytanie nalezało sie spodziewać w dalsej cynści tekstu:

No i co? No i nic. W słoneczny niedzielny poranek przez nikogo nie zatrzymywani przekroczyliśmy granicę w Jurgowie. W ciągu następnych godzin przejechaliśmy 300 km. I nie natknęliśmy się na ani jeden radiowóz, ani jeden patrol pieszy, konny czy rowerowy. Tak, jak postanowiliśmy, byliśmy ortodoksyjnymi legalistami. Podobnie jak zdecydowana większość tubylczych kierowców, grzecznie stosujących się do wszelkich przepisów ruchu drogowego. Za to nasi… Ostre wyprzedzanie na linii ciągłej, wyścigi w terenie zabudowanym, 130 km/godz. na wyboistej prostej… Dla kogoś, kto na co dzień uczestniczy w trwającej nieustannie na polskich drogach walce klas, marek, płci i Bóg wie jeszcze czego, to normalka. Z punktu widzenia słowackiej, cichej prowincji - horror. A potem jest płacz i narzekania, że owszem, obowiązywało ograniczenie do pięćdziesięciu, ale przecież było pusto, ja jechałem tylko siedemdziesiąt, więc dlaczego mandat i to tak wysoki?! Czysta złośliwość i skierowana przeciwko Polakom zmowa.

No, nie wiem, ostomili, co wy se o tym tekście myślicie. Ale jo myśle to, ze te redaktory z Interii zupełnie nie rozumiom sarmackiej dusy prowdziwego polskiego kierowcy. Jo nimom prawa jazdy i rozumiem, a oni majom - i nie rozumiom! Na mój dusiu! Przecie dlo kozdego powinno być jasne, ze taki prowdziwy polski kierowca to musi jeździć dwa rozy sybciej niz wynosi dozwolono prędkość, przejezdzać ciągłom linie co najmniej roz na pół kilometra, a cyrwone światła i syćkie znaki zakazu mieć głęboko, głęboko w tej swej sarmackiej rzyci. Ino ta sakramencko słowacko policja, w swojej nicym nieusprawiedliwionej niechęci do polskik kierowców, nie fce przyjąć do wiadomości, ze kierowców tyk zoden kodeks drogowy nie obowiązuje. Zoden! Na zodnej długości i na zodnej syrokości geograficnej! Przecie my dali światu wielkiego astronoma, co to wstrzymoł słonko, a rusył Ziemie! Dali my światu wielkiego papieza! Cyz nie som to wystarcające powody, coby zwolnić nos od przestrzegania wselkik kodeksów? Tymcasem te słowackie policjanty zamiast przyjąć te ocywiste rzecy do wiadomości, to - weredy jedne - bezlitośnie Polakom mandaty wlepiajom! Co za niegodziwość krucafuks!

A jesce to wom powiem, ze ta słowacko dyskryminacja nasyk polskik orłów nie ogranico sie ino do dróg. Niestety… Cy wy wiecie, ostomili, ze Polak na Słowacji nie moze nicego zniscyć? No, nie moze! Bo jak zniscy - to Słowacy od rozu kazom mu odskodowanie zapłacić! A cy wiecie, ze Polakowi na Słowacji nie wolno nicego ukraść? Na mój dusiu! Niek cosi ukrodnie - to zaroz ci straśliwi Słowacy wsadzom go do hereśtu! Sarpacek tyz nom tamok zabraniajom - bo za pobicie kogosi tyz grozi hereśt! To dopiero łoterstwo! Łoterstwo straśne! Ten bidny Polak w zoden sposób nie moze na tej Słowacji prawa złamać - bo kie złamie, to ci Słowacy od rozu sie cepiajom! Hau!