29.01.2015
czwartek

Niek zyjom policjanci z Myślenic!

29 stycznia 2015, czwartek,

Moi ostomili, co dobrego mozecie pedzieć o Myślenicak? Jo potela mogłek pedzieć o nik dwie dobre rzecy. Jedno to tako, ze nad tym nieduzym miasteckiem na południe od Krakowa wznosom sie pikne góry. Duzo nizse od Tater, to prowda. Nawet od mojego Turbacza duzo nizse. Ale jednak pikne. Łagodne, zielone i piknie radujące oko. Haj.

Drugo pikno rzec to tako, ze jest tamok barzo ładny rynek, otocony piknymi zabytkowymi domkami. Ocywiście som w nasym kraju hyrniejse rynki, jak choćby ten krakowski z Kościołem Mariackim. Abo ten w Kamierzu Dolnym. Ale rynek myślenicki – tyz mo swój klimacik. Bajako.

No a od niedowna moge o Myślenicak pedzieć jesce jednom dobrom rzec: majom tamok barzo porządnyk policjantów. Uświadomiłek se to, kie natrafiłek na pewnom podwójnie dobrom wiadomość . Cemu podwójnie? A bo po pierwse – dotycy ona ludzi, ftórzy zachowali sie barzo ślachetnie. A po drugie – jest to historia ze scynścliwym zakońceniem. Syćko wydarzyło sie na pocątku nowego roku. Posłuchojcie:

Podczas patrolu dwóch funkcjonariuszy przejeżdżało przez most na ul. Piłsudskiego w Myślenicach. Jeden z nich spostrzegł psa dryfującego na krze na środku Raby. Zanim mundurowi dotarli na miejsce, zwierzę wpadło pod lód i resztkami sił próbowało się wydostać. W tej sytuacji policjanci – nie czekając na pomoc innych służb – weszli do wody i sami dotarli do psa.
Okazało się, że uratowany czworonóg to suczka Sara poszukiwana przez właściciela od kilku dni. Zaginęła w noc sylwestrową – dzięki funkcjonariuszom cała i zdrowa wróciła do domu.

Ot, króciutko (nawet sakramencko króciutko) notka o wydarzeniu, ftóre nie trafiło chyba na cołówke zodnej wozniejsej gazety. Nic mi tyz nie wiadomo o tym, coby ftórokolwiek ze stacji telewizyjnyk o tym gwarzyła. Bo media jak to media – wolom godać, co sie złego wydarzyło niz o tym, co sie zadziało piknego. Ba jo nie jestem mediami, ino owcarkiem podhalańskim, więc z prowdziwom przyjemnościom przekazuje wom te piknom informacje o funkcjonariusak, ftórzy nie zesli na psy, ino zesli do psa – niby te dwa sformułowania brzmiom barzo podobnie, a jakze odmienne znacenia majom! Haj.

Cy myśleniccy policjanci wykazali sie jakimsi scególnym bohaterstwem? Cóż… wiadomość, ftórom wom zacytowołek, jest tak skrótowo, ze trudno w niej noleźć odpowiedź na to pytanie. Bywołek w Myślenicak nie roz, podcas róznyk swoik owcarkowyk włócęg, widywołek płynącom tamok rzeke Rabe… i moge pedzieć telo, ze w tamtyk okolicak jest ona dosyć płytko i racej nie wyglądo na niebezpiecnom. Nie dlo dorosłego cłowieka w kozdym rozie. Ale górskie rzeki majom to do siebie, ze nawet te płytkie, ciche i spokojne umiom przeinacyć sie w sakramencko niebezpiecne. Jako była Raba w owyk pierwsyk dniak stycnia – tego nie wiem. Moze wchodzenie do niej było ryzykowne, a moze nie? Ba nawet jeśli nie było i nawet jeśli w związku z tym ta policyjno akcja nie wymagała zbyt wielkiej dzielności, to na pewno wymagała przynajmniej kapecki dobrego serca dlo bidnej zywiny. I tego serca myślenickim policjantom nie zabrakło!

Heeej! Domyślom sie, ze niejeden z cytającyk ten wpis jeździ casem w nase pikne góry hyrnom “zakopiankom”. A “zakopianka”, jak wiadomo, wiedzie między inksymi przez Myślenice. No to tak mi sie widzi, ostomili, ze teroz bedzie sie wom przejezdzało przez te miejscowość duzo przyjemniej niz potela. Bedzie sie wom przejezdzało przyjemniej, bo bedziecie mieli świadomość, ze oto mocie na swej trasie miastecko, ka porządku pilnujom barzo porządni stróze prawa. I tyk właśnie strózów zdrowie piknie wypijmy! Juz przynose zapas Smadnego Mnicha, coby kozdy, fto mo ochote, napił sie wroz ze mnom. Zdrowie myślenickik policjantów! Hau!

P.S.1. Ba okazji do picia momy, ostomili, więcej. Bo dzisiok momy piknom rocnice ślubu Anecki i Pona Aneckowego. No to pijmy piknie zdrowie Poństwa Aneckowyk! :D

P.S.2. A w najblizsom środe – Motyleckowe urodziny bedziemy mieli. No to zdrowie Motylecka! :D

17.01.2015
sobota

Byłek na Paśportak

17 stycznia 2015, sobota,

No i… udało sie! Piknie mi sie udało na własne ocy uwidzieć rozdanie Paśportów Polityki! Jak było? Zaroz wom, ostomili, syćko piknie opowiem. Najpierw, we wtorkowy poranek, pohybołek do Nowego Targu. Posłek na tamtejsy dworzec autobusowy i zakrodłek sie do autobusu, ftóry jechoł do Krakowa. W Krakowie zakrodłek sie do Pendolina, tak jak Mietecka radziła. Pare godzin później – byłek w stolicy. Teroz wystarcyło ino popytać warsiawskie psy, kany jest ten hyrny Teatr Wielki, we ftórym miała odbyć sie urocystość wręcania Paśportów. No i niebawem piknie dotorłek do placu Teatralnego. Krucafuks! Muse wom pedzieć, ze ten plac wyglądo inacej niz na zdjęciak mojej gaździny, ftóro była na wyciecce we Warsiawie dwajścia pare roków temu. Na gaździninyk zdjęciak wyraźnie widać, ze z jednej strony placu nojduje sie Teatr Wielki, a z drugiej pomnik Nike. Tymcasem jo… uwidziołek, ze teatr owsem, stoi tamok, ka stoł, natomiast pomnik… zniknął! Zamiast niego jest jakisi wielki pałac! Co za diasek? – zacąłek sie zastanawiać. Dopiero kie rozejrzołek sie po okolicy, to odkryłek, ze Nike wcale nie znikła, ino stoi jakiesi sto metrów od miejsca, we ftórym stała wceśniej. Cym to wytłumacyć? Hmm… chyba ruchami tektonicnymi. Ruchy tektonicne – jak wiadomo – ryktujom sie w głębi ziemi, majom jednak wpływ na to, co dzieje sie na jej powierzchni. No i jak widać, odsunęły one pomnik Nike od placu Teatralnego, przysunęły zaś doń ten pałac. Kany ów pałac stoł wceśniej – tego akurat nie wiem. Ba kasi stać musioł. Haj.

No ale pałac pałacem, pomnik pomnikiem, tymcasem jo potrzebowołek dostać sie do teatru. Nie było to specjalnie trudne. Przed wejściem krynciła sie ekipa telewizjno, ftóro miała wyryktować relacje z politykowej urocystości. Wystarcyło zatem hipnąć pomiędzy zabieganyk ludzi z tej ekipy i wroz z nimi wejść do środka. Tak właśnie zrobiłek. I zaroz nolozłek sie w murak tego piknego teatru. Teatru, ftóry niejedno mógłby opowiedzieć o ponu Moniuszce, ponu Kiepurze, ponu Lutosławskim… i wielu, wielu inksyk hyrnyk artystak. Heeej…

Pocątkowo nie było w środku zbyt wielu ludzi. Ale pomalućku robiło sie coroz tłocniej. I zauwazołek coroz więcej osób, ftóre całkiem cęsto widuje sie w telewizji. Bajako.

Nagle… usłysołek, jak ftosi godo do kogosi, ze przyjechoł właśnie… prezydent! Pon prezydent nasego piknego kraju! O, kruca! W tej kwilecce odezwoł sie we mnie instynkt psa pasterskiego. Psa, ftórego obowiązkiem jest pilnowanie owiecek, a w scególności przewodnika stada. No to skoro przybył tutok przewodnik stada, ftórym jest społeceństwo polskie – nie miołek wątpliwości, ze moim obowiązkiem jest pilnowanie go przez całom urocystość. Uniesłek nos do wierchu, wciągłek powietrze… i zaroz wiedziołek, kany mom sie kierować. Pohybołek przez pikne korytorze, pełne zapachów piknej historii polskiej kultury. Mój nos bezbłędnie doprowadził mnie do pona prezydenta i jego małzonki.

– Hau! Hauu! – zawołołek, co w tłumaceniu na język ludzki znacy: Dzień dobry, Poni Prezydentowo i Ponie Prezydencie! Jestem gotów piknie wos tutok pilnować. A wasi etatowi ochroniorze, jak fcom, mogom póść se odpocąć, bo pod mojom opiekom bedziecie wystarcająco bezpiecni. Haj.

Ale ci etatowi ochroniorze… chyba nie mieli ochoty na odpocynek, bo jeden z nik poźreł na mnie i zawołoł:
– A to psisko skąd tu się wzięło? Uciekaj stąd! Ale już!

Ocywiście ani mi w głowie było uciekać. Miołbyk zaniechać obowiązku cuwania nad bezpieceństwem najwozniejsej pary w kraju? Wyklucone! Cało bida w tym, ze ochroniorze okazali sie być równie uparci jako jo. No i zacęła sie zabawa w kotka i myske. A właściwie: w ochroniorzy i owcarka. Ochroniorze próbowali mnie złapać, ale – hehe! – nie łatwo jest dopaść owcarka zaprawionego w bojak z wilkami. Ganiali mnie po całym holu, ba nic na tym nie zyskali opróc zadyski. Wreście postanowili zadzwonić kasi po pomoc. Ale wte ftosi wyjrzoł zza pobliskik drzwi i pokazując zegarek na swej ręce oznajmił:
– Panie prezydencie, mamy już dziesięć minut spóźnienia!
– Wiemy! – odpowiedzili ochroniorze. – Ale tu ten pies…

W tej kwillecce poni prezydentowo sepnęła cosi ponu prezydentowi do ucha. Pon prezydent zaś pedzioł tak:
– Właściwie to chyba nic się nie stanie, jeśli ta psinka przyłączy się do nas. Biedak najwyraźniej zgubił swojego pana i szuka kogoś, kto by się nim zaopiekował.
– Ale, panie prezydencie – zagodnął ftosi z prezydenckiej obstawy – czy to wypada, żeby jakiś pies pałętał się podczas takiej uroczystości?
– Czemu nie! Dobrze mu patrzy z oczu – pedzioł pon prezydent. – Miejmy tylko nadzieję, że nie będzie zakłócał tej gali zbyt głośnym szczekaniem.

Na mój dusiu! Ocywiście, ze nie bede scekoł! Jestem przecie kulturalnym owcarkiem, a nie bejdokiem, ftóry nie wie, jak sie w teatrze zachować. Haj.

No i po kwili wroz z prezydenckom parom wesłek na balkon nojdujący sie w piknej Sali Moniuszki, ftóro to jest najwięksom salom Teatru Wielkiego. Pon prezydent i poni prezydentowo siedli na swoik fotelak. Jo najpierw usadowiłek sie z ik lewego boku, bo uznołek, ze stamtela bede mioł najlepsy widok na scene. Ba po kwili uświadomiłek se, ze skoro moim obowiązkiem jest chronić i głowe państwa, i jej współmałzonka, to powinienek zająć miejsce między nimi. No to przesunąłek sie kapecke, coby noleźć sie tamok, ka powinienek. O, tutok na tym zdjęciu mozecie uwidzieć, jak pon prezydent właśnie wstoje, coby mnie przepuścić, kie jo sie przesuwom. Mnie niestety nie widać, bo zasłanio mnie ścianka ogradzająco balkon.

Po kwili stanąłek na tylnyk łapak, przednie zaś oporłek o balkonowom poręc. Dzięki temu mogłek piknie widzieć, co dzieje sie na scenie.

Pocątek imprezy mioł nastąpić o godzinie 19:00, ba nastąpił o 19:10. Jako juz wiecie – syćko z powodu zamiesania, ftóre jo wyryktowołek. Dlotego syćkik, co byli tamok obecni, piknie przeprasom za spowodowanie tego opóźnienia. Haj.

Światła przygasły i… zacęło sie. Najpierw był krótki występ pona Dawida Podsiadły i poni Kasi Nosowskiej (skoda, ze wceśniej o tym nie wiedziołek, bo byk zawiadomił Grzesicka, ftóry przecie barzo lubi tej poni słuchać). Potem przystąpiono do wręcania Paśportów. Po kolei ogłasano laureatów w kategoriak film, teatr, literatura, śtuka wizualno… Kie przysła kolej na kategorie muzyka powozno, na scene wesła – na mój dusiu! – Poni Dorotecka! Naso Poni Dorotecka, co to sąsiedniego bloga ryktuje! Moi ostomili, jo sie tak uciesyłek, ze zabocyłek, ze miołek siedzieć cicho. Fciołek zascekać radośnie, coby Poniom Dorotece powitać. A coby zascekać jak najdonośniej, wciągłek w swe owcarkowe płuca sporom dawke powietrza, ba wte… łapy ześlizgły mi sie z rantu i prasłek na podłoge. Pon prezydent z poniom prezydentowom jaz sie oześmiali, kie tak prasłek. Osoby siedzące w poblizu (w tym poni redaktor Janina Paradowska) tyz sie zaśmiały. O, na tym zdjęciu mozecie uwidzieć, jak sie śmiejom.

– Dobrze ci tak – pedziołek w duchu sam do siebie. – Pon Bócek cie pokaroł za to, ze fciołeś naryktować hałasu. Panuj nad sobom, sietnioku! Jesteś w teatrze, nie na holi.

Z mocnym postanowieniem, ze od tej pory bede zachowywoł sie przyzwoicie, wstołek i nazod oporłek sie o poręc, coby obejrzeć reśte widowiska. W końcu rozdano syćkie przewidziane na ten dzień nagrody. A potem popytano syćkik laureatów, coby wesli na scene i zapozowali do pamiątkowyk fotek. Laureaci wnet piknie na te scene powchodzili, a tłum fotoreporterów rzucił sie do robienia im zdjęć. I wte jo… wpodłek na pewien pomysł. Postanowiłek, ze hipne na scene, stone pomiędzy zdobywcami Paśportów – i tyz bede mioł piknom pamiątkowom fotografie! Zeskocyłek z balkonu na nojdującom sie ponizej telewizyjnom kamere, ftóro rejestrowała to całe wydarzenie. Z kamery zeskocyłek na ziem i fciołek zrobić telemark, ale zamiast tego wyseł mi fikołek. Niekze ta. To był Wielki Teatr, nie Wielko Krokiew. A syćka pozirali na scene, więc nawet jeśli na widowni siedzioł jakisi sędzia narciarski, to i tak nie groziło, ze odejmie mi punkty za nieudolne lądowanie. Haj.

Podniesłek sie wartko i juz, juz miołek pohybać ku scenie, kie nagle… ku mojemu nosowi dosły jakiesi pikne zapachy. Duzo zapachów! O, Jezusicku! W kuluarak ryktowano bankiet z piknymi smakołykami! No i… cóz tu ukrywać – zabocyłek o syćkim, co sie działo wokoło. Mojo myśl skupiła sie na jedzeniu, ftóre tak piknie pachniało! Moze dlotego, ze nic nie jodłek od kwili opuscenia mojej wsi? Wartko zrobiłek w tył zwrot i pognołek ku wyjściu z widowni. Zaroz nolozłek sie w kuluarak, a tamok… Na mój dusiu! Jeden stół, drugi stół, trzeci stół… Cało kupa stołów z piknymi frykasami!

– O, jaki ładny piesek – zawołali na mój widok ryktujący bankiet kelnerzy. – Dajmy mu coś zjeść. Pewnie jest głodny.

Mieli racje – byłek barzo głodny. Z ochotom zjadołek syćko, cym kelnerzy mnie obdarowali. A jakom mieli radoche z tego dawania! Tak więc i jo byłek zadowolony, i oni. I barzo dobrze! Lubie, kie syćka som zadowoleni.

Po kwilecce – z Sali Moniuszki zacął wysypywać sie wielki tłum ludzi. Oficjalno cynść imprezy właśnie sie skońcyła i syćka rusyli ku stołom z pocęstunkiem. A kie uwidzieli mnie – ik reakcja na mój widok była tako samo, jak reakcja kelnerów. Zaroz zacęli wołać: “Jaki ładny piesek!”, a potem łapali bankietowe przekąski i cęstowali mnie piknie. Cęstowali mnie celebryci, cęstowali syćka zdobywcy Paśportów i syćka nominowani tyz. Prowde godom! Jeśli nie wierzycie – sami ik spytojcie. Jeśli zaprzecom… to bedzie po prostu znacyło, ze zabocyli o tym z nadmiaru wrazeń, jakie mieli w tym dniu. Bajako.

Heeeej! Było tamok naprowde niesamowicie! Pod Turbaczem to jo dostoje pocęstunek od paru turystów dziennie. A tutok – setki ludzi pocęstowały mnie w ciągu godziny! Na mój dusiu! – pomyślołek se – skoro tak to rozdawanie Paśportów Polityki mo wyglądać, to jo muse zaproponować, coby rozdawano je nie co roku, ino przynajmniej roz w miesiącu. I najlepiej nie we Warsiawie, ino pod Turbaczem, to wte nie bede mioł daleko. Haj.

Ale… w pewnej kwili pocułek, ze mom straśnie cięzki brzuch. Krucafuks! Chyba sie przejodłek! Z trudem powlokłek sie w jakisi kącik i tamok klapłek na ziem. Oddychołek cięzko i miołek wrazenie, ze juz chyba nigdy w zyciu sie nie podniese.

Wte nagle… tuz przy mnie pojawiła sie… Poni Dorotecka!
– Owczarku, to ty? – zawołała na mój widok.
Zrobiłek wielki wysiłek, coby sie podnieść i zamerdać radośnie ogonem, ale… niestety nic z tego. Prawo ciązenia pona Newtona nie miało w tej kwili dlo mnie zodnej litości. Jedyny ruch, jaki byłek w stanie zrobić, to skinięcie głowom.
– To naprawdę ty! – uciesyła sie Poni Dorotecka, ale zaroz… zrobiła powoznom mine. – Owczarku, muszę cię ostrzec. Usłyszałam przypadkiem rozmowę jakichś dwóch osobników. Nie podobało im się, że jakiś pies kręci sie po teatrze. Niewątpliwie chodziło im o ciebie. Jeden z nich zadzwonił na policję. No i podobno mają tu zaraz po ciebie przyjechać i zabrać do schroniska.

Do schroniska? Heeej! Lubie schroniska, bo som pikne! I to pod Turbaczem jest pikne, i to pod Bereśnikiem, i to na Staryk Wierchak… I choć nadal nie miołek siły coby wstać, mój ogon nolozł jej w sobie dość, coby piknie zamerdać. Poni Dorotecka wnet odgadła, co za myśl ryktuje sie w mej głowie i pedziała:
– Owczareczku, czy ty pomyślałeś może o schronisku turystycznym? Muszę cię rozczarować. Schronisko, do którego cię zabiorą, nie ma nic wspólnego z tymi w górach. To schronisko dla bezdomnych piesków.
O, krucafuks! To juz mi sie zdecydowanie mniej podobało.
– Lepiej stąd uciekaj, póki nie jest za późno – poradziła Poni Dorotecka.
Uciekać? Dobry pomysł, ino… przez to moje obzarstwo było to kwilowo niemozliwe.
– Ah! No tak – westchnęła Poni Dorotecka pozirając na mój rozepchany brzuch. – Chyba, biedaku, trochę za dużo zjadłeś. No to widzę, że muszę cię gdzieś ukryć. Tylko gdzie?
Poni Dorotecka pomyślała, pomyślała… i nagle zawołała:
– Już wiem!

Chyciła mnie za tylne łapy i zacęła ciągnąć po posadzce. Krucafuks! Wcale nie było jej łatwo! Jestem przecie wielkim psem, ftóry teroz w dodatku mioł brzuch obciązony wielkim jedzeniowym balastem. Ale jakosi mnie ciągła. Ludzie wokół zdązyli juz o mnie zabocyć i zajęli sie jedni rozmowami ze znajomymi, drudzy udzielaniem wywiadów dziennikorzom, a trzeci pozowaniem fotopstrykom do zdjęć. Tak więc na scynście nifto nie zwracoł na nos uwagi.

Tuz obok miejsca, ka odbywoł sie bankiet, jest tako sala, ka mozno uwidzieć wystawe kostiumów operowyk. O, na przykład tutok mozecie se o tej wystawie pocytać. Poni Dorotecka zaciągła mnie właśnie tamok. A potem ukryła mnie pod jednym z eksponatów, dokładnie pod takom duzom, rozległom kieckom, ftórom mozecie uwidzieć tutok. Kie juz cały, wroz z ogonem, byłek pod tom kieckom schowany, Poni Dorotecka pedziała:
– Siedź tu, piesku. Siedź cicho, dopóki nie dojdziesz do siebie. A potem wracaj w swoje góry. Dasz sobie radę?

– Czy pani przemawia do tej sukni? – zapytała nagle jakosi nieznajomo osoba, ftóro właśnie tyz wesła na te wystawe.
– Nie, skądże! – zaśmiała sie Poni Dorotecka. – Tylko ta suknia tak mnie zachwyciła, że po prostu musiałam swój zachwyt wyrazić na głos!
– Faktycznie, piękna! Ale… ona się chyba poruszyła! Tak jakby coś było pod nią. Coś, albo raczej ktoś!
– E, to na pewno przeciąg – odparła Poni Dorotecka. – Wracam na bankiet, bo kto wie, czy nie szykują tam jakiejś niespodzianki? Szkoda by było ją przegapić.

I rusyła ku wyjściu z wystawy, dyskretnie pozirając za siebie, cy nieznajomo osoba odejdzie wreście od skrywającej mnie kiecki.
– Racja! – pedziała na scynście ta osoba i posła za Poniom Doroteckom.

No i cóz. Przelezołek w piknej kostiumowej kryjówce całom noc. Mój brzuch na telo przetrawił ten mój zyciowy rekord w jedzeniu, ze rano dołek wreście rade dźwignąć sie z ziemi. Udało mi sie wymknąć na zewnątrz tej wielkiej teatralnej chałupy. Ba nadal cułek sie nie za dobrze. Wolołek na rozie nie odbywać kilkusetkilometrowej podrózy do domu. Przesiedziołek w pobliskim Ogrodzie Saskim całom środe. I w droge powrotnom rusyłek dopiero we cwortek.

Z wiecora – byłek wreście u siebie. A hyr o moim pobycie we Warsiawie błyskawicnie ozeseł sie wśród zywiny pod Turbaczem. A potem poseł jesce dalej. No i wkrótce okazało sie, ze syćkie psy z okolicnyk wsi fcom w przysłym roku pojechać do Warsiawy rozem ze mnom, na kolejne rozdanie tyk Paśportów. Potem dowiedziołek sie, ze syćkie owce, ftóre mój baca wiosnom i latem pasie na holi, majom podobne zycenie. A kie juz końcyłek ryktować ten wpis, przyleciała ku mnie Maryna Krywaniec i pedziała, ze na następnom paśportowom gale fcom ze mnom jechać syćkie tatrzańskie kozice, a kie niedźwiedzie pobudzom sie z zimowego snu, to na pewno tyz bedom fciały. No, krucafuks! Jeśli spełnie te syćkie prośby, to w przysłym roku w warsiawskim Teatrze Wielkim bedzie niezłe zoo! Z drugiej strony jeśli nie spełnie – cało zywina Tater i Gorców sie na mnie obrazi. Co więc powinienek zrobić? Cóz… mom na scynście cały rok na to, coby cosi wymyślić. Hau!

P.S.1. Moi ostomili, ankieta, o ftórej gwarzyłek w poprzednim wpisie, zostoje zamknięto. Wynik: 14 osób za tym, coby łoś sadzoł zaprosone pary rozem i 7 za tym, coby je rozsadzoł. Barzo dobrze, ze głosy były rózne! Bo kieby syćkie były jednakowe, nas łoś mógłby pomyśleć, ze głosowanie odbyło sie w Korei Północnej, ka władza poinstruowała respondentów, jakom odpowiedź majom wybrać. Syćkim, co wzięli udział w ankiecie, dziękuje piknie! Dziękuje w imieniu własnym i łosia z Alaski. To dzięki wom ten siumny zwierzok bedzie wreście wiedzioł, jak postąpić z zaprosonymi na przyjęcie gośćmi :D

P.S.2. A w najblizsom środe – Jagusickowe i Kapishoneckowe imieniny bedziemy mieli. Zdrowie Jagusicki i Kapishonecki! :D

6.01.2015
wtorek

Pomózmy łosiowi

6 stycznia 2015, wtorek,

Kie w ostatnik dniak łońskiego roku wkleiłek tutok wpis na temat sawłar-wiwru, nie planowołek wracać do tego tematu w kolejnym wpisie. Doje wom moje owcarkowe słowo honoru, ze tego nie planowołek. Ale cóz… niedowno usłysołek w telewizji: “Fces rozśmiesyć Pona Bócka? Opowiedz mu o swoik planak na przysłość!” I to jest – kruca – prowda. Święto prowda. Haj.

Przybocowuje, ze pod poprzednim wpisem ukwalowali my o tym, jak podcas przyjęcia nalezy usadzić przy stole małzeństwo: rozem cy osobno? No i w trakcie tego ukwalowania Orecka przybyła nagle ku nom z wiadomościom pozornie z zupełnie inksej becki. Ale… ino pozornie. Wiadomość dotycyła niedownego wydarzenia na Alasce i tak sie tocyła:

Wszystko zaczęło się niebezpiecznie. Lawina zasypała łosia. Tylko nos łosia wystawał powyżej śniegu. Trzy osoby przypadkowo zobaczyły nos […] Natychmiast zabrali się do odsypywania śniegu. Po 10 minutach ciężkiej pracy łoś był prawie cały odsypany. Panowie nie wiedzieli, czy łoś był ranny i delikatnie dotknęli łosia łopatą. Wtedy łoś stanął na cztery nogi, spojrzał na swoich wybawców, otrząsnął się ze śniegu i w pełni sił ruszył biegiem w drogę.
Na zdjęciu panowie odkopują łosia ze śniegu.
http://www.adn.com/sites/default/files/styles/ad_slideshow_940/public/Avalanche%20Moose%203X2%2001.jpg?itok=zoXcfScz

Heeej! I jakze sie nie radować z takiej wiadomości! Jakze tu sie nie radować! Kozdy dobry ucynek ciesy. A ucynek ratujący zycie – ciesy scególnie piknie. Bajako.

Ba kie idzie o tego ocalonego łosia, to… cóz… wypadałoby chyba, coby wyryktowoł on jakiesi pikne przyjęcie na ceść swoik ratowników. Cy wyryktowoł? Potela – racej nie, bo w zodnyk wiadomościak nimo o tym zodnej wzmianki. Cyzby więc łoś był beskurcyjom, ftóro nie umie okazać wdzięcności? E, nie widzi mi sie. Na zdjęciu, do ftórego Orecka dała linka, chyba dobrze mu patrzy z ocu (no, z lewego oka, bo prawego na fotce nie widać, ale mniejso o drobiazgi). Zatem przycyna niewydania przyjęcia musi być inkso. Jako? Jo sie domyślom. To syćko przez ten sakramencki sawłar-wiwr! No bo krucafuks! Jeśli przyjęcie mo być porządne – łoś nie moze ogranicyć sie do zaprosenia samej ino trójki wybawców. Powinien zaproponować im, coby przybyli wroz z osobami towarzysącymi. Ba tutok właśnie zacyno sie kłopot – jak te zaprosone pary usadzić przy stole? Sadzać je rozem cy rozsadzać? Pon w zółtej musce, o ftórym godołek w poprzednim wpisie, na pewno zaroz by zawołoł: Ponie łosiu! Ostomiły ponie łosiu! Rozsadzać! Ocywiście ze rozsadzać! I to jak najdalej od siebie! Bo kie siednom rozem, to bedom ino ze sobom godali. I jako dyskusja wte sie wyryktuje? Ano zodno. Zodno i ślus!

Jako juz wiecie, jo z kolei doradziłbyk łosiowi, coby zaprosonyk par nie rozdzieloł. No a kie idzie o wase, ostomili, opinie, to juz wiem, ze som one rózne. Jedni z wos som za sadzaniem rozem, inksi za sadzaniem osobno, a jesce inski – uzalezniajom syćko od okolicności. Tako rozbiezność zdań dowodzi, ze zasada co do sadzania par przy stole jest niejasno. No to najwyzso pora to zmienić! Trza to zmienić, coby nas bidny łoś nie mioł tutok zodnyk dylematów. Dlotego, ostomili, wyryktowołek takom oto ankietke. Kozdy, fto mo ochote, moze doradzić łosiowi w barzo prosty sposób – wystarcy wybrać jednom z podanyk w tej ankietce odpowiedzi. Cy jej wyniki dotrom do owego śtyrokopytnego mieskańca Alaski? Spokojnie! W dzisiejsyk casak, w dobie globalnej wioski i wsekobecnego internetu, na pewno natrafi na te wyniki jeśli nie on sam, to jakisi jego znajomy. Dlotego nimo obawy – łoś prędzej cy później dowie sie o syćkim. Haj.

Zapewne jednak łoś nie moze z wydaniem przyjęcia zwlekać zbyt długo, bo sprawa sie w końcu przedawni. Myśle zatem, ze koło połowy stycnia jo te ankiete zamkne. Mom nadzieje, ze do tego casu bedzie juz piknie widać, jakie jest zdanie więksości. I to zdanie niekze bedzie dlo nasego łosia piknom wskazówkom.

Tak więc, ostomili, piknie pytom o udział w ankiecie. Mozemy w ten sposób piknie pomóc, coby tamok na dalekiej Alasce przyjęcie na ceść trójki ratowników obyło sie bez faux-passów. A skoro jest okazja do pomocy – to cemu z niej nie skorzystać? Pomózmy sympatycnemu łosiowi! Pomózmy piknie! Hau!

30.12.2014
wtorek

Krucafuks! Po co ik rozsadzać?

30 grudnia 2014, wtorek,

Wiecie co, ostomili? Te wase ludzkie sawłar-wiwry to som casem dziwne. No bo poźrejcie choćby tutok. Kie poźrecie, uwidzicie takiego pona w zółtej musce. Pona, ftóry godo, kany nalezy sadzać gości podcas ryktowania przyjęcia przy stole. Pierwso minuta godki – niekze ta. Ba potem ten pon pado tak:

Nie rozsadzamy bardzo młodych małżeństw, ale małżeństwa z dłuższym stażem powinniśmy rozsadzać, nie powinny siedzieć razem przy stole. Dlaczego? Bo będą rozmawiali tylko i wyłącznie ze sobą, a przy stole przecież chodzi o to, żeby tworzyła się dyskusja.

Na mój dusiu! Tako właśnie jest zasada sawłar-wiwru? Właśnie tako? Cyli kie pon w zółtej musce zaprosi mojego bace i mojom gaździne na obiad, to baca nie bedzie mógł siednąć se koło gaździny? No, krucafuks! Przecie skoro baca z gaździnom zyjom ze sobom od barzo downa, to znacy, ze jest im ze sobom dobrze. A skoro jest im dobrze – to po kiego diaska ik rozsadzać? A! No tak… Podobno po to, coby nie godali tylko i wyłącnie ze sobom. Ale cy pon w zółtej musce wie, ze oni barzo cynsto godajom o barzo ciekawyk rzecak? A dzięki temu, ze godajom o ciekawyk rzecak, to kie som na przyjęciak, reśta gości barzo chętnie ik rozmowy słucho. Słucho i… po paru minutak piknie dołąco do rozmowy. I juz przestoje to być rozmowa ino bacy z gaździnom. A wte – wbrew temu, cego obawio sie pon w zółtej musce – dyskusja przy stole wcale nie kuleje, ino barzo piknie sie rozkrynco. Haj.

A tak poza tym… teroz wreście zacynom rozumieć, cemu dzisiok wśród młodyk małzeństw momy tak wiele rozwodów. To syćko chyba przez tego sawłar-wiwra właśnie! No bo co sie dzieje, kie na przyjęcie przychodzi para tak młodo, ze jesce nie zdązyła powydłubywać z włosów syćkiego weselnego ryzu? Ano poziro na starom pare i widzi, ze baba siedzi osobno, a chłop osobno. Kie to widzi, myśli se tak: – O, Jezusicku! Alez oni daleko od siebie siedzom! Niby zyjom rozem – ale tutok, przy tym stole, zupełnie tego nie widać. Cy nos za dziesięć abo dwajścia roków ceko to samo? Ano… pewnie tak… A w takim rozie… cy worce cekać te dziesięć roków ino na to, coby sie przekonać, ze rozem to my jesteśmy juz ino na papierze? E, chyba nie worce. Nie worce i ślus. Lepiej od rozu sie rozwieść.

Natomiast kieby stare małzeństwa nie były rozsadzane, to pozirające na nie młode małzeństwa myślałyby tak: – Heeeeej! Co za pikny widok! Sakramencko pikny! Tyk dwoje ludzicków juz tak downo temu sie pobrało… a furt som rozem! No to co my? Gorsi? O, nie! Nie mozemy być gorsi! Mowy nimo! Bedziemy piknie i starannie pielęgnowali syćko to, co nos łący. Całemu światu pokozemy, ze my tyz umiemy wspólnie przezyć długie, długie roki. Haj.

Jo ocywiście nie winie tego bidnego pona w zółtej musce, ze zasady sawłar-wiwru som takie, jakie som. W końcu to racej nie on te zasady ryktowoł. On ino przekazoł je internautom. Ba tak se myśle, ze w tym całym sawłar-wiwrze przydałoby sie pare zmian. Zmian, dzięki ftórym pary (nie ino małzeńskie zreśtom) furt bedom miały ochote na długie i pikne wspólne zywobycie, a nie na rozstanie w gniewie po paru rokak znajomości. Abo i po paru miesiącak cy nawet tyźniak. Niekze ten sawłar-wiwr słuzy temu, coby syćka dlo syćkik byli tak straśnie fajni, ze nikomu z nikim nie bedzie sie fciało ani rozwodzić, ani rozstawać, ani zrywać mniej lub bardziej zazyłej przyjaźni. Tego właśnie zyce syćkim na ten Nowy Rocek, do ftórego – na mój dusicku! – w tej kwili jest juz blizej niz z Turbacza na Kiczore! No to do siego roku, ostomili! Do siego roku! Hau!

24.12.2014
środa

Janiołek i Mikołaj

24 grudnia 2014, środa,

Cy w niebie tyz ubierajom choinke na Boze Narodzenie? Na mój dusiu! Pewnie ze tak! W dodatku tamok w niebie ta tradycja jest starso niz u nos na ziemi. Bo tamok pierwso choinecka stanęła juz w pierwsom Wigilie w historii, cyli na dzień przed narodzinami Poniezusa w Betlejem. Heeej! Pikno ta choinka była. Był niom wysoki smrek spod samiućkiego Turbacza. Tak mi sie w kozdym rozie wydoje, bo najpikniejse smreki, jakie jo znom, rosnom na Turbaczu właśnie. Myśle, ze sam Pon Bócek zeseł wte ku temu wierchowi, wypatrzył najpikniejse rosnące tamok drzewko, a potem ściął je i zabroł do nieba. Ustawił je w piknym niebiańskim stojaku i zaroz zacął ubierać w bozonarodzeniowe ozdóbki. Kie juz ubroł, to stanął przed niom, coby popodziwiać swe dzieło. I godom wom – od casu stworzenia świata nie był tak piknie zadowolony z tego, co zrobił.

Nagle podlecioł ku niemu jeden z janiołków, ftóry tyz fcioł na choinecke poźreć.

– Widzis, janiołecku? – spytoł Pon Bócek. – Widzis te pikne bombki? Pikne łańcuchy? Pikne lampecki?
– Ano widze, ostomiły Ponie Bócku – pedzioł janiołek. – Syćko tutok jest pikne. Syćko! Ino… cy pod choinkom nie powinno być jakisik prezentów?

W tej kwilecce Pon Bócek złapoł sie za głowe.
– Na mój dusiu! – wykrzyknął.
– Co sie stało? – spytoł janiołek.
– Prezenty! Przecie choinka bez prezentów to jak Samson bez włosów!
– Do przyjęcia wigilijnego zostało jesce kapecke casu – zauwazył Janiołek. – Moze zdązys jesce, Ponie Bócku, wyryktować pare podarków?
– Cało bida w tym, ze od takik rzecy to jestem nie jo, ino Święty Mikołaj – pedzioł Pon Bócek. – A Święty Mikołaj urodzi sie…
Pon Bócek wyjął zza pazuchy dosyć opasły terminorz i zacął go przeglądać.
– Urodzi sie… – powtórzył przewracając kartki – dopiero za dwieście paredziesiont roków. Prawie za trzysta. A do tego casu – prezentów choinkowyk nie bedzie. Nie bedzie i ślus!
Pon Bócek był załamany. Janiołek zacął spekulować, jak by tutok Stwórcy pomóc.
– Ponie Bócku – pedzioł. – A nie mógłbyś sprawić, coby Święty Mikołaj urodził sie juz teroz? I coby od rozu był zdolny do rozdawania prezentów?
– Mógłbyk, ino… – rzekł Pon Bócek – to by było sakramencko niebezpiecne. Jakisi cas temu zrezygnowołek ze skrócenia nosa Kleopatrze, bo uświadomiłek se, ze wte losy świata potocyłyby sie zupełnie inacej. A tutok date urodzenia barzo woznego Świętego miołbyk przesunąć o kilka wieków? Lepiej nawet nie myśleć, jakie mogłoby to mieć skutki dlo historii ludzkości.
– Ba na Boze Narodzenie prezenty musom być! – Janiołek nie dawoł za wygranom. – Więc pokiela Mikołaj nie zacnie ik rozdawać – jo bede to robił za niego. Haj.

I nie cekając, co Pon Bócek powie o tym pomyśle – janiołek wziął sie do roboty. Heeej! Niełatwo mu było dotrzymać słowa. Choć podcas tej pierwsej Wigilii – to było jesce pół bidy. Bo wte ino pod niebiańskom choinke wystarcyło prezenty dostarcyć. Ba rok później trza było juz pohybać ku dwóm choinkom – niebiańskiej i tej, ftórom wyryktowała se Święto Rodzina. Trzy dekady później choinki na Boze Narodzenie zacęli se tyz sprawiać apostołowie i inksi ludzie z najblizsego otocenia Poniezusa. A wkrótce wielu niekrześcijan uznało, ze ten nowy krześcijański zwycaj to całkiem pikny pomysł, ftóry na dobrom sprawe worce naśladować. Jo wiem, ze Wikipedia pado, ze choinka jako drzewko bożonarodzeniowe pojawiła sie dopiero w sesnostym wieku. Ale na mój dusiu! Co ta Wikipedia se myśli? Ze ludzie zyjący wceśniej nie mieli ochoty na to, co pikne i przyjemne? A niby cemu mieliby nie mieć? Hę? Tak, tak, ostomili – z całom pewnościom nie w sesnostym, ba juz w pierwsym wieku nastała pikno moda na bozonarodzeniowe choinecki. I ocywiście pod kozdom z nik dzieci – ale nie ino one – ocekiwały piknyk prezentów. Niestety… dlo nasego bidnego janiołka oznacało to coroz więcej i więcej roboty.

– Krucafuks! – zaklął on w końcu brzyćko, zupełnie jak by był cłowiekiem, a nie janiołem, no chyba ze upadłym. – Co mnie wte podkusiło z tym zgłoseniem sie na zastępce Mikołaja! Jesce pare Wigilii – i w końcu wyzione swego niebieskiego ducha. Niby jest on nieśmierztelny – ale i tak go wyzione. Haj.

Pod koniec III wieku nasej ery, kie przyseł kolejny poranek 24 grudnia, nas janiołek cuł sie tak okropnie, ze w ogóle nie mioł ochoty podnosić sie z wyrka. W głowie zaświtała mu myśl, coby hipnąć do pona Hipokratesa (ftóry wte juz od jakiegosi casu w niebie mieskoł) i popytać o zwolnienie lekarskie. Ale nie. Nie zrobił tego. Honor to honor. Janiołek obiecoł ze bedzie p.o. Mikołajem i wiedzioł, ze cułby sie paskudnie, kieby nie dotrzymoł słowa. Bajako.

Nagle… ftosi zapukoł do janiołkowej izdebki.
– Głowa mnie boli, ale prose wejść – westchnął janiołek.
Drzwi sie otwarły i stanął w nik…
– Hohohooooo! – wykrzyknął zdumiony janiołecek. – Kogo jo widze! Święty Mikołaj we własnej osobie!
– Hohoho? – powtórzył nieocekiwany gość. – Całkiem piknie brzmi ten okrzyk. Chętnie se go przyswoje. Ocywiście, janiołecku, jeśli odstąpis mi do niego swoje prawa autorskie.
– Odstąpie! Z wielkom chęciom odstąpie! – zawołoł radośnie janiołek. – I prawo do dostarcania prezentów pod choinke tyz odstąpie!
– Właśnie po to tutok przysłek – pedzioł Mikołaj. – Z samiućkiej Miry joz zek ku tobie przybył.
– Z samiućkiej Miry? – spytoł janiołek. – Właśnie tamok zyjes, Mikołaju?
– Bajuści – potwierdził Mikołaj. – Ba śpekuluje, cy nie przenieść sie do jakiejsi polarnej krainy. No bo skoro ryktowanymi przeze mnie prezentami majom być między inksymi pikne smakołyki, to one – jako artykuły spozywce – duzo lepiej bedom mi sie przechowywały w zimnym klimacie niz w ciepłym.
Mikołaj na kwile zamilkł, ba zaroz znów zacął godać:
– No ale do rzecy. Janiołecku ostomiły, wiem, ze natrudziłeś sie straśnie, roznosąc tak wiele podarków przez tak wiele roków. Ale juz nie bedzies więcej tyrać jak jakisi bidny przodownik pracy. Wreście stało sie to, na co od tak downa cekołeś – twoje obowiązki przejmuje teroz jo. Ciesys sie, janiołecku?

Na mój dusiu! Janiołek juz mioł zawołać, ze barzo sie ciesy, kie nagle… popodł w zadume.

– Ejze, janiołecku – zdziwił sie Mikołaj – spodziewołek sie po tobie więksego entuzjazmu.
– Jo tyz spodziewołek sie po sobie więksego entuzjazmu – przyznoł janiołek. – Ostomiły Święty Mikołaju, jo z coroz więksom niecierpliwościom cekołek na ten dzień, kie wreście cie spotkom i kie przestone – jak ześ pedzioł – tyrać jak przodownik pracy. Myślołek, ze kie ten dzień nastąpi, to jo z radości podskoce wyzej, niz kiedykolwiek bedzie wynosił ludzki rekord świata w skoku o tycce. A tymcasem… cóz… chyba prowdom jest to, co nieftórzy godajom, ze dawanie to pikno przyjemność, duzo pikniejso niz branie. Właśnie teroz to do mnie dotarło. I dlotego… zrobiło mi sie zol, ze jo juz nigdy nie dom nikomu zodnego prezentu…

Mikołaj połozył dłoń na ramieniu janiołka.
– Janiołecku ostomiły – przemówił łagodnie. – Widzis, to jo jestem Mikołałem i to moim zadaniem jest obdarowywanie tyk, co stawiajom w swyk chałupak choinki. Ty natomiast jesteś janiołkiem i twoim zadaniem jest ino fruwać bezstrosko po niebie i wyśpiewywać pikne pieśni ku kwole Pona Bócka. Mom nadzieje, ze rozumies?
– Tak, tak, rozumiem. – Janiołek nie protestowoł. Stoł z opusconom głowom i był niepociesony – ale nie protestowoł.

Mikołaj zaś poziroł na bidoka i coroz bardziej skoda mu sie go robiło. Jaz nagle… machnął rękom i zawołoł:
– Krucafuks! Precki z utartymi schematami! Niek zyje robienie tego, co lubi sie robić! Janiołecku, posłuchoj, co wymyśliłek. Podzielimy sie robotom. Cynść ludzi bedzie je dostawała ode mnie, a cynść od ciebie. Co ty o tym myślis?
– Huraaaa! – wykrzyknął zakwycony janiołek i to była piknie wycerpująco odpowiedź na Mikołajowe pytanie.

No i od tej pory pod jedne choinki dostarcoł prezenty Mikołaj, a pod drugie janiołek. Potem – jak ludzi na świecie przybywało, a tym samym choinek tyz, wzięli se jesce do pomocy Dzieciątko i Gwiazdora. Cało cwórka piknie uzgodniła, fto kany bedzie podrzucoł gwiazdkowe podarki. I tak w rewirze Mikołajowym nolazło sie między inksymi Mazowsze, w janiołkowym – między inksymi Małopolska, w Dzieciątkowym – między inksymi Górny Śląsk, a w Gwiazdorowym – między inksymi Wielkopolska.

Heeej! Nie roz juześmy tutok w Owcarkówce gwarzyli o tym, fto kany ostawio prezenty pod choinkom. I pewnie zastanawioliście sie casem, cemu nie jest tak, ze wsędy ostawio je jedno osoba, ino w róznyk miejscak ci darcyńcy som rózni. Ba jeśli potela nie wiedzieliście, cemu tak sie dzieje, to teroz juz – wiecie piknie. Bajako.

A z okazji nadchodzącyk Świąt fce wom syćkim zycyć wielu barzo piknyk prezentów. I w sumie mniejso z tym, od kogo one bedom: od Mikołaja, janiołka, Dzieciątka, Gwiazdora cy od kogosi jesce inksego. Mniejso z tym! Wozne coby było w nik cosi tak piknego, cego za zodne dutki w zodnym sklepie sie nie kupi. Zyce tego Abnegateckowi, Agecce, Alecce i Jerzoreckowi wroz z Mrusieckom, Alfredzickowi, Alsecce, Amigeckowi, Andrzejeckowi, Anecce Chochołowskiej, Anecce Holenderskiej, Anecce Schroniskowej, Anonimowej Celebrytecce, Babciecce, Babecce, Badzieleckowi, Basiecce, Bercickowi, BlejkKocickowi, Bobickowi, Borsuckowi, Breslauereckowi, Byckowi, Córecce Komturecka, Emilecce, EMTeSiódemecce, Enzeckowi, Evecce, Fomeckowi, Fusillecce, Gosicce, Grazynecce, Grzesickowi, Helenecce, Heretickowi, Hokeckowi, Hortensjecce, Innocencickowi, Jagusicce, Janickowi, Jarutecce, Jasieckowi Juhasowi, Jerzeckowi, Jerzeckowi Pieculeckowi, Jędrzejeckowi, Jotecce, Józefickowi, KaeSicce, Kapisonecce, Kiciafecce, Kiniecce, Kocureckowi, Krzycheckowi, Kundeleckowi Laskowiackiemu, Lorecce, Maackowi, Magecce, Małgosiecce, Marcineckowi, Mietecce, Misieckowi, Moguncjuseckowi, Mordechajeckowi, Motyleckowi, Mysecce, Noboru Watayecce, Noweckowi, Okonickowi, Olecce, Orecce, Original_Replikeckowi, Paffeckowi, PAKeckowi, Pawełeckowi Markiewickowi, PikuMycheckowi, Plumbumecce, Poni Agnieszce, Poni Basi i Ponu Pietrowi wroz z Rudolfem, Poni Dorotecce, Poni Justynie wroz Maćkiem i Michałem, Ponu Jakubowi, Potworecce, Profesoreckowi, Rackowi, Radwickowi, Rózecce Wigelandecce, Sebastianickowi, Seiendeseckowi, Starej Babecce, Staruseckowi, Tanakeckowi, Teresecce, TesTeqeckowi, Tubyleckowi, TyzPieseckowi, Ubukruleckowi, Wawelokowi, Wawrzeckowi, Werbalisteckowi, Wiecnościecce, Yanockowi, Yyckowi, Zbyseckowi, Zeeneckowi, Zzakałuzeckowi… i syćkim ludziom i wselkiej zywinie. Wesołyk Świąt! Hau!

4.12.2014
czwartek

Santaklosy i Mikołaj

4 grudnia 2014, czwartek,

Krucafuks! Cy wy, ostomili, tyz mocie dosyć tyk syćkik pseudoświątecnyk reklam w telewizji? Zwłasca tyk, ftóre zacęły nos atakować juz w pocątkak listopada, choć to przecie nie była jesce pora na bozonarodzeniowy nastrój? Bo jo od pewnego casu na juz na sam widok santaklosa w telewizyjnej reklamie zacynom tak groźnie warceć, ze chyba zasłuzyłek na tablicke z napisem: UWAGA – ZŁY PIES.

A tak w ogóle… ciekawe, fto wymyślił to słowo – “santaklos”. Fto by to nie był – jo temu komusi piknie gratuluje piknego pomysłu. Gratuluje mu dlotego, ze jest to barzo dobre określenie dlo tyk syćkik panocków, co to podsywajom sie pod Świętego Mikołaja nie w celak ślachetnyk, ino komercyjnyk. Trza ino bocyć, coby santaklosa nie mylić z Santa Clausem. Jedno i drugie brzmi niby podobnie, ale Santa Claus jest jak najbardziej w porządku – to prowdziwy, przyzwoity i oryginalny Mikołaj z krwi i kości (i z biołej brody tyz), telo ino, ze po angielsku. Haj.

A bliskie spotkanie z prowdziwym Świętym Mikołajem – juz wkrótce! Bo przecie pikny 6 grudnia bedziemy mieli niebawem! Nalezy sie wprowdzie spodziewać, ze bedzie tak jak zwykle, cyli ze nifto z nos tego siumnego Świętego nie uwidzi. Ale za to – tyz tak jak zwykle – w wielu domak bedzie barzo przyjemny ślad jego potajemnyk odwiedzin – pikne prezenty! Jedne okazałe, inkse skromne – ale syćkie pikne i warte więcej niz syćkie dutki na świecie!

Heeeej! I pomyśleć ino, ze choć momy juz XXI wiek, to furt istniejom jesce tacy ludzie, ftórzy naiwnie wierzom, ze… Święty Mikołaj nie istnieje. Próbujom przy tym zaklinać rzecywistość i ryktujom rózne pseudonaukowe dowody, coby samyk siebie przekonać, ze ik urojenia wcale nie som urojeniami. O, tutok na przykład nojdziecie barzo osobliwy wywód składający sie jaz z dziewięciu punktów. Trza przyznać, ze na pierwsy rzut oka – ten wywód brzmi nawet całkiem przekonująco. Ale ino na pierwsy rzut oka. Bo juz na drugi – piknie widać, ze sensu tamok nimo zodnego. Poźrejmy, ostomili, na punkt pierwsy. Co jest w nim napisane? Ano to, ze znamy 300000 gatunków ssaków – ale nie ma wśród nich ani jednej odmiany latającego renifera. Hahahahahahahahaha! O, Jezusicku! Haha! To mo być dowód na nieistnienie hyrnej reniferowej kompanii ciągnącej mikołajowe sanie? Hahaha! Haha! Przecie na całej kuli ziemskiej furt odkrywane som coroz to nowe gatunki zywiny. Nifto nimo wątpliwości, ze wiele jest jesce nieodkrytyk. Według naukowców – jak tutok pisom – na odkrycie czeka jeszcze od 3 do 12 mln gatunków. Część z nich to wciąż nieznane nauce ssaki. No i co? Jakom gwarancje moze nom dać autor rzeconego “dowodu”, ze pewnego dnia kolejnym nowo odkrytym gatunkiem ssaka nie okaze sie latający renifer? Odpowiedź jest prosto: zodnej! Zodnej i ślus.

Punktów 2-9 nawet nie fce mi sie tutok cytować. Fto mo ochote – ten poźre pod podanego przeze mnie linka i sam se przecyto. A cytować mi sie ik nie fce, bo na dobrom sprawe one syćkie sprowadzajom sie do jednego stwierdzenia – ze technicnie niemozliwe jest, coby jeden Mikołaj przy pomocy paru reniferów był w stanie w tak krótkim casie obdarować tak wielu ludzi. O, Jezusicku! Słodki Jezusicku! Na takie argumenty to ino ręce opadajom (a jeśli jest sie psem – to ogon)! Mało to juz ten świat widzioł rzecy “niemozliwyk” z technicnego punktu widzenia? Mało? Przecie sto roków temu technicnie niemozliwe było, coby cłowiek polecioł w kosmos. Sto pięćdziesiont roków temu technicnie niemozliwe było, coby cłowiek mógł latać w powietrzu jak pikny ptok. Dwieście roków temu technicnie niemozliwe było, coby pojeździć se jakimkolwiek pojazdem, jeśli nie ciągnął go koń abo inksy osiołek. Trzysta roków temu… i tak dalej.

Tak, tak, ostomili… Te syćkie “naukowe” dowody na nieistnienie Mikołaja, som warte telo, co popularny w średniowiecu “naukowy” dowód na to, ze Ziemia jest płasko (ukwalowujący, ze kieby była okrągło, to przecie ludzie by z niej pospadali). Haj.

No dobrze, a cy jo mom dowód na to, ze te syćkie prezenty, ftóre dzieci (ale nie ino one) nojdujom 6 grudnia pod poduskami, w butak abo skarpetak, som prezentami właśnie od Świętego Mikołaja? Ano mom! Pewnie ze mom! Poźrejcie ino – Mikołaj wcale nie jest najwozniejsym świętym. Som wozniejsi: Matka Bosko, Święty Pieter, Święty Paweł, Święty Jan Krzciciel… Długo by wymieniać. No i kieby tacy zwycajni ludzie mieli obdarowywać sie prezentami z okazji dnia jakiegosi świętego, to przecie jasne, ze wybraliby se ftóregosi z tyk najwozniejsyk. A jednak – te pikne podarki pojawiajom sie w dniu świętego barzo zacnego wprowdzie, ale jednak mniej woznego niz wielu inksyk. Więc tutok darcyńcom nie moze być zwykły cłowiek. Nie moze i ślus. Zarozem musi nim być ftosi, dlo kogo 6 grudnia jest dniem scególnym. A dlo kogo ten dzień jest scególny? To przecie jasne – dlo tego, fto jest jego patronem. Haj.

Ocywiście zyjemy w wolnym kraju. Więc fto woli wierzyć w bojke, ze Mikołaja nimo – ten mo do tego pełne prawo. Nie zmienio to jednak faktu, ze to jest ino bojka. Tako samo jak ta o Cyrwonym Kapturku i wilku. Zoden powozny i rzetelny naukowiec nie zaprzecy, ze Święty Mikołaj istnieje. Dlotego fto jest zwolennikiem twardyk naukowyk dowodów, ten w najblizsom sobote bedzie spodziewoł sie prezentów nie od rodziny, nie od znajomyk… ino samiućkiego Świętego Mikołaja. Hau!

P.S. Ba w przeddzień piknyk Mikołajek… tyz momy pikny dzień… Zbyseckowe urodziny! A zatem zdrowie nasego Zbysecka! :D

30.11.2014
niedziela

Jest jesce lepiej!

30 listopada 2014, niedziela,

Mom dobrom wiadomość, ostomili. Barzo dobrom! Niedowno policono, kielo kozic zyje obecnie w Tatrak. I wiecie, co z tego licenia wysło? Heeej! Cosi piknego! O, tutok mozecie se przecytać, ze 1389 kozic naliczyli pracownicy polskiego i słowackiego Tatrzańskiego Parku Narodowego podczas organizowanego już po raz 57. wspólnego liczenia tych rogaczy, które są symbolem obu parków. […] Tak dużo kozic w Tatrach nie było odkąd są one liczone, czyli właściwie od początku istnienia Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Na mój dusicku! No to ino radować sie nalezy. Nalezy sie piknie radować, ze kozicki w nasyk Tatrak tak obrodziły. I to właśnie teroz, kie nieftórzy narzekajom i narzekajom, ze w nasym kraju jest straśliwy niz demograficny. A tutok… okazuje sie, ze z tym nizem to nie do końca prowda. Bo przecie mieskańcami Polski som nie ino ludzie, ale zywina tyz. A u polskiej zywiny – jako widać – przynajmniej u nieftóryk gatunków zodnego nizu nimo. Nimo nizu, ino pikny wyz. Bajako.

Liczba kozic musi cieszyć – pado w zalinkowanym wyzej artykule pon Filip Zięba – bo jeszcze w 1999 roku w całych Tatrach mieliśmy zaledwie 241 kozic.

Wiecie tak w ogóle, fto to jest ten pon Zięba? To pon nadleśnicy, pracujący w Tatrzańskim Parku Narodowym. Niedowno miołek okazje uwidzieć go w trakcie pełnienia słuzbowyk obowiązków. Kie? Ano roz, kie hipłek w Tatry, coby odwiedzić Maryne Krywaniec. Siedli my se wroz z Marynom w jednym zacisnym zlebie i otworzyli flaske Smadnego Mnicha, ftórego ze sobom przyniesłek. No i juz mieli my zacąć pić, kie nagle podesła ku nom… kozica. Najwyraźniej zaciekawiło jom, co my tutok ryktujemy.

– Witojcie, krześni – pedziała kozica. – Co pijecie? Widywałak casami, ze ludzie pijom cosi podobnego. Ale ze zywina – to widze po roz pierwsy!
No to jo wroz z Marynom wyjaśnili my, co momy we flasce.
– Dojcie skostować – popytała kozicka. – Ciekawo jestem, jak to smakuje.
– Lepiej uwazojcie – ostrzegła Maryna. – Wiedzcie, ze piwo to nie woda. Owcarek to juz sie do niego przyzwycaił. Jo – jakisi cas temu – tyz. Ale wom – moze sie we łbie zakryncić. Haj.
– E, nie godojcie – odrzekła kozica. – Nawet od pozirania w głębokie przepaście nie krynci mi sie w łbie. To niby cemy miałoby sie zakryncić od maluśkiej flasecki jakiegosi pospolitego napoju?

Fcieli my wroz z Marynom wytłumacyć, na cym polego róznica między zawrotami głowy po Smadnym a zawrotami od pozirania w przepaście. Ba zanim jo zdązyłek otworzyć gymbe a orlica dziób – kozica chyciła flaske w zęby, po cym zadarła łeb do wierchu i… cały Smadny Mnich wartko popłynął przez jej gardło jaz do brzucha. A z brzucha – do krwiobiegu, ka zaroz pikne promile sie wyryktowały. No, krucafuks! Nie wiem, co by wysło, kieby w tej kwili chuchła ona w alkomat. I nie wiem, cy syćkie kozice majom tak słabe łby, ale ta – miała. Kie skońcyła pić, to najpierw jej sie bekło, potem pedziała, ze kocho syćkie orły i syćkie owcarki, a potem zacęła śpiewać “W murowanej piwnicy”. Próbowała przy tym zatańcyć zbójnickiego, ale nogi jej sie poplątały i prasła na ziem. Nie próbowała wstać, ino mrukła, ze te Tatry to powinny przyzwoicie stać w miejscu, a nie wirować jak śmigła TOPR-owskiego helikoptera. Wreście twardo usnęła i zacęła tak chrapać jakby była starym niedźwiedziem, a nie gibkom kozickom.

Pewnie nic scególnego by z tej historii nie wynikło. No, moze poza tom jednom rzecom, ze naso nowo znajomo dowiedziałaby sie, co to znacy mieć kaca. Ale… nagle pocułek, ze zblizo sie zapach cłowieka. Na mój dusiu! Fto to był? Przecie nojdowali my sie z dala od turystycnyk ślaków. Wnet syćko sie wyjaśniło. O, Jezusicku! To pon Zięba! Pon nadleśnicy Filip Zięba! We własnej osobie! Właśnie pracowoł przy liceniu tatrzańskik kozic. Stanął jakiesi pięćdziesiont metrów od nos, uniesł do ocu lornetke i zacął przez niom pozirać.

– O! Kolejna kozica! – uciesył sie. – Ale… Ojej! Ona jest chyba martwa. Leży i nie rusza się. Widzę przy niej jakiegoś orła. No to już na sto procent musi być martwa. Przecież orzeł by się przy niej tak nie kręcił, gdyby to nie była padlina… O! I jakiś owczarek podhalański też tam jest! Czyżby podhalany też były padlinożercami? Cóż, widocznie bywają. W każdym razie tej biedaczki uwzględnić w swoim liczeniu nie mogę. Mam przecież liczyć żywe zwierzęta, a nie padłe.

Pon Zięba opuścił lornetke i poseł sukać inksyk kozicek. A zanim ta naso wytrzeźwiała – on był juz het poza zasięgiem mojego węchu. I tak oto popsuli my kozickowom statystyke. Niefcący zupełnie, ale tak niestety wysło. Dlotego, ostomili, mom ku wom pytanie: cy ftosi z wos mo moze kontakt z dyrekcjom Tatrzańskiego Parku Narodowego? Jeśli tak – to piknie pytom, dojcie im znać, ze kie idzie o licebność kozic w Tatrak, to sytuacja jest jesce lepso, niz to im sie widzi. Bo tyk kozic – podcas ostatniej akcji licenia – było w sumie nie 1389, ba okrąglutkie 1390. Telo ino, ze 1389 było trzeźwyk, a jedno – kapecke przynapito. Hau!

P.S. A w najblizsy cwortek – bedziemy mogli sie piknie weselić, bo w tym dniu Basieckowe imieniny bedom. Zdrowie Basiecki! :D

15.11.2014
sobota

Pon profesor Narębski i lawy pukliste

15 listopada 2014, sobota,

Pare tyźni temu umieściłek tutok wpis o siumnym niedźwiedziu Wojtku, ftóry podcas II wojny światowej słuzył w armii pona generała Andersa. W armii tej był on piknom maskotkom 22. Kompanii Zaopatrzenia. No i kie jo o tym Wojtku napisołek, to Alecka od rozu zwróciła uwage na rzec, o ftórej jo potela nie wiedziołek. Otóz okazuje sie, ze Wojtków w tej Kompanii było dwók: Duzy i Mały. Niedźwiedź Wojtek był tym Duzym. A Małym w takim rozie był fto? Ano taki pon, ftóry obecnie mo prawie dziewięćdziesiont roków. Nazywo sie Wojciech Narębski i jest ostatnim zyjącym żołnirzem owej 22. Kompanii. Urodził sie we Włocławku, ba we wcesnym dzieciństwie przeniesł sie wroz z rodzinom do Wilna i tamok mieskoł jaz do wybuchu II wojny. Kie mioł zaledwie sesnoście roków – Ruscy chycili go i wsadzili do hereśtu. Po paru miesiącak na scynście wypuścili, dzięki cemy mógł on wstąpić do powstającej właśnie armii pona Andersa. I wroz z tom armiom wydostoł sie ze Związku Radzieckiego, a niedługo potem mioł scynście poznać swojego siumnego niedźwiedziego imiennika. Oba Wojtki powędrowały wkrótce na zachodni front i oba piknie walcyły przeciwko Miemcom. Haj.

Kie wojna sie skońcyła, Duzy Wojtek – jako juz wiecie – zamieskoł w Skocji, pon Narębski natomiast wrócił do Polski. Trafił do Torunia, ka piknie skońcył studia na Uniwersytecie Pona Kopernika. Następnie zatrudnił sie na tej ucelni jako pracownik naukowy. Długo jednak tamok nie popracowoł. Wartko przeniesł sie do Krakowa, ka zostoł ponem geologiem w hyrnej Akademii Górnico-Hutnicej. Pracując w tej Akademii, piknie zasłuzył sie dlo polskiej nauki. A za to, ze sie piknie zasłuzył, dostoł pikny tytuł pona profesora. Haj.

Tak więc teroz juz, ostomili, wiecie kapecke i o Duzym Wojtku, i o Małym. W nasej budzie zaś padła propozycja, coby im obu piknie nadać honorowe obywatelstwo Owcarkówki. Kandydatura Duzego Wojtka od rozu zyskała tutok pikne poparcie. A co z ponem profesorem Narębskim vel Małym Wojtkiem? Cóz… Jo widze trzy powody, coby jemu tyz to honorowe obywatelstwo nadać. Po pierwse – jego kandydature popiero Alecka, ftóro dobrze tego pona zno. Momy więc z piknie wiarygodnyk źródeł potwierdzenie, ze on na takie obywatelstwo zasługuje. Po drugie – kieby pon Narębski nie był porządnym cłowiekiem, to niedźwiedź Wojtek z pewnościom wyrzuciłby go ze swojej kompanii, bo na co mu nieporządny towarzys broni? Ale go nie wyrzucił. A więc musioł pona Narębskiego piknie cenić.

Trzeci powód… nieftórym moze sie widzieć dziwacnym. Ba dlo mnie tyz jest wozny. Otóz jo, chociaz do niedowna nawet nie wiedziołek o istnieniu pona profesora Narębskiego, mom teroz wobec niego pikny dług wdzięcności. Za co jestem mu wdzięcny? Ano za to, ze juz wkrótce bede kapecke mądrzejsy, niz jestem teroz. A to dzięki jego pracy habilitycyjnej, ftórej tytuł brzmi: Petrochemia law puklistych Gór Kaczawskich i niektóre ogólne problemy petrogenezy spilitów. Lawy pukliste, lawy pukliste… Krucafuks! Co to w ogóle jest? Hmm… Moze ik nazwa wzięła sie od… pukania? Tak se śpekuluje, ze lawa puklisto to moze być tako, ftóro juz wystygła, stwardniała i w związku z tym mozno w niom popukać. Jeśli dobrze rozumuje, to całkiem mozliwe, ze hyrne słowa pona Wysockiego w III cynści Dziadów pocątkowo miały być takie:

Rzecz to oczywista -
Nasz naród jest z wierzchu jak lawa puklista.

Ino potem pon Mickiewicz zabocył słowa “puklista”, bocył ino telo, ze zacyno sie na litere “p”, więc w końcu słowo “puklista” zastąpił słowem “plugawa”. Przy okazji kapecke zmienił cały fragment, coby mu sie rymowało. Haj.

Ale… moze jest inacej? Moze lawa puklisto to tako, ftóro po wypłynięciu z wulkanu robi sie pokryncono jak kosmyki włosów? I w związku z tym słowo “puklista” moze wzięło sie od skojarzenia z puklami? No krucafuks! Nie wiem. Po prostu nie wiem i ślus. Ale piknie sie dowiem. I bedzie to zasługa pona profesora Narębskiego, ftóry tematem swojej pracy zmobilizowoł mnie, cobyk przynajmniej kapecke rozsyrzył swojom wiedze z zakresu wulkanologii…

Heeej! Jo juz raduje sie piknie na to rozsyrzenie. Ba zanim to nastąpi, powitojmy tutok, ostomili, Duzego i Małego Wojtka jako nowyk Honorowyk Obywateli Owcarkówki. Witomy piknie! Hau!

P.S.1. Momy piknom sobote. Cemu piknom? Bo to dzień Mageckowyk urodzin. Heeeej! No to zdrowie Magecki! :D

P.S.2. Momy tyz piknom niedziele 23 listopada. Bo to dzień urodzin Yanockowyk. Zdrowie Yanocka! :D

P.S.3. I momy pikny wtorek 25 listopada, bo to dzień urodzin Borsuckowyk. Zdrowie Borsucka! :D

28.10.2014
wtorek

Sacunek dlo krucafuksa!

28 października 2014, wtorek,

Jakis cas temu napisali tutok, ze Muzeum Tatrzańskie chce wpisania góralskiej kultury na listę UNESCO. Ho, ho, hoooo! Piknie by było, kieby tak sie stało! Ino… jakie som na to sanse? Cóz. W Wikipedii wycytołek, ze coby trafić na te unescowom liste, to trza reprezentować “unikatową wartość uniwersalną”. No to jo se myśle, ze góralsko kultura piknie ten warunek spełnio. Dowód? A prose piknie. Weźmy jeden z najsmakowitsyk wytworów tej kultury, cyli oscypka. Cy oscypek jest unikatowy? No przecie ze jest! Nika poza polskimi i słowackimi górami go nie ryktujom. A cy jest uniwersalny? No ba! Smakuje turystom ściągającym pod Giewont z caluśkiego świata. Więc trudno o cosi bardziej uniwersalnego niz ten hyrny owieckowy serek. Bajako.

A tak w ogóle to pocątkowo śpekulowano, coby zgłosić Unescowi nie ino góralskom kulture, ale tyz architekture Zakopanego. Myślę, że wiele lat temu można było wpisać na listę UNESCO architektoniczny styl zakopiański – pedziała gaździna Tatrzańskiego Muzeuma, poni Anna Wende-Surmiak – ale z rozmów ze specjalistami wynika, że obecnie nie ma na to szans. Cemu nimo? Ano, jak wyjaśnio poni Wende-Surmiak, urbanistyka miasta została “zaśmiecona” m.in. powstałymi w czasach komunistycznych blokowiskami. Ha! Między inksymi… Ten zwrot zostoł tutok jak najsłusniej uzyty. Bo co w casak komunistycnyk narobiono w stolicy Podhola, to narobiono. Ale na mój dusicku! To nie komuniści postawili wielki i paskudny Aquapark pod Antałówkom. Nie komuniści zburzyli zabytkowom wille poni Modrzejewskiej przy ulicy Wierchowej. I nie komuniści przy szkrzizowaniu Krupówek z ulicom Kościeliskom zrobili przejście podziemnne, ftóre we Warsiawie cy Łodzi byłoby cymsi normalnym, ale do Zakopanego to ono pasuje jak kiełbasa jałowcowo do restauracji wegetariańskiej. A niedowno przecytołek tutok, ze juz wkrótce powstonie pod Tatrami chałupa zaprojektowano przez niejakom poniom Zahe Hadid. Jak na mój owcarkowy gust … projekty tej poni same w sobie som całkiem niebrzyćkie. Ale pod jednym warunkiem – ze nie som ryktowane na Podholu. Konia z rzędem (ze stadniny nalezącej do Felka znad młaki) temu, fto udowodni, ze styl poni Hadid pasuje do tatrzańskik klimatów. Haj.

Tak więc faktycnie, cało nadzieja w tym, ze Unescowi spodobo sie przynajmniej kultura nasyk góroli. Co w skład tej kultury wchodzi? W artykule, do ftórego dołek linka na pocątku wpisu, wymieniajom, ze śpiew, muzyka, taniec i gwara. Ooo! Gwara tyz? Słodki Jezusicku! Kieby ona docekała sie w tym Unescu uznania – dlo mnie by to była barzo dobro wiadomość. Bo przecie do góralskiej gwary nalezy jakze pikny starodowny okrzyk “krucafuks!” Jo od downa uwazołek, ze tak pikny okrzyk zasługuje na jakiesi zacne wyróznienie. I oto jest wreście sansa, ze bedzie miało to, na co zasługuje! Heeej!

Tak więc, ostomili – sanujmy krucafuksa! Sanujmy go jako wozny element kultury, ftóro juz wkrótce moze zyskać pikne międzynarodowe uznanie. A kie zysko – to juz nifto, fto usłysy, jak uzywom tego słowa, nie bedzie mioł prawa zarzucić mi, ze jo brzyćko klne. Jeśli zarzuci, jo bede mógł śmiało odpowiedzieć: E, nie godojcie. Moze i klne – ale nie brzyćko, ino piknie. Bo krucafuks nie jest jakimsi tam pierwsym lepsym pospolitym przekleństwem. To jest przekleństwo nojdujące sie pod światowom ochronom.

Hau!

P.S.1. Pod ostatnim wpisem nowy gość ku nasej budzie przybył – Original_Replikecek. No to powitojmy Replikecka piknie! I piknie go w Owcarkówce ugośćmy! Haj :D

P.S.2. A niedziela 9 listopada to pikny dzień piknyk Aneckowyk urodzin. No to w tym dniu piknie za zdrowie Anecki musimy wypić! :D

7.10.2014
wtorek

Komu worce wydrukować ten wpis, a komu nie worce

7 października 2014, wtorek,

Kie mocie, ostomili, do wyboru: tradycyjnom papierowom ksiązke abo e-booka, to co wybierocie? Jeśli tradycyjnom ksiązke, to proponuje wom, cobyście wydrukowali se ten wpis i przecytali go na papierze. Jeśli zaś wolicie e-booka – nie drukujcie! Pod zodnym pozorem nie drukujcie, a słowa, ftóre tutok widzicie, przecytojcie ino na komputrze. Abo na inksym smartfonie. Haj.

Cemu zwolenników zwykłyk ksiązek namawiom do zrobienia wydruku? A bo jakisi cas temu na stronak Newsweeka nolozłek artykuł o tym, ze nasz mózg zdecydowanie woli zadrukowane kartki papieru – informacje czytane z tradycyjnej książki zostają nam w głowie na dłużej, a sam proces czytania jest głębszy i bardziej angażujący wyobraźnię niż w przypadku śledzenia wirtualnego tekstu w czytniku. Jak tego dowiedziono? Ano za pomocom piknyk eksperymentów. Na przikład poni doktór Kate Garland z brytyjskiego University of Leicester kazała swoim studentom nauczyć się fragmentów trudnych tekstów ekonomicznych. Część uczyła się z książek tradycyjnych, a część z elektronicznych. Różnice były bardzo wyraźne. Młodzi ludzie uczący się z e-booka musieli kilka razy więcej przeczytać materiał, aby go zrozumieć i przyswoić, niż studenci mający w rękach tradycyjną książkę. Co więcej, nauka z książki papierowej sprawiała, że badani na dłużej zapamiętali materiał i po kilku tygodniach łatwiej przywoływali go z pamięci.

Podobny eksperyment wyryktowała norwesko profesorka, poni Anne Mangen. Telo ino, ze ona eksperymentowała nie na studentak, ba na licealistak. Podzieliła tyk licealistów na dwie grupy i jednej z nik zadała przecytanie paru tekstów na komputrze, a drugiej – tyk samyk tekstów na papierze. Potem syćkim ucestnikom eksperymentu zrobiła małe odpytywanko. I co sie okazało? Ano to, ze osoby czytające artykuły na papierze zrozumiały z nich więcej niż uczniowie siedzący przed komputerem. Co ciekawe, prawidłowość ta występowała przy czytaniu zarówno beletrystyki, jak i literatury faktu czy naukowej. Bajako.

Cy teroz juz domyśliliście sie, ostomili, cemu tym z wos, co wolom tradycyjne ksiązki, doradziłek wydrukowanie tego wpisu? Bo jeśli przecytocie go w wersji drukowanej, to – jako juz wiecie – bedziecie go lepiej bocyli. A jak bedziecie go lepiej bocyli, to od tej pory, jak ino weźmiecie jakomsi ksiązke do ręki, bedziecie culi radość. Wielkom i piknom radość. Huraaaa! – bedzie wołali. – Przez długie, długie roki piknie bede pamiętać syćko, co w tej ksiązce napisano! Piknie bede pamiętać, bo cytom jom na papierze, a nie w jakimsi e-booku! Haj.

Natomiast zwolennicy e-booków, jeśli bedom bocyli ten wpis, to im podcas cytania ksiązek elektronicnyk racej wesoło nie bedzie. O, Jezusicku! – bedom sie frasowali. – Tako pikno ksiązka! Tako pikno! Fciałoby sie długo, długo bocyć jej treść. Ale nic z tego! Zaboce jom juz wkrótce. Eh, taki to juz jest niestety nas los. Los bidnyk cytelników e-booków.

Dlotego właśnie jo takim osobom zalecom przecytanie tego wpisu nie na papierze, ino na elektronicnym ekranie. Jeśli posłuchajom mojej owcarkowej rady, to bedom mieli piknom sanse, ze ten wpis wartko zabocom. A jak zabocom – to nie bedzie im przykro, kie za kolejne e-bookowe lektury bedom sie brali. Bajako i hau!

P.S.1. Na mój dusicku! Tako pikno rocnica ślubu nom przeleciała! Rocnica ślubu Alecki i Jerzorecka. W ostatni cwortek ona była. No to chociaz poprawiny pikne wyryktujmy i piknie wypijmy zdrowie Alecki i Jerzorecka! :D

P.S.2. Bobickowe imieniny tyz nom przeleciały. W piątek one były. To tutok tyz pikne poprawiny wyryktujmy i wypijmy zdrowie Bobicka! :D

P.S.3. A w ten poniedziałek – cyli juz zupełnie niedowno – rocnica ślubu Jasiecka Juhasa była. No to i te zaległość piknie nadrobić nom trza i wypić piknie za zdrowie Poni Jasieckowej i Jasiecka! :D

P.S.4 Dzisiok zaś święto podwójne – EmTeSiódemeckowe urodziny i imieniny. Zatem podwójnom ilość Smadnego Mnicha trza wypić! Zdrowie EmTeSiódemecki! :D

css.php