22.07.2014
wtorek

Kłusownik

22 lipca 2014, wtorek,

W poprzednim wpisie godołek między inksymi o tym, ze wielkim zagrozeniem dlo tatrzańskik świstaków som kłusownicy. Cemu w ogóle oni polujom na tak sympatycnom zywine? Ano – coby wytopić z niej sadło, a potem drogo je sprzedać. Nabywców tego specyfiku niestety nie brakuje. Kieby nie ci nabywcy – krucafuks – kłusownicy musieliby porzucić swój proceder jako niedochodowy i przestawiliby sie na sprzedawanie kierpców pod Gubałówkom, abo cegosi inksego, co z jednej strony miałoby napis “Pamiątka z Zakopanego”, a z drugiej “Made in China”. Haj.

Cemu nieftórzy tak chętnie to świstace sadło kupujom? A bo niekany wierzom, ze jest to pikny środek na wselkie mozliwe dolegliwości. Cy faktycnie jest? Cóz, w zbocowanej w poprzednim wpisie ksiązce pon Zwijacz-Kozica napisoł, ze owsem, badania wykazały, ze mo to jakiesi lecnice działanie. Telo ino, ze to działanie jest tak słabe, ze w dowolnej aptece nojdziecie sto pięćdziesiont milionów duzo skutecniejsyk leków. Tak więc, ostomili, jeśli jakisi handlorz pod Giewontem bedzie wciskoł wom słoicek świstacego sadła – nie kupujcie. Nie kupujcie z dwók powodów: skoda wasyk dutków i skoda nasyk wspólnyk świstaków. Haj.

Pon Zwijacz-Kozica w swojej ksiązce apeluje o jesce jedno: jeśli wejdziecie do jakiejsi podhalańskiej korcmy i uwidzicie w niej “dekoracje” w postaci wypchanyk świstaków – zróbcie w tył zwrot i wyjdźcie. Te świstaki musiały sie wziąć z nielegalnego polowania. A skoro tak… to choćby nie wiem jak barzo bylibyście głodni, i choćby nie wiem jak piknie smakowite zapachy by w tej korcmie wierchowały – nie ostowiojcie tamok dutków. Nojdziecie z pewnościom wiele lepsyk miejsc, ka mozno je ostawić. Bajako.

A tak w ogóle to pare dni temu odwiedziła mnie Maryna Krywaniec. No i opowiedziołek jej o tej ksiązce pona Zwijacza-Kozicy. Zbocyłek tyz o polującyk na świstaki kłusownikak. Kie zaś o nik zbocyłek, Maryna zawołała:
- Na mój dusiu! A wyobroźcie se, krzesny, ze kie niedowno leciałak nad jednom holom, to w dole seł jakisi chłop. Wysoko byłak, ale swoim orlim wzrokiem barzo dobrze uwidziałak, ze ten chłop mioł kufe straśliwej weredy.
- A cy on wos tyz uwidzioł?
- Nie ino uwidzioł – odpowiedziała orlica – ale tyz zawołoł: “O! Orzeł! Prowdziwy orzeł! Ciekawe co on tutok robi? Moze wybroł sie na świstaki? Na mój dusiu! Przyseł mi do głowy pikny pomysł! Skoro orzeł furt na te zywine poluje, to ftóz lepiej niz on moze wiedzieć, kany nojdujom sie świstace kryjówki? Póde se więc za tym ptokiem, piknie te kryjówki nojde, a za pare miesięcy, kie świstaki bedom pogrązone w zimowym śnie, upoluje tej zywiny telo, kielo jesce nigdy nikomu w całej historii Podhola nie udało sie upolować!”
- Sietniok! – zawołołek z oburzeniem, kie dowiedziołek sie, jakie były zamysły tego chłopa.
- Pewnie, ze sietniok – pedziała Maryna, ale bardziej ze śmiechem niz oburzeniem. – Przecie jo nie poluje na świstaki od casu, kie przekonaliście mnie, cobyk zamiast na chronionom zywine, zacęła polować na wędliny z masarni Felka znad młaki. No i muse przyznać, ze barzo dobrze zeście mi doradzili. Bo w tej Felkowej masarni jest telo piknyk przysmaków, ze hej!
- A co z tym kłusownikiem? – spytołek.
- A, zrobiłak mu śpas – pedziała Maryna. – Furt wisiałak w powietrzu w jednym miejscu. Wisiałak i wisiałak. Jaz ciemno nocka przysła, chłop przestoł mnie widzieć i juz nie mógł leźć za mnom. Hehe!
- Bajuści, pikny śpas – przyznołek. – Ale tak se myśle, ze worce dać fudamentowi naucke, coby roz na wse odefciało mu sie polowań na tatrzańskom zywine.
- Mocie, krzesny, jakisi plan? – spytała orlica.
- Mom – pedziołek. – Ba coby go wyryktować, potrzebny nom bedzie niedźwiedź. Docie rade, krzesno, noleźć niedźwiedzia, ftóry by nom pomógł w nasej nowej zbójnickiej akcji?
- Chyba dom – pedziała Maryna. – A co fcecie zrobić?
- Ano… pomyślołek se, ze skoro ten kłusownik fce, cobyście zaprowadzili go do piknej świstacej kryjówki, to niekze ta – zaprowodźcie. Ale niek przy tej kryjówce ceko na niego niedźwiedź. I niek ten niedźwiedź spuści fudamentowi pikne lanie. Kłusownik pomyśli, ze świstaki zacęły zatrudniać niedźwiedzi jako ochroniorzy. A kie tak pomyśli – to roz na wse bedzie sie trzymoł od świstaków z dala.
- Pikny plan! – pokwoliła mnie orlica. – No to zaroz posukom jakiegosi niedźwiedzia, coby namówić go do udziału w nasej akcji.
- Dobrze – pedziołek. – A kie juz nojdziecie, to hipnijcie ku mnie. Rozem z womi pohybom w Tatry, coby poźreć, jak wiedziecie ancykrysta-kłusownika na bliskie spotkanie trzeciego stopnia z misiem brunatnym. Haj.

No i Maryna pofrunęła ku Tatrom. Po kilku dniak przyleciała ku mnie nazod i pedziała, ze syćko załatwione: nolazła niedźwiedzia, ftóry zgodził sie odegrać role ochroniorza świstaków. Teroz nalezało ino zwabić kłusownika w zasadzke.

Upewniwsy sie, ze w najblizsym casie owieckom na holi nic nie bedzie groziło, pohybołek za Marynom ku Tatrom. Orlica poprowadziła mnie ku chałupie, we ftórej mieskoł ten sakramencki kłusownik. Kie my tamok dotarli, jo schowołek sie za stojącom obok chałupy komórkom, Maryna zaś zacęła fruwać dookoła domu tak, coby ze środka łatwo było dojrzeć jom przez okno. Nie trza było długo cekać, jak otworzyły sie drzwi chałupy i stanął w nik… nifto inksy jak nas kłusownik. Cy mioł kufe weredy, jak twierdziła Maryna – tego nie mogłek ze swego ukrycia dojrzeć. Ale ze wrednie pachnioł – mój owcarkowy nos nie mioł co do tego zodnyk wątpliwości.

- Hyhyhy! – zarechotoł kłusownik. – Ale mom scynście! Orzeł, ftórego zgubiłek pare dni temu, przylecioł pod mojom chałupe. A moze to jakisi inksy? Niewozne. Wozne, coby zaprowadził mnie ku świstakom, ftóre jo piknie upoluje i bede mioł z nik pikne dutki.

Fciołek hipnąć ku bejdokowi i ugryźć go porządnie w rzyć. Ale sie powstrzymołek. Nie mogłek zniwecyć nasego planu.

Kłusownik wskocył na kwile nazod do swej chałupy, ale zaroz wyseł z niej znów. Tym rozem w butak myśliwskik i z małym plecakiem na grzbiecie. Maryna, kie uwidziała, ze ten łoter juz jest gotowy do drogi, frunęła ku pobliskim wiersyckom.

- Na mój dusiu! – zawołoł kłusownik. – Ten orzeł zachowuje sie tak, jakby specjalnie na mnie cekoł.
No – hehe – tutok akurat sie nie mylił.
- Prowadź, orle! – popytoł kłusownik. – Zapoluj na jakiegosi tłustego świstaka. A przy okazji pokozes mi, kany on sie wroz ze swom całom rodzinom chowo.

No i Maryna poprowadziła chłopa przez lasy, przez potoki i przez urwiska. Chyba specjalnie przy tym obierała takom droge, coby chłop bardziej sie zmęcył. I dobrze. Im więcej złyk wspomnień bedzie mioł z tej wyprawy – tym więkso sansa, ze odefce mu sie polowań na świstaki.

Jo cały cas słek ostroznie za kłusownikiem, uwazając , coby mnie nie uwidzioł, a zarozem tak, coby być dobrze widocnym dlo Maryny.

Juz dochodzili my do piętra kosówek, kie nagle… orlica zawołała ku mnie z wierchu:
- Krzesny! Musimy odwołać nasom akcje!
- A to cemu? – zdziwiłek sie.
- Momy kłopot – pedziała Maryna. – Jesteśmy juz blisko świstacej kryjówki, ba… nie widze przy niej niedźwiedzia. Nie wiem, kany sie ta beskurcyja podziała! Umówili my sie, ze bedzie siedzioł przy świstakak i cekoł, jaz przyprowadze mu tego kłusownika.

Krucafuks! Nie wyglądało to dobrze. Niedźwiedź był przecie niezbędny, coby nas plan sie udoł.

- Pockojcie, krzesno – pedziołek. – Spróbuje noleźć go na węch.

Uniesłek nos do wierchu i zacąłek wciągać weń powietrze. No i na scynście udało mi sie wychwycić niedźwiedzi zapach. Pohybołek tamok, skąd ten zapach dochodził. Wkrótce nolozłek sie przed niewielkom jaskiniom, we wnętrzu ftórej ftosi straśnie głośno chrapoł. Wlozłek do środka. I zaroz niemalze nadepłek na śpiącego smacnie miśka. Zascekołek głośno.

- Cego? – spytoł zaspanym głosem niedźwiedź, barzo niechętnie otwierając jedno oko.
- Cy to wy, krzesny, mieliście siedzieć teroz przy świstakak i cekać, jaz Maryna Krywaniec przyprowadzi ku wom kłusownika? – spytołek.

Niedźwiedź zerwoł sie na równe nogi.

- O, Jezusicku! Faktycnie! – zawołoł. – Ale… zaspało mi sie kapecke.
- Chyba nawet więcej niz kapecke – stwierdziłek. – Maryna z kłusownikiem juz som prawie na miejscu, a wy – najwyraźniej postanowiliście se zapaść w sen zimowy w środku lata.
- To nie mojo wina – zacął usprawiedliwiać sie niedźwiedź. – Nie mojo wina, ze natrafiłek na turyste-łasucha, ftóry mioł w plecaku całom torebke cukierków. Kie zatrzymoł sie na mały odpocynek i zdjął plecak, jo po cichutku mu te cukierki wykrodłek. I syćkie zjodłek. Telo ino, ze one były z alkoholem, do ftórego jo nie za barzo jestem przyzwycajony. Tak straśnie potem mi sie spać zafciało, ze ino zawlokłek sie do tej jaskini i od rozu usnąłek jak zabity.
- No to teroz nie traćmy casu, ino hybojmy ku świstakom – pedziołek. – Moze zdązymy jesce dotrzeć tamok przed kłusownikiem?

Niedźwiedź zgodził sie ze mnom. Ale nagle… Krucafuks! Pocułek zapach, ftórego nie powinno tutok być! To kłusownik zblizoł sie ku niedźwiedziej jaskini. Ale jak to sie stało, ze do niej trafił? Niedługo potem dowiedziołek sie jak: Maryna nieopatrznie pofrunęła za mnom, coby upewnić sie, cy nojde niedźwiedzia. A kłusownik – polozł za Marynom. Po kwili wyraźnie juz było słychać jego sapanie.

- To mo być nora świstaków? – zacął cudować pozirając na wylot jaskini. – Straśnie duzo. Jakiesi świstaki-olbrzymy tutok zyjom cy jak? Chyba tak. Ale to lepiej! Z więksyk świstaków bedzie więcej sadła. A więcej sadła to więcej dutków! Ale mi sie poscynściło!

Zanim zdązyłek pomyśleć, co wobec tak nieocekiwanego obrotu sprawy nalezy zrobić, niedźwiedź wylozł z jaskini.

- Panienko Przenajświętso! – zawołoł kłusownik. – To jest naprowde ba… ba… ba… barzo duzy świstak!

Hahaha! Co za głuptok! Świstaka od niedźwiedzia nie umioł odróznić! Chociaz… racej umioł, ino tak mocno zasugerowoł sie tym, ze idzie na świstaki, ze zupełnie zabocył o wselkiej inksej zywinie. Zreśtom wy ludzie na pewno dobrze wiecie, jak to jest z siłom sugestii. Bajako.

Kłusownik fcioł chyba uciec przed tym “barzo duzym świstakiem”, ale strach tak go sparalizowoł, ze nogi jakby przyrosły mu do ziemi. Nie mógł bidok rusyć z miejsca.

Jo nojdowołek sie za rzyciom niedźwiedzia. Kłusownik chyba w ogóle mnie nie zauwazył. Nagle przysła mi do głowy pewno myśl. Na mój dusiu! Skoro ten chłop wziął miśka za świstaka, to niek niedźwiedź wyryktuje mu pikny łomot. Ancykryst pomyśli, ze świstaki zrobiły sie barzo niebezpiecne i ze lepiej zacąć ik unikać. Kieby tak sie stało – akcja Maryny Krywaniec i mojo mimo syćko zakońcyłaby sie piknym sukcesem.

- Krzesny – odezwołek sie do niedźwiedzia, cały cas stojąc za jego rzyciom. – Cy moglibyście tego kłusownika prasnąć?
- Ale wte mógłbyk mu zrobić krziwde – zauwazył niedźwiedź.
- Przecie i tak mieliście go prasnąć, ino nie tutok, ba przy świstakak – przybocyłek. – Nie godom, cobyście od rozu mu kości połamali. Po prostu spuśćcie mu takie zwycajne lanie, coby roz nas wse odefciało mu sie polowacek.
- Ale jo sie na tego pona nie gniewom – tłumacył niedźwiedź. – To cemu mom go bić?

O, kruca! Nie jest łatwo chronić tatrzańskom przyrode, kie mo sie takik współpracowników. Ale cóz – trza było próbować dalej.

- A cy moglibyście, krzesny, chociaz poklepać go przyjaźnie po ramieniu? – spytołek.
- A, przyjaźnie poklepać to moge – zgodził sie niedźwiedź.

Pomyślołek, ze to, co dlo niedźwiedzia jest małym klepnięciem, dlo duzo słabsego cłowieka powinno być solidnym ciosem. Miołek więc nadzieje, ze tak cy siak kłusownik dostonie naucke.

Niedźwiedź podniesł łape do wierchu. I… na mój dusiu! Kłusownik zemdloł! Zemdloł ze strachu, bo widząc uniesionom niedźwiedziom łape, pomyśloł, ze ta łapa fce go potęznie uderzyć.

- Straśnie delikatni som ci ludzie – mruknął niedźwiedź wzrusając ramionami.

Tymcasem Maryna, ftóro fruwała nad nomi i pozirała, co my w dole ryktujemy, wydarła sie nagle:
- Krześni! W uciekaca!
- A co sie dzieje? – spytołek.
- Straznicy parku narodowego kryncom sie nieopodal. Nie wiadomo, co se pomyślom, kie wos tutok z tym chłopem uwidzom, więc lepiej hybojmy.
- Nie – prociwiłek sie. – Mom pewien pomysł. Niek tutok przyjdom. Co najwyzej niek niedźwiedź stela pódzie, coby ik niefcący nie wystrasył.
- A kany mom póść? – spytoł niedźwiedź.
- Syćko jedno – pedziołek. – Mozecie hipnąć na ślak, coby sprawdzić, cy jakisi kolejny turysta nie niesie w plecaku torebki cukierków.
- O! Dobry pomysł – uciesył sie niedźwiedź oblizując sie po kufie i wartko pohyboł ku najblizsemu ślakowi.
Jo zaś zacąłek głośno scekać:
- Hau-hau-hau! Hau-hau! Hauuuu!

Co to znacy w ludzkim języku? E, nie bede tłumacył, bo to były takie bzdury, ze wstydze sie teroz je powtarzać. Wte chodziło mi ino o to, coby zwabić ku sobie ponów strazników. No i udało sie – zaroz przysło dwók chłopów w piknyk straznicyk uniformak. Kie uwidzieli nieprzytomnego kłusownika, uklękli przy nim i klepli w policki. Kłusownik otworzył ocy, podniesł sie i zaniepokojony rozejrzoł wokoło. Zaroz niepokój z jego kufy zniknął. Najpewniej po tym, jak uwidzioł, ze “świstaka-olbrzyma” juz nimo.

- Nic panu nie jest? – spytali straznicy.
- Nic, zupełnie nic – zapewnił kłusownik. – Cóz. Miło mi było ponów spotkać, ale jo juz se póde.
- Nie tak prędko – pedzieli straznicy. – Złamał pan dwa przepisy: chodzi pan po parku narodowym poza wyznaczonymi szlakami, a ponadto wprowadził pan na teren parku psa.
- Jakiego psa? Tego? – spytoł kłusownik, zauwazywsy mnie wreście. – To nie mój. Nawet nie wiem, skąd on sie tutok wziął.

Zacąłek piknie łasić sie do kłusownika. Kie straznicy to uwidzieli, zacęli sie śmiać:
- Hahaha! I co? Nie pański pies? Nie nabierze nas pan na swoje bajki!
- To nie som zodne bojki! – zarzekoł sie kłusownik. – Nigdy, przenigdy na zodnom wyprawe na świstaki nie brołek ze sobom psa. Przysięgom!
- Ejże! O jakiej wyprawie na świstaki pan mówi? – zaciekawili sie straznicy.
- No, zwycajnej – głuptok tak straśnie był skołowany tym syćkim, co przezył w ciągu ostatniego kwadransa, ze zupełnie zabocył, ze przed parkowymi straznikami pewne rzecy lepiej by mu było przemilceć. – Mój pradziad polowoł na świstaki, mój dziad i mój ojciec. A teroz jo poluje. Od wielu, wielu roków. I mało fto zdołoł ik telo upolować, co jo. Bajako.
- Ha! – zawołali straznicy. – Wygląda na to, że dopadliśmy gagatka, który uprawia kłusownictwo!
- Ze co?… O… krucafuks!!! – kłusownik złapoł sie za gymbe. Teroz dopiero uświadomił se swój błąd.
- Zostaje pan zatrzymany- oznajmili straznicy. – Idziemy na dół, a potem przekażemy pana w ręce policji.
- O, Jezusicku! I co ze mnom bedzie? – spytoł kłusownik.
- Co będzie? Pewnie artykuł 181, paragraf 2 Kodeksu karnego – pedzieli straznicy i zacęli piknie cytować z pamięci. – Kto, wbrew przepisom obowiązującym na terenie objętym ochroną, niszczy albo uszkadza rośliny lub zwierzęta powodując istotną szkodę, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Straznicy wroz z zatrzymanym kłusownikiem rusyli ku dołowi. A o mnie – jakosi zabocyli. Niekze ta. Ba jeśli nase organa sprawiedliwości wytocom temu kłusownikowi proces i bedom potrzebowały zeznań Maryny i moik w charakterze świadków – oboje jesteśmy gotowi piknie zeznawać.

A wy, ostomili, jeśli będąc na Podholu, napotkocie jakiegosi kłusownika, to bedziecie wiedzieli, co robić? Cóz, mozecie po prostu zgłosić sprawe na policje. Ba jeśli jesteście bardziej wyrachowani – to mozecie odesłać chłopa ku Marynie Krywaniec i ku mnie. A my juz piknie zajmiemy sie kolejnym sietniokiem, co to na chronionom zywine poluje. Hau!

P.S.1. A w ten wtorek – piknie wesoło tutok bedzie. Bo w tym dniu urodziny swe bedzie obchodzić Poni Agnieszka, a imieniny – Madgarecka. No to zdrowie Poni Agnieszki i Madgarecki :D

P.S.2. W najblizsom sobote tyz piknie wesoło bedzie – w tym dniu obchodzom swe imieniny Anecka Holendersko, Anecka Schroniskowo i Fusillecka. Piknie zatem wypijmy za zdrowie Anecki Holenderskiej, Anecki Schroniskowej i Fusillecki! :D

14.07.2014
poniedziałek

Dlocego tatrzańskie świstaki unikajom ludzi?

14 lipca 2014, poniedziałek,

Cy jest taki górski turysta, co to wędrując po tatrzańskik perciak nie fciołby spotkać świstaka? E, chyba nimo. Chyba kozdy by fcioł. Ale cało bida w tym, ze świstaki – w odróznieniu od much i klescy – wcale nie lgnom do ludzi. Wręc przeciwnie – furt przed nimi uciekajom. Cemu? Odpowiedź na to pytonie nojdziecie w ksiązecce Na co gwiżdżą?, napisanej przez pona Tomasza Zwijacza-Kozice i wydanej przez Tatrzański Park Narodowy. Ksiązecka – nie licąc błędu ortograficnego na stronie 28 – jest barzo pikno. Fto jom przecyto, ten dowie sie wielu ciekawyk rzecy o tym najhyrniejsym gryzoniu nasyk najwyzsyk gór. Dowie sie na przikład tego, ze wcale nie niedźwiedź jest najwięksym śpiochem nasyk Tater, ino świstak właśnie. Bo świstaki w zimowy sen zapadajom juz we wrześniu, a kładąc sie spać nastawiajom swoje budziki dopiero na kwiecień. A som i takie, dlo ftóryk spanie do kwietnia to by była ino krótko drzemka, więc nastawiajom budziki na maj.* Bajako.

Kany one śpiom? Ano w wyryktowanyk przez siebie norak. W nik zreśtom spędzajom więksość swego zywobycia, nawet w cas wiosny i lata. Ba te ik nory to nie som takie ino zwycajne dziury w ziemi. O, nie! To jest cały pikny system korytorzy, z wejściami i wyjściami awaryjnymi, z izbami słuzącymi do róznyk celów i nawet… z kibelkiem.** Tak, tak, ostomili, nie myślcie se, ze ino wy ludzie zgłębiliście tajniki inzynierii sanitarnej. Świstaki zgłębiły je tyz.

No ale co z tym uciekaniem świstaków przed ludźmi? Cy one uciekajom przed womi na kozdej syrokości geograficnej? Otóz nie! W Alpak – jak pise pon Zwijacz-Kozica – świstaki dosłownie jedzą turystom z ręki. Dodoje przy tym, ze tak chyba będzie i w Tatrach, o ile uda się wytępić kłusowników.***

No właśnie. Kłusownicy… Krucafuks! Skaranie boskie z nimi! Kiesik bedziemy musieli wroz z Marynom Krywaniec dać tym sietniokom naucke. Trza jednak wyraźnie pedzieć, ze nie som oni jedynym powodem, dlo ftórego tatrzańskie świstaki wolom ludzi unikać. Jest jesce jeden. Jaki? Otóz, ostomili, z ksiązecki, o ftórej tutok godom, mozno sie dowiedzieć jesce jednej ciekawej rzecy. Mianowicie takiej, ze jeden dorosły świstak spożywa dziennie około 1-1,5 kg masy roślinnej. Gdyby ważący 70 kg człowiek, odpowiednio do swojej wagi, chciał zjeść tyle, co świstak, musiałby skonsumować 20-35 kg pożywienia dziennie.****

- Owcarku! – zawołocie pewnie – Chyba zesliście z tematu! Co jedzonko świstaków mo wspólnego z tym, ze one unikajom ludzi?

Ano mo. Ocywiście ze mo. Bo zwróćcie uwage, ze świstaki to górole. Zywina wprodzie, nie ludzie, ale górole. A co robi prowdziwy polski górol, kie kogosi spotko? Syćko jedno cy znajomego cy niepiloka? Ano… cuje sie zobowiązany, coby z nim pogodać. Na jaki temat? To zalezy. Górol-świstak z pewnościom pogodołby o swojej ulubionej cynności, cyli o jedzeniu. I w tym właśnie problem! Bo dlo świstaków – z womi ludźmi to zodno rozmowa. Wy nie umiecie zjeść 35 kilogramów pozywienia dziennie. A jak nie umiecie… to o cym właściwie te świstaki majom z womi godać? No o cym? Hau?

* T. Zwijacz-Kozica, Na co gwiżdżą? Czyli prawie wszystko o świstakach, Tatrzański Park Narodowy, Zakopane 2012, s. 63.
** Ibidem, s. 43-45.
*** Ibidem, s. 103.
**** Ibidem, 57.

6.07.2014
niedziela

W piknej krainie cornyk góroli

6 lipca 2014, niedziela,

Przeglądołek niedowno sterte gazet, ftóre od łońskiego roku zalegajom w kącie nasej bacówki. Była wśród nik pikno “Gazeta Górska”, a w niej – artykuł poni Małgorzaty Kotarby o cornyk górolak. Kany ci corni górole zyjom? Ano nad rzekom Poprad w Beskidzie Sądeckim. Fto fciołby cegosi więcej sie o nik dowiedzieć, ten moze hipnąć do biblioteki, ftóro mo w swoik zbiorak owom “Gazete Górskom”, popytać o numer trzeci z 2013 rocku – i tamok ten tekst poni Kotarby piknie se nojdzie. Artykuł długi nie jest, jak to artykuł, ale mozno dowiedzieć sie zeń róznyk ciekawyk rzecy o zyciu tego ludu w starodownyk casak. Jest więc tamok mowa i o praktykowanym w tamtyk stronak pasterstwie, i o flisactwie, i o tkactwie, i o kowalstwie tyz. Kie idzie o te ostatniom profesje, to poni Kotarba piknie dowodzi, ze cornogóralskie wsie miały z niej barzo wiele pozytku. Jako napisała, kuźnia niejednokrotnie stawała się miejscem spotkań towarzyskich: tu podkuwano konie, naprawiano narzędzia rolnicze i gospodarcze, ale i… udzielano pomocy dentystycznej (wyrywanie zębów).* Ano… tak to faktycnie było. Drzewiej niejeden rzemieślnik – nie ino kowal – mógł sie pokwolić nie tylko dyplomem mistrzowskim, ale tyz tym, ze jest piknie uzdolnionym wyrwizębem. Nie ino nad Popradem zreśtom i nie ino w Polsce. Fto cytoł Moby Dicka pona Melville’a, ten być moze bocy, ze był tamok taki cieśla okrętowy, do ftórego zgłasali sie marynorze cięrpiący na ból zęba. Cieśla ten broł kufe niescynśnika w imadło (coby pacjent nie wiercił sie podcas zabiegu) i zaroz ryktowoł piknom, choć niekoniecnie bezbolesnom ekstrakcje. Tak, tak, ostomili, kiesik to byli prowdziwi ludzie renesansu! Syćko umieli! A w kozdym rozie barzo wiele. Kielo zaś dzisiok jest takik dentystów, co to umiom nie ino ząb wylecyć, ale tyz na przikład podkuć konia? No kielo? He? Ftosi mógłby pedzieć: Ba zwróć, owcarku, uwage, ze ci downi rzemieślnicy to ino zęby rwali. Natomiast dzisiejsy stomatolog w środku ludzkiej gymby umie zrobić wiele inksyk pozytecnyk rzecy.

- Ha! – jo na to odpowiem. – Downy rzemieślnik rwoł ino zęby, bo cało medycyna stała wte na nizsym poziomie. Ba kieby ten downy rzemieślnik przeniesł sie w dzisiejse casy i zapoznoł z obecnymi metodami lecenia zębisków, to fto mi udowodni, ze nie naucyłby sie piknego ryktowania plomb, koronek i inksyk implantów? Fto mi udowodni, ze nie zgłębiłby tajników stomatologii estetycnej? Jo tam nie widze powodu, dlo ftórego nie miołby se dać z tym syćkim rady. Nie widze i ślus.

No ale rozgodołek sie o tyk rzemieślnikak-dentystak, tymcasem jo fciołek zbocyć o nik ino tak przy okazji. Główny zaś powód, dlo ftórego postanowiłek poświęcić ten wpis artykułowi poni Kotarby, jest inksy. Otóz, moi ostomili, ciekaw jestem, cy wiecie, cemu tyk góroli znad Popradu nazywano cornymi? Cy dlotego, ze latem barzo lubili sie opalać i przez to mieli ciemny kolor skóry? Nie, wcale nie dlotego. To moze sie nie myli? E, tam. Moze nie chybali pod pryśnic pięć rozy dziennie, ale z pewnościom myli sie nie rzadziej niz górole podhalańscy abo spiscy. No to skąd w końcu tako nazwa? Ano – z powodu ubrań. Oni furt chodzili po polu w cornyk strojak. Tak ze kieby pojawił sie wśród nik pon Zorro, to pokiela nie otworzyłby gymby i nie zacął godać w inksym języku, oni w ogóle nie zorientowaliby sie, ze to niepilok. A syćko przez to, ze wierzchnie ubrania na ogół ryktowano tamok z owieckowej wełny. Na cornogóralskik dziedzinak zaś na przełomie XIX i XX w. w stadach dominowały owce czarne (o czarnym runie).** Więc wełna od tyk owiecek nie mogła być inksego koloru. I telo.

Heeej! Corne owiecki, corne owiecki… Jak wiadomo, wsędy sie takie zdarzajom. Jak nie dosłownie – to przynajmniej w przenośni. Cy dobrze jest być jednom z nik? Cóz, moze to mieć pewne zalety. Ale mo tyz co najmniej jednom sakramenckom wade – jest sie wytykanym palcami przez syćkik dookoła. I casem mozno mieć tego wytykania serdecnie dosyć. Fciałoby sie choć kapecke odeń odpocąć, choć na krótki cas kasi sie schować. Ino kany? Ano… najlepiej wśród swoik, cyli w tej piknej krainie cornyk owieciek. Nawet jeśli nimo juz tamok telo owiec co downiej – to ik duchy z pewnościom nadal som w tamtyk stronak piknie obecne. Bajako.

Tak więc dlo kozdego, fto uchodzi w swoim otoceniu za cornom owce, jo mom piknom propozycje – jeśli jesce nie wiecie, kany wybrać sie na tegorocne wakacje, wybiercie sie do nadpopradzkiej cynści Beskidu Sądeckiego. Nie ino dlotego, ze uwidzicie tamok pikne zielone wiersycki, z piknymi górskimi miejscowościami, jak Piwniczna cy Rytro. I nie ino dlatego, ze stamtela barzo blisko do iście bajkowego zamku w Starej Lubowli na Słowacji. W tamte strony worce wom sie wybrać takze dlotego, ze tamok – jako te corne owce – bedziecie piknie u siebie. Hau!

P.S. A na najblizsy wtorek Smadnego Mnicha trza piknie wyryktować, bo Babeckowe imieniny bedom. Zdrowie Babecki! :D

* M. Kotarba, Czarni górale z niekoniecznie czarnym charakterem, “Gazeta Górska” 2013, R. XX, nr 3 (83), s. 41.
** Ibidem, s. 40.

27.06.2014
piątek

Cy sowa to mądry ptok?

27 czerwca 2014, piątek,

Pare tyźni temu, w pikny majowy wiecór, siedziołek se na holi i pilnowołek owiecek mojego bacy. Nagle uwidziołek przelatującego nad smrekami nocnego ptoka. Fto to był? Ano Aegolius funereus, po nasemu włochatka, cyli gatunek sowy, jaki mozecie spotkać w nasyk piknyk górak.
- Bidocka – westchnąłek.
Włochatka musiała moje westchnienie usłyseć, bo nagle zawróciła i podfrunęła ku mnie.
- Cemu godocie, ze jestem bidocka? – spytała.

No cóz… Właśnie byłek świezo po lekturze najnowsego numeru casopisma “Sielskie Życie”. Był tamok między inksymi pikny artykuł o sowak. No i w artykule tym wycytołek, ze sowy sprawiają wrażenie osoby myślącej. A jaka jest prawda? Z anatomicznego punktu widzenia większość ich mózgoczaszki zajmują oczy, nie pozostawiając zbyt dużo miejsca na mózg odpowiadający za mądrość i intelekt. Dlatego niesłusznie uważa się je za symbol mądrości.*

- Ojej! – zmartwiła sie sowa, kie pedziołek jej, cego sie dowiedziołek. – A jo myślałak, ze jestem barzo mądrym ptokiem! Ludzie wse godajom, ze sowy som mądre i jo potela piknie w to wierzyłak.
- Nie turbujcie sie, krzesno – próbowołek włochatke pociesyć. – Fcecie być mądrym ptokiem? Do sie to załatwić. Sto kilometrów stela jest pikne miasto Kraków. A w tym mieście jest pikno Biblioteka Jagiellońsko, ka majom całe magazyny barzo uconyk ksiązek. Kie te ksiązki przecytocie, to na pewno mądrości przybędzie wom piknie. Haj.
- Ino jak jo mom je przecytać? – spytała włochatka. – Jo cytać nie umiem!

Cóz, to faktycnie był pewien problem. Ale nie niemozliwy do rozwiązania. Postanowiłek sowie pomóc. Wnet wyryktowołek jej przyśpiesony kurs cytania. Mojo ucennica okazała sie być tak barzo spragnionom wiedzy, ze w mig opanowała cały alfabet. A kie go opanowała, to nie zwlekając ani kwili pofrunęła ku Krakowowi. Haj.

Mijały tyźnie. O spotkaniu z włochatkom juz prawie zabocyłek. Jaz nagle wcora… usłysołek od strony smreków znajomy głos:
- Krzesny! Mozecie ku mnie hipnąć?

Pohybołek ku smrekom. Włochatka siedziała na gałęzi jednego z nik. Ale na mój dusiu! Wiecie jak wyglądała? Miała straśnie wybałusone ocy! Tak niesamowicie wybałusone, ze wyglądała jak zaba obrośnięto pierzem!
- Krzesno – zacąłek – nie fce wos martwić, ale te wase ocy…
- Wiem, wiem – przerwoł mi ptok. – Zorientowałak sie, kie zauwazyłak, ze moge barzo dokładnie obejrzeć wierch swego dzioba.
- Ale co sie stało? – spytołek. – Cy to jakosi choroba? Cy to jest moze zaraźliwe?

Zacąłek nawet ostroznie sie odsuwać, bo jeśli to faktycnie miałoby być zaraźliwe, to nie fciołek, coby owce wkrótce sie ze mnie śmiały, ze pilnuje ik skrzizowanie owcarka z Kermitem.

- Spokojnie, nicym sie ode mnie nie zarazicie – zapewniła sowa. – Zaroz wyjaśnie wom, co mi sie przydarzyło. Otóz, krzesny, posłak za wasom radom. Pohybałak do Krakowa i zakradłak sie do Biblioteki Jagiellońskiej. No i zacęłak tamok cytać ksiązki. Piknie przecytałak dzieła filozofów, podręcniki z matematyki, fizyki, chemii i róznyk takik dziedzin nauki, o ftóryk istnieniu więksość ludzi nimo nawet bladego pojęcia. Przecytałak artykuły naukowe w róznyk prestizowyk casopismak. No i ocywiście arcydzieła literatury – od Homera, przez Joyce’a, jaz po poniom Szymborskom. Byłak tak barzo spragniono wiedzy, ze przecytałak to syćko w niebywale sybkim tempie. I nie fce sie kwolić, ale zrobiła sie ze mnie tako erudytka ze hej!
- W ciągu kilku tyźni zaledwie? – nie dowierzołek.
- Sprawdźcie mnie – zaproponowała włochatka. – Zadojcie mi trudne pytonie z jakiejkolwiek dziedziny.
- Dobrze – zgodziłek sie. – Powiedzcie mi, jaki jest najwyzsy wierch Hondurasu.
- Łatwizna! – zaśmiała sie sowa. – Cerro Las Minas, 2849 metrów nad poziomem morza.
- Eee…nawet nie wiem, cy dobrze odpowiedzieliście – przyznołek. – Po prostu zadołek wom pierwse lepse pytonie, jakie mi strzeliło do łba.
- No to zadojcie takie, na ftóre znocie odpowiedź – popytała sowa. – Ale niek to bedzie naprowde barzo trudne pytonie, a nie tak łatwe jak z tym Hondurasem.
- W porządku, wierze wom – ustąpiłek. – I nie bede ukrywoł, ze straśnie zazdrosce tak piknej wiedzy.
- Eh, nie wiem, cy jest cego zazdrościć – westchnęła sowa. – Mój mózg od tej wiedzy tak sie rozrósł, ze… jaz mi ocy wypchnął z caski! I dlotego właśnie one tak teroz wystajom na wierch. O, Jezusicku! Co za wstyd! Jak jo sie teroz inksym sowom pokoze?
- Syćko bedzie dobrze – próbowołek bidocke uspokoić. – Pomogłek wom zmądrzeć, to i pomoge odzyskać downy wygląd. Wiecie, co zrobimy? Wykrodne juhasom laptopa i dom wom do obejrzenia walki bokserskie. Od ik oglądania mózg zaroz wom sie piknie skurcy, a wte wase ocy wrócom na swoje miejsce.
- Ale jo nie fce, coby mózg mi sie skurcył! – prociwiła sie sowa. – Jo fce być nadal mądro! Ba zarozem nie fce mieć tak wybałusonyk gał!
- Krzesno – wziąłek głębsy oddech – przecytoliście telo mądryk ksiązek, to powinniście wiedzieć, ze nie do sie zjeść ciastka i mieć ciastko.
- Tak ludzie godajom – odpowiedziała sowa. – Ba kiesik godali, ze nie do sie polecieć w kosmos. I co? Nie latajom?
- Na mój dusiu! – W końcu sie zniecierpliwiłek. – Skoro jesteście teroz tacy mądrzy, to cemu sami nie rozwiązecie swojego problemu?
- A bo widzicie, krzesny – odpowiedziała włochatka. – Wśród ksiązek, ftóre przecytałak, była tako jedno pod tytułem Modlitwa żaby, napisano przez jegomościa de Mello. No i była tamok historyjka o cięzarówce, ftóro zaklinowała sie pod wiaduktem. Zaklinowała sie tak, ze ani w jednom, ani w drugom strone nijak nie mogła rusyć. Zebrali sie eksperci, ftórzy zacęli śpekulować, jak to auto wyciągnąć. Myśleli, myśleli, myśleli… jaz nagle pojawił sie mały chłopacek, ftóry zauwazył, ze przecie wystarcy ino spuścić powietrze z opon!
- Pikno historia – pedziołek.
- Bajuści – pedziała sowa. – Ba w moim przypadku moze jest podobnie? Jo nie wiem, jak rozwiązać swój problem, ale moze potrzeba jakiegosi głuptoka, ftóry wpodnie na równie proste co genialne rozwiązanie?

Cóz, skoro sowa potrzebowała głuptoka, fciołek zaproponować jej, coby w najblizys piątek pohybała do jakiejsi skoły na zakońcenie roku skolnego i tamok sprawdziła, ftóry uceń dostonie najgorse świadectwo. Ba nagle… dały sie słyseć trzaski łamanyk gałązek. Ftosi zblizoł sie ku nom. Fto? Hehe, po zapachu od rozu poznołek znajomego niedźwiedzia. Po kwili znad gęstego jałowca wynurzył sie wielki kosmaty łeb.

- Witojcie krzesny! – zawołoł właściciel łba i zaroz wyseł przed jałowiec. – Co wy tutok robicie?
- Ano, próbuje pomóc tej oto bidocce – pedziołek i głowom wskazołek włochatke.

Niedźwiedź poźreł na mojom znajomom. Zaroz potem rozdziawił gymbe syroko i… jak nie zacął tarzać sie ze śmiechu!

- O, krucafuks! Haha! Co to za ocy? Hahahahaha! Cy to jakisi kosmita? Haha! Haha! Hahaha!

Sowie ten śmiech sie nie spodoboł. Dostała furii i rzuciła sie na niedźwiedzia. Zacęła go dziobać wykrzykując:
- Bedzies sie ze mnie śmioł!? Bedzies sie śmioł z cudzego niescynścia, ty kudłato weredo!? A, mos! A, mos! A, mos!
-Na mój dusiu! Przestońcie! – wołoł zaskocony niedźwiedź. – Au! Piknie pytom, przestońcie! Pośmiać sie nie wolno? Au! Auuuu!
Zacął opędzać sie od sowik ataków swoimi wielkimi łapami. No i w pewnym momencie prasnął włochatke prosto w kufe. Ptok przelecioł bezwładnie między smrekami i wylądowoł na pobliskiej ściezce.
- Co wy wyprawiocie, krzesny! – wrzasnąłek. – Mogliście jom zabić!
- Jo nic nie winien – odrzekł niedźwiedź. – Broniłek sie ino.
- Nalezało bronić sie delikatniej – skarciłek sietnioka. – Przecie wy jesteście najpotęzniejsym ssakiem Europy, a ona – delikatnom ptasynom.

Niedźwiedziowi głupio sie zrobiło. Poźreł zmiesany na te swoje łapy, jakby fcioł im wytłumacyć, ze nie nalezy bić słabsyk.

Jo tymcasem pohybołek ku sowie. Ta zaś… dźwigła sie pomału z ziemi i… O, Jezusicku! Jej ocy juz nie były wybałusone! Nojdowały sie dokładnie tamok, ka powinny! Niedźwiedź tym swoim ciosem wepchnął je na miejsce!

Nalezało sie jednak upewnić, cy bidocka od miśkowego uderzenia nie doznała wstrząśnienia mózgu.

- Syćko w porządku, krzesno? – spytołek.
- To przecie proste! – zawołała włochatka.

Hmm… Nie barzo wiedziołek, cy to była odpowiedź na moje pytonie cy jednak sowa wskutek praśnięcia doznała pomiesania zmysłów.

- Yyy… co jest proste? – spytołek.
- No, kwadratura koła jest prosto – odpowiedziała sowa. – Właśnie wpadłak na to, jak to zrobić.
- Co? – zdziwiłek sie. – Przecie podobno udowodniono, ze kwadratura koła jest niemozliwo.
- Bździny – odpowiedziała sowa. – To znacy owsem, w 1882 rocku matematyk Ferdinand Lindemann niby udowodnił, ze tako rzec jest niemozliwo. Ale jo właśnie odkryłak, ze w jego dowodzie był błąd. Jak fcecie, krzesny, to piknie wom wytłumace na cym ten błąd polegoł.
Zanim zdązyłek odpowiedzieć, włochatka zawołała:
- Na mój dusicku! Wiem! Juz wiem!
- Co wiecie? – spytołek.
- Wiem, jaki powinien być skład chemicny paliwa, coby auto przejechało tysiąc kilometrów na jednym litrze, wypuscając przy tym z rury wydechowej świeze powietrze zamiast trującyk spalin.

O, krucafuks! Wyglądało na to, ze sowa zrobiła sie jesce mądrzejso, niz była! Ale jak to mozliwe? Po kwili zrozumiołek. Moi ostomili, wiadomo przecie, ze im bardziej mózg jest pofałdowany, tym mądrzejsy. A skoro włochatkowe ocy – za sprawom niedźwiedziej łapy – wróciły na miejsce, to tym samym ścisnęły nojdujący sie za nimi mózg. Mózgowi od ściśnięcia przybyło fałd – i oto wyjaśnienie zagadki. Bajako.

- Krzesno – pedziołek. – Gratuluje wom, zeście w ciągu pół minuty dokonali dwók piknyk odkryć naukowyk. Ba zanim dokonocie następnego, proponuje wom, cobyście poźreli do nojdującej sie obok wos kałuzy.

Po ostatnik dyscak było na ściezce pare kałuz. Jednom z nik sowa miała tuz pod sobom. Poźreła w niom, ujrzała swe odbicie i… heeej! Ale radość jom ogarnęła!

- O, Jezusicku! – uciesyła sie. – Moje ocy som tamok, ka były! Znów wyglądom jak normalno sowa!

- Krzesny! – zwróciła sie po kwili do niedźwiedzia, ftóry tymcasem podeseł ku nom. – Dziękuje wom! Piknie dziękuje!
- Drobiazg – pedzioł niedźwiedź. – Miło spotkać wreście kogosi, kogo ciesom niedźwiedzie przysługi, a nie martwiom.
- Niekze wos wybośkom! – zawołała sowa.
- Nie, lepiej nie – wzbranioł sie niedźwiedź. – Juz lepiej nie zblizojcie sie ku mnie, bo mógłbyk wos znowu niefcący prasnąć. A nie wiadomo, cy to drugie praśnięcie byłoby dlo wos równie pozytecne jak to pierwse.
- Niekze ta – pedziała sowa, a po kwili zmieniła temat. – Na mnie chyba pora. Cuje, ze nauka mnie potrzebuje. Zegnojcie, krześni. Rusom w świat. A jeśli bedziecie fcieli sie ze mnom spotkać, sukojcie mnie na Oksfordzie abo inksym Harvardzie.

No i pozegnali my sie z włochatkom. Zaroz potem pofrunęła kasi w dal. Ba jeśli w najblizsym casie usłysycie, ze naukowcy rozwiązali problem, ftórego potela nijak nie umieli rozwiązać – bedziecie wiedzieli, cyjo to zasługa. Choć ocywiście istnieje i tako mozliwość, ze z powodów biurokratycno-formalno-proceduralnyk na pozytki z geniusu nasej włochatki ludzkość bedzie musiała kapecke pockać. Cóz, pozyjemy, zobacymy.

W kozdym rozie kie teroz ftosi spyto mnie, cy sowa jest mądrym ptokiem, jo bez wahania odpowiem, ze co najmniej jedno – jest. Hau!

P.S.1. W najblizsom sobote – piknom okazje do wzniesienia Smadnyk Mnichów bedziemy mieli, bo bedom Madgareckowe urodziny. Zdrowie Madgarecki! :D

P.S.2. I w niedziele tyz pikno okazja do wzniesienia Smadnyk Mnichów bedzie, bo w tym dniu momy Paffeckowe imieniny. Zdrowie Paffecka! :D

P.S.3. W poniedziałek tyz toastów Smadnym Mnichem nie moze zabraknąć, bo to dzień Oleckowej rocnicy ślubu. Zdrowie Olecki i Pona Oleckowego! :D

* Księżniczniczki i książęta nocy. “Sielskie Życie” 2014, nr 3, s. 119.

20.06.2014
piątek

Fto to napisoł?

20 czerwca 2014, piątek,

Jeśli mocie, ostomili, ochote pocytać cosi piknego o przyjaźni ludzko-kociej, to polecom wom ksiązke “Kot Bob i ja” pona Jamesa Bowena. Kim jest ten pon Bowen? Ano takim jednym Anglikiem, ftóry do urodzonyk w cepku racej nie nalezoł. Po serii róznyk zyciowyk niepowodzeń – sięgnął po jakisi narkotyk. Potem sięgnął po drugi, potem po trzeci… No i krucafuks! Bidok sie uzaleznił! Uzaleznił straśnie! W dodatku – coby mieć dutki na kolejne narkotykowe plugastwa – zacął kraść. Na scynście przyseł w końcu taki dzień, ze postanowił zerwać z nałogiem. Zgłosił sie na odwyk, dostoł mieskanie od opieki społecnej (marne bo marne, ale przynajmniej zapewniało jakisi dach nad głowom), no i zacął ucciwie zarabiać. W jaki sposób? Ano w taki, ze siadoł se na londyńskim chodniku i groł na gitarze, wyśpiewując a to cosi z Nirvany, a to cosi z Johnny’ego Casha, a to cosi jesce inksego. Dutki, jakie za swe granie dostawoł od przechodniów, nie były zbyt wielkie, ale jakosi pozwalały mu wiązać koniec z końcem. Cy jednak taki tryb zycia dawoł sanse na ostatecne wyswobodzenie sie ze śponów straśliwego nałogu? Istniało duze niebezpieceństwo… ze niestety nie.

Jaz pewnego wiecora, na pocątku 2007 rocku, pon Bowen wroz z przyjaciółkom wracoł do swego domu. W bloku winda jak zwykle nie działała – zbocowoł później w swojej ksiązce – ruszyliśmy więc z rezygnacją w stronę schodów, żeby zacząć wspinaczkę na piąte piętro. Jarzeniówka w korytarzu była rozbita i część parteru tonęła w mroku, ale po drodze nie mogłem nie zauważyć płonącej w ciemnościach pary oczu. Kiedy usłyszałem ciche miauczenie, w którym pobrzmiewała delikatna nuta skargi, od razu wiedziałem, co to takiego. Podszedłem bliżej i w półmroku zdołałem dostrzec rudego kota na wycieraczce jednego z mieszkań na parterze, przy samym wejściu na klatkę schodową.*

Ot, zwycajny bezdomny dachowiec, mozno by pomyśleć. Ale to spotkanie – jak niebawem miało sie okazać – wcale takie zwycajne nie było. To spotkanie oznacało pikny przełom w zywobyciu zarówno pona Bowena, jak i tego rudego przybłędy, ftóry wkrótce otrzymoł imie Bob. Niewiele casu minęło, jak tyk dwók londyńskik bidoków – cłowiek z marginesu i futrzasty rudzielec znikąd – zacęło wspólnie zarabiać na zycie występami na ulicak miasta. I piknie im było rozem. Barzo piknie! Z pewnościom nie mieli zycia usłanego rózami, ale dzięki temu, ze mieli siebie, całkiem nieźle dawali se rade bez tyk róz. A kie bedziecie cytać o ik przygodak, to mozliwe, ze przybocom sie wom pikne słowa z piknej ponobrzechwowej wersji “Kota w butach”:

Nie mam srebra ani złota,
Lecz nie pragnę w życiu zmian,
Bo kto ma własnego kota,
Ten jest całą gębą pan.**

Worce dodać, ze ksiązka wcale nie końcy sie na ostatniej stronie. Dalsy ciąg dzieje sie cały cas – mozno go śledzić na Twitterze, na profilu “streetcatbob”. Ocywiście pod warunkiem, ze zno sie angielski przynajmniej kapecke. Kogo zaś Twittery nie bawiom, ten moze pooglądać se Boba na tym oto filmiku. A moze… Mordechajecek, ftóry przecie tyz w Londynie zyje, bedzie mioł kiesik dlo nos jakiesi ciekawe wieści o Bobie? Okaze sie. Haj.

Jest w ksiązce jedno rzec, ftóro pocątkowo dziwiła mnie straśnie. Otóz nojduje sie tamok taki króciutki epizod, jak to pon Bowen odbywo podróz do swej matki zyjącej w Australii. No i cosi mi sie widzi, ze… ten australijski wątek jest opisany jakosi tak mało dokładnie. Zacąłek śpekulować cemu. Cyzby pon Bowen zabocył, co robił na południowej pólkuli? E, nie widzi mi sie, coby mógł zabocyć. No to moze uznoł, ze jego wyjazd do ojcyzny kangurów był mało wozny? Racej nie, wręc przeciwnie – przecie dzięki temu wyjazdowi jego stosunki z matkom zmieniły sie na lepse. Na duzo lepse! Więc cemu kruca tak niewiele o tym napisoł? Myślołek, myślołek… jaz wreście mnie olśniło. Na mój dusiu! To przecie jasne! Te ksiązke musioł napisać nie pon Bowen, ino… jego kot! Bajako! To kot Bob jest prowdziwym autorem! A ze nie polecioł ze swym opiekunem do Australii – to o jego pobycie w tym kraju mógł wiedzieć ino telo, kielo podsłuchoł z ludzkik rozmów. Jasne? Ocywiście, ze jasne.

Cemu nie podano, fto naprowde napisoł te ksiązke – nietrudno sie domyślić. Zbyt wielu ludzi by nie uwierzyło, ze kot umie pisać. Uznaliby, ze ta ksiązka to jedno wielko bździna i nie fcieliby jej kupować. Więc wyryktowano bojke, ze napisoł jom cłowiek. Bo z womi ludźmi tak to juz jest, ze casem łatwiej wom uwierzyć w bojke niz w prowde. Bajako.

Tak więc to Bobowi gratulujmy wyryktowania piknej ksiązki. Nikomu inksemu jako Bobowi właśnie. Ba ponu Bowenowi ocywiście tyz pikne gratulacje sie nalezom – za stworzenie kotu warunków do piknej pracy pisarskiej.

A ci z wos, co majom w domu kota, lepiej cobyście zacęli piknie obserwować, co ten was pupil ryktuje. Fto wie? Moze tyz właśnie pise ksiązke? Hau!

P.S. I bocujmy piknie, ze w te sobote imieniny swe obchodzom dwie siumne właścicielki siumnyk kotów – Alecka i Alsecka. Zdrowie Alecki i Alsecki! :D

* J. Bowen, Kot Bob i ja. Jak kocur i człowiek znaleźli szczęście na ulicy, tł. A. Wajs. Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2014, s.8.
** J. Brzechwa, Kot w butach, mozecie to noleźć w róznyk ksiązeckak i na róznyk nośnikak dźwięku, ale mozecie tyz tutok.

18.06.2014
środa

Japonia gola!

18 czerwca 2014, środa,

Miołek, ostomili, taki plan, coby obecnym piłkarskim mistrzostwom nie poświęcać ani jednego wpisu. Ale cóz… plany majom to do siebie, ze casem sie zmieniajom. No i ten mój tyz sie zmienił. A cemu? Ano skłoniła mnie do tego pewno grupa ludzi. Nie wiem dokładnie, kielo ik jest. Pewnie z kilkaset. Abo kilka tysięcy. Ba nie swojom licebnościom przekonali mnie oni do zmiany planów, ino swoim zachowaniem. O kim godom? O japońskik kibicak. Haj. O, tutok mozecie se pocytać o tym, ze…

Kibice zwykle pozostawiają po sobie mnóstwo śmieci, czasami po przegranych meczach kibole dodatkowo demolują trybunę. Zupełnie inny przykład dali japońscy fani po sobotniej porażce z Wybrzeżem Kości Słoniowej.
Na Twitterze pojawiły się zdjęcia, na których [teroz uwaga, trzymojcie sie mocno krzeseł, na ftóryk w tej kwilecce siedzicie] Japończycy sprzątają śmieci z zajmowanych przez siebie sektorów na Arena Pernambuco w Recife.

Na mój dusiu! Bajuści! Posprzątali po sobie! Podobno najmniejsy śmietek po nik nie zostoł! Na załąconyk do artykułu fotkak piknie widać, jak potomkowie siumnyk samurajów starannie porządkujom miejsca, ka dopiero co kibicowali swoim zawodnikom. No to takom postowe mozno ino kwolić. Jak widać, nie ino sprzęt, ale tyz zachowanie made in Japan jest rzecom barzo piknom. Haj.

I kiebyk jo był nie owcarkiem podhalańskim, ino najwozniejsym cłowiekiem w FIFIE, to juz teroz ukwoliłbyk, ze tegorocnym mistrzem świata w piłce noznej zostoje Japonia. Syćkie pozostałe druzyny zaś – niek walcom o drugie miejsce. W końcu wicemistrzostwo tyz pikne. Bajako.

A moze worce wprowadzić przepis, ze druzyna, ftórej kibice pozostawiom po sobie śmietnik, przegrywo mec walkowerem? Kieby zaś śmietniki ostały sie po kibicak obu druzyn – to wte obustronno dyskwalifikacja i ślus. Niek po kozdym mecu bedzie pikno kontrola, cy kibice danej reprezentacji pozbierali po sobie syćkie papierki i inkse butelecki. I ocywiście cy powrzucali je do odpowiednik, ustawionyk pod stadionem pojemników. Opróc wyrabiania w kibicak dbałości o cystość miałoby to jesce jednom zalete. Jakom? Ano takom, ze kieby i piłkorze, i kibice zostawali po mecu poddawani kontroli – jedni antydopingowej, drudzy antyśmieciowej – to między jednymi a drugimi wyryktowałaby sie pikno więź. Wiadomo przecie, ze takie same – a przynajmniej podobne – doświadcenia piknie łącom ludzi.

Ftosi mógłby mi pedzieć, ze marzyć to jo se moge, ino nic mi nie przyjdzie z marzenia o tym, co niemozliwe. Ale na mój dusiu! Mało to juz rzecy wydarzyło sie w dziejak świata, ftóre najpierw widziały sie niemozliwymi, a potem jednak okazywało sie, ze som mozliwe? Ocywiście nie jestem jaz tak naiwny, coby licyć, ze juz w tym roku FIFA wprowadzi zaproponowany przeze mnie przepis. Na najblizysyk kolejnyk Mundialak tyz racej nimo co na to licyć. Ale… na przykład w 2030 rocku? Fto wie? Przecie to bedzie okrągło setno rocnica pierwsyk piłkarskik mistrzostw, więc z tej okazji przydałoby sie cosi niezwykłego ukwalować. Haj

Wracając zaś do tego, co w piłkarskim świecie dzieje sie teroz, to przyznom sie wom, ostomili, ze jo potela nawet nie wiedziołek, ftórej druzynie kibicować. Ale teroz juz wiem. Wiem barzo piknie… Japooonia gola! Japooonia gola! Taka jest owcaaarka wola! Hauuuuuu!

14.06.2014
sobota

Pikne gratulacje!

14 czerwca 2014, sobota,

Na mój dusiu! Furt okazuje sie, ze pewne rzecy na tym świecie majom sie zupełnie inacej, niz myślimy. Oto niecałe pół roku temu pozirali my na to pikne wydarzenie i myśleli, ze w całej Polsce nimo scynśliwsej dziewcyny od Justysi Kowalczyk. Z kolei nieco ponad 40 roków temu wydawało sie, ze nie moze być w nasym kraju scynśliwsego chłopa niz pon Wojciech Fortuna. Tymcasem… i tutok, i tutok wysło z casem na jaw, ze pozory mylom i ze zywobycie olimpijskiego mistrza wcale nie musi być sielankowe. Taki mistrz tyz moze mieć problemy – i to barzo róznego rodzaju, bo inksy diasek dręcył kiesik pona Fortune, a inksy dręcy dzisiok Justysie. W tym pierwsym przypadku problemem była gorzołka, w tym drugim – psychicny dołek. Haj.

O tym Justysiowym dołku świat dowiedzioł sie rozmowie nasej sportsmenki z ponem Pawłem Wilkowiczem. Rozmowa od ładnyk paru dni widocno jest na stronak sport.pl. Ale tak sie złozyło, ze jo przecytołek jom dopiero wcora. Przecytołek i… poźrełek na widniejące ponizej komentorze internautów. Spodziewołek sie, ze zaroz uwidze cały kierdel jadowityk postów, ze ftóryk te najłagodniejse bedom brzmiały mniej więcej tak: “O co tej babie idzie? Mo dutki, mo hyr, mo krzepe równom krzepie dwók abo nawet trzek chłopów – i jesce takiej źle?” Tymcasem… zaskocenie. Ale barzo pikne zaskocenie! Komentorze w zdecydowanej więksości były zycliwe, a nie złośliwe. Syćkik nie przecytołek, bo duzo ik było, ale dlo celów statystycnyk – tak na chybił-trafił – wybrołek se 150. No i wśród tyk stu pięćdziesięciu komentorzy nolozłek śtyry, ftóre były Justysi nieprzychylne. Dwanoście było takik, o ftóryk trudno pedzieć, cy były przychylne cy nie. Natomiast tyk przychylnyk – nalicyłek jaz 136. Mogłek ocywiście kapecke pomylić sie w liceniu, ale tak cy siak – wyglądo na to, ze 90 procentów komentatorów to ludzie, ftórzy piknie nasej Justysi współcujom. Cyli zdecydowano więksość!

Jakie były te współcujące komentorze? Ano barzo rózne. Jedni byli bardziej wylewni, drudzy mniej. Jedni wyryktowali ino kilka słów, inksi tak sie rozpisali, ze niemalze całe eseje z tego wysły. Jedni przyznawali, ze jaz spłakali sie podcas cytania wywiadu (nawet chłopy!), inksi starali sie dodać nasej mistrzyni otuchy, choć ocywiście nie wiadomo, cy ona sama kiedykolwiek ik słowa przecyto. Nieftórzy, po zapoznaniu sie z objawami Justysiowyk dolegliwości, zacęli wątpić, cy faktycnie – jak stwierdził jej doktór – cierpi ona na depresje cy nie jest to racej cosi inksego, na przykład choroba somatycno. Te wątpliwości jednak wynikały z chęci pomocy nasej hyrnej narciorce i z troski o to, coby lecenie jej było właściwe, a nie błędne. Bajako.

Moi ostomili, jeśli jesce nie cytoliście komentorzy pod tym wywiadem, to radze przecytać, bo podcas ik lektury jaz serce rośnie. Rośnie barzo piknie, kie widzi sie, kielo to ciepła i zycliwyk myśli potrafi niejeden cłek naryktować ku cierpiącemu bliźniemu. Wbrew temu, co godo sie o wierchującej w nasym społeceństwie znieculicy, te komentorze świadcom, ze moze jednak nie jest jaz tak źle? Moze ludzi wrazliwyk na cudzom bide wcale nie jest mało? Tak więc jo zyce Justysi, coby nękające jom plugastwo wartko posło se precki, natomiast tym internautom, ftórzy okazali sie być empatycnymi istotami, a nie bezdusnymi bejdokami – pinie gratuluje! Niek zyje wiara w ludzi! I niek zyjom ci, dzięki ftórym ta wiara jest mozliwo! Hau!

10.06.2014
wtorek

Sprawiedliwość dlo kozic

10 czerwca 2014, wtorek,

Półtora tyźnia temu w Gazecie Wyborcej ukazoł sie artykuł pona Wajraka o kozicak. Artykuł zacyno sie od takik słów: Na chwilę poczułem, jakbym wskoczył do kreskówki Disneya.* Na mój dusiu! Cemu pon redaktor tak pocuł? Ano dlotego, ze uwidzioł maluśkom kozicke, ftóro jawiła mu sie jako stworzonko trochę tylko większe od królika o śmiesznym, białym pyszczku, z wielkimi ciemnymi ślipiami i olbrzymimi uszami, do tego stojące na patyczkowatych nóżkach zakończonych miniraciczkami.** Heeej! Co prowda, to prowda – małe kozicki som sakramencko pikne. Sam diasek rozculiłby sie na ik widok. A jeśli ftosi by sie nie rozculił – to chyba musiołby być kimsi jesce gorsym od diaska. Skoda, ze nika w internecie nie nolozłek zdjęć małyk tatrzańskik kozicek. Nawet Gugiel mi w tym nie pomógł. Ale jeśli, ostomili, udo wom sie oglądnąć film “Z Kozicą na świstaki”, to uwidzicie tamok piknom górskom zywine, a wśród niej – właśnie małe kozicki. Kie je uwidzicie, to od rozu zgodzicie sie z ponem Wajrakiem, ze to jest typowe disneyowskie zwierzątko. Tak typowe, ze cosi bardziej disneyowskiego trudno se wyobrazić. Haj. A moze… pon Disney – w tajemnicy przed syćkimi – był kiesik w Tatrak i na własne ocy te zywine oglądoł? I moze właśnie ten widok natchnął go do wyryktowania filmu “Bambi”? Jo wiem, ze tytułowy bohater tego filmu to nie kozica, ino jelonek. Ba mozno to wyjaśnić: pon Disney mógł uznać, ze jeśli w swojej kreskówce pokoze młodom tatrzańskom kozice, to wte ludzie z całego świata zaroz pohybajom na południe Polski, coby tak piknom istotke ujrzeć na własne ocy. Ba Tatry som barzo maluśkie, więc kieby turyści ze syćkik krajów naroz zjechali sie ku nim – to dlo tyk gór byłaby jesce więkso klęska niz zimowo olimpiada! Mozliwe, ze pon Disney był tego syćkiego świadom. Dlotego – nie fcąc dopuścić do katastrofy – specjalnie wyryktowoł “Bambiego” tak, coby nifto nie skojarzył go z siumnymi mieskańcami nasyk Tater. Jeśli tak właśnie było, to hyrnego twórce myski Miki i kacora Donalda nalezy kwolić podwójnie: za ryktowanie piknyk filmów i za piknie odpowiedzialne postępowanie. Bajako.

O cym jesce pon Wajrak zbocowoł w swoim artykule? Ano o tym, ze roz uwidzioł kozice schodzące sie ku piknie smakowitej trowie (smakowitej ocywiście dlo kozic, nie dlo pona Wajraka – tak mi sie w kozdym rozie wydoje). Co wte zaobserwowoł? Posłuchojcie:

Każda kozicowa mama prowadziła po jednym dziecku. Ale potem, gdy zrobił się upał, maluchy zostawiły pasące się matki i powędrowały pod krzak kosodrzewiny, pod którym leżała pewna kozica, i jedno przy drugim zaczęły się przy niej kłaść. Niektóre na nią właziły, a ona nie reagowała na takie bezczelności, choć z pewnością nie były to jej dzieci, a na pewno nie wszystkie, bo w pewnym momencie miała na głowie aż siedem maluchów. Miałem więc przed sobą nic innego jak kozie przedszkole. Potwierdziło się to, gdy stara kozica wyszła z cienia. Maluchy, zamiast rozejść się do mam, karnie poszły za nią.***

Na mój dusiu! Piknie to musiało wyglądać! Sakramencko piknie! Niestety ten sielankowy obrazek przerwoł nagły ryk silników śmigłowca. To ratownicy TOPR-u ryktowali jakisi lot skoleniowy. Huk masyny wystrasył bidne kozicki. Zaroz syćkie pouciekały z polanki, ostawiając na niej niepociesonego pona Wajraka. Pon Wajrak zaś mógł ino westchnąć, ze tak to juz niestety jest: kozice jakosi przyzwycaiły sie do odwiedzającyk Tatry tłumów turystów, natomiast do hałasów ryktowanyk przez helikoptery – nijak przyzwycaić sie nie umiom. Haj. I co w tej sytuacji zrobić? Zabronić lotów TOPR-owskik helikopterów na Tatrami? No, to chyba nie byłby dobry pomysł. Ratownicy som w górak potrzebni. Wielu ludzi z pewnościom przydałoby sie z gór wyprosić – ale nie ratowników.

To moze jakosi wytłumacyć kozicom, ze nimo sie cego bać? Zapomnijcie! Juz kiesik próbowołek im to wytłumacyć. Ba wte one zapytały mnie:
- Krzesny, a cy niedźwiedzia powinny my sie bać?
- Cóz – pedziołek – ta beskurcyja rzadko atakuje kozice, ale skłamołbyk, kiebyk pedzioł, ze nic wom z jego strony nie grozi.
- A cy śmigłowiec jest więksy od niedźwiedzia? – pytały dalej kozice.
- Pytanie! Wiadomo, ze jest!
- A cy ryk silników śmigłowca jest głośniejsy od ryku niedźwiedzia?
- No… jest.
- No to sami widzicie, krzesny! – triumfowały kozice. – Skoro helikopter jest więksy niz niedźwiedź i rycy głośniej niz niedźwiedź – to nalezy sie go bać jesce bardziej niz niedźwiedzia!

No i godoj z takimi, krucafuks. Nimo sposobu na to, coby je przekonać. Nimo i ślus.

Więc jo mom inksom propozycje. Skoro nie do sie zrobić tak, coby ratownice śmigłowce nie latały nad turnickami i nie do sie zrobić tak, coby kozicki przestały sie tyk śmigłowców bać, to trza bidnej zywinie jakosi jej stres wynagrodzić. Jak? Mom pewien pomysł. Niek kierownictwo TOPR-u wyznaco ratowników do pełnienia dyzurów… koziej przedskolanki. Dyzurny ratownik-przedskolanka niek lezy se na polanie, ftórom kozice lubiom odwiedzać. I kie dorosłe osobniki bedom sie piknie pasły, to maluchy niek kładom sie przy tym ratowniku, a nawet niek włazom na niego. On zaś, nawet kie w pewnym momencie bedzio mioł na głowie jaz siedem maluchów, to w zodnym wypadku niek nie reaguje na takie bezczelności. Małe kozicki som leciutkie, więc ratownikowi-przedskolance nie stonie sie zodno krziwda. Za to dorosłe kozice bedom mogły spokojnie skubać smakowitom trowke, korzystając z tego, ze obowiązek opieki nad malcami spocywo kwilowo na kimsi inksym. Pon Wajrak, kie podcas następnej wyprawy ku tatrzańskim wiersyckom uwidzi cosi takiego, pewnie bedzie mioł niezły ubaw, ale to juz inkso sprawa. Najwozniejse jest to, coby w stosunkak ratownico-kozik w Tatrak wierchowała sprawiedliwość. Hau!

P.S. A coby sprawiedliwość wierchowała w Owcarkówce, trza bocyć o tym, ze dzisiok som imieniny Emileckowe, Gosickowe, Małgosieckowe i Margeckowe. No to zdrowie Emilecki, Gosicki, Małgosiecki i Margecki! :D

* A. Wajrak, Koźlę, czyli słodziak kopytny, “Gazeta Wyborcza” z 30 maja 2014 r., s. 28.
** Ibidem.
*** Ibidem.

5.06.2014
czwartek

To mogłoby skońcyć sie happy endem

5 czerwca 2014, czwartek,

Krucafuks! Znowu jedno z nasyk wad narodowyk dała o sobie znać. Jako? Ano… jedni nazywajom to buractwem, drudzy polactwem, a hyrni górole – jak Sabała, “Ujek” Krzeptowski cy jegomość Tischner z Łopusznej – pedzieliby, ze to po prostu brak honoru. Otóz, ostomili, jest tako firma, co to nazywo sie CupSell.pl. Ryktuje ona kosulki i wysyło je ludziom, ftórzy zamówiom je przez internet. No i niedowno firma ta wymyśliła, coby duzo pikniej niz konkurenci zadbać o zadowolenie klientów. Ogłosiła, ze jeśli komusi zamówiono kosulka sie nie spodobo, to moze złozyć reklamacje i wte dostonie nowom kosulke, mało ze wysłanom na kost CupSell.pl, to jesce… bez koniecności zwrotu tej reklamowanej. Cy firma licyła sie z tym, ze nieftórzy klienci mogom naduzyć jej zaufania? Ocywiście ze, sie licyła. Spodziewała sie jednak, ze skala tyk naduzyć nie bedzie zbyt wielko. A tymcasem… Na mój dusiu! Zaroz nolazła sie cało armia “spryciorzy”, ftórzy postanowili wykorzystać ten prosty, choć niezbyt ucciwy sposób zaopatrzenia sie w jak najwięcej darmowyk kosulek. Właściciel firmy był załamany. A najbardziej zaboloł go ten oto komentorz na jednym z internetowyk forumów, cytuje (pisownie pozostawiom takom, jakom uwidziołek tutok):

Mam do was info! Kupcie byle jaką koszulke na CupSell.pl, a gdy już do was kurier przyjedzie zadzwońcie albo napiszcie maila na biuro@cupsell.pl, że doszla za mała lub coś wam się nie podoba to debile wysyłają na swój koszt darmową koszulke. Ja mam juz 4 i walczę o kolejne najlepiej na różne maile i nazwiska.

Na mój dusicku! Ciekaw jestem, kielo był wart honor autora tyk słów? Kielo mógł być ten jego honor wart, skoro zrezygnowoł zeń dlo paru kosulek? To pierwse pytanie, jakie przysło mi do łba, kie przecytołek powyzsy komentorz. Drugie pytanie zaś jest takie: cy państwowe organy nie mogłyby zainteresować sie osobnikiem, ftóry publicnie sie kwoli, ze osukuje? Jo se myśle – ze by mogły. Pare roków temu zainteresowały sie piekorzem, ftóry z dobrego serca oddawoł swój chleb bidnym ludziom, to teroz dlo odmiany mogłyby zainteresować sie naciągacem, ftóry “mo juz śtyry kosulki i walcy o kolejne”. Moge nawet podpowiedzieć owym organom, ze mogom skorzystać tutok z artykułu 286, paragrafu pierwsego Kodeksu karnego, ka jest mowa o tym, ze fto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem [...] podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

Przy okazji statystyka wykrywalności przestępstw piknie by sie poprawiła, bo racej nie trza być Sherlockiem Holmesem cy inksym porucnikiem Columbo, coby wykryć, fto wyryktowoł ten komentorz o “debilak”. Wystarcy popytać informatyków, ze ftórego komputra zostoł ten komentorz wysłany, popytać firme CupSell.pl, fto zamawioł u nik kosulki, no i popytać firme kurierskom o udostępnienie podpisów odbiorców kosulek. Potem ino zebrać syćko do kupy – i juz osobnik chełpiący sie zdobyciem śtyrek kosulek wpado jak śliwka do kompota. Haj.

A kie juz cłek ten zostonie piknie wykryty i piknie doprowadzony ku oblicu sprawiedliwości, to co dalej? Maksymalno kara osiem roków hereśtu? E, wystarcy jeden dzień, a nawet jedno godzina, a nawet pięć minut. Niewozne. Mi nie o hereśt idzie, ino o pikne naryktowanie naciągacowi wstydu. Sakramencko wielkiego wstydu! Bo kieby odpowiednie organa państwowe zrobiły to, co jo im proponuje, to wte sędzia, ftóry poprowadzi sprawe owego naciągaca, mógłby do wyzej zacytowanego komentorza dopisać własny. O taki:

Hehehe! Teroz jo, sędzia sądu Rzecypospolitej Polskiej, mom dlo wos info. Ten chłop, co to sie kwolił, ze mo juz śtyry nieucciwie zdobyte kosulki, zostoł właśnie skazany prawomocnym wyrokiem. Wprowdzie dostoł ino 5 minut hereśtu – i to w zawieseniu – ale za to musioł z własnej kieseni pokryć kosta sądowe. A te kosta były wyzse od wartości tyk śtyrek wyłudzonyk przezeń kosulek. Tak, tak, ostomili internauci, wiedzcie, ze ten, co fcioł wyonacyć porządnom firme – wyonacył sie sam!

I w ten oto sposób cało ta historia mogłaby sie skońcyć piknym happy endem. Ucciwość by wierchowała, a nieucciwość miałaby sie z pysna. Coby jednak tak sie stało, pewnym osobom na pewnyk stanowiskak musi sie fcieć do tego happy endu doprowadzić. Mi na ik miejscu – fciałoby sie. Hau!

P.S.1. A w najblizsom niedziele mozemy “Sto lat” piknie zaśpiewać, bo Oleckowe urodziny bedom. Zdrowie Olecki! :D

P.S.2. W poniedziałek bedziemy mogli “Sto lat” zaśpiewać ponownie – tym rozem z okazji urodzin BlejkKocickowyk. Zdrowie BlejkKocicka! :D

1.06.2014
niedziela

Jak niedźwiedź pisał przewodnik po górach

1 czerwca 2014, niedziela,

Momy Dzień Dziecka? Momy! No to zgodnie z tradycjom Owcarkówki dzisiok wpis dlo dzieci musi być. Haj.

Siedział na ławce miś przed swym domem
I patrzył prosto przed siebie.
Patrzył w zachwycie na góry strome
I na obłoki na niebie…

I rzekł do siebie niedźwiadek bury,
Gdy czas upływał przyjemnie:
“Hej! Któż ode mnie lepiej zna góry?
“Któż zna je lepiej ode mnie?

“To żaden sekret, ni tajemnica,
“Ja żadnych głupstw tu nie klepię,
“Wie o tym świstak i wie kozica,
“Że ja znam góry najlepiej!”

Miś się przeciągnął zadowolony,
Poprawił pasek od spodni…
Nagle wykrzyknął: “Mam świetny pomysł!
“Napiszę górski przewodnik!

“Inni to ciągle piszą o bzdurach,
“Zaś mądrych rzeczy – niewiele.
“A mój przewodnik po cudnych górach
“To będzie wielki bestseller!”

Zaraz niedźwiadek podniósł się z ławki,
W nos wciągnął powietrze świeże,
Wrócił do domku, zaparzył kawki
I usiadł przy komputerze.

Na zewnątrz ściemniać już się zaczęło,
A misiek rzekł: “Mogę przysiąc,
“Że mój przewodnik to będzie dzieło
“Na stronic co najmniej tysiąc.”

I wnet napisał: Góry są piękne.
“I oto mam pierwsze zdanie,
“Krótkie, sensowne, inteligentne” -
Cieszył się miś niesłychanie -

“Tak, tak, to zdanie jest bardzo dobre,
“Naprawdę godne uznania!”
A zdanie drugie? W tym właśnie problem…
Nie było drugiego zdania.

Przykra to sprawa, przykra szalenie:
Przy komputerze miś siedział,
Lecz już nie pisał, bowiem natchnienie
Znienacka uszło z niedźwiedzia.

“O czym napisać dalej wypada?” -
Miś myślał. – “Może o gazdach?
“O górskich szlakach? O wodospadach?
“A może o orlich gniazdach?

“Może o dawnych wspomnieć zbójnikach?
“A może lepiej o bacach?
“Uff! Uff! Pisanie – uff! – przewodnika
“To jednak niełatwa praca!”

Nie mógł napisać dalej ni słowa -
Ze szkodą dla jego dzieła.
Aż rozbolała niedźwiadka głowa.
Tymczasem nocka minęła.

Lecz gdy się wzniosła słoneczka kula
Nad drzew pobliskich korony…
Miś parsknął raźno i z miną króla
Stwierdził: “Przewodnik skończony!

“Hej! Poświęciłem mu nockę całą,
“Aż świtać w końcu zaczęło.
“Lecz to, co stworzyć mi się udało -
“To istne jest arcydzieło!”

Oj, misiu, misiu! Ze śmiechu pęknę
I wyląduję w przychodni!
Masz jedno zdanie: Góry są piękne -
I to jest cały przewodnik?

Lecz miś istotą uwielbianą
(Co wiedzieć z pewnością warto),
Więc jego “dzieło” chętnie wydano…
Choć z jedną zaledwie kartką.

Jedna karteczka, jedna okładka
I jedno zdanie, jak wiecie.
Taka książeczka to sprawa rzadka
W Polsce i wszędzie na świecie!

Ale pojutrze, jutro lub dzisiaj,
Wieczorem albo o świcie,
Może ten dziwny przewodnik misia
W księgarni gdzieś zobaczycie?

Gdy ja go ujrzę, to wiem co zrobię.
A wy? Jak chcecie, tak zróbcie.
Jeżeli chcecie kupić go sobie -
To oczywiście kupcie.

Hau!

css.php