13.05.2012
niedziela

Co dalej z Rusnakowom Polanom?

13 maja 2012, niedziela,

Nie roz juz godołek przy róznyk okazjak o tym, jak to najsłynniejsy góralski filozof, jegomość Tischner z Łopusznej odprawioł pikne góralskie mse na Polanie Rusnakowej pod Turbaczem. Ba chyba jesce nigdy nie zbocyłek o gaździe tamtejsej piknej kaplicy. No to niekze opowiem o nim teroz. To ksiądz Kazimierz Krakowczyk z zakonu sercanów. Przybocył mi sie on, bo w jednym z ostatnik numerów “N.p.m.-u” ukazoł sie z nim pikny wywiad. A w tym wywiadzie mozno wycytać, co sie na tej Rusnakowej działo przez ostatnie kilkadziesiąt roków. Heeej! Jak na zwycajnom gorcańskom polane – to działo sie wiele. Bajako.

Kie zacęła sie przygoda księdza Krakowczyka z tym miejscem? Mozno pedzieć, ze 11 listopada 1978 rocku. Była wte okrągło rocnica odzyskania niepodległości. Beskidzcy przewodnicy wpadli na pomysł, coby w tym dniu wyryktować okolicnościowe plenerowe sympozjum. A na miejsce tego sympozjuma upatrzyli se właśnie Rusnakowom. No i zaprosono tyz tamok księdza Krakowczyka, ftóry w tym casie był kapelanem w nowotarskim śpitalu. Jegomość odprawił mse i wygłosił stosowne kazanie. To syćko tak barzo spodobało sie właścicielowi polany, ponu Czesławowi Pajerskiemu, ze zaroz po msy podeseł do księdza i zaproponowoł mu odprawienie w tym samym miejscu pasterki.

No a w następnym roku poseł hyr, ze Jan Paweł II wybiero sie z pielgrzymkom do Polski i ze bedzie między inksymi na Podholu. Wte pon Pajerski, wpodł na pomysł, coby na tej swojej polanie wyryktować poświęconom papiezowi kaplice. Skrzyknął paru góroli i w trzy miesiące powstała tamok nieduzo drewniano budowla na planie krziza Virtuti Militari. Kstałt miała taki, a nie inksy, bo poświęcono jom nie ino papiezowi, ale tyz partyzantom, co to za okupacji w Gorcak walcyli. Stąd tyz nazwy tej niewielkiej budowli som dwie: Kaplica Papiesko i Kaplica Partyzancko. Ba oficjalnie nie była to zodno kaplica, ino… sopa na siano. Cemu? Bo pon Pajerski – wiedząc w tamtyk casak, ze nie bedzie łatwo o zgode od władz na wyrykotwanie obiektu sakralnego – zgłosił, ze fce postawić zwycajnom sope. A że ma kształt Krzyża Virtuti Militari? – śmieje sie dzisiok jegomość Krakowczyk – Cóż, w zezwoleniu nie napisano, że szopa musi być kwadratowa.* I ślus.

Wkrótce pon Pajerski zaproponowoł księdzu Krakowczykowi, coby właśnie on zacął tamok gazdować. Ksiądz piknie sie zgodził. Jego zakonny przełozony tyz sie zgodził. I w ten oto sposób jegomość Krakowczyk stoł sie jednym z najwyzej pracującyk księdzów w Polsce. I tak jest do dzisiok. Bajako.

Przed pierwsom papieskom pielgrzymkom do Polski kaplica stała juz gotowo. 8 cyrwca 1979 rocku na Rusnakowej zebrała sie grupa góroli i turystów. Wyryktowano tamok wielki napis: PASTERZOWI – PASTERZE. W tym dniu papiez lecioł helikopterem na nowotarskie lotnisko. Zebrani licyli, ze helikopter przeleci tuz nad polanom i ze papiez piknie ik z góry pozdrowi. Godano nawet, ze na kwilecke wyląduje. Niestety, nic z tego nie wysło, helikopter tamok nie przelecioł.** Za to dwa roki później – inkso pikno rzec miała sie na tej Rusnakowej wydarzyć. W lipcu 1981 rocku przyseł na te polane jegomość Tischner. Krakowczyka akurat nie zastoł. Ba ostawił kartecke z prośbom o mozliwość odprawienia tamok msy dlo ludzi gór. Krakowczyk, kie dowiedzioł sie o tej prośbie, wyraził piknom zgode. No i w pierwsom niedziele sierpnia msa została odprawiono. Tak właśnie zacęły sie te hyrne Tischnerowskie mse pod Turbaczem. Mse, na ftóre ściągały tłumy góroli i ceprów, fcącyk posłuchać, jak hyrny ksiądz-profesor po góralsku godo i po góralsk
u śpasuje. A wierchowała tamok tako pikno śleboda, ze nawet władza musiała cuć wobec niej respekt. Bo przez całe roki osiemdziesionte mozno było tamok wygadywać na rząd, kielo sie ino fciało – i nifto sie nie boł, ze za takie gadonie pódzie do hereśtu. Jacysi tajniacy owsem, przychodzili na te mse, ale – jak zbocowoł ksiądz Krakowczyk – nie było legitymowania uczestników czy innych represji.*** Haj.

To jedyne w swoim rodzaju góralskie święto kontynuowane jest na Rusnakowej do dzisiok. Telo ze juz bez Tischnera niestety. No i teroz ryktowane jest ono w drugom niedziele sierpnia, nie w pierwsom.

Ba wróćmy sie do nasego księdza Krakowczyka. Jak mu sie na tej polanie gazduje? Pocątkowo – był on tamok właściwie ino takim gazdom niedzielnym. Roz w tyźniu dojezdzoł do tej Papieskiej Kaplicy z Domu Zakonnego w Stadnikak. Potem niedaleko kaplicy górole postawili mu bacówke. I do dzisiok ta bacówka jest jego mieskaniem. Ale ani wody, ani prądu tam nimo. Więc, kie późnom porom ksiądz fce se cosi pocytać – to ino przy świecak. A kie potrzebuje wody – to musi pohybać do pobliskiego źródełka.

Poza tym mo pokoik w pobliskim schronisku na Turbaczu, ka miesko zwłasca zimom. Fcioł za ten pokoik płacić, ale kierownictwo schroniska ani myślało sie na to zgodzić. Więc ksiądz postanowił, ze bedzie płacił w inksy sposób – stojąc w kuchni i zmywając nacynia po stołującyk w schroniskowym bufecie turystak. I tak właśnie zrobił. Choć przy takiej robocie – przy jego niskim wzroście w dodatku – nie roz z wysokiej bufetowej lady zwalała sie na niego wielko piramida talerzy z reśtkami bigosu i inksej fasolki. On jednak pracowoł na tym zmywaku wytrwale. Na mój dusiu! Nie wiem, jak wom sie widzi taki ksiądz, ale mi – widzi sie piknie. Bajako.

Cało bida w tym, ze cas płynie nieubłaganie. Teroz jegomość Krakowczyk mo 78 roków. Ze zdrowiem nie jest juz u niego najlepiej, cierpi na cukrzyce, nie słysy na jedno ucho, mo zaburzenia błędnika. Bolą mnie plecy – pado redaktorowi “N.p.m.-u” – msze muszę skracać, a kazań prawie nie wygłaszam, bo trudno wytrzymać mi przy ołtarzu dłużej niż pół godziny.
To co stanie się z Kaplicą Papieską, gdy Księdzu sił już zabraknie? – pyto pon redaktor.
Boję się – odpowiado jegomość – [...] że gdy stamtąd odejdę, jakiś młody, zaradny ksiądz diecezjalny kupi sobie terenowy samochód, pojedzie pod Turbacz raz w tygodniu, odprawi mszę, zbierze dutki i czym prędzej wróci na swoją ciepłą plebanię.****

Na mój dusiu! Tak to właśnie mo być? Tako mo być przysłość tego niezwykłego miejsca? Cóz, jest to niestety mozliwe. Jest to mozliwe, ze juz nigdy na tej Rusnakowej nie bedzie atmosfery podobnej do tej, jako ryktowała sie tamok za sprawom jegomościa Tischnera, jegomościa Krakowczyka i im podobnyk zapaleńców. Panta rhei krucafuks!

Ba przybocowuje se, jak to jegomość Tischner zacytowoł roz pod Turbaczem takie stare góralskie przysłowie: Wse wiyrchowoł nie bedzies, ale byłoby źle, kieby cłowiek nigda nie wiyrchowoł.***** Ucestnicy tamtyk msy mogom se więc pedzieć: “Wse takik niezwykłyk wydarzeń przezywoł nie bede, ale byłoby skoda, kiebyk nie przezył ik wcale”. I to jest święto prowda.

A tak poza tym… fto tam moze wiedzieć, jako bedzie przysłość? Moze jednak za rok, za pięć, abo za dziesięć nojdzie sie nagle jakisi jegomość, ftóry bedzie fcioł włozyć w to miejsce więcej serca, niz wyciągnąć zeń dutków? Moze jednak jesce niejedno msa zostonie odprawiono tamok barzo piknie, a nie byle jak? Moze? Ano… obacymy, co bedzie. Obacymy. Hau!

P.S.1. Przez najblizsyk pare dni nie bedzie mnie w Owcarkówce. Ostawiom więc pikny zapas kiełbasy jałowcowej i Smadnego Mnicha, coby nifto nie cuł sie głodny ani spragniony wte, kie mnie tutok nie bedzie.

P.S.2. Zaś w najblizsom środe, 16 maja, Jędrzejeckowe imieniny bedom. No to zdrowie Jędrzejecka! :D

P.S.3. A piątek, 18 maja, to bedzie dzień urodzin PonioBlejkKocickowyk, Heleneckowyk i Misieckowyk. A więc zdrowie Poni BlejkKocickowej, Helenecki i Misiecka! :D

* K. Krakowczyk, Młodzi księża nie chcą się poświęcić, rozmowę przepr. J. Terakowski, “N.p.m. – magazyn turystyki górskiej” 2012, nr 4 (133), s. 64.
** J. Tischner, Boski młyn, Oficyna Podhalańska, Kraków 1992, s. 7; J. Tischner, Słowo o ślebodzie. Kazania spod Turbacza 1981-1997, Znak, Kraków 2003, s. 141.
*** J. Tischner, Słowo o ślebodzie, s. 143.
*** K. Krakowczyk, op. cit., s. 65.
**** J. Tischner, Słowo o ślebodzie, s. 19.

9.05.2012
środa

Hazard po portugalsku

9 maja 2012, środa,

Na mój dusiu! Słyseliście o tym bidnym Portugalcyku? To znacy teroz on juz nie jest bidny, bo dostonie ponad 80 tysięcy euro. Ale jesce niedowno – bidny był straśnie. Cemu? A bo furt groł w takim jednym kasynie w piknym mieście Espinho. Groł tamok i groł. I dutki ino tracił. W końcu sie zdenerwowoł i pozwoł kasyno do sądu, ządając odskodowania. No i okazało sie, ze chłop mioł więkse scynście do sądów niz do gier – bo sprawe wygroł. Kasyno wprowdzie odwołało sie do wyzsej instancji, ale ta wyzso instancja wydała taki sam wyrok jak ta nizso. Sprawa w końcu dotarła do Sądu Najwyzsego. A Sąd Najwyzsy – jak napisano w tym artykule – tyz uznał winę władz kasyna, które miały “umyślnie” i “podstępnie” zwabiać mężczyznę do lokalu, “wiedząc, że jest on silnie uzależniony od hazardu”. “Dział marketingu zakładu gier w Espinho celowo wysyłał pozywającemu zaproszenia do odwiedzenia lokalu oraz skorzystania z jego usług”. No i ślus. Chłop musi dostać pikne odskodowanie, a kasyno juz nika odwołać sie nie moze, bo nimo w Portugalii Sądu Jesce Wyzsego Niz Najwyzsy. Haj.

Moi ostomili, jo nie wiem, cy portugalsko Temida jest ślepo, ale głupio – na pewno nie jest. No bo poźrejcie. Jaki bedzie skutek takiego wyroku? Nietrudno przewidzieć. Juz wkrótce zacnom sie prowdziwe pielgrzymki turystów pragnącyk pograć w portugalskik kasynak. Te syćkie domy gier w Monte Carlu cy inksym Lasie Vegasie pewnie niebawem zacnom świecić pustkami. Za to do portugalskik – ludzie bedom sie pchali drzwiami i oknami. Bedom sie pchali, wiedząc, ze jeśli cosi tamok wygrajom – to piknie, a jeśli przegrajom – to tyz piknie, bo wte przecie wystarcy pohybać do sądu, udowodnić, ze było sie umyślnie i podstępnie wabionym do takiej ruletki cy inksego blackjacka. Z udowodnieniem zaś, ze było sie wabionym, nie powinno być problemu. W końcu w dzisiejsyk casak racej kozde kasyno mo cosi takiego jak dział marketingu. A co majom robić działy marketingu? Ano musom wabić klientów. Od tego przecie som. Haj.

Co to syćko bedzie oznacało dlo portugalskiej gospodarki? Na mój dusiu! Pikne korzyści! Przecie te tłumy turystów-hazardzistów bedom musiały tamok cosik zjeść, bedom musiały kasi przenocować, bedom musiały jakimsi środkiem transportu przemieścić sie z kasyna A do kasyna B… i tak dalej, i tak dalej. No to piknie wzbogacom sie porutgalskie hotele, pensjonaty, korcmy, linie lotnice… Heeej! Ftóz sie tamok nie wzbogaci? Chyba tylko… kasyna. Ale cóz, ftosi biednieje, coby bogacić mógł sie ftosi. I pomyśleć ino, ze portugalsko gospodarka moze piknie stanąć na nogi dzięki jednemu nałogowemu hazardziście…

Choć tak w ogóle to jo wcale nie myśle, ze kozdy cłek bedzie fcioł zaroz do tej Portugalii jechać. Nieftórzy nie zefcom. Fto? Na przykład… tacy prowdziwi, rasowi hazardziści, jak choćby ten, o ftórym pon Kenny Rogers śpiewoł . No bo na cym polego prowdziwy hazard? Ano na tym, ze mozno piknie wygrać, ba mozno tyz przegrać. Musom istnieć obie mozliwości naroz – wte dopiero jest sto procentów hazardu w hazardzie. Tymcasem teroz w tej Portugalii, fto wygro, ten wygro, a fto przegro – ten tyz wygro, wprowdzie dopiero przed sądem, ale wygro. No to skoro nimo mozliwości przegranej, ino wygrać mozno – to co to za hazard? Hau?

P.S. A pod poprzednim wpisem jaz śyrek nowyk internetowyk wędrowców do Owcarkówki zawędrowało: Werbalistecek, Historianecek, JurekSecek i Prezesecek. Powitać piknie nowyk gości! :D

3.05.2012
czwartek

Trzeciomajowe zycenia

3 maja 2012, czwartek,

Były kiesik w Hameryce takie casy, ze tamtejsy prezydent nazywoł sie nie Barack Obama, ino Jimmy Carter. No i ten pon Jimmy Carter rózne rzecy Hamerykanom godoł. Roz – w 1974 rocku – pedzioł im tak:

Kie byłek dwunastoletnim chłopackiem, to straśnie lubiłek cytanie. I miołek w skole takom dyrektorke, co to nazywała sie ponna Julia Coleman [...]. Ta dyrektorka furt kazała mi, cytać, cytać i cytać. A co? Ano piknom klasyke. [...]
Roz woło mnie ona ku sobie i godo: “No, ostomiły Jimmecku, jo se myśle, ze przysła pora, cobyś przecytoł Wojne i pokój.” O, Jezusicku! Ale sie uciesyłek! Bo myślołek, ze to ksiązka o kowbojak i Indianak.
No i posłek jo do biblioteki, a tamok – krucafuks! – okazało sie, ze to była cegła na jakiesi 1415 stronicek! Pon Tołstoj jom napisoł i – jako wiecie – jest to opowieść o tym, jak to w rokak 1812-1815 pon Napoleon tłukł sie z Ruskimi. [...]
Ksiązka ta jednak, na co zreśtom pon Tołstoj zwrócił uwage w epilogu, gwarzy nie o Napoleonie, nie o ruskim carze i nie o generałak. No, casami jest i o nik, ale ino casami. Ba przede syćkim jest to ksiązka o studentak, o gaździnak, o fryzjerak, o rolnikak i o zwykłyk żołnirzak. Jest to ksiązka o tym, ze losy narodów, nawet w tyk wielkik historycnyk kwilak, wcale nie lezom w rękak przywodców krajów cy stanów, takik jak prezydenty, gubernatory cy inkse senatory. Te losy tak naprowde zalezom od mądrości, dzielności, przenikliwości, bezinteresowności, zdolności do współcucia, siły miłości i ideałów u zupełnie zwycajnyk ludzi. Na mój dusicku! Jeśli naprowde tak właśnie było w wypadku Rosji, ftórom trzymoł w swej gorzci car, cy Francji, ftórom trzymoł w swej gorzci cysorz, to o kielo bardziej musi to być prowdom w nasym przypadku, kie Konstytucja cyni nos współodpowiedzialnymi za to, jaki rząd jest i jaki być powinien?*

Tak kiesik godoł ten pon Carter do Hamerykanów. Ba na dobrom sprawe to samo mógłby dzisiok pedzieć Polakom. Bo my przecie tyz nie momy cara, tyz nie momy cysorza, a konstytucje – momy. Dzisiok zaś momy nawet pikne konstytucyjne święto. Teoretycnie upamiętnio ono nie obecnom ustawe zasadnicom, ino te hyrnom trzeciomajowom. Ale ta trzeciomajowo jest przecie prababciom tej obecnej,** więc w sumie dlo tej obecnej ten dzień tyz jest świętem. Bajako.

A skoro momy święto, to moze jakiesi zycenia worce se złozyć? W końcu fto pedzioł, ze zycenia dozwolone som ino z okazji świąt Bozego Narodzenia i Wielkanocy? Chyba nifto. Haj. Ino cego z okazji dzisiejsego święta mozemy se zycyć? Jo se myśle, ze choćby tego, cobyśmy syćka byli pełni tej mądrości, dzielności, przenikliwości, bezinteresowności, umiejętności współcucia, siły miłości i ideałów. Zycmy se, cobyśmy dzięki tym zaletom mogli piknie ryktować nasom wspólnom przysłość. I coby ta naso Konstytucja piknie nom w tym ryktowaniu pomagała.

Na mój dusiu! Sakramecnko górnolotnie te zycenia zabrzmiały! Ale cóz. Teroz, kie jestem na holi, w górnej cynści Gorców, to chyba moge se na kapecke górno-lotności pozwolić. No to se pozwoliłek. Hau!

* R.L. Turner, “I’ll Never Lie to You”: Jimmy Carter in His Own Words. Ballantine Books, New York 1976, s. 18-19.
** A moze prapraprababciom? No, w kozdym rozie jakomsi tam przodkiniom.

28.04.2012
sobota

Vivat Academia! Vivant professores! Vivant studenckie śpasy!

28 kwietnia 2012, sobota,

Znocie jakiesi pikne akademickie anegdotki? Jo znom na przykład takom o profesorze prawa, o ftórym gwarzyli, ze kie końcył ostatnie zajęcia w semestrze, to zbieroł indeksy od tyk studentów, ftórym udało sie te zajęcia zalicyć, a potem seł do swojego gabinetu. Zabieroł tyz ze sobom jednego studenta. Piknie wpisywoł zalicenia, po cym wręcoł syćkie indeksy studentowi, coby ten oddoł je swym kolegom.

No i zdarzyło sie roz, ze w jednej grupie był taki jeden straśliwy nieuk. Jasne było, ze ftosi taki jako on na pewno u tego profesora nie zalicy. Ba całej grupie zol było kolegi – nieuk, bo nieuk, ale fajny był to cłek. I wiecie, co wyryktowali? Prowdziwie zbójnicki plan! Wymyślili, ze kie profesor zrobi to, co zwykle, cyli zabiere indeksy i jednego studenta do swego gabinetu, to ftosi wartko pohybo do najblizsej budki telefonicnej i zadzwoni na nojdujący sie w tym gabinecie telefon. Kie profesor podejdzie do telefonu, stojący pod otwartym oknem student-nieuk wrzuci swój indeks do pokoju. Wte student nojdujący sie w środku wartko ten indeks chyci i połozy na kupce z pozostałymi.* Profesorski gabinet nojdowoł sie na parterze. Okno – z powodu panującyk wte upałów – furt było syroko otwarte. Plan powinien sie więc piknie udać. Haj.

Kie zajęcia sie skońcyły, to tak jak było do przewidzenia, profesor ogłosił, ze ten jeden nieuk nie zalicył zajęć, cało reśta zaś – zalicyła piknie. Profesor pozbieroł indeksy i poseł do gabinetu, zabrawsy ze sobom jednego studenta. W gabinecie siednął za biurkiem i zacął wpisywać zalicenia. Nagle… DRRRRYŃ! – odezwoł sie stojący w kącie telefon.
- Juz końce wpisywać te zalicenia – mruknął do studenta pochylony nad indeksami profesor. – Niek pon odbiere.
- Ale, ponie profesorze – student ocywiście zacął sie wzbraniać – to przecie na pewno do pona dzwoniom, nie do mnie.
- Bajuści, ale jo juz zaroz wpise ostatnie zalicenie – pedzioł na to profesor. – Niek pon odbiere i powie, ze jo za kwilecke podejde.
Bidny student nie wiedzioł, co na to pedzieć, więc w końcu poseł podnieść słuchawke. Tymcasem stojący pod oknem nieuk usłysoł dwonek telefonu, ba nie dosłysoł rozmowy jego kolegi z profesorem. Uznoł więc, ze nastąpił odpowiedni moment, coby rzucić indeksem. I fruuuuu! Indeks piknie przelecioł nad parapetem i wylądowoł pod samiućkimi stopami zdumionego profesora. Profesor zaś… po kwili namysłu… podniesł ten indeks, otworzył go, wpisoł zalicenie i – fruuuuu! – nazod przez okno wyrzucił! Bajako!

A był tyz taki jeden profesor fizyki, ftóry egzaminowoł studenta zdolnego, ba niezbyt pilnego. Ot, fudament woloł imprezować niz sie ucyć. No i na egzaminie wypodł tak kiepsko, ze w końcu profesor wziął indeks i wpisoł doń ino dwa słowa: “osioł skońcony”. Student poźreł i zawołoł:
- Ponie profesorze! Tutok jest podpis, ale nimo stopnia!
Profesora zamurowało, ale wziął indeks jesce roz i… wpisoł tróje.

No i był jesce taki jeden profesor historii, co to był barzo mądrym cłekiem, ba jak przystało na naukowca z prowdziwego zdarzenia – barzo roztargnionym. Roz podobno zona popytała go, coby wyniesł śmieci. No to on wziął kubełek ze śmieciami, wyseł z nim przed swój blok i… nad cymsi nagle sie zamyślił. W tym zamyśleniu, zamiast do śmietnika, poseł z tym kubełkiem na przystanek autobusowy. Kie autobus przyjechoł, to on zwycajnie do niego wsiodł. I dopiero w autobusie sie ocknął, kie zauwazył, ze inksi pasazerowie jakosi tak dziwnie na niego pozirajom.

Heeej! Było kapecke tyk opowieści o profesorak. Kapecke ik było… Krązyły po salak wykładowyk, po akademikak, starse rocniki studentów przekazywały je młodsym, a młodse – jesce młodsym. Przybocyłek se o tym syćkim, kie natrafiłek na ten oto artykuł. I przecytołek tamok pare takik anegdotek, ftóryk potela nie znołek. Uśmiołek sie przy tym piknie. Ba cytając dalej – kapecke sie przestrasyłek. Bo dalej była barzo złowiesco wypowiedź pona doktora Jacka Gądeckiego, ftóry jest wykładowcom na Wydziale Humanistycnym AGH. Ten pon Gądecki zwraca uwagę na powolne zanikanie studenckich anegdot. Postrzega to jako znak czasu i tłumaczy, że to system zabija barwność, która pozwalała się wyróżniać na uczelnianych korytarzach. Spowodowane jest to brakiem czasu na egzaminy ustne, bo to też była “świetna okazja do wyrażania jakichkolwiek emocji, anegdot, budowania klimatu”.

O, krucafuks! Studenckie anegdoty zanikajom? Jak to zanikajom? A co bedzie, kie zniknom zupełnie? Przecie to jest barzo wozno cynść organizmu, ftóry nazywo sie skolnictwo wyzse! Co sie dzieje z organizmem, ftóremu zabroknie barzo woznej cynści? Wiadomo: abo zdycho, abo stoje sie bidnym inwalidom. W zodnym wypadku nie wolno do tego dopuścić, coby te syćkie pikne studenckie śpasy pewnego dnia ot tak po prostu przestały istnieć! Nie wolno i ślus! Trza je piknie chronić! Ratujmy je przed zaboceniem! Niek Ministerstwo Nauki je ratuje! Niek ratuje je całe akademickie środowisko! Jeśli istnieje mozliwość ochrony tyk śpasów za pomocom unijnyk fundusy – nalezy sie piknie o te funduse postarać. W końcu idzie tutok o barzo woznom rzec – o przysłość skolnictwa wyzsego w Polsce, a na dłuzsom mete – o przysłość całej polskiej nauki. Hau!

* Teroz by było łatwiej, bo teroz – w dobie telefonów komórkowyk – nie trza by było hybać do budki telefonicnej. Chociaz… zarozem mogłoby być trudniej – bo przecie dzisiok w wielu ucelniak juz odchodzi sie od cegosi takiego jak studenckie indeksy. Haj.

22.04.2012
niedziela

Radość w zębak

22 kwietnia 2012, niedziela,

Cy fcielibyście mieć w swoim ogródku, abo w donicce, takom roślinke, co to nazywo sie Acmella oleracea? Jo wom radze fcieć. Chociaz racej nie jest ona pikno. Tutok mozecie uwidzieć, jak wyglądo. Ba cy wiecie, jakie mo ona właściwości? Jo nie wiedziołek, pokiela z nudów nie zakrodłek sie do chałupy Felka znad młaki, co to jest najbogatsy w mojej wsi. Kie sie zakrodłek, to postanowiłek włącyć jego komputer i uruchomić internet, coby sprawdzić, jakie adresy on se do “Ulubionyk” powrzucoł. I wiecie, co tamok nolozłek? Ano na przykład taki portal dutkowy: www.money.pl. Kie zacąłek se ten portal przeglądać, to odkryłek ciekawom rzec: nie ino dutkowe wiadomości som tamok, ba z inksyk dziedzin tyz, na przykład z medycyny. O, choćby cosi takiego:

Roślinny lek stosowany od wieków przez amazońskich Indian jako środek przeciwbólowy okazał się bardzo skuteczny przy znieczulaniu zębów i dziąseł – informuje strona internetowa University of Cambridge.
Dr Francoise Barbira-Freedman, antropolog medyczny z Cambridge, natknęła się na ten tradycyjny lek prowadząc w latach 80. XX wieku badania w peruwiańskiej dżungli nad Amazonką. Właśnie w tym pozbawionym dentystów regionie rozbolał ją ząb mądrości.
Tubylcy z plemienia Keshwa Lamas zaproponowali swój sprawdzony lek uzyskiwany z rzadkiej rośliny Acmella oleracea. Okazał się tak skuteczny, że antropolożka szybko zapomniała o bólu. O samej roślinie przypomniała sobie dopiero 20 lat później. Uzyskawszy odpowiednie pozwolenie, przywiozła próbkę rośliny do swojej uczelni. Udało się tam wytworzyć żel, który okazał się skuteczny podczas dwóch faz badań klinicznych – może zastąpić zastrzyki i niesterydowe leki przeciwzapalne.

Na mój dusiu! A więc jednak dutki dajom scynście! Przynajmniej casami! No bo poźrejcie – na dutkowym portalu tako scynśliwo wiadomość sie nolazła! Haj.

Ta roślinka to naprowde musi być barzo skutecnym lekiem. Skoro poni Barbira-Freedman przybocyła se o niej dopiero 20 lat później, to domyślom sie, ze przez co najmniej telo roków nie chycił jom nawet najmniejsy bólik zęba. No bo przecie kieby chycił, to chyba od rozu przybocyłaby se o tym, co jej na ten ból pomogło. Bajako.

Wiecie, co jo se myśle w związku z tym? Ze następnego medycnego Nobla to trza dać tym Indianom z plemienia Keshwa Lamas. I ślus. Bo cyz nie jest sakramencko pikne to, co oni odkryli? Ze kie ino ząb zaboli, to wystarcy wziąć te Acmelle – i mo sie z tym zębem spokój na najblizsyk dwajścia roków? Apotem wziąć znowu – i znowu dwajścia roków spokoju? No przecie, ze to piknie! Tak więc kie jo przecytołek artykuł o tej roślinie, to zaroz wielko radość przepełniła moje owcarkowe serce. Chociaz… cy serce, to nie wiem. Ale zęby – na pewno. I dlotego właśnie, ostomili, postanowiłek tom radosnom wieściom o Acmelli podzielić sie z womi. Cobyście i wy wielkom radość poculi. Jeśli nie w swoik sercak, to przynajmniej w zębak. Hau!

P.S.1. Następny wpis to jo juz bede z holi słoł. Bo to juz w najblizsy poniedziałek bedzie dzień Świętego Wojciecha. Dzień, we ftórym trza wyrusyć ze wsi i wroz z bacom i owieckami udać sie na hole. Ba zarozem bedzie to dzień Motyleckowyk imienin. No to zdrowie Motylecka! :D

P.S.2. A wtorek – to w Owcarkówce dzień urodzin. I to podwójnyk – Plumbumeckowyk i Alfredzickowyk. Zdrowie Plumbumecki i Alfredzicka! :D

P.S.3. We cwortek tyz piknie świętować bedziemy. Bo to z kolei dzień urodzin Alseckowyk. Zdrowie Alsecki! :D

14.04.2012
sobota

Pon Dąbrowski cy Herr Dąbrowski?

14 kwietnia 2012, sobota,

Jako ze święta były całkiem niedowno, to takik rzecy jak wielkanocne mazurki mocie pewnie na rozie dosyć? W takim rozie nie bede dzisiok o wielkanocnyk mazurkak godoł. Pogodom za to o Mazurku Dąbrowskiego. A właściwie o jego tytułowym bohaterze.

Jako ze mój baca i mojo gaździna o barzo róznyk rzecak ze swymi gośćmi ukwalowujom, to byłek świadkiem juz niejednej rozmowy na temat nasego hymnu. No i podcas jednej z takik rozmów usłysołek pewnom ciekawom rzec. Usłysołek, jak ftosi sie zaśmioł: “Haha! Nas hymn jest pikny. Nawet barzo pikny. Ale cy wiecie, ze ten cały pon Jan Henryk Dąbrowski, co to z ziemi włoskiej do Polski mioł tak piknie maserować, to w ogóle polskiego języka nie znoł? Bajako! On po miemiecku ino godoł! Ino po miemiecku!”

Prowda to cy bździna? Postanowiłek sprawdzić. Ino potem zabocyłek, ze to postanowiłek. Potem se przybocyłek, potem nazod zabocyłek, no i tak przybocowołek se i zabocowołek pare rozy. Jaz wreście niedowno w stosie gazet kupionyk przez mojego bace i mojom gaździne natrafiłek na taki pikny historycny dodatek do Gazety Wyborcej. A tamok był artykuł pona Stanisława Mancewicza o tym nasym hymnowym generale. I cego sie z tego artykułu dowiedziołek? Ano tego, ze dziadek i ojciec pona Dąbrowskiego walczyli w wojskach saskich, matka nazywała się Maria von Lettow i prócz niemieckiej płynęła w niej też krew szkocka. [...] Jan Henryk wyjechał do Saksonii, gdy miał 11 lat [...] Jako szesnastolatek został saskim podchorążym i przez blisko 20 lat mozolnie się piął po szczeblach kariery, służąc w wojskach elektorskich. [...] Siłą rzeczy nie szlifował tam polszczyzny.

I dalej, ostomili, jest napisane to, co nos najbardziej w tej kwili interesuje. Uwaga, uwaga: do końca życia ledwie mówił po polsku. Bajako! Ba to jesce nie syćko. Bo okazuje sie poza tym, ze on: klął tylko po niemiecku.* No, krucafuks! Naprowde? Naprowde nie zdarzyło mu sie choć roz piknie po polsku zakląć? No to faktycnie musioł znać nas język barzo, ale to barzo słabo.

Ciekawe w takim rozie, cy on w ogóle umiołby zaśpiewać po polsku Mazurka o sobie samym? Moze? Ale nawet jeśli – to odśpiewołby z akcentem. Z takim barzo wyraźnym akcentem miemieckim. Haj.

Co z tego syćkiego wyniko? Cy tako a nie inkso znajomość języków u pona Dąbrowskiego jest przeskodom po temu, coby był on nie ino nasym bohaterem narodowym, ba tyz bohaterem nasego hymnu? Jeśli ftosi uwazo, ze cosi takiego zodnom przeskodom nie jest – to po prostu potraktuje informacje z niniejsego wpisu jako zwykłom ciekawostke i telo.

Ale jeśli ftosi jest zdania, ze to jest barzo powozno przeskoda, to… krucafuks! Ten ftosi nie bedzie mioł inksego wyjścia jak wyrzucić pona Dąbrowskiego z nasego hymnu i juz nidy nie zgodzić sie na to, coby pod przewodem tego pona łącyć sie z narodem. Ino kim wte pona Dąbrowskiego w hymnowym refrenie zastąpić? No kim? Moze nikim, ino przeinacyć ten refren na melodie bez słów? A co zrobić z tytułem utworu? Moze słowo Dąbrowskiego zamienić na wielokropek i od tej pory tytuł bedzie brzmioł: Mazurek …? No, bedzie mioł problem kozdy bidok, dlo ftórego cłek bardziej miemieckojęzycny niz polskojęzycny nie nadoje sie do polskiego hymnu. Bedzie mioł prowdziwie wielki problem. Hau!

P.S.1. Barzo piknym dniem bedzie najblizsy wtorek. Bo w tym dniu urodzi nom sie Gosicka. No to zdrowie Gosicki! :D

P.S.2. Ocywiście barzo piknym dniem bedzie tyz środa. Bo w tym dniu z kolei Alecka nom sie urodzi. A zatem zdrowie Alecki! :D

* S. Mancewicz, Mason, Niemiec, bohater. “Ale Historia. Tygodnik Historyczny”, dodatek do Gazety Wyborczej z 19 marca 2012, s. 13.

4.04.2012
środa

Dlocego Poniezus zmartwykwstoł tak wceśnie?

4 kwietnia 2012, środa,

No i za niedługo momy kolejnom Wielkanoc. Pikne święto wyryktowane na pamiątke zmartwykwstania Poniezusa. Heeej! Kielo to juz roków od tego zmartwykwstania minęło! Od tej niezwykłej nocy z Wielkiej Soboty na Wielkom Niedziele, kie przed Poniezusowym grobem stało dwók rzymskik żołnirzy i pilnowało, coby nifto sie ku temu grobowi nie zblizył. Jeden z tyk dwók żołnirzy był rosły i barzo silny. Drugi był niski i cherlawy, wyglądoł na wątłego intelektualiste, ftóry z powodu owej wątłości zupełnie nie nadawoł sie do słuzby w wojsku i trafił tamok chyba ino przez jakomsi biurokratycnom pomyłke.

Kie żołnirzom tym zacynało sie juz kapecke kotwić, ten rosły westchnął:
- Krucafuks! Chyba juz downo powinna przyjść tutok zmiana warty! Cemu ik jesce nimo? Winem z Kany Galilejskiej sie przynapili cy jak?
- To mozliwe – odpowiedzioł cherlawy. – Podobno od casu pewnego wesela to wino z Kany Galilejskiej smakuje jak zodne inkse.
- A my furt bedziemy tutok stać i stać! – zeźlił sie rosły. – Ciekawe, cy chociaz zapłacom nom za nadgodziny?
- Akurat zapłacom! – zaśmioł sie cherlawy. – Ale niekze ta. Dutki scynścia nie dajom.
- Bździny jakiesi godos! – oburzył sie rosły. – Jak to nie dajom? Chyba znowu nacytołeś sie jakisik stoickik wypocin pona Seneki Młodsego.
- Jo godom bździny? – spytoł cherlawy. – No to poźrej na takiego Judasa. Piknie wzbogacił sie o trzydzieści srebrników i co? Przyniesły mu te dutki scynście?
- A nie przyniesły?
- To ty o nicym nie wies? Noleziono bidoka martwego!
- Na mój dusiu! Zamordowali go?
- Pocątkowo brano takom mozliwość pod uwage. Ale Piłat osobiście powołoł biegłyk z medycyny sądowej. No i ci biegli orzekli, ze nimo najmniejsyk wątpliwości: to było samobójstwo.
- Samobójstwo? – Rosły żołnirz jaz nie mógł uwierzyć. – Mieć telo dutków i samobójstwo popełniać? O, Jezusicku!

- Słuchom? – odezwoł sie znienacka jakisi głos.

Rosły żołnirz znieruchomioł.

- To ty pedziołeś: “Słuchom”? – spytoł po kwili swego kompana.
- Nie, to nie jo – zaprzecył cherlawy. – Pewnie bedzies sie ze mnie śmioł, ale miołek jakiesi takie dziwne wrazenie, jakby ten głos dochodził z wnętrza tego grobu…
- A niby skąd mo dochodzić, kie jo właśnie w grobie jestem? – znów spytoł ten sam głos.

A zaroz potem… Na mój dusiu! Ziemia sie zatrzynsła, głaz zamykający wejście do grobu zacął sie kiwać… a potem jak nie prasnął z sakramenckim hukiem na ziem! Wzbiły sie tumany kurzu. A kie opadły, żołnirze uwidzieli, ze przed nimi stoi… nifto inksy jako zmartwykwstały Poniezus!

- O, krucafuks!!! – przeraził sie rosły żołnirz.
- Galilaee vicisti – przyznoł obiektywnie cherlawy i fcioł jesce dodać do tego Motiruri te salutant, ale w końcu uznoł, ze najpierw obacy, jaki bedzie dalsy bieg wypadków.
- Ftóry z wos zawołoł: “O, Jezusicku”? – spytoł tymcasem Poniezus.
- To nie jo! – zapewnił cherlawy. – Jo takik pospolityk zwrotów nie uzywom.
- No… to chyba jo… – przyznoł sie rosły. – Ino jo… jo… ten, tego…
Ze strachu bidok zupełnie nie mógł sie wysłowić.
- Kolega fcioł pedzieć – cherlawy postanowił wspomóc swego towarzysa – ze to był ino taki zwrot retorycny.
- No to nie mogliście jakiegosi inksego zwrotu retorycnego uzyć? – spytoł z wyrzutem Poniezus. – Kie usłysołek “O, Jezusicku”, to pomyślołek, ze mnie wołocie.
- To było zupełnie niefcący – pedzioł rosły, ftóry wreście jako tako odzyskoł zdolność godania. – Jo potela jesce nigdy nie obudziłek zodnego nieboscyka. To mi sie zdarzyło po roz pierwsy. Przysięgom!
- Cóz… i tak miołek dzisiok zmartwykwstać. – Poniezus machnął w końcu rękom. – Ino myślołek, ze zrobie to kapecke później. Planowołek lezeć w grobie jaz do kwili, kie przyjdzie tutok Maria Magdalena wroz matkom Jakuba i Salome. No ale niekze ta.
- Ino co bedzie z nomi? – zmartwił sie cherlawy żołnirz. – Przecie za niedopilnowanie grobu postawiom nos przed sądem wojskowym! Abo powiedzom, ze nie powinniśmy słuzyć w wojsku, ino występować w show-businessie. No i wyślom nos na arene z wygłodzonymi lwami, w ramak realizacji projektu Panem et circenes. Bedziemy pięciominutowymi celebrytami…
- Jo nie fceeee! – Rosły żołnirz prawie sie rozpłakoł. – Jo mom alergie na kociom sierzć! To na sierzć wielkik kotów bede mioł jesce więksom!
- Nie turbujcie sie, bo nimo po co – przemówił uspokajająco Poniezus. – Bieząco sytuacja politycno w Rzymie działo na wasom korzyść. Cysorz Tyberius, po tym jak przez spisek pona Sejana o mało co nie stracił władzy, nie cuje sie jesce zbyt pewnie na swym cysarskim tronie. Jest teroz barzo ostrozny. Więc nie bedzie fcioł ryzykować niepokojów w armii tylko dlotego, ze dwók towarzysy broni ukarano za nieupilnowanie jednego grobowca kasi na peryferiak imperium.
- Jesteście pewni? – spytoł cherlawy żołnirz.
- Jo to po prostu wiem – odpowiedzioł Poniezus. – Przecie jestem Ponem Bóckiem i wiem syćko.
- Nie obroźcie sie, Galilejcyku – pedzioł na to cherlawy – ale my dwaj wierzymy nie w Pona Bócka, ino w Jowisa.
- A wierzcie se, w co fcecie – rzekł Poniezus. – Myślicie, ze jak jestem Ponem Bóckiem, to mom cosi przeciwko tolerancji religijnej? Nic bardziej błędnego!
- No, miołbyk tutok pewne wątpliwości – ośmielił sie zauwazyć cherlawy żołnirz. – Kiesik, tak z ciekawości, przejrzołek Biblie. Ocywiście ino Stary Testament, bo Nowy jest podobno dopiero w przygotowaniu. No i z tego, co w tym Starym Testamencie wycytołek, wyniko, ze racej nie byliście zakwyceni, kie was Naród Wybrany próbowoł ccić złotego cielca zamiast wos.
- A, tamto to była inkso sprawa – pedzioł Poniezus. – Mógłbyk to piknie wyjaśnić, ino nie wiem, cy w tej kwili mocie ochote na wysłuchiwanie wykładu z egzegezy biblijnej. Jesteście przecie juz strudzeni od tego stania na warcie. Mnie z kolei kapecke boli jesce głowa od tej całej korony cierniowej.
Tutok rosły żołnirz zmiesoł sie straśnie.
- Za te korone… to jo przepytuje piknie – pedzioł. – Sam nie wiem, co mi wte do łba strzeliło.
- Wiem, ze nie wiecie – pedzioł Poniezus. – Więc nimom zolu. W końcu kie wisiołek na krzyzu, to nie bez powodu popytołek mojego Ojca, coby wom piknie przebacył, bo nie wiecie, co cynicie.
- Cyli nie gniewocie sie za to bicowanie, za te ciernie i za przybicie do krzyza? – spytoł rosły żołnirz.
- No przecie godom, ze nie.
- Uff! To całe scynście! – odetchnął żołnirz. – Bo inacej sumienie gryzło by mnie i gryzło. Jaz ze zgryzoty syćkie włosy byk se z głowy powyrywoł. A wte mojo dziewcyna by mnie rzuciła, bo ona godo, ze nie lubi łysyk chłopów.
- Ba kie o mnie idzie – odezwoł sie cherlawy – to jo wykładu z egzegezy mógłbyk posłuchać. Jeśli nie dzisiok – to moze inksym rozem?
- Cało bida w tym – rzekł Poniezus – ze w najblizsym casie bede racej trudno uchwytny. A za niedługo juz hybom do nieba. Ba jeśli fcecie, to wpodnijcie do moik apostołów w Zielone Świątki. Oni wte bedom juz tak piknie mądrzy, ze odpowiedzom wom nawet na barzo trudne pytania.
- Chętnie! – uciesył sie cherlawy żołnirz. – Barzo lubie ukwalowanie na tematy egzystencjalne i transcendentalne.
- A jo chętnie juz byk se stela poseł – pedzioł rosły żołnirz. – Miło nom sie gawędzi, ale my juz od ładnyk paru godzin tutok tkwimy! A po co momy pilnować grobu, ftóry juz i tak jest pusty?
- Co prowda, to prowda – zgodził sie z żołnirzem Poniezus. – Jak fcecie, mozecie juz iść. Jo zreśtom tyz póde przespacerować sie po okolicy, bo i tak w tej kwili nimom nic inksego do roboty. Co najwyzej na wselki wypadek ostowie przy grobie Janioła Pańskiego. Kieby trzy niewiasty przysły tutok przed moim powrotem ze spaceru, to on im powie, ze jo juz piknie zmartwykwstołek. Haj.

No i żołnirze pozegnali sie z Poniezusem i posli w swojom strone. Ba kie odchodzili, to obyrtli sie w pewnej kwili i zawołali:
- Galilejcyku! Jak mogli my zabocyć! Przecie zacęła sie nom juz Wielkanoc! No to zycymy wom Wesołyk Świąt i mokrego Dyngusa!
- A dziękuje piknie! Wzajemnie! – odpowiedzioł Poniezus.

A potem tak se pomyśloł:
- Trza przyznać, ze całkiem mili byli ci żołnirze. Moze by im to jakosi wynagrodzić? O! Mom pomysł! Sprawie, ze nie ino nie ukarzom ik za niedopilnowanie grobu, ale jesce piknie im zapłacom! Bajako!

I tak tyz sie stało. A fto nie wierzy, niek poźre do Ewangelii Świętego Mateusa i przecyto se rozdział 28, wierse od 11 do 15. Haj.

No i teroz, kie przychodzi Wielkanoc, to jak wiadomo najbardziej urocystom msom w kościele jest rezurekcja. Ino ta rezurekcja jest wse odprawiono o sakramencko wcesnej godzinie! Dlocego? Ano dlotego, ze Poniezus o straśnie wcesnej porze zmartwykwstoł – z winy żołnirza, ftóremu o takiej porze właśnie wyrwoł sie ten okrzyk: “O, Jezusicku!”

Wesołyk Świąt, ostomili! Hau!

1.04.2012
niedziela

Nimo sie co osukiwać?

1 kwietnia 2012, niedziela,

Wy, ludzie, furt godocie: “Nimo sie co osukiwać”. Abo: “Nie osukujmy sie”. Abo poucocie jeden drugiego: “No i po co, bidoku, osukujes samego siebie?” I tak dalej, i tak dalej. Z tego rozumiem, ze wasym zdaniem osukiwać sie nie nalezy. Cóz, moze to i racja?

Ale weźmy takiego Prima Aprilisa. Pikne święto kłamcuchów. Dzień, we ftórym osukiwanie jest piknie dozwolone. I co? Nawet wte nie mozno wmówić samemu sobie choćby maluśkiego kłamstewka? Jo se myśle – ze mozno. Przecie powiedziane jest wyraźnie: “Bliźniego swego jak siebie samego”. Więc skoro w tym dniu osukujecie bliźnik, to znacy, ze siebie tyz mozecie. Mozecie – a nawet powinniście. Haj.

W sumie zreśtom cyz sprytne wprowadzanie w błąd samego siebie nie jest więksym wycynem niz zmylenie kogosi inksego? W końcu kie osukocie inksego cłeka – to owsem, bedzie to jakisi sukces, ze zdołaliście go przechytrzyć. Ale kie osukocie samyk siebie – to bedzie znacyło, ze przechytrzyliście takom osobe, ftóro barzo dobrze wos zno i wie syćko o wasyk fortelak, podstępak i śtuckak. To dopiero pikny sukces bedzie! Bajako.

Kie wklejom jo ten wpis – w turbaczowskiej strefie casowej pierwsy kwietnia jest juz prawie od godziny. Nie wiem, komu w ten dzień zamierzocie wyryktować pikny primaaprilisowy śpas: cioci, śwagrowi, przyjacielowi, kuzynce, kuzynce kuzynki… Róznym ludziom mozecie. Ba bocujcie właśnie i o tym – ze taki śpas mozecie wyryktować tyz sobie.

Tak więc kłamcuchy, do dzieła! I autokłamcuchy tyz! Hau!

P.S.1. Ba ocywiście przypadające na ten dzień Wawelokowe imieniny to nie jest zoden Prima Aprilis, ino najprowdziwso prowda. A zatem zdrowie Waweloka! :D

P.S.2. A dwa dni po Prima Aprilisie – bedzie nie ino piknie, ba tyz smakowicie. Bo to rocnica ślubu Poni Basi i Pona Pietra. Zdrowie Ostomiłej Wiecnie Młodej Pary! :D

28.03.2012
środa

To było barzo pikne kazanie

28 marca 2012, środa,

Cytom jo se teroz biografie księdza Jana Twardowskiego, co to poni Magdalena Grzebałkowska jom napisała. No i cytając dowiedziołek sie, ze kie ten hyrny ksiądz-poeta ukońcył seminarium, to na pocątek wysłali go do piknej parafii w Żbikowie pod Pruszkowem. A w tym Żbikowie to gazdowoł taki probosc, ftóry był ponoć barzo porywającym mówcom. Kie głosił kazania, to ludziska słuchali go z wielkim przejęciem. Coby zaś to przejęcie było jesce więkse, to wiecie, co ten probosc wymyślił? Krucafuks! Po pulpitem ambony trzymoł… ludzkom caske! Prowdziwom! I od casu do casu on te caske wyciągoł i wysoko do wierchu unosił, coby syćka dobrze jom widzieli i zdali se sprawe, ze słowa płynące z kazanicy, to som barzo powozne rzecy, a nie jakiesi tam śpasowanie. Tak to podobno było. Haj.

Jak na tle takiego probosca wypadoł bidny pocątkujący wikary, ftóry wprowdzie wielkim poetom był, ale wte świat jesce o tym nie wiedzioł? No, nie za dobrze: Słabł przy ołtarzu, uginały się pod nim nogi, drżały mu ręce.*

Ba co najmniej jeden roz udało mu sie w tym żbikowskim kościele wyryktować takie kazanie, ze hej! Jak ono wyglądało? Juz godom. A właściwie to poni Grzebałkowska godo, a jo ino po niej powtarzom:

Któregoś roku w pierwszym dniu Wielkanocy rezurekcję odprawiał proboszcz. Następna msza święta przypadła księdzu Twardowskiemu. W kościele było niewielu wiernych. Wszedł na ambonę i stremowany oparł się mocniej o pulpit, pod którym proboszcz chował ludzką czaszkę. Potoczyła się po schodach ambony.
- Amen – powiedział wikary Twardowski i zszedł na dół.
**

No… cóz… jedno jest pewne – na takim kazaniu nifto, absolutnie nifto, nie nudził sie ani kapecke. Ale tak poza tym – moim owcarkowym zdaniem – takie kazanie było barzo pikne. Bo tylko pozornie nic w nim nie zostało powiedziane. A w rzecywistości – zostało. I to barzo wiele! Co? A na przykład to:

- stukot turlającej sie po schodak caski piknie przybocył, ze przypadająco na ten dzień Wielkanoc to cas stukania pisankami – coby rozbić skorupke i skostować tego, co w środku;

- nalezy jeść to, co za zycia jodł posiadac tej caski; bo rozumiem, ze caska – choć sturlała sie ze schodów i prasła w posadzke – to sie nie rozpękła; a zatem jej posiadac mioł barzo mocne kości, co niewątpliwie zawdzięcoł zdrowemu odzywianiu sie;

- nie nalezy natomiast korzystać z usług stolorza, ftóry wyryktowoł pulpit do tej ambony; no bo kieby ten pulpit był nalezycie wyryktowany – to nic by spod niego nie wyskakiwało tylko dlotego, ze cherlawy ksiądz sie na nim oporł;

- ta caska słusnie zrobiła, ze potocyła sie ku ziemi, bo przecie w sumie miejsce trupik casek jest pod ziemiom, a nie nad ziemiom;

- kie ftosi narzeko, ze go kapecke głowa boli, niek wie, ze wse mogło być gorzej; na przykład kieby jego głowa sturlała sie po schodak jako ta caska – to by dopiero bolało!;

- jeśli ta caska uciekła, to trza wziąć po uwage i takom mozliwość, ze ona mogła zrobić to specjalnie; moze miała ambitne plany?; moze juz miała dosyć bycia rekwizytem do kościelnyk kazań, a jej pragnieniem była rola caski Jorika w “Hamlecie”?; jo juz nie bede tutok rozwijoł myśli, kielo piknyk podtekstów moze sie kryć w motywie caski marzącej o karierze teatralnej;

- mozliwe tyz, ze ta caska, robiąc na tyk schodkak “stuk, stuk, stuk-stuk”, przekazała jakiesi barzo wozne treści alfabetem pona Morse’a; jakie?; cóz, moze poni Grzebałkowska kiesik sie tego dowie?; i moze o tym napise w następnym wydaniu biografii księdza?;

- i w ogóle najwyzso pora, coby wierni wreście przestali sie tej sakramenckiej caski bać!; probosc strasył niom i strasył swoik parafian… a tymcasem ona moze być bardziej śmiesno niz straśno – wystarcy, ze ot tak piknie sie poturlo.

Heeej! Jo i tak nie zbocyłek syćkiego, co zostało tamok powiedziane. Ale to, co zbocyłek, chyba wystarcająco dowodzi, jak barzo myliłby sie ten, fto by godoł, ze nie było w tym kazaniu zodnej treści.

Domyślom sie, ze ksiądz Twardowski jakomsi homilie na tamtom mse wyryktowoł. I teoretycnie mógł jom mimo syćko wygłosić. Cy słusnie, ze jednak nie wygłosił? Jo se myśle, ze słusnie. W końcu skoro ten niespodziewany wypadek z caskom sam z siebie był tak piknie wymowny, to po co było jesce cosi do tego dodawać? Kieby ksiądz wymówił wte choć jedno słówko, opróc owego “Amen” – kazanie byłoby juz przegadane. Bajako.

I jesce jednom rzec worce tutok zauwazyć. Nie wiem, cy na tej msy byli obecni sami ino Polacy. Barzo mozliwe, ze tak. Ba równie dobrze mógł sie trafić tamok jakisi Rusek, Miemiec, cy inksy Brazylijcyk. I wte taki cudzoziemiec zrozumiołby to kazanie w takim samym stopniu jako tubylcy. Cyz to nie pikne? Na mój dusiu! Od casów Dziejów Apostolskik to było pierwse takie kazanie, na ftórym nifto, w jakim by tam języku nie godoł, nie miołby powodów do narzekania, ze słysy jakiesi niezrozumiałe dlo siebie słowa! Hau!

P.S. A tak w ogóle to piknie nom sie ostatni dzień marca ryktuje. Bo w tym dniu Profesoreckowe urodziny bedom. No to zdrowie Profesorecka! :D

* M. Grzebałkowska, Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego. Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, s. 133.
** Ibidem.

23.03.2012
piątek

Tako rzec mogła Justyna Kowalczyk

23 marca 2012, piątek,

Krucafuks! Po co w ogóle jest ftosi taki, jak ta cało Marit Bjoergen! No po co! Co za diask jom nasłoł! Skaranie boskie! Kany ona nie pohybo na tyk swoik sakramenckik norweskik nartak – tamok furt wygrywo i wygrywo! No, casem przegrywo. Ale tylko casem. Powinna przegrywać duzo cynściej! Haj. Cyz bez niej zycie nie byłoby łatwiejse? Nie wadziłaby inksym zawodnickom, ftóre przecie tyz od casu do casu fciałyby piknie stanąć na najwyzsym stopniu podiuma. Abo niekze ta. Niek juz se jest. Ba dlocego musi akurat sport nartowy uprawiać? Przecie som inkse pikne dyscypliny: skok w dal, zapasy, rzut dyskiem… Ze ino te konkurencje ze starodownyk greckik olimpiad wymienie. A jej akurat nart sie zafciało! No, krucafuks!

To mógłby być cytat, ostomili. Cytat z Justynki Kowalczyk, ftóro po trzek z rzędu wygranyk w pucharze świata piknie licyła, ze w tym roku wygro po roz cworty. A tutok nic z tego! Naso górolka z Beskidu Wyspowego musiała tym rozem zadowolić sie miejscem drugim. Choć przecie biegała piknie. Nawet barzo piknie. Ba to, jak widać, nie wystarcyło, coby nad poniom Bjoergen zawierchować.

I dlotego właśnie Justynka mogła wypowiedzieć te słowa, ftóre zeście przed kwileckom przecytali. Ona jednak pedziała cosi inksego. Fcecie wiedzieć co? No to posłuchojcie:

Gdyby nie było tak odrodzonej Marit, to w ostatnich trzech latach wygrałabym prawdopodobnie 80 proc. startów. Z drugiej strony, gdybym była tak dobra, to może spoczęłabym na laurach? Może bym pomyślała, że juz wszystko wiem i umiem?*

Na mój dusiu! Jak na polskie warunki – to barzo nietypowe podejście do własnego niepowodzenia! Zamiast narzekać, biadolić, jęceć, kwękać, marudzić i uzalać sie nad sobom – ona śpekuluje, ze to moze i dobrze, ze nolazła sie rywalka, ftórej w tym sezonie nie była w stanie pokonać!

No to jo se myśle, ze nasej Królowej Śniegu nalezom sie podwójne brawa. Po pierwse – za bycie w swojej dyscyplinie jednym z najlepsyk sportowców na świecie. Na co zreśtom kolejnym piknym dowodem jest właśnie to drugie miejsce w pucharze. I niek kruca nifto nie godo, ze takie drugie miejsce nie jest pikne. Bo jest! Jest i ślus! Zreśtom kieby wziąć pod uwage, ze w połowie sezonu cosi Justynce w kolanie trzasło – to nie wiadomo, cy jej tegorocny wynik nie jest więksym sukcesem niz zwycięstwa w rokak poprzednik. Bajako.

No a po drugie – brawa nalezom sie tej hyrnej górolce za nolezienie dobryk stron w tym, co utrudniło jej osiągnięcie celu, zamiast ułatwić.

Tak mi sie widzi, ze zarówno w tym pierwsym, jak i w tym drugim – nasej siumnej narciarce udało sie dokonać tego, co potela udało sie ino nielicnym Polakom. Hau!

* Justyna Kowalczyk: Jeszcze się rozkręcę, rozmowę przepr. R. Błoński, “Gazeta Wyborcza” z 20 marca 2012, s. 28.