13.05.2015
środa

Odskodowanie dlo Felka

13 maja 2015, środa,

Na krótko przed dniem Świętego Wojciecha (cyli dniem, kie owcarki wroz z bacami i owieckami wyrusajom na hole) do nasego sołtysa przyseł Felek znad młaki, co to jest najbogatsy w mojej wsi.

– Witojze, Feluś – pedzioł sołtys. – Co cie tutok sprowadzo?
– Ano, przysłek po nalezne mi odskodowanie – pedzioł Felek.
– Co takiego? – Sołtys nie był pewien, cy dobrze zrozumioł, co Felek pedzioł.
– No, po odskodowanie za potok przysłek – odrzekł Felek wzrusając ramionami.
– Za jaki potok? – zdziwił sie sołtys.
– Jak to za jaki? Za ten, co przez nasom wieś przepływo – pedzioł Felek. – I w tym cały kłopot. Bo ten potok straśnie głośno siumi! Telo decybeli ryktuje, ze kie jo mom w chałupie otwarte okna, to nie moge sie na nicym skupić. Dlotego właśnie musicie zapłacić mi odskodowanie.
Sołtys popukoł sie w głowe.
– Felek, przynapity jesteś, cy jak? – spytoł. – Od kiedy to sołtysi płacom odskodowania za siumiące potoki?
– Ha! – zawołoł triumfalnie Felek i wyciągnął z kieseni kurtki smartfona. Podoł go sołtysowi.
– Cytojcie, krzesny – popytoł.
Sołtys wziął smartfona do ręki. Na wyświetlacu widnioł taki jeden artykuł z Onetu, ka było napisane tak:

Włochy: miasto ukarane grzywną za… zbyt głośny wodospad.
[…] 1032 euro – taką karę otrzymały władze miejscowości Bellano po tym, gdy jeden z jej mieszkańców poskarżył się na głośny wodospad o nazwie Otchłań (Orrido), podziwiany przez tysiące turystów, zwłaszcza zagranicznych.
Mniejszy entuzjazm budzi wodospad na pobliskim osiedlu. Niektórzy z jego mieszkańców mówią, że przy otwartych oknach nie mogą słuchać radia ani oglądać telewizji, bo nic nie słyszą.
Skarga jednego z niezadowolonych została złożona w regionalnym urzędzie do spraw ochrony środowiska. Urzędnicy, jak się zauważa, zamiast chronić piękno natury, nakazali zmierzyć poziom hałasu i stwierdzili przekroczenie dopuszczalnych norm w skalistym kanionie, do którego z impetem wpada wzburzona woda.

Sołtys skońcył cytać, pokryncił głowom i pedzioł:
– Cóz… moze u tyk Włochów jest takie prawo, ze lokalny samorząd musi płacić za zbyt głośnom wode. Ale tutok przecie jest Polska, a nie we Włochy.
Felek mioł na to gotowom odpowiedź:
– Chyba zabocyliście, krzesny, ze Włochy i Polska nalezom do jednej i tej samej Unii Europejskiej. I tyk samyk dyrektyw z Brukseli musimy słuchać i my, i oni. Jeśli więc u nik samorząd lokalny odpowiado za zbyt głośnom nature – to nimo wątpliwości, ze u nos tyz.
– A moze ta wiadomość to ino jakisi primaaprilisowy śpas? – śpekulowoł sołtys.
– Jest nad tekstem data 1 kwietnia? – spytoł Felek. – Nimo! Jest inkso! Więc przestońcie wreście uchylać sie od płacenia. Lepiej dogodojmy sie jak powozni dorośli ludzie. Jeśli mocie w tej kwili za mało dutków – mozecie wypłacać mi odskodowanie w ratak. Choć wte ocywiście dojdom wom odsetki.
– Jo ci dom odsetki, beskurcyjo! – Sołtys nie wytrzymoł i chycił wisącom na ścianie strzelbe. Wnet wycelowoł jom ku Felkowi.
– Nie, to nie – pedzioł Felek, cofając sie ostroznie ku wyjściu. – Myślołek, ze załatwie z womi sprawe polubownie. Ale skoro polubownie nie fcecie – spotkomy sie w sądzie.

Sołtys odciągnął kurek strzelby, a wte Felek – w uciekaca. Sołtys zaśmioł sie i odłozył broń. Potem usiodł i napił sie Łąckiej Śliwowicy. Posiedzioł kapecke i… zacęły nachodzić go wątpliwości.

– Krucafuks! – zacął godać do siebie. – A co bedzie, kie on naprowde pódzie do tego sądu? Jego stać przecie na najlepsyk adwokatów! A kie sąd przyzno mu racje, to jak wysokie bedzie to odskodowanie? Cy strace cały dorobek swego zywobycia? O, Jezusicku! Jo chyba zwariuje od myślenia o tym syćkim! Lepiej chyba póde do najmądrzejsego cłowieka we wsi.

No i sołtys poseł do mojej gaździny. Bacy akurat nie było w chałupie, bo siedzioł w korcmie i godoł z juhasami o planak na piknie zblizający sie dzień Świętego Wojciecha. Gaździna wpuściła sołtysa do środka. Sołtyz zaś zaroz opowiedzioł o swoim frasunku. Gaździna wysłuchała gościa piknie, a potem pedziała:
– Tak se myśle, krzesny, ze chyba dom rade wom pomóc…
Nagle zacęła cosi nadsłuchiwać.
– Jakiesi auto zajechało tutok – pedziała. I wyjrzała przez okno.
– To auto Felka – rzekła sołtysowi. – Zaroz tutok wejdzie.
– O, Jezusicku! – zawołoł sołtys. – On nie moze wiedzieć, ze jo tutok jestem, bo od rozu sie domyśli, ze mojo wizyta u wos mo zwiazek z nim!
– No to schowojcie sie w safie – poradziła gaździna. – Abo nie. Bo jeśli mój chłop wróci, to nie wiadomo, co se pomyśli, kie wos w tej safie uwidzi. Lepiej ucieknijcie stela oknem z drugiej strony chałupy.

I sołtys zrobił, jako gaździna pedziała. Pohyboł ku oknu, ftóre wychodziło na strone pobliskiego potoka. Sapiąc jak pikno starodowno lokomotywa, wygramolił sie do pola. Jo tymcasem dobrze sie rozglądołek, cy przypadkiem koło nasej chałupy nie przechodzi Janiela. Kieby przechodziła i uwidziała, jak sołtys ukradkiem opusco nasom chałupe – to by dopiero bździn we wsi naopowiadała! Na scynście Janieli w poblizu nie było. Na scynście dlo niej, ocywiście. Bo kieby była, to jo musiołbyk hipnąć ku niej i tak groźnie nascekać i naujadać, coby ze strachu zabocyła syćko, co widziała w ciągu ostatniej godziny.

W tej samej kwilecce, kie sołtys traktowoł nase okno jako drzwi zastępce, z drugiej strony chałupy zapukoł Felek. Gaździna zaroz otworzyła mu i zaprosiła do środka.

– Witojcie, krzesno! – zawołoł Felek. – Wiecie co? Wpodłek na pikny pomysł jak mozno wyciągnąć od nasego sołtysa pikne dutki.
– Jo tyz muse ci, Feluś, o cymsi pedzieć – pedziała gaździna. – Przed kwileckom oglądałak w telewizji wiadomości. Właśnie godali o jednej straśnie śmiesnej rzecy. Otóz pewnemu sietniokowi we Włosek straśnie przeskadzoł pobliski wodpospad. Ze niby był zbyt głośny, hehe. O dziwo, jakiesi głupie urzędniki pocątkowo przyznały temu sietniokowi racje i ukarały mandatem miejscowego burmistrza. Ale wies, Felek, co sie potem okazało? Ze chłop mioł po prostu zabocył wyłącyć radia, we ftórym w dodatku fala uciekła! I to jego własne radio tak głośno sumiało, a nie wodospad! Hahahaha!
– Yyy… Radio, padocie? – wybąkoł Felek.
– Bajako – pedziała gaździna. – Ale to jesce nie syćko. Wyobroź se, ze w ślady tego sietnioka posli rózni “spryciorze” w róznyk krajak Unii. Zacęli oni swoje lokalne władze pozywać o rózne bzdurne odskodowania – a to za zbyt głośny potok, a to za zbyt głośne sroki w okolicy, a to za zbyt głośno dujący wiater… Ba teroz syćkie sądy od rozu odrzucajom takie pozwy, bo sie bojom podobnej kompromitacji, jako spotkała tyk włoskik urzędników. Mało tego! Nakładajom na tyk bejdoków grzywny za próbe wprowadzenia w błąd organów państwowej administracji! Sakramencko pikne grzywny na nik naładajom! Hahaha! Ale ubaw! Hahahahaha!

Na mój dusiu! Mojo gaździna tak piknie udawała, ze sie śmieje, ze za takom gre to prowdziwy Oskar jej sie nalezoł. Pikny Oskar z samiućkiego Losa Angelesa.

– Felek, a cemu ty sie nie śmiejes? – spytała gaździna. – Przecie to, co ci opowiedziałak, jest straśnie śmiesne!
– No… yyy… yyy… – jąkoł sie Felek. – No tak… barzo śmiesne. Hyhy! Hy-hy-hy-hy…

Felkowi z kolei marnie to udawanie śmiechu wychodziło. Za to mógł dostać ino Złote Maliny. Haj.

– No dobrze Feluś – rzekła gaździna. – Ba godołeś cosi, ze mos pomysł, jak wyciągnąć dutki od nasego sołtysa.
– Ja? Ah, tak… – Felek scyrwienił sie na kufie. – Ale to moze później? Właśnie przybocyłek se, ze mom spotkanie w Nowym Targu z pewnym japońskim biznesmenem. Muse wartko jechać do Nowego Targu.

Po tyk słowak Felek niemalze wybiegł z nasej chałupy i pohyboł do swego auta. Zanim usiodł za kierownicom, mruknął cosi pod nosem. Ale co? Krucafuks! Tego niestety nie dosłysołek. Nie dosłysołek, bo potok za nasom chałupom zbyt głośno sumioł i zagłusył Felkowe mrucenie. Więc jak myślicie? Powinienek zaządać od nasego sołtysa odskodowania za zbyt głośny potok? Przyznoje, ze barzo chętnie byk zaządoł. Choć wcale nie musi ono być wielkie. Nie musi, bo po co? Pikny kawałecek dobrej kiełbasy jałowcowej – w zupełności wystarcy. Hau!

P.S.1. A w najblizsy poniedziałek… to dopiero okazji do świętowania bedzie! Bo to dzień urodzin Helenecki, Misiecka i Poni BlejkKocickowej. No to zdrowie Ostomiłyk Jubilatów piknie w tym dniu wypijmy! :D

P.S.2. We wtorek tyz poświętujemy se piknie. Bo w tym dniu urodziny i imieniny Pona Pietra bedom. Zdrowie Pona Pietra! :D

23.04.2015
czwartek

A jednak istniejom

23 kwietnia 2015, czwartek,

Czy to bajka, czy nie bajka,
Myślcie sobie, jak tam chcecie.
A ja przecież wam powiadam:
Krasnoludki są na świecie!

Bocycie, ostomili, z casów swego dzieciństwa ten pikny wstęp do piknej ksiązki o bidnej sierotce Marysi? Być moze bocycie. I być moze nawet miło wspominocie ten cas, kie ftosi dorosły cytoł wom te ksiązke na dobranoc. Ale zarozem myślicie se pewnie: Cóz, wiersyk owsem, pikny. Ba nie do sie ukryć, ze nimo w nim ani kapecki prowdy. Bo prowda jest przecie tako, ze krasnoludków nimo. Nimo i ślus.

A tymcasem… posłuchojcie, co jo niedowno wycytołek w Onecie:

Na zielonej teczce z pieczęciami Straży Leśnej oraz Ministerstwa Rolnictwa widnieje napis: “Leśne skrzaty i wróżki”. Zawiera ona zdjęcia, opisy i informacje dotyczące rzekomych spotkań w kniejach w górach między Toskanią a Emilią-Romanią, zawsze w tym samym rejonie kilku miejscowości.
Włoska agencja ADNKronos, która przewertowała teczkę, poinformowała na przykład o zawiadomieniu złożonym funkcjonariuszom straży przez pewnego bankowca. W drodze do swego wiejskiego domku zobaczył w ciemnościach w lesie osobliwą postać na czworakach, o kształtach zbliżonych do ludzkich, która nachylała się, by jeść śnieg.
Niezbyt wyraźne zdjęcie, załączone przez autora tej relacji, zostało całkiem serio zakwalifikowane jako “elf” […] Jednocześnie w protokole podkreślono, że osoba, która złożyła to zawiadomienie, jest “poważna i wiarygodna”.
Znajduje się tam też szczegółowa relacja mieszkańca okolicy, który opisał, że w chwili, gdy chciał napić się wody ze źródła, ujrzał istotę wysokości 25 centymetrów.

Krucafuks! I co o tym myślicie? Bo mi sie widzi, ze kieby te wieści pochodziły z jakiegosi niepewnego źródła, to całom rzec dałoby sie wytłumacyć ornitologicnie – ze jest to zwycajno kacka dziennikarsko. Abo ornitologicnie i ogrodnico zarozem – ze jest to pierwso jaskółka tegorocnego sezonu ogórkowego. Ba sami widzicie, ze tutok źródło jest nie byle jakie. To świadectwo powoznyk państwowyk instytucji! Cy ftosi z wos śmie podejrzewać włoskie Ministerstwo Rolnictwa i podległom mu Straz Leśnom o brak nalezytej powagi w ryktowaniu oficjalnyk dokumnetów? No… chyba nifto. A zatem sprawa jest jasno: w północnej Italii zyjom prowdziwe elfy. Najprowdziwse! Haj.

No ale w takim rozie… skoro u Włochów istniejom elfy, to jo nie widze powodu, dlo ftórego w Polsce nie mieliby istnieć ik krasnoludkowi kuzyni. Bajako! I tak oto, prawie sto dwajścia roków od pierwsego wydania książki O krasnoludkach i sierotce Marysi, okazuje sie, ze moze to być… historia oparto na faktak autentycnyk! A przynajmniej, ze zawarte tamok twierdzenie Krasnoludki są na świecie jest jak najbardziej prowdziwe. Haj.

A cy przybocujecie se, kielo to rozy zdarzały sie wom rózne dziwne rzecy? Na przykład cosi nagle wom zginęło, abo cosi bez powodu sie popsuło, abo ostawiliście cosi w jednym miejscu, a potem nojdowoliście w zupełnie inksym. W takik wypadkak wielu z wos ludzi godo, ze to musi być robota krasnoludków. Ba nigdy nie godocie tego serio. Racej śpasujecie ino. Ba teroz… wiecie juz piknie, ze to wcale nie musom być śpasy. Po wasyk chałupak naprowde mogom sie kryncić te małe ludzicki w cyrwonyk śpicastyk copkak i z biołymi brodami.

A skoro tak to syćko wyglądo, to jo fciołbyk piknie zaapelować do syćkik właścicieli psów, kotów abo inksyk chomików: jeśli odkryjecie, ze cosi w wasyk chałupak zostało nabałaganione – nie godojcie od rozu pochopnie, ze zrobiła to waso zywina. Nie godojcie tak, bo przecie pikno zasada domniemanej niewinności powinna obowiązywać nie ino na salak sądowyk, ale w domu tyz. Trza bocyć, ze nadgryziony kawałecek kiełbasy w wasej kuchni abo strącony ze stolika wazon w wasym salonie – to wcale nie musi być wina domowego kotka cy pieska. Równie dobrze moze to być sprawka zupełnie inksyk istot. Istot potela jakze niesłusnie uznawanyk za zmyślone. Hau!

P.S.1. Heeeej! Downo mnie w Owcarkówce nie było. A syćko przez to, ze w tym roku jakosi niemrawo sło mi ryktowanie sie do wyjścia na hole. Wyjścia, ftóre następuje juz w ten cwortek, cyli w dzień Świętego Wojciecha. Przez ten cas, kie mnie nie było, to przesło pare piknyk budowyk świąt. No to te syćkie zaległości trza teroz piknie ponadrabiać. Najpierw trza uccić Gosickowe urodziny, ftóre były 17 kwietnia. Zdrowie Gosicki! :D

P.S.2. A dzień później, cyli 18 kwietnia, tyz barzo piknie urodziny były – Aleckowe. No to zdrowie Alecki! :D

P.S.3. Z kolei wcora rocnice ślubu Fusillecki my mieli. Zdrowie Fusillecki i Pona Fusilleckowego! :D

P.S.4. A ten cwortek jest nie ino – o cym juz zbocyłek – dniem Świętego Wojciecha, ale tyz dniem Motyleckowyk imienin. Zdrowie Motylecka! :D

P.S.5. W piątek zaś kolejne pikne urodziny momy – Plumbumeckowe. Zdrowie Plumbumecki! :D

P.S.6. W niedziele znowu świętujemy – tym rozem z okazji Alseckowyk urodzin. Zdrowie Alsecki! :D

31.03.2015
wtorek

Jak Poniezus z osiołkiem ukwalowoł

31 marca 2015, wtorek,

Cemu baranek jest symbolem Wielkanocy? To na pewno wiecie. Cemu jest nim tyz kurcok? To chyba tyz wiecie, a fto nie wie, ten przynajmniej sie domyślo. Ba jakim cudem wśród zywiny symbolizującej te święta nolozł sie zając? Ha! Tutok sprawa jest bardziej skomplikowano. Ale zaroz postarom sie wom syćko piknie wyjaśnić. A zatem…

Był rok 33 nasej ery. Zblizała sie Niedziela Palmowo. Poniezus juz wiedzioł, ze wroz z apostołami spędzi ten dzień w Jerozolimie. Rusył więc wroz z nimi ku temu hyrnemu miastu. Śli, śli… a kie juz zblizali sie do jego murów, Poniezus zauwazył, ze apostołowie som kapecke strudzeni wędrówkom. Postanowił więc zrobić mały postój. No i zaroz apostołowie piknie porozsiadali sie w cieniak drzew. Poniezus zaś hipnął do pobliskiego potoka, coby przynieść im świezej wody. Przy potoku zaś ujrzoł starego osła, ftóry stoł nad brzegiem z opusconym łbem i spokojnie chłeptoł orzeźwiającom wodzicke.

– Hej! Osiołecku! – zawołoł Poniezus. – Jo cie piknie znom!
– A jo wos nie – burknął osioł, niezadowolony, ze ftosi przeskadzo mu gasić pragnienie.
– Znos mnie, znos – zaśmioł sie Poniezus.
Zdumiony osioł przestoł pić i uniesł łeb do wierchu.
– Na mój dusicku! – zawołoł. – Rozumiecie, co jo godom? Wy, cłowiek, rozumiecie mowe zywiny?
– Kiesik to cie nie dziwiło. – Poniezus dalej sie śmioł.
– Kiesik? – Osioł był coroz bardziej zdumiony. – To znacy kie?
– Ano… – rzekł Poniezus – najpierw w stajence betlejemskiej, a potem podcas uciecki do Egiptu, kie Święty Józef posadził na twoim grzbiecie Matke Boskom i mnie, coby ratować nos przed zawistnym Herodem.

Teroz dopiero osłu rozjaśniło sie w głowie.
– O, Jezusicku! To Jezusicek! – wykrzyknął. – Jezusicek we własnej osobie!
A potem uradowany rzucił sie Zbawicielowi na syje, tak ze kieby Poniezus nie uzył swej boskiej mocy, to obaj prasliby na ziem i poturlali do potoka.

– Jezusicku! Ostomiły Jezusicku! – wołoł osioł. – No, piknie pytom, wyboc, ze jo cie nie poznoł, ale… kie ostatni roz cie widziołek, to byłeś maluśkom dziecinom. Do maluśkiego złóbka piknie sie mieściłeś! Na mój dusiu! Kielo to juz roków minęło! Kielo roków!
– Oficjalnie – trzydzieści trzy – pedzioł Poniezus. – A faktycnie jesce więcej. Tak cy siak… piknie jest spotkać znajomego z casów dzieciństwa.
– Bajuści, piknie – zgodził sie osioł. – Nie bede godoł, co działo sie ze mnom przez te syćkie roki, bo przecie jako Pon Bócek barzo dobrze to wies. Ba ty, Jezusicku, co porabiołeś?
– Heeej! Długo by godać – pedzioł Poniezus. – Było wiele przyjemnyk zdarzeń, jak uzdrawianie choryk ciał i – co wozniejse – uzdrawianie choryk dus. Były tyz rzecy nieprzyjemne, jak słowne sarpacki z fanatykami religijnymi, przekonanymi, ze na przykazaniak Pona Bócka znajom sie lepiej niz sam Pon Bócek. Ba najgorse niestety dopiero przede mnom – o, tamok.
Wymawiając słowo “tamok”, Poniezus wskazoł w strone Jerozolimy.
– Ostomiły Jezusicku – rzekł osioł – w takim rozie moze lepiej by było, cobyś tamok nie seł?
– Muse iść – odpowiedzioł Poniezus. – Muse, choć wiem, ze kie przybęde do Jerozolimy, to najblizsy piątek bedzie dlo mnie straśliwym dniem. Ale zapewniom cie, osiołecku, ze syćko dobrze sie skońcy.
– A, skoro sie dobrze skońcy – to co inksego – pedzioł uspokojony osioł. – A cy moge ci, Jezusicku, kapecke potowarzysyć w twej drodze?
– Cemu nie – odpowiedzioł Poniezus. – Mógłbyk nawet wjechać do miasta na twym grzbiecie. Jechołbyk na tobie jak za downyk dobryk casów, kie jo byłek małym Jezuskiem, a ty młodym siumnym osiołkiem.
Poniezus sie rozmarzył, ba osioł… zrobił niewyraźnom mine.
– To nie jest dobry pomysł – pedzioł osioł. – Widzis, Jezusicku, jo nie jestem juz młodym, silnym siuhajem. Mom juz swoje roki. Reumatyzm mi dokuco. Siły juz nie takie jak downiej. Nie wiem, cy dom rade cie ponieść.
– Cóz, trudno – pedzioł Poniezus. – Jaz tutok dosłek na piechote, to do samej Jerozolimy tyz dojde.
– Nie, Jezusicku! – prociwił sie osioł. – Syn Bozy do jednej z najwięksyk metropolii antycnego świata miołby hybać na własnyk nogak? Mom propozycje. W pobliskiej wsi jest obejście, ftórego gazdowie hodujom mojego wnuka. Moze właśnie ten mój wnuk by cie poniesł?
Poniezus podrapoł sie po głowie.
– Cy to nie bedzie przypadkiem nepotyzm? – zastanawioł sie. – Nie! Na scynście nie! Wartko oceniłek w swej boskiej głowie syćkie okolicne osiołki i widze, ze twój wnuk jest wśród nik najślachetniejsy. Młodziutki jest, ba piknie ślachetny. Bedzie sie nadawoł. Popytom dwók apostołów, coby mi go przyprowadzili. Haj.

A następnego dnia było tak, jak to Ewangeliści opisali – Poniezus wjechoł do Jerozolimy na młodym osiołecku. A kie wjezdzoł, na ulice wyległy wiwatujące tłumy. Tuz przy Jezusie krocył Święty Pieter. W pewnej kwili apostoł odezwoł sie do Zbawiciela:
– Muse przyznać, ostomiły Jezusicku, ze barzo dostojnie na tym osiołku wyglądos.
– A jo muse przyznać – pedzioł Poniezus – ze to oślę jest barzo sympatycne. I tak se myśle… moze by ukwalować, coby osiołek stoł sie jednym z symboli Wielkanocy? Na pamiątke tego, ze mojom męke i zmartwykwstanie poprzedził pikny wjazd do Jerozolimy na tej siumnej zywinie? To jest na rozie ino luźno propozycja…
– Barzo pikno propozycja! – zakwycił sie Święty Pieter. – Niekze więc sympatycno zywina z długimi usami bedzie w przysłości symbolem Wielkanocnyk Świąt!

Co sie działo w kolejnyk dniak – to wiecie: ostatnio wiecerza, pojmanie Poniezusa przez posłusnyk arcykapłanowi radykałów, droga krzyzowo… ba potem – pikne zmartwykwstanie.

No i niedługo po owym zmartwykwstaniu Poniezus postanowił odwiedzić znajome osiołki. Wybroł sie na mały spacer pod Jerozolime i wnet natrafił na młodzioka, na ftórym jechoł se podcas niedownej Niedzieli Palmowej.

– Witoj, osiołecku! – zawołoł Poniezus.
– Na mój dusiu! – wykrzyknął osiołek. – Ty zyjes, Jezusicku! Piknie zyjes! A jesce trzy dni temu, kie zapuściłek sie pod Golgote, to na własne ocy widziołek, ze byłeś zupełnie martwy!
– Cóz, przeinacyłek kapecke porządek rzecy – pedzioł Poniezus uśmiechając sie przy tym. – Potela zycie miało swój kres, a śmierzć nie miała. Od tej pory jednak bedzie na odwyrtke. No ale tak w ogóle to co u ciebie, osiołecku?
– A, dziękuje, syćko dobrze – odpowiedzioł osiołek. – Gorzej z moim dziadkiem. Siedzi w krzokak i sie turbuje.
– Cymze sie turbuje? – spytoł Poniezus.
– A bo on, jak na pewno bocys Jezusicku, namówił cie, cobyś przybył do Jerozolimy na moim grzbiecie, nie na jego. Ba wkrótce potem, kie syćko przemyśloł, to zacął sie frasować, ze jo to jestem jesce młody źrebak, ze nimom telu sił co dorosły osioł i ze nie dom rady nieść cie w taki upał przez dusne miasto. Mioł wyrzuty sumienia, ze wrobił mnie w zbyt trudne zadanie i boł sie, ze na ulicak Jerozolimy jo moge zwycajnie zasłabnąć.
– Ale przecie nic takiego sie nie stało – stwierdził Poniezus. – Poza tym twój dziadek powinien znać mnie na telo dobrze, coby wiedzieć, ze nie pozwoliłbyk, aby stała ci sie choćby najmniejso krziwda.
– Bajuści – pedzioł osiołek. – Ale wies, Jezusicku, jak to jest z nadopiekuńcymi dziadkami. Nic złego mi sie nie stało, ale jego i tak gryzie sumienie. Godom mu, ze nimo cym sie turbować, ale on nie fce mnie słuchać. Furt powtarzo ino, ze jest najgorsym dziadkiem na świecie.
– To depresja – zdiagnozowoł Poniezus. – Ale w takim rozie pódźmy we dwók pedzieć mu, ze jo właśnie zmartwykwstołek. Na pewno humor piknie mu sie poprawi.
– Pewnie tak – zgodził sie młody osioł. – Ba co bedzie w przysłości? Jo w tej Jerozolimie barzo dobrze słysołek, jakeście godali ze Świętym Pietrem, ze osiołek stonie sie symbolem Wielkanocy.
– Zgadzo sie, tak ześmy godali – przybocył se Poniezus.
– No właśnie… – kontynuowoł osiołek. – A to oznaco, ze w przysłości, kie bedzie zblizoł sie Wielki Tydzień, to w kioskak bedom sprzedawane świątecne widokówki z osiołkami, w sklepak bedom wielkanocne ozdóbki z obrazkami osiołków, a dzieci bedom dostawały od dorosłyk pikne cekoladowe osiołki.
– No to kie w przysłości bedzies poziroł na to syćko z nieba – rzekł Poniezus – chyba miło ci bedzie? W końcu to syćko bedzie na twojom ceść!
– Bajuści – odporł osiołek. – Ba mój bidny dziadek… co poźre w taki cas na dowolny osiołkowy akcent – bedzie mu sie przybocowała ta jego “wina”. Wina, ftórom sam se wmówił, ale nie zmienio to faktu, ze bedzie sie frasowoł.
– Tyz prowda. – Poniezus podrapoł sie po głowie. – Ale sam słysołeś, ostomiły osiołecku, jak Święty Pieter pedzioł: “Niekze więc sympatycno zywina z długimi usami bedzie w przysłości symbolem Wielkanocnyk Świąt”. A jo juz obiecołek Świętemu Pietrowi, ze cokolwiek związe na ziemi, to bedzie tyz związane w niebie. Nie moge cofnąć danego mu słowa, bo kiebyk cofnął, to co za Pon Bócek byłby ze mnie!
– Ale moze Święty Pieter nie godoł tyk słów ex cathedra? – spytoł osiołek z nadziejom w głosie.
– Z tonu, jakiego uzył, wynikało niestety, ze godoł – westchnął Poniezus. Straśnie mu było skoda, ze nie moze udzielić inksej odpowiedzi.
Osiołek posmutnioł. Poniezus zacął gładzić zywine po karku, ba to niewiele bidoka pociesyło. Jednak po kwili namysłu… osiołek nagle sie ozywił i popytoł:
– Jezusicku ostomiły. Cy mógłbyś jesce roz powtórzyć, co pedzioł Święty Pieter?
– No… ze sympatycno zywina z długimi usami bedzie symbolem Wielkanocy.
– Cyli nie uzył słowa “osioł”! – zauwazył osiołek. – Jezusicku, a moze opróc osłów istnieje jesce jakosi inkso “sympatycno zywina z długimi usami”? I moze właśnie ona mogłaby być symbolem tyk świąt?
– Pockoj, osiołecku, niekze sie zastanowie – pedzioł Poniezus. – W końcu podcas stwarzania świata naryktowołek telo gatunków, ze muse kapecke pomyśleć, coby je syćkie ogarnąć. Hmm… Moze pachyrukhos? E, bez sensu. To wymarły gatunek, o ftórym poza paroma paleontologami mało fto bedzie wiedzioł. No to moze kangur? Tyz bez sensu. Pokiela Australia nie zostonie odkryto, mieskańcy Starego Świata nawet nie bedom mieli pojęcia, co to za zywina. Hmm… Hmm… O! Mom! Juz mom! Zając! Niek zając, w zastępstwie osła, symbolizuje piknom Wielkanoc!

Heeej! Osiołek uciesył sie piknie. I piknie podziękował Poniezusowi za zaoscędzenie dziadkowi przykryk wspomnień w przysłości. A potem we dwók posli do starego osła z radosnom wieściom o zmartwykwstaniu Syna Bozego.

No i cóz, ostomili. Przed nomi kolejne święta. Juz od ładnyk paru dni sklepy pełne som róznyk towarów przybocowującyk Wielkanoc. A wśród tyk towarów – całe mnóstwo wizerunków sympatycnego zającka. Ba teroz juz piknie wiecie, ze pierwotnie to wcale nie mioł być zającek, tylko inkso zywinka z długimi usami. Bajako.

No a tak w ogóle to Wesołyk Świąt syćkim zyce! I wesołyk pisanek! I wesołyk babek wielkanocnyk! I wesołyk mazurków tyz! Zaś wody na Śmigus-Dyngus – jak zwykle kozdemu według gustu. Hau!

P.S. Ba jesce przed Wielkanocom, w najblizsy piątek, bedziemy mieli tutok inkse pikne święto – rocnice ślubu Poni Basi i Pona Pietra. Zdrowie nasej Ostomiłej Siumnej Pary z sąsiedztwa! :D

26.03.2015
czwartek

Dadzom rade!

26 marca 2015, czwartek,

Tatry wciąż rosną, ale kiedyś zastąpi je morze – przecytołek tutok.
– O, kruca! – pomyślołek se. – Cyzby była to sprawka nasego TesTeqecka? Bo TesTeqecek przecie juz nie roz godoł o tym, ze on to syćkie góry barzo chętnie zrównołby z ziemiom. Moze więc zrobił sie jesce bardziej radykalny? Moze postanowił zalać nase góry wodom, coby potem móc se tamok piknie pływać na swej windsurfingowej desce?

Zacąłek jednak cytać dalej i… stwierdziłek, ze TesTeqecek chyba jednak nimo z tym nic wspólnego. Sprawcom przysłego tatrzańskiego potopu bedom racej procesy geologicne. Procesy, ftóre bado między inksymi pon profesor Jan Środoń z Instytutu Nauk Geologicnyk w Krakowie. Na razie Tatry wciąż rosną – pado pon Środoń – ale za miliony lat staną się niską równiną albo wręcz zastąpi je morze.

Oj, niedobrze, niedobrze – jak gwarzyli hyrni trzej bohaterowie pona Sienkiewicza, przejęci potem przez pona Waligórskiego. Pół bidy z tatrzańskimi niedźwiedziami, kozicami i świstakami, bo one akurat pewnie se poradzom. Jak? Ano zwycajnie. Poni Ewolucja przeinacy ik końcyny na płetwy i stanom sie ssakami morskimi. W końcu skąd wziął sie taki lew morski cy słoń morski? Pewnie ik praprzodkowie byli zwycajnymi lwami i słoniami, ale tereny, ka zyły, zalało morze, więc piknie dostosowały sie do nowego środowiska. Jeśli zatem kiesik na południu Polski pojawi sie Morze Podhalańskie, to jego mieskańcami bedom takie gatunki jak świstak morski cy kozica morsko. Owiecki morskie ocywiście tyz. Mom ino nadzieje, ze mleko od tyk owiecek tyz bedzie nadawało sie do ryktowania oscypków i bundzów. Haj.

Tak, tak, ostomili. Zalanie Tater przez morze wcale nie musi oznać katastrofy dlo zamieskującej je zywiny. Ba gorzej z piknymi tatrzańskimi widockami… Na mój dusiu! Kieby Tatry nolazły sie pod wodom, to juz nie bedzie cudnyk wierscyków i turnicek. Nie bedzie bystryk potoków, siklaw i stawów. Nie bedzie jodeł, nie bedzie kosówek, nie bedzie smreków… O, Jezusickuuuuuu! Wsędy bedzie ino morze. Jo wiem, ze morze tyz pikne, ale – krucafuks! – nie mogłoby ostać tamok, ka jest teroz?

Kie pomyślołek o tej niewesołej przysłości nasyk gór, uznołek, ze jedyne co moge zrobić, to wykraść bacy jak najwięcej Smadnego Mnicha i pić tak długo, jaz zaboce syćko, o cym dowiedziołek sie od profesora Środonia. Ba nagle… przybocyło mi sie, jak cytołek kiesik o takim jednym ponu, ftórego straśnie draźniła jedno rzec – ze najwyzsy polski wierch mo ino 2499 metrów nad poziomem morza. Krucafuks! 2499! Cemu nie o metr więcej? Kieby nie ten jeden brakujący metr, to Rysy miałyby piknom dwuipółkilometrowom wysokość! Nadal nie byłby to Everest ani nawet Mont Blanc, ale jednak… co dwa i pół kilometra to dwa i pół kilometra. Mozno by było nawet godać, ze w zaokrągleniu to Rysy majom jaz trzy kilometry wysokości. Bajako.

Ba ów pon piknie postanowił, ze nie bedzie siedzioł z załozonymi rękami, ino przystąpi do działania. I teroz regularnie jeździ on ku Tatrom. Kie ku nim przyjezdzo, to idzie ku Morskiemu Oku i stamtela wspino sie na Rysy, niesąc w plecaku pare kamieni. Kie juz na te Rysy wejdzie, to wysypuje kamienie z plecaka, potem schodzi w dół, a za jakisi cas wraco z kolejnymi kamieniami. Wierzy, ze dzięki jego poświęceniu geodeci zmierzom kiesik Rysy po roz kolejny i… piknie stwierdzom, ze ik wysokość to równe 2500 metrów. I od tej pory tako właśnie wysokość bedzie podawano we syćkik atlasak. Haj.

No i tak mi sie, ostomili, widzi, ze skoro nolozł sie zapaleniec walcący o podwyzsenie Rysów, to cy nie nojdom sie zapaleńcy walcący o uratowanie całyk Tater przed zalaniem? Na pewno sie nojdom! Przecie miłośników Tater w nasym piknym kraju nie brakuje. Zreśtom miłośników Beskidów, Pienin i Bieszczadów tyz nie. Kie zatem ci syćka barzo mili ludzie dowiedzom sie, co nasym górom grozi – to na pewno wezmom sie do roboty. Zacnom jeździć na południe Polski z zapasem kamieni, ftóre bedom ostawiać w Tatrak, w Beskidak… w tym ocywiście na Turbaczu. Dzięki temu góry bedom sie robiły coroz wyzse i wyzse. Jaz bedom na telo wysokie, ze nawet jeśli przyjdzie ku nim morze, to i tak bedom nad nim piknie wierchowały. No… ocywiście bedzie jesce trza cosi wymyślić, coby na tyk kupak kamieni zacęły rosnąć pikne lasy i coby płynęły wśród nik pikne potocki. Ale spokojnie. Przecie to sakramenckie morze mo dotrzeć na Podhole dopiero za pare milionów roków. Mając telo casu – miłośnicy gór na pewno zdązom cosi wymyślić. Dadzom rade. Piknie dadzom rade i ślus! Hau!

P.S.1. Kapecke zaległości w obchodzeniu budowyk świąt nom sie naryktowało. W łońskim tyźniu, we cwortek, Józefickowe imieniny były. No to zdrowie Józeficka! :D

P.S.2. Z kolei w niedziele… były imieniny Noboru-Wataya-koteckowe. Zdrowie Noboru-Wataya-kotecki! :D

P.S.3. Kie zaś o niezaległe budowe święta idzie, najblizse bedziemy mieli we wtorek – to dzień Profesoreckyk urodzin. Zdrowie Profesorecka! :D

P.S.4. We środe z kolei – Wawelokowe imieniny bedom. Zdrowie Waweloka! :D

8.03.2015
niedziela

Legenda o legendzie

8 marca 2015, niedziela,

Ukazała sie niedowno barzo pikno ksiązka pona Bartłomieja Grzegorza Sali o zbójnikak. Heeej! Piknie mozno se tamok pocytać i o Janosiku, i o Ondraszku, i o wielu inksyk siumnyk harnasiak. Jest tyz w tej ksiązecce rozdział o Maronce. Postać to o telo ciekawo, ze to nie był zbójnik, ino… zbójnicka. Bo to była dziewcyna. Haj. Zyła se w Beskidzie Małym, ka piknie pasała owiecki. Ludzie pozirali na te śwarnom pasterecke i ci, co nie byli wtajemniceni, nawet sie nie domyślali, jakie było jej drugie zajęcie. A tymcasem… kie ino trafiała jej sie przerwa w pracy przy owcak, to zaroz zamieniała kiecke na portki, brała pistolca, skrzykiwała siuhajów – i dalejze zbójować! Heeej! Zoden bogaty kupiec nie mógł cuć sie bezpiecnie, kie jej kompania nojdowała sie w poblizu! Absolutnie zoden. Haj.

A górolka z niej była wielce mocarno. Wiele rozy wdawała sie w bitki z róznymi chłopami i z kozdej z tyk bitek wychodziła zwycięsko. Dlotego jo podejrzewom, ze ona mogła być prapraprapbabkom poni Agaty Wróbel – tej hyrnej zdobywcyni całej kupy medali w podnoseniu cięzarów. Jeśli widzieliście kiesik poniom Agate w telewizji, to być moze bocycie, jak śtangi wazące sto paredziesiont kilogramów podnosiła tak, jakby to były piórecka. Poni Agata pochodzi z Beskidu Zywieckiego, cyli całkiem blisko stron, ka zyła Maronka. I stela właśnie bierom sie moje podejrzenia, ze one dwie to moze być jedno rodzina. Bajako.

Heeej! A łupów rozmaityk to ta Maronka nazdobywała telo, ze jaz cały pałac musiała se wyryktować, coby mieć kany je przechowywać. Pałac ten zostoł wybudowany pod ziemiom, coby byle sietniok nie mógł sie doń dostać. Dojście do pałaca wiedło podziemnym korytorzem, ftórego pocątek nojdowoł sie kasi w zbocu góry Wapienica. Od casu śmierzci Maronki i jej kompanów nikomu nie udało sie tego korytorza noleźć. Fto jednak mo ochote – niek próbuje. Wiersycki Beskidu Małego – jak sama nazwa wskazuje – zbyt wielkie nie som. Myśle więc, ze prowdopodobieństwo nolezienia drogi ku Maronkowym skarbom jest więkse niz na przykład prowdopodobieństwo głównej wygranej w totolotka. Haj.

Ino… cy wiecie, ostomili, co pon Sala napisoł w swej ksiązce o tej śwarnej zbójnicce? Ano ze jest to postać całkowicie fikcyjna, stworzona w XIX wieku.*

Hmm… Cosi mi sie tutok nie zgadzo. Maronka miałaby istnieć ino w legendak? Dziwne by to było. Barzo dziwne. Przecie legendy ryktowano po to, coby podtrzymywać starodowne tradycje. A u góroli tradycjom wse było to, ze zbójnikiem mógł być ino chłop. Baba zaś – mogła zostać co najwyzej zbójnickom frajerkom. Jak więc w owym XIX wieku mogła powstać legenda o harnasiu-dziewcynie? Ano… moim zdaniem – nie mogła. Nie mogła i ślus.

No to dlo odmiany przyjmijmy, ze Maronka była postaciom autentycnom. Jeśli tak – to co? Cóz… nalezy sie domyślać, ze okolicnym kupcom racej nie w smak było to, ze najgroźniejsy dlo nik harnaś mo płeć – jak na zbójnickiego przywódce – kapecke nietypowom.
– O, Jezusicku! – biadolili zapewne. – Baba jest nasym najwięksym postrachem! Ale wstyd! Wstyd sakramencki! Kie inksi kupcy dowiedzom sie o tym, to nos zwycajnie wyśmiejom! Co robić? Musimy cosi wymyślić.
No i zacęli myśleć. Myśleli, myśleli, jaz wymyślili:
– Wiemy, co zrobimy! Zacniemy głosić, ze ta cało Maronka w ogóle nie istnieje. Wmówimy syćkim, ze ta zbójnicka to ino wytwór miejscowego folkloru – ot, po prostu tako samo bohaterka ludowyk bojek jak Cyrwony Kapturek cy inksy Kopciusek.

Jak postanowili, tak zrobili. Zacęli ryktować antymaronkowom propagande. I w ten właśnie sposób narodziła sie legenda, ze Maronka jest ino legendarnom postaciom.

A wy, ostomili, co o tym syćkim myślicie? Co widzi wom sie bardziej prowdopodobne? Ze Maronka nie istniała cy ze istniała? Dlo mnie – zdecydowanie to drugie! W świetle przedstawionyk wyzej wywodów teza o fikcyjności Maronki jest – moim owcarkowym zdaniem – nie do obronienia. Tak więc ta śwarno harnasia musiała być nie mniej autentycno niz sam Janosik z ponem Markiem Perepeczko włącnie! I ślus.

Śpekulowałek ino, jaki dzień bedzie najlepsy na opublikowanie wyników moik badań naukowyk? No i dosłek do wniosku – ze 8 marca. I dlotego właśnie teroz ten wpis sie ukazuje. Mom nadzieje, ze dowód na autentycność Maronki to bedzie pikny prezent dlo syćkik dziewcyn w ik dniu. A dziewcynom odwiedzającym Owcarkówke piknie zyce, coby w swym zywobyciu spotykały samyk ino fajnyk ludzi i ani jednej weredy. Jeśli jednak jakiesi weredy sie trafiom – to zyce im, coby poradziły se z nimi równie piknie jak radziła se hyrno Maronka. Hau!

P.S.1. A w najblizsy piątek – w Owcarkowce podwójne święto bedziemy mieli. Hortensjeckowe imieniny i Małgosieckowe urodziny. No to zdrowie Hortensjecki i Małgosiecki! :D

P.S.2. Zaś we wtorek 17 marca – imieniny Zbysecka i urodziny Jędrzejecka Uherskiego. Zdrowie Zbysecka i Jędrzejecka! :D

* B.G. Sala, Księga karpackich zbójników. Bosz, Olszanica 2015, s. 74.

27.02.2015
piątek

Zdobywcy

27 lutego 2015, piątek,

Pon Paweł Cywiński, pon Mateusz Luft, pon Jan Mencwel, pon Jarosław Ziółkowski i pon Szczepan Żurek. Worce, ostomili, zapamiętać te pięć nazwisk. Worce je dobrze zapamiętać, bo to som ludzie, ftórzy piknie zapisali sie na kartak historii polskiego alpinizmu. I bedom mieli w tej historii miejsce obok takik sław jak poni Wanda Rutkiewicz, pon Andrzej Zawada cy pon Jerzy Kukuczka. Haj. Cego dokonała ta siumno piątka? Ano… podjęła sie wejścia na iście niezwykłom góre. Wprowdzie nie jest to najwyzso góra na świecie, ale to nie znacy, ze jest ona łatwo do zdobycia. Nie trza być alpinistom, coby takie rzecy wiedzieć Najlepsy przykład to hyrny K2 – nizsy od Everestu, a jednak duzo trudniej wspiąć sie na niego niz na Everest.

Góra, ftórom upatrzyła se piątka nieustrasonyk alpinistów, pozostoje niezdobyto przez wielu hyrnyk wspinacy, w tym przez najwięksy autorytet światowego himalaizmu – pona Reinholda Messnera. Tak więc zadanie, jakie tyk pięciu postawiło przed sobom, to było nie lada wyzwanie. Na dodatek zadecydowali oni, ze wybierom sie tamok zimom, a nie latem, kie górsko wspinacka jest duzo bezpiecniejso. Ba to jesce nie syćko: oni postanowili wejść na ten scyt jednom z trudniejsyk tras! Cy nalezy to uznać za niesamowitom odwage cy racej za bezsensowne ryzykanctwo – trudno rzec. Rózni mogom mieć rózne zdania w tej sprawie. Haj.

Z całom pewnościom jednak nie mozno tym alpinistom zarzucić, ze lekcewazyli te góre. Do wyprawy bowiem przygotowali sie barzo starannie. Zadbali piknie, coby ryzyko niescynśliwego wypadku było jak najmniejse. Zaopatrzyli sie w wysokiej klasy sprzęt, taki jak liny i cekany. Sprawili se solidne mrozoodporne kurtki i obuwie przystosowane do chodzenia w ekstremalnyk warunkak. W miesiącak poprzedzającyk wyprawe odbyli kilka zgrupowań kondycyjnyk.

No i wreście… rusyli na swom zyciowom wyprawe ku wymarzonej górze. Dotarli do jej podnóza i tamok rozbili obóz. Atak na scyt zaplanowano na 18 lutego o świcie, cyli półtora tyźnia temu. Kie nadeseł ów 18 lutego, duł niesprzyjający wiater. Ale przynajmniej świeciło słonko i nie było mgieł ani opadów śniegu. Całe scynście! W inksyk warunkak pogodowyk – fto wie? Moze decydujący atak trza by było przełozyć na inksy dzień? A moze nawet w ogóle trza by było zrezygnować i zarządzić odwrót?

Piątka alpinistów, nie zwlekając, podjęła mozolnom wspinacke. Sli połąceni linkom aseukaryjnom, co było barzo rozsądnym posunięciem, bo przecie kielo to juz rozy okazywało sie, ze nadmiar ostrozności był lepsy niz jej brak!

Jak przebiegała wspinacka? Tak jak nalezało sie spodziewać – to nie był taki se zwycajny spacerek. Pon Cywiński zbocowoł później w wywiadzie dlo National Geographic: To nie jest prosta góra. Nie przewidzieliśmy pewnych czynników, zaskoczył nas silny wiatr, który zwiał obozowisko na południowej grani. Na mój dusiu! Wiater zwioł obozowisko! Cosi takiego nie wydarzyło sie nawet wte, kie 35 roków temu pon Krzysztof Wielicki i pon Leszek Cichy atakowali zimom scyt Everestu!

Ale mimo trudności, mimo nieprzewidzianyk przeskód – alpiniści zdobyli te sakramenckom góre! Piknie jom – kruca – zdobyli! I dzięki temu do listy górskik osiągnięć Polaków mozno dopisać kolejny pikny wycyn! Na mój dusicku! Gratulacje nalezom sie całej pięcioosobowej ekipie! Barzo pikne gratulacje nalezom sie i ślus!

A! Nie pedziołek ino jesce, jak ta zdobyto przez nik góra sie nazywo. Ale syćkiego, ostomili, mozecie sie dowiedzieć z tej oto filmowej relacji (mozecie tyz pocytać se o tej wyprawie na stronak zbocowonego wyzej National Geographic). Kie zaś relacje te obejrzycie, to mom nadzieje, ze przyłącycie sie piknie do moik gratulacji dlo pona Cywińskiego, pona Lufta, pona Mencwela, pona Ziółkowskiego i pona Żurka. Kwoła nasym siumnym zdobywcom! Hau!

P.S.1. A w nasym budowym kalendorzu – najblizsom okazje do świętowania bedziemy mieli we wtorek. W tym dniu Fusilleckowe urodziny bedziemy mieli. Zdrowie Fusillecki! :D

P.S.2. W sobote 7 marca zaś – Profesoreckowe imieniny. No to zdrowie Profesorecka! :D

20.02.2015
piątek

I jesce roz zdrowie poni Szaflarskiej!

20 lutego 2015, piątek,

Jako godołek dwa wpisy temu, som dwie wersje dnia urodzin poni Danuty Szaflarskiej: 6 lutego i 20 lutego. Z tego, co tu i ówdzie wycytołek, wychodzi na to, ze prowdziwo jest ta wceśniejso data. Natomiast ta drugo – to ino skutek pomyłki jakiegosi urzędnika. Cy ten urzędnik działoł w złej wierze? Nie momy na to dowodów. Musimy więc przyjąć, ze fcioł dobrze. A skoro fcioł dobrze- to usanujmy jego trud i w tym piknym dniu 20 lutego uccijmy urodziny siumnej aktorki po roz drugi. A zatem… jesce roz zdrowie poni Szaflarskiej! Haj.

Tak sie ino porobiło, ze w tym miesiącu ten mój blog jest chyba monotematycny. Furt ino urodziny i urodziny. 5 lutego wkleiłek tutok wpis o urodzinak poni Szaflarskiej. 12 lutego – o urodzinak pona Tetmajera. I teroz znów urodziny poni Szaflarskiej. Ale reklamacje prose zgłasać do rodziców hyrnej aktorki i hyrnego pisorza. Przecie właśnie ci rodzice sprawili, ze tyk dwoje znamienityk Polaków urodziło sie w takim casie, w jakim sie urodziło, a nie w jakimsi inksym. Bajako.

A tak w ogóle… zastanawialiście sie kiedykolwiek, ostomili, jak to sie stało, ze poni Szaflarska zdołała tak piknie przezyć tak wiele roków? I to w jakiej formie! Przecie niejeden cłek młodsy od niej o dwie abo i trzy dekady nimo tak dobrej kondycji jak ona! Jo se myśle, ze coby noleźć odpowiedź na te zagadke, trza poźreć, kany ona w swoim zywobyciu mieskała. A mieskała w róznyk miejscak: najpierw w Kosarzyskak, potem przeniesła sie do Nowego Sącza, potem do Krakowa, potem do Wilna, a na koniec – do Warsiawy. Wątpie, zeby Nowy Sącz, Kraków, Wilno cy Warsiawa miały wpływ na jej długowiecność. Kieby ftóresi z tyk miast miało w sobie takom rzec, od ftórej długo sie zyje – to takie miasto słynęłoby z całego mnóstwa stulatków. A nie słynie zodne z nik. Natomiast Kosarzyska – to co inksego. Tamok mieskańców nigdy nie było wielu, więc jest więkse prowdopodobieństwo, ze istnieje tamok cosi piknie przedłuzającego zycie, ba potela trafiła na to cosi ino jedno osoba (chociaz… nigdy nic nie wiadomo, moze sie okazać, ze poza poniom Szaflarskom jest jesce ftosi inksy, fto zył w Kosarzyskak i tyz przezył piknie sto roków). Ino krucafuks! Co to takiego moze być? Moze właśnie tamok paprocie kwitnom? A kie kwitnom – to moze wydzielajom barzo korzystne dlo zdrowia substancje? Jeśli tak – to poni Szaflarska podcas spaceru po okolicak Kosarzysk mogła natrafić na takom paproć, nawdychać sie tyk substancji i… dzięki temu piknie nom zyje potela.

A moze na zbocak gór otacającyk Kosarzyska rosnom borówki i maliny, ftóre majom takie właściwości, ze zjedzone rozem, w odpowiednik proporcjak, zapewniajom długowiecność? Poni Szaflarska mogła roz wybrać sie w las, coby skostować obu rodzajów tyk piknyk dzikik owoców, no i moze miała to scynście, ze zjadła je właśnie w tyk odpowiednik proporcjak?

A moze w lesie nad Kosarzyskami zyje jakisi endemicny gatunek pscół, ftóre majom taki specjalny jad, ze kie dostonie sie on do krwi cłowieka, to taki cłowiek potem piknie zyje, zyje i zyje? I moze roz maluśko poni Szaflarska wybrała sie z rodzicami na małom przechadzke, jaz tu nagle tako pscoła dziabła przysłom artystke swoim ządłem? Rodzice wte pewnie zawołali: O, Jezusicku! Pscoła zaatakowała nase maleństwo! Nasom ostomiłom Danusiecke! Bedzie teroz bidocka cierpiała przez ładnyk pare dni! No, bida sie stała! Prowdziwo bida!

Tymcasem to nie była zodno bida, ino wielkie scynście! Scynście piknie zapewniające dozycie trzycyfrowego wieku. Haj.

No, róznie to być mogło. Ale jo wom, ostomili, radze, cobyście w najblizse wakacje – abo jedne z najblizsyk – pojechali do Kosarzysk. Jest to barzo pikne góralskie osiedle pod Piwnicznom, bliziutko słowackiej granicy. Mozno stamtela robić pikne wyprawy ku wiersyckom Beskidu Sądeckiego. Mozno tyz ryktować ciekawe wyciecki samochodowe, na przykład do odległego o dwajścia kilometrów zamku w Starej Lubowni na Słowacji. Zamek ten jest sakramecko pikny, zwłasca kie od północnej strony sie na niego poziro. Jest tak pikny, ze kie umre i zostone duchem, to chyba barzo chętnie bede tamok zaglądoł, coby piknie strasyć zwiedzającyk. Bajako.

No ale tak poza tym to do Kosarzysk worce pojechać dlotego, ze najprowdopodobniej kryjom one w sobie jakomsi tajemnice długowiecności. I ocywiście zyce wom, ostomili, cobyście piknie odkryli te tajemnice. Coby i wom mozno było złozyć kiesik zycenia z okazji przezycia piknyk stu roków. Hau!

P.S. Heeeej! Urodziny poni Szaflarskiej – pikno rzec. Ba wcora tutok w Owcarkówce tyz pikne urodziny były – Wawrzeckowe. No to zdrowie Wawrzecka piknie wypijmy! :D

12.02.2015
czwartek

Pijmy i… jedzmy za zdrowie pisorza

12 lutego 2015, czwartek,

Mocie, ostomili, ochote na kapecke góralskiego folkloru? Jeśli tak, to proponuje wom hipnąć tutok. Hipnijcie piknie, a wte uwidzicie pełen werwy taniec w wykonaniu siumnego górola i śwarnej górolki. Kany oni tak piknie tańcowali? Ano w czechosłowackim filmie Balada o Vojtovej Maríne z 1964 rocku. Pon, ftóry wystąpił tutok w roli górola, to ludowy tancerz Jozef Majerčík, w swoim casie podobno barzo znany artysta u nasyk południowyk sąsiadów. Opróc Balady o Vojtovej Maríne wystąpił on jesce w paru inksyk filmak. A roz nawet zagroł piknego Indianina w jednym westernie! Nie hamerykańskim wprowdzie, ino miemieckim, i to w dodatku NRD-owskim, ale fakt pozostoje faktem – miejsce na liście westernowyk aktorów piknie mu sie nalezy. Całkiem niedowno ten pon pomorł. Zaledwie śtyry lata temu. Mioł wte 82 roki. Haj.

Kim zaś jest w tym filmie towarzysąco ponu Majerčíkowi górolka? To słowacko tancerka ludowo, poni Heda Melicherová. Od pona Majerčíka rózni sie ona między inksymi tym, ze nadal zyje. Mo obecnie 83 roki. Ba fto myśli, ze w tym wieku to ona juz ino na emeryturze siedzi, ten sie myli. Myli sie sakramencko! Bo ta poni juz wprowdzie nie tańcuje, ale… furt pracuje. Piknie pracuje w archiwumie SLUK-u, cyli Słowackiego Towarzystwa Artystów Ludowyk. Haj.

A wiecie tak w ogóle cemu jo wom tutok zbocyłek ten czechosłowacki film? Bo on piknie rozsławio nasom polskom literature. Jaz dziw, ze potela go nie puscono w zodnej polskiej telewizji. Przynajmniej tak mi sie wydoje, ze nie puscono. Film oparty jest na jednym z opowiadań pona Kazimierza Przerwy Tetmajera. Na ftórym utworze konkretnie – tego niestety nie wiem. I nie mogłek sie dowiedzieć ani stela, ani stela. Jeśli więc poźre ku temu wpisowi jakisi wybitny tetmajerolog – to piknie pytom, coby nos w tej materii uświadomił. Haj.

Jestem juz za to uświadomiony w inksej związanej z ponem Tetmajerem rzecy. Mianowicie w tej, ze w ten cwortek, 12 lutego, ten pisorz mo urodziny. Ftóre? Ha! Sto pięćdziesionte! Pikne, okrągłe sto pięćdziesionte. Kie zatem tak pikno rocnica dotycy hyrnego twórcy tak mocno związanego z Podholem (w tym z Łopusznom jegomościa Tischnera!) – to chyba zgodzicie sie, ze nie mozno było w Owcarkówce takik urodzin przemilceć. Nie mozno było i ślus!

Załuje ino, ze Felek znad młaki, co to jest najbogatsy w mojej wsi, nimo własnej stacji telewizyjnej. Owsem, planuje jom mieć, ale to som dopiero plany. Kieby zaś mioł jom juz teroz, to zrobiłbyk ponu Tetmajerowi na urodziny pikny prezent – załatwiłbyk jakosi, coby ta Felkowo telewizja nadała ten pikny czechosłowacki filmicek. Nie wiem, jak byk to załatwił, ale na pewno cosi byk wymyślił. Ba cóz… skoro Felek własnej telewizji jesce nimo, postanowiłek dać hyrnemu pisorzowi inksy prezent, choć duzo skromniejsy. Tym prezentem jest właśnie link, ftóry widzicie na pocątku wpisu.

I zaroz piknie wypije za zdrowie jubilata. Ftosi ocywiście mógłby spytać, cy jest sens pić za zdrowie kogosi, fto od downa nie zyje? Ba jo se myśle, ze zdrowie to zdrowie. Ono przydoje sie kozdemu i wsędy – i tutok na ziemi, i tamok na Niebieskik Wierchak. Bajako.

A tak w ogóle to poźrejcie: te sto pięćdziesionte urodziny pona Tetmajera przypadajom na ten sam dzień co… tłusty cwortek! No to na mój dusiu! Skoro tak jest, to jo se myśle, ze za pomyślność hyrnego pisorza nalezałoby nie ino wypić, ale tyz zjeść pącka. Bajako. Jedzmy pącki za zdrowie pona Tetmajera! Mozemy sie nawet nimi stuknąć nicym kieliskami. Nie zadzwoniom one wprowdzie tak cudnie jako kielisecki, ale niekze ta. Jak ftosi fce, to moze podcas takiego stuknięcia pedzieć “Brzdęk-brzdęk” – i wte tyz bedzie piknie. Hau!

P.S. Pod poprzednim wpisem nowy gość w Owcarkówce sie pojawił – Andorfecek. Powitojmy piknie Andorfecka w nasej budzie! Haj :D

5.02.2015
czwartek

Zdrowie poni Szaflarskiej po roz pierwsy!

5 lutego 2015, czwartek,

Stooo lat, stooo lat niech żyje, żyje naaam… – komu mozno śpiewać te starodownom pieśń? No, na pewno nie poni Danucie Szaflarskiej. Ta siumno aktorka piknie urodziła sie w lutym 1915 rocku. Więc kielo roków końcy w tym miesiącu – to bez trudu policy nawet ten, fto w skole z matematyki mioł same pały. A fto policy – ten juz bedzie wiedzioł, cemu bez sensu jest śpiewanie tej poni tego, co zazwycaj na urodziny sie śpiewo. Jej, jeśli fcemy zrobić przyjemność, to mozemy zaśpiewać racej cosi z Zakazanyk piosenek. Abo przebój Warszawa, ja i ty z nieśmierztelnej komedii Skarb. Natomiast Sto lat – to dobre dlo smarkacy, cyli na przykład dlo nos. Tak, tak, ostomili. Kozdego z nos, bywalców Owcarkówki, poni Szaflarska śmiało moze nazwać smarkacem. I nifto nie bedzie mioł prawa sie za to obrazić.

Heeej! Byli juz w historii polskiego aktorstwa tacy, co to piknie próbowali przezyć caluśki wiek. Prawie udało sie to ponu Ludwikowi Solskiemu. Prawie… Podobno juz nawet ryktowano pikne urocystości na jego setne urodziny. A ftosi (chyba pon Brzechwa w Miejscu dla kpiarza, ale pewności nimom) napisoł, ze mozno godać, ze krzest Polski dokonoł sie dziesięć Solskik temu. No ale – na mój dusiu! – ten wielki odtwórca tak wielu piknyk ról mioł pecha. Bo coby móc zdmuchnąć sto świecek, musioł dozyć 20 stycnia 1955 rocku. Ale pomorł… 19 grudnia 1954. Cyli ino miesiąca mu brakowało! Ino miesiąca krucafuks!

Nieco więcej do osiągnięcia wieku trzycyfrowego zabrakło poni Irenie Kwiatkowskiej. Ona bowiem urodziła sie 17 września 1912 rocku, a pomarła 3 marca 2011. Skoda, ze nie udało jej sie pozyć kapecke dłuzej, bo przecie uccenie setnyk urodzin hyrnej Kobiety Pracującej to na pewno byłaby barzo pikno rzec.

No ale co sie nie udało ponu Solskiemu i poni Kwiatkowskiej – to poni Szaflarskiej powinno sie udać. Kie dokładnie bedzie mozno złozyć jej urodzinowe zycenia? Cóz, nimo na to pytanie jednej odpowiedzi. Som dwie! Bajako. Jak wycytołek w Tele Tyźniu, jedno wersja pado, ze naso hyrno artystka urodziła sie 6 lutego, a drugo – ze dopiero 20 lutego.* Ftóro z tyk wersji jest prowdziwo? Krucafuks! Cy to takie wozne? Nimo co śpekulować, ino po prostu te setne urodziny uccijmy dwa rozy: i sóstego, i dwudziestego. Zreśtom wpis na te okazje tyz moge dwa rozy wyryktować. I ślus.

A pierwso z wymienionyk przed kwileckom dat – heeej! – juz za niedługo! Zaledwie pół godziny od kwili wklejenia tego wpisu bedziemy mieli pikny sósty dzień piknego – choć najkrótsego w roku – miesiąca. Więc Smadny Mnich juz chłodzi sie na te okazje w potocku koło mojej budy. I kozdy, fto zajrzy tutok, bedzie mógł wypić za pomyślność siumnej jubilatki. Zdrowie poni Szaflarskiej po roz pierwsy! Zdrowie i… niek co najmniej 200 roków nom zyje! Hau!

* JBJ, Okrągłe 100 lat, “Tele Tydzień” z 26 stycznia 2015, s. 68.

29.01.2015
czwartek

Niek zyjom policjanci z Myślenic!

29 stycznia 2015, czwartek,

Moi ostomili, co dobrego mozecie pedzieć o Myślenicak? Jo potela mogłek pedzieć o nik dwie dobre rzecy. Jedno to tako, ze nad tym nieduzym miasteckiem na południe od Krakowa wznosom sie pikne góry. Duzo nizse od Tater, to prowda. Nawet od mojego Turbacza duzo nizse. Ale jednak pikne. Łagodne, zielone i piknie radujące oko. Haj.

Drugo pikno rzec to tako, ze jest tamok barzo ładny rynek, otocony piknymi zabytkowymi domkami. Ocywiście som w nasym kraju hyrniejse rynki, jak choćby ten krakowski z Kościołem Mariackim. Abo ten w Kamierzu Dolnym. Ale rynek myślenicki – tyz mo swój klimacik. Bajako.

No a od niedowna moge o Myślenicak pedzieć jesce jednom dobrom rzec: majom tamok barzo porządnyk policjantów. Uświadomiłek se to, kie natrafiłek na pewnom podwójnie dobrom wiadomość . Cemu podwójnie? A bo po pierwse – dotycy ona ludzi, ftórzy zachowali sie barzo ślachetnie. A po drugie – jest to historia ze scynścliwym zakońceniem. Syćko wydarzyło sie na pocątku nowego roku. Posłuchojcie:

Podczas patrolu dwóch funkcjonariuszy przejeżdżało przez most na ul. Piłsudskiego w Myślenicach. Jeden z nich spostrzegł psa dryfującego na krze na środku Raby. Zanim mundurowi dotarli na miejsce, zwierzę wpadło pod lód i resztkami sił próbowało się wydostać. W tej sytuacji policjanci – nie czekając na pomoc innych służb – weszli do wody i sami dotarli do psa.
Okazało się, że uratowany czworonóg to suczka Sara poszukiwana przez właściciela od kilku dni. Zaginęła w noc sylwestrową – dzięki funkcjonariuszom cała i zdrowa wróciła do domu.

Ot, króciutko (nawet sakramencko króciutko) notka o wydarzeniu, ftóre nie trafiło chyba na cołówke zodnej wozniejsej gazety. Nic mi tyz nie wiadomo o tym, coby ftórokolwiek ze stacji telewizyjnyk o tym gwarzyła. Bo media jak to media – wolom godać, co sie złego wydarzyło niz o tym, co sie zadziało piknego. Ba jo nie jestem mediami, ino owcarkiem podhalańskim, więc z prowdziwom przyjemnościom przekazuje wom te piknom informacje o funkcjonariusak, ftórzy nie zesli na psy, ino zesli do psa – niby te dwa sformułowania brzmiom barzo podobnie, a jakze odmienne znacenia majom! Haj.

Cy myśleniccy policjanci wykazali sie jakimsi scególnym bohaterstwem? Cóż… wiadomość, ftórom wom zacytowołek, jest tak skrótowo, ze trudno w niej noleźć odpowiedź na to pytanie. Bywołek w Myślenicak nie roz, podcas róznyk swoik owcarkowyk włócęg, widywołek płynącom tamok rzeke Rabe… i moge pedzieć telo, ze w tamtyk okolicak jest ona dosyć płytko i racej nie wyglądo na niebezpiecnom. Nie dlo dorosłego cłowieka w kozdym rozie. Ale górskie rzeki majom to do siebie, ze nawet te płytkie, ciche i spokojne umiom przeinacyć sie w sakramencko niebezpiecne. Jako była Raba w owyk pierwsyk dniak stycnia – tego nie wiem. Moze wchodzenie do niej było ryzykowne, a moze nie? Ba nawet jeśli nie było i nawet jeśli w związku z tym ta policyjno akcja nie wymagała zbyt wielkiej dzielności, to na pewno wymagała przynajmniej kapecki dobrego serca dlo bidnej zywiny. I tego serca myślenickim policjantom nie zabrakło!

Heeej! Domyślom sie, ze niejeden z cytającyk ten wpis jeździ casem w nase pikne góry hyrnom “zakopiankom”. A “zakopianka”, jak wiadomo, wiedzie między inksymi przez Myślenice. No to tak mi sie widzi, ostomili, ze teroz bedzie sie wom przejezdzało przez te miejscowość duzo przyjemniej niz potela. Bedzie sie wom przejezdzało przyjemniej, bo bedziecie mieli świadomość, ze oto mocie na swej trasie miastecko, ka porządku pilnujom barzo porządni stróze prawa. I tyk właśnie strózów zdrowie piknie wypijmy! Juz przynose zapas Smadnego Mnicha, coby kozdy, fto mo ochote, napił sie wroz ze mnom. Zdrowie myślenickik policjantów! Hau!

P.S.1. Ba okazji do picia momy, ostomili, więcej. Bo dzisiok momy piknom rocnice ślubu Anecki i Pona Aneckowego. No to pijmy piknie zdrowie Poństwa Aneckowyk! :D

P.S.2. A w najblizsom środe – Motyleckowe urodziny bedziemy mieli. No to zdrowie Motylecka! :D

css.php